Chaos

Wczoraj (to istotne, wszak sytuacja jest dynamiczna) udzieliłem wywiadu „Gazecie Wyborczej” – rozmawialiśmy o sytuacji w obwodzie kurskim oraz o perspektywach ukraińskiej operacji. Poniżej fragmenty tej rozmowy.

Piotr Malinowski: Co właściwie dzieje się obecnie w rosyjskim obwodzie kurskim?

Marcin Ogdowski: (…) Ostatniej nocy Ukraińcy przy użyciu dronów i artylerii zaatakowali wysłaną na odsiecz jednostkę rosyjską wielkości batalionu. Możliwe, że zginęło kilkuset żołnierzy. W mediach społecznościowych krążą drastyczne nagrania, na podstawie których można uznać, że zabitych jest ponad setka rosjan. A na filmach widać tylko fragment zaatakowanej kolumny. Gdyby faktycznie poległo kilkuset ludzi, byłaby to największa jednostkowa strata rosyjska od początku pełnoskalowej wojny. Zdarzenie to świetnie ilustruje fakt, że w rejonie Kurska siły ukraińskie zyskały dużą przewagę ogniową i inicjatywę. Dziś, po trzech dobach operacji, prowadzona jest pierwsza rotacja i wzmocnienia sił ukraińskich. To też sugeruje, że akcja ma poważny charakter.

Dlaczego Ukraina zdecydowała się na taki krok? Co Kijów chce uzyskać i dlaczego milczy? Głos zabrał jedynie Mychajło Podoliak, sugerując, że działania mogą wpłynąć na przyszłe rozmowy pokojowe.

(…) Równie istotny jest element psychologiczny. W obwodzie kurskim zapanowały chaos i panika. Od mieszkańców, poprzez media społecznościowe, w głąb kraju płyną dramatyczne relacje. A pamiętajmy, że w rosji legitymizacja władzy płynie z lęku przed nią oraz z przekonania o jej sprawczości. W obwodzie kurskim państwo rosyjskie nie jest ani silne, ani sprawcze. Wojsko dostaje łomot, policja uciekła, lokalni przedstawiciele władzy razem z nią. To potwornie demoralizujące zdarzenia.

Korzyści, jakie już odniosła strona ukraińska, to też wzięcie do niewoli kilkuset rosyjskich żołnierzy. Istotnie zwiększa to tzw. fundusz wymiany, niewielki jak na rozmach tej wojny. Proszę zauważyć, że przy zaangażowaniu ponad miliona ludzi po obu stronach, w obozach siedzi raptem kilka tysięcy jeńców. A każdy pojmany rosjanin to szansa na powrót do domu pojedynczego ukraińskiego żołnierza.

(…) Część ukraińskich komentatorów, m.in. wpływowy analityk i wojskowy ukraiński ukrywający się pod pseudonimem Tatarigami, studzi entuzjazm i przestrzega przed zbytnim rozciągnięciem sił.

Takie głosy są raczej wyrazem ostrożności czy wręcz asekuranctwa. Rosyjskie siły są w stanie sprawnie operować 100 km od najbliższej stacji kolejowej – potem zaczyna im się sypać logistyka. Ta ukraińska przez większość wojny okazywała się znacznie sprawniejsza od rosyjskiej, ale przyjmijmy, że i ona ma „zasięg” 100 km. Obecnie operacja w obwodzie kurskim toczy się na głębokości 30 km od granicy. Jeśli Kijów chce mieć w ręku poważną kartę przetargową, musi zdecydować się na głębszą penetrację i zajęcie np. stolicy obwodu, czyli miasta Kursk – a ten jest w odległości 90 km od Ukrainy.

Idźmy dalej – by na obszarze kilkuset kilometrów kwadratowych stworzyć tzw. bąbel antydostępowy, Ukraińcom wystarczy pojedyncza bateria patriotów (wsparta rzecz jasna systemami krótszego zasięgu). Ukraińcy weszli do tej operacji z bardzo silnym komponentem WRE (Wojsk Radiowo-Elektronicznych) i właściwie wyłączyli rosyjskie drony. Narzucili walkę, w której to oni dysponują rojami dronów i mogą nimi skutecznie atakować. Jeśli to się nie zmieni, to z powietrza są zabezpieczeni. A zajęcie kilkuset kilometrów kwadratowych nie wymaga odciągania oddziałów z innych odcinków frontu. W innej sytuacji będą i są rosjanie, bo gdy spróbują kontratakować, muszą dysponować kilkukrotną przewagą.

Dlaczego Kijów na taką akcję zdecydował się dopiero teraz?

Jeszcze wiosną SZU pozostawały w kryzysie amunicyjnym i miały problemy z odtwarzaniem rezerw. Wsparcie USA i Europy oraz nowa ustawa mobilizacyjna pozwoliły w istotnej mierze odbudować potencjał armii. Z drugiej strony siły rosyjskie są wyczerpane działaniami ofensywnymi. W efekcie mamy podatny grunt do prowadzenia takich, mimo wszystko na razie ograniczonych, operacji zaczepnych. (…)

Wejście wojsk ukraińskich do rosji, ale też użycie zachodniego sprzętu, jest przekroczeniem czerwonej linii. Kreml jednak nie sięga do swojego arsenału nuklearnego.

Oczywiście należy brać pod uwagę to, czym rosja dysponuje, ale przesadne obawy są nieuzasadnione. Bardzo powściągliwe reakcje Waszyngtonu sugerują, że ta operacja – w zarysie rzecz jasna – była uzgadniana z Zachodem. Warto też zauważyć, że Ukraina używa co prawda zachodniego sprzętu, np. wozów bojowych, ale już nie korzysta z precyzyjnej dalekonośnej artylerii, która dałaby możliwość rażenia celów 200-300 kilometrów w głąb terytorium rosji. Czyli „zielone światło” jest, ale z ograniczeniami.

Jakiego rozwoju wypadków możemy się spodziewać?

Od szybkiego wycofania się Ukraińców, po dalszą penetrację terytorium rosji. Kijów może poprzestać na wysłaniu Moskwie sygnału: „jesteśmy zdolni do takich akcji, miejcie się na baczności i nie próbujcie nas atakować z innych kierunków” i zakończyć operację. Ale budowanie umocnień na zajętych obszarach sugeruje, że Ukraina planuje okupację tego terenu. Wówczas strategicznym celem Ukraińców będzie zajęcie jak największego obszaru i oczekiwanie na rozstrzygnięcia osiągnięte w drodze negocjacji.

 Cały wywiad znajdziecie na stronie „Gazety Wyborczej” pod tym linkiem.

Ps. Coraz bardziej skłaniam się ku opinii, że operacja kurska ma na celu odciągnięcie sił i uwagi rosjan. Z tą różnicą – w odniesieniu do hipotez sprzed 2-3 dni – że nie chodzi o odciążanie własnej obrony, ale to przygrywka pod… większą operację zaczepną. Spokojnego weekendu – choć pozostańmy w trybie czuwania!

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam w istotnej mierze powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – jakiś czas temu obiecałem, że pojawi się sposobność zakupu „Międzyrzecza”, w wersji z autografem i pozdrowieniami. No i proszę – powieść jest już w ofercie na moim koncie na Patronite. To nie jest nowa pozycja – wydałem ją w 2019 roku – ale trzy lata później mnóstwo zawartych w niej treści okazało się proroczych. Jeśli napiszę, że wiedziałem, że armia rosyjska to papierowy kolos, to skłamię. Ale jeśli przyznam, że domyślałem się rosyjskich słabości i dałem temu wyraz w książce – będzie to najprawdziwsza prawda.

No więc zachęcam do zakupu! Powieść znajdziecie pod tym linkiem. Cały czas w sprzedaży znajduje się też moja najnowsza książka pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, dostępna tu.

Nz. Wspomniana w rozmowie kolumna (a właściwie jej resztki)/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Kondycja

Gdy zaczęła się pełnoskalowa inwazja i tysiące rosyjskich żołnierzy weszło do Ukrainy, niemal natychmiast w serwisach społecznościowych pojawiły się filmiki ilustrujące przykłady obywatelskiego oporu.

Ukraińcy wkraczali na drogi, by blokować przejazdy rosyjskich kolumn, nachodzili grupki żołnierzy, by im naubliżać, protestowali przed budynkami administracji zajętymi przez wojsko. Ostentacyjnie wywieszali flagi, nosili wstążki, śpiewali hymn. Z czasem wyszły na jaw także inne bardziej „zaawansowane” formy oporu, z konieczności nie rejestrowane i nie upubliczniane, jak zbieranie informacji o ruchach wojsk czy mały sabotaż (na przykład dziurawienie opon wojskowych ciężarówek). Mnie jednak interesują te pierwsze emocjonalne reakcje – i fakt, że Ukraińcy pragnęli się nimi dzielić. Ktoś nagrywał, ktoś wrzucał do sieci. Samorzutnie, choć oczywiście ów materiał z miejsca stał się narzędziem oficjalnej propagandy i wojny informacyjnej.

Dlaczego o tym wspominam? Ano mamy trzeci dzień ukraińskiej operacji w obwodzie kurskim, Ukraińcy weszli do kilkunastu miejscowości, pod kontrolą ZSU znajduje się 150 km kw. rosji (co piszę świadom umowności słowa „kontrola” w sytuacji blitzkriegu) – a dotąd nie pojawił się żaden materiał ilustrujący obywatelski opór rosjan. Żaden. W trzecim dniu „pełnoskalówki” w sieci były już dziesiątki takich filmów wykonanych przez ukraińskich cywilów. Jasne, skala tamtej operacji była znacząco wyższa, z rosjanami zetknęły się dziesiątki tysięcy obywateli napadniętego kraju. Tutaj mówimy o niewielkim terenie i tysiącach ludzi, w życiu których nagle pojawili się najeźdźcy. Ale u licha, naprawdę nikt nie mówi „nie!”?

Dowodów na cywilny opór brak, za to pojawiło się kilka materiałów, w których rosjanie skarżą się na niesprawiedliwość, jaka ich dotknęła. Bo dlaczego to akurat ich wieś czy miasteczko zostało zaatakowane? Dlaczego to oni musieli uciekać z domów? Obok narzekania na złych Ukraińców w tych filmach pojawia się też bardzo rosyjski element. „Lokalne władze nas zawiodły, putin pomóż!”, proszą zwykle kobiety, co układa się w kolejną bajkę o „złych bojarach i dobrym carze”.

A teraz odrobina historii. Gdy wiosną zeszłego roku oprychy prigożyna maszerowały na Moskwę, świat ze zdumieniem przyglądał się bezradności i obojętności rosyjskiej armii i służb porządkowych. Nie licząc wyjątków, żołnierze i funkcjonariusze mieli „wywalone” na to, że jakaś zbrojna grupa idzie na stolicę, że państwu grozi przewrót. Ryba psuje się od głowy – generałowie postanowili się nie mieszać, nie wydali rozkazów, podwładni posłusznie stali z bronią u nogi. Państwowców i etosowców służby (i przysięgi!) nie było za wielu.

Również cywile mieli „wywalone” – wagnerowcy nie musieli obawiać się gwałtownych reakcji z ich strony. Ba, w Rostowie tłum wręcz zbratał się z bandytami – w końcu najemnicy mieli karabiny, wozy opancerzone, czołgi.

Do brzegu – sytuacja w obwodzie kurskim zdaje się potwierdzać niską kondycję moralną rosyjskiego społeczeństwa. Nie tylko brak refleksji na temat zbrodni, jaką jest napaść na Ukrainę, ale też obrzydliwy egocentryzm, do opisu którego w Polsce używamy cytatu z Sienkiewicza: „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy, to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy”. Najazd udowadnia, że model zależności feudalnej ma się w rosji dobrze, nade wszystko jednak pokazuje, że cały ten urra-ptriotyzm – całe to pitolenie o „matuszcze rasiji” – jest na pokaz.

I w ogóle mnie to nie martwi.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli spodobał się Wam ten tekst, szerujcie go proszę. Pamiętajcie również o tym, że piszę głównie dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Trzeba mi ich jak diabli, bo ostatnio ze zbieraniem środków na raport jest „tak se”. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen z filmiku o „złych Ukraińcach”

„Hybrydowy”

Właśnie mija pół roku, odkąd gen. Ołeksandr Syrski pełni funkcję naczelnego dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy (ZSU). To wystarczająco dużo czasu, by pokusić się o pierwsze podsumowania oraz zastanowić nad przyszłością generała i kondycją dowodzonej przez niego armii.

Syrski zastąpił na stanowisku uwielbianego przez Ukraińców gen. Walerija Załużnego, który wszedł w konflikt z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim i najprawdopodobniej z tego powodu musiał podać się do dymisji. Jej okoliczności, osobowość i zasługi Załużnego sprawiły, że Syrski już na wejście „miał pod górkę”. Sugerowano, że nie dorasta do poprzednika, z którym utożsamiano błyskotliwą operację obronną i rekonkwisty z 2022 roku.

Ponadto nowego dowódcę obciążało rosyjskie pochodzenie (rodzice i brat nadal żyją w rosji), edukacja i służba w armii sowieckiej oraz – nade wszystko – wywiedzione stamtąd nawyki. „Syrski to agresywny dowódca, dla którego liczy się cel, bez względu na koszty – dlatego nie jest lubiany przez żołnierzy”, konkludowało wielu obserwatorów konfliktu. Przykładem tej bezceremonialności miały być uporczywe, i w ocenie większości analityków nieefektywne, obrony Sołedaru i Bachmutu. „Ten człowiek wykrwawi ZSU…”, zapowiadali skrajni pesymiści.

Armię, która na początku lutego 2024 roku była w kiepskiej sytuacji. Zdziesiątkowana (mniejsza o 25 proc. w porównaniu ze stanem z wiosny 2022 roku), zmęczona (większość żołnierzy służyła rok lub dłużej), borykająca się z bardzo poważnym kryzysem amunicyjnym oraz z piętnem nieudanej kontrofensywy na Zaporożu, która – biorąc pod uwagę społeczne oczekiwania – miała wręcz rozstrzygnąć losy wojny. Poddana nieustannej rosyjskiej presji, głównie w Donbasie, co zimą 2024 roku przybrało postać wielkiej bitwy o maleńką Awdijiwkę. To tam Syrski miał wykazać swą „sowiecką bezkompromisowość”, żądając od podwładnych obrony do upadłego.

Tymczasem generał zaskoczył adwersarzy i rozkazał wycofanie ZSU z nieperspektywicznej rubieży. I później wielokrotnie udowodnił, że jest dowódcą, który nie realizuje stalinowskiej strategii „ani kroku wstecz!” – że woli obronę manewrową, dopuszcza utratę terytoriów, jeśli tym sposobem można podjąć bardziej efektywną walkę, w której nie dość, że zadaje się przeciwnikowi poważne straty, to jeszcze dba o redukowanie własnych ubytków. Te zaś znów – przez niemal pół roku podobne do rosyjskich – stały się znacząco niższe, co należy uznać za zasługę głównodowodzącego (wszak pamiętajmy, że intensywność działań zbrojnych wzrosła, w związku z czym w liczbach bezwzględnych obie strony ponoszą obecnie straty wyższe niż w pierwszym i drugim roku wojny).

Prezydent Zełenski oczekiwał od gen. Syrskiego stabilizacji frontu – i zadanie to zostało zrealizowane. Korekty przebiegu linii mają rzecz jasna miejsce – są efektem punktowej rosyjskiej presji i wspomnianej obrony manewrowej Ukraińców – lecz ogólna sytuacja daleka jest od załamania. rosjanie nie mają szansy na wykonanie poważnego wyłomu i wyjścia na ukraińskie tyły. Ba, ich siły się wyczerpują i w najbliższych tygodniach można spodziewać się spadku potencjału bojowego poniżej progu niezbędnego dla przeprowadzania nawet ograniczonych działań ofensywnych.

W maju rosjanie podjęli próbę otwarcia nowego frontu na północ od Charkowa – zamiar ten został przez Ukraińców pokrzyżowany. Co istotne, odbyło się to bez (zapewne oczekiwanej przez agresorów) rotacji jednostek ZSU walczących w Donbasie i na Zaporożu. Syrski poradził sobie z nowym zagrożeniem bez konieczności osłabiania innych odcinków frontu. Stało się tak również za sprawą twardej postawy generała, który – w przeciwieństwie do poprzednika – nie obawiał się „ruszyć świętych krów”, brygad „trwale odwodowych”. Syrski wychodzi z założenia, że obciążenia związane z walką należy rozkładać w armii na tyle równomiernie, na ile się da. Inna sprawa, że na niższych szczeblach często rozumieją to opacznie, wysyłając do okopów „droniarzy”, logistyków, wszelkiej maści specjalistów – ale owo marnowanie potencjału to temat na odrębny tekst.

Stabilizacja, o której piszę, jest też efektem wielu innych czynników. Syrskiemu pomógł powrót do gry Stanów Zjednoczonych i „przebudzenie” Europy, co przełożyło się na potężne wsparcie materiałowe dla ZSU. Nie bez znaczenia jest w tym kontekście przyjęta w maju ustawa mobilizacyjna, dzięki której do koszar znów napływa przyzwoity strumień rekrutów. Z drugiej strony, wyczerpują się zapasy sprzętowe rosjan, a ich przemysł zbrojeniowy okazuje się kolosem na glinianych nogach, niezdolnym do wsparcia armii w prowadzeniu wojny o wysokiej intensywności.

Złośliwiec mógłby rzec, że w takich okolicznościach wystarczy nie przeszkadzać, ale ja nie zamierzam redukować roli Syrskiego do „nieprzeszkadzania”. Zgadzam się jednak z opinią, że generał nie przeszedł jeszcze najważniejszego testu. Potwierdził, że dobrze „czyta” rosjan, stojąc na czele operacji obronnej – nie tylko przez ostatnie pół roku, w skali kraju, ale i wcześniej, podczas walk o Kijów w 2022 roku. Udowodnił, że coś, co go rzekomo obciąża – „sowiecki sposób myślenia” – może być przydatny, zwłaszcza przy jednoczesnym zastosowaniu zachodnich wzorców działania i techniki. Teraz czekam na moment, w którym owa hybrydowość objawi się w operacji zaczepnej, prowadzonej z pozycji głównodowodzącego.

Tylko czy generał doczeka? I nie chodzi mi o możliwości ZSU (nadal zbyt ograniczone), a raczej o zagrożenia natury politycznej. W Ukrainie coraz częściej mówi się o braku chemii między Syrskim a Zełenskim…

Ps. Napisałem ten tekst – dla portalu „Polska Zbrojna” – 5 sierpnia, dwie doby później Ukraińcy rozpoczęli operację kurską. Zdaje się więc, że jednak mamy ów test – i że jak na razie Syrski przechodzi go bardzo pozytywnie.

Nz. Gen. Syrski (po prawej)/fot. SzG ZSU

A gdybyście chcieli nabyć egzemplarze moich książek „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Zuchwałość

Zniszczenie przez rosjan elektrowni i sieci przesyłowych – co doprowadziło ukraińską energetykę do utraty 60 proc. mocy – to państwowy terroryzm „najczystszej wody”. Jest lato, więc najpoważniejsze skutki humanitarne tego działania dopiero przed nami. Jakie? Niewykluczone, że Ukrainę czeka kolejny exodus, zwłaszcza gdyby zima okazała się mroźna i długa.

Dlaczego o tym wspominam? Ano staram się ubiec jojczenie wszelkiej maści „oburzonych”, gdyby okazało się, że celem ukraińskiej operacji w rosyjskim obwodzie kurskim jest przejęcie tamtejszych instalacji energetycznych. Nade wszystko kurskiej elektrowni jądrowej, ale też zajętej już przez ZSU przepompowni gazu w Sudży.

Dopuszczam takie intencje, choć oceniam je jako mało prawdopodobne.

Zaraz do tej kwestii wrócę, ale najpierw kilka słów o innym scenariuszu. Obserwując ukraińskie działania i wiedząc już więcej o skali przedsięwzięcia (w które może być zaangażowanych nawet 10 tys. żołnierzy ZSU), coraz bardziej skłaniam się ku hipotezie, że dowództwo armii ukraińskiej chce odciągnąć jak najwięcej rosyjskich jednostek z innych odcinków frontu. Trudną sytuację obrońców w Donbasie i na Zaporożu poprawiłoby dosłanie rezerw, ale taki sam efekt można osiągnąć zuchwałym uderzeniem na tyły przeciwnika – w tym przypadku rozumiane jako jego rdzenne terytorium, co niesie dodatkowe, poważne korzyści propagandowe.

Sądząc po docierających z rosyjskiej strony wiadomościach, moskale weszli w szyte przez Ukraińców buty. Już wczoraj zaczęli wycofywać i przerzucać oddziały dotąd zaangażowane na centralnym i południowym odcinku frontu. Co istotne, w pierwszym rzędzie dotyczy to rosyjskiej „straży pożarnej” – jednostek powietrznodesantowych, których obecność w Donbasie i na Zaporożu mocno doskwierała obrońcom.

Ten scenariusz zakłada, że Ukraińcy planują nieco dłuższy pobyt na rosyjskiej ziemi. I twardą obronę na wysuniętych od granicy pozycjach. Oznaczałoby to dla rosjan konieczność zaangażowania dużych sił do prób zniwelowania zagrożenia. Jeśli istotnie Ukraińcy trzymają tam (w obwodzie kurskim i przyległych doń obszarach Ukrainy) 10 tys. ludzi, rosjanie musieliby rzucić do walki nawet pięciokrotnie liczniejszy kontyngent, przyzwoicie wyposażony w sprzęt ciężki i pochłaniający istotną część zasobów przeznaczonych na „spec-operację”. Przypomnijmy, armia rosyjska w Ukrainie liczy obecnie ponad pół miliona żołnierzy, z których połowa bierze czynny udział w działaniach bojowych. Wycofanie 10 proc. najwartościowszych sił byłoby poważnym osłabieniem wojsk inwazyjnych. Co przyniosłoby Ukraińcom ulgę, a kto wie, może nawet pozwoliło im na przeprowadzenie ograniczonej operacji zaczepnej na własnym terenie (dziś, po zaskakującej akcji w obwodzie kurskim, nie warto z góry zakładać, że ZSU nie są zdolne do takich akcji).

A teraz wróćmy do wspomnianego na wstępie scenariusza. Byłby „hultajski”. Dałby asumpt do zrównywania Ukraińców z rosjanami i ich atomowym terroryzmem, którego najdonioślejszym przykładem jest okupacja zaporoskiej elektrowni jądrowej. Już pojawiają się oskarżenia – napędzane wzrostem cen błękitnego paliwa – że zajęcie przepompowni w Sudży ma na celu szantażowanie Europy, do której trafia rosyjski gaz. Trochę to niemądre, wszak nitki gazociągu wiodą przez Ukrainę i ta – by namieszać – wcale nie musiałaby zajmować przepompowni na rosyjskim terenie. Tak czy inaczej, sklejanie Ukraińców z praktykami terrorystycznymi już się dzieje. Co jest ryzykowne, wziąwszy pod uwagę nierealistyczne oczekiwania Zachodu – tak polityków, jak i opinii publicznych – z których wynika, że Ukraińcy winni być krystaliczni i krystalicznie prowadzić wojnę.

W tej perspektywie zajmowanie elektrowni to pomysł na utratę wsparcia sojuszników – a przynajmniej trzeba się z tym liczyć.

Ale zarazem pomysł do zrealizowania, wszak wystarczy tam wejść – rosjanie nie są na tyle niemądrzy, by obiekt próbować odbić. Co byłoby potem? Ano handel wymienny – „my wam kurską, wy nam zaporoską”. Desperackie to do bólu (i między innymi dlatego, moim zdaniem, mało prawdopodobne). Ale Ukraina jest w desperackiej sytuacji, doprowadzona do niej przez rosjan – zuchwałość w takich okolicznościach nie wydaje mi się jakąś szczególnie istotną wadą.

Ps. Ukraińskie oddziały prą bardziej na zachód niż na północ, w stronę elektrowni. Albo nie jest ona ich celem, albo… zamierzają ją oskrzydlić.

Dziękuję za lekturę! Jeśli spodobał się Wam ten tekst, szerujcie go proszę. Pamiętajcie również o tym, że piszę głównie dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Trzeba mi ich jak diabli, bo ostatnio ze zbieraniem środków na raport jest „tak se”. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Mapa sytuacyjna z rana/fot. WarMapper.org

Ostrzeżenie

„To pierwszy taki przypadek w historii”, orzekli entuzjaści dronów i militarni analitycy. Jaki? Ano Ukraińcom powiódł się atak przy użyciu bezzałogowca, którego celem był helikopter w locie. Zdarzenie zarejestrowano w rejonie walk toczonych w obwodzie kurskim, gdzie wtargnęły oddziały armii ukraińskiej. Trafiona maszyna to szturmowy Mi-28, będący na wyposażeniu wojsk rosyjskich.

Po prawdzie nie znamy losu helikoptera. Ujawnione nagranie kończy się w momencie uderzenia. Jak poważne uszkodzenia odniosła maszyna? Jej załoga przerwała lot? Śmigłowiec spadł? Mnożą się spekulacje, a solidnych dowodów brak, choć samo przechwycenie oczywiście jest sukcesem ukraińskich droniarzy.

Lecz nie o śmigłowcach i dronach chcę dziś pisać. Dla porządku dodam tylko, że rosjanie stracili we wtorek w obwodzie kurskim inny helikopter – niezwykle cenny dla nich Ka-52 (co akurat zostało dobrze udokumentowane).

—–

A teraz do sedna, czyli samej operacji w rosji. O co chodzi Ukraińcom, którzy wdarli się na głębokość kilkunastu kilometrów w przygranicznym pasie szerokim na 30 km (dla tych, którzy czytają o tej akcji po raz pierwszy: zaczęło się wczoraj, ZSU uderzyły z okolic Sumów, ukraińskie oddziały kierują się w stronę rosyjskiego miasta Sudża).

Nie wiemy, co „siedzi” w głowach ukraińskich planistów, możemy co najwyżej pospekulować. W tej chwili w obiegu jest kilka hipotez – wspomnę o nich i dorzucę też własne.

Wedle jednej, Ukraińcom chodzi o wyszarpanie skrawków rosyjskiego terytorium, by poprawić pozycję negocjacyjną podczas – i tu drugi element powziętego założenia – zbliżających się rozmów pokojowych. Nie brzmi to głupio, wszak obecnie znaczniej prościej jest zająć rdzennie rosyjskie tereny, niż próbować odbijać okupowane obszary Ukrainy (vide: sromotna porażka kontrofensywy na Zaporożu). Pewność siebie rosjan, którzy nie zabezpieczyli granicy z Ukrainą, bądź zabezpieczyli w niedostatecznym zakresie, oraz „krótka kołderka” armii federacji, pracują tu na korzyść ZSU. Gdzie słabość tej koncepcji? Ukraińcy nie posłali w bój patałaszej zbieraniny z tzw.: korpusu rosyjskiego (składającego się z „odwróconych” rosjan), a oddziały z własnych co najmniej dwóch elitarnych brygad – co sugeruje poważne zamiary.

No ale skala działań wciąż wydaje się mocno ograniczona – bierze w nich udział kilkuset żołnierzy, około 2-3 tys. koncentruje się w rejonie Sumów, ukraińskiego miasta będącego zapleczem operacji. Do zajęcia rosyjskiej Sudży to pewnie wystarczy, ale czy pięciotysięczne miasteczko to dość „ambitny” cel? Jego przejęcie byłoby dla rosjan propagandowym ciosem, ale los miejscowości w ewentualnych negocjacjach nie miałby moim zdaniem żadnego znaczenia. Nie udałoby się „przehandlować” Sudży i okolic za jakieś istotne dla Ukrainy i rozległe terytoria. A wymiana „jeden do jednego” (licząc powierzchnią) podważa sensowność przedsięwzięcia.

Chyba że Ukraińcy dopiero się rozkręcają, zadysponowane siły są znacznie większe (to, że nie ma ich jeszcze na miejscu, nie podważa sensowności takiego rozumowania), a plany dużo ambitniejsze. Mając w rękach Kursk (88 km od granicy), Kijów zyskałby solidny argument negocjacyjny. Tyle że taki scenariusz nie wydaje mi się prawdopodobny, wziąwszy pod uwagę szczupłość ukraińskich rezerw.

Z jeszcze innej perspektywy patrząc – latem zeszłego roku pięć tysięcy wagnerowców przewędrowało setki kilometrów do Moskwy, po drodze z marszu biorąc Rostów nad Donem. Oprychy mogły, a profesjonalne wojsko nie? Ale tu znów włącza się krytycyzm. Pamiętacie Krynki – przyczółek na wschodnim brzegu Dniepru, w okolicach Chersonia, trzymany przez wiele miesięcy przez Ukraińców? W trakcie walk o wieś zginęło i zostało rannych około czterech tysięcy ukraińskich żołnierzy, a i tak ZSU musiały opuścić pozycje. Zabito tam mnóstwo rosjan, zniszczono im setki sztuk sprzętu ciężkiego, ale przyczółek swojej roli nie spełnił (nie stał się punktem wyjścia dla większej operacji zaczepnej). Boje o Krynki uchodzą za jedną z najbardziej kontrowersyjnych operacji armii ukraińskiej; słusznie czy nie, niosą istotne wnioski. Otóż nie da się utrzymać wojska na nieprzyjaznym terenie bez odpowiedniego logistycznego wsparcia oraz parasola powietrznego. Spadochroniarzy, którzy bronili Krynek, dzieliła od swoich kłopotliwa wstęga Dniepru, a w powietrzu nie było żadnego sojusznika. Okresowo nie mieli czym walczyć, jak się rotować, ewakuować rannych, a w ostatnich tygodniach zmagań byli bezwzględnie wybombardowywani. Taki sam los mógłby spotkać „rajdowców” operujących w obwodzie kurskim. Być może ukraińska logistyka i lotnictwo podołałyby zadaniu, ale czy nie wiązałoby się to ze zbyt dużymi kosztami? Przecież wcale nie jest tak, że w Donbasie czy na Zaporożu Ukraińcy mają pełną kontrolę nad sytuacją. Tam, jakkolwiek skutecznie blokowani, to rosjanie posiadają inicjatywę operacyjną. No ale, na wojnie nie da się nie ryzykować – w którymś momencie tylko zuchwałe działania mogą przynieść upragniony (nawet jeśli umiarkowany) sukces.

A skoro o umiarkowaniu mowa – bardziej przemawia do mnie inna koncepcja. Ukraińcom może chodzić o „zrolowanie frontu”. Mam na myśli charkowski odcinek, otwarty w maju; rosjanie zostali tam pokonani, ale nie wyparto ich z kilku przygranicznych wiosek i ze zrujnowanego Wołczańska. Uderzenie z flanki, z groźbą wyjścia na tyłu okupujących fragmenty Charkowszczyzny rosjan, mogłoby ich zmusić do odwrotu. Co zyskaliby na tym Ukraińcy? Propagandowo sporo, mogliby bowiem ogłosić całkowitą klęskę rosyjskiej operacji charkowskiej, a ponowna deokupacja terenów na północ od Charkowa przyniosłaby ulgę miasteczkom i wsiom „przytulonym” do metropolii, będącym obecnie w zasięgu rosyjskiej artylerii. „Wyjęcie” do tego zadania kilku tysięcy żołnierzy elitarnych formacji nie wydaje się dużym kosztem. Po pierwsze, z uwagi na wspomniane efekty, po drugie, z założenia byłaby to operacja krótkotrwała, przerwana po wycofaniu się moskali z Charkowszczyzny.

Trzecia hipoteza – popularna zwłaszcza wśród (że tak to ujmę) „ukrainosceptyków” – kładzie nacisk na kwestie propagandowe. Przypisuje Ukraińcom brak zamysłu operacyjnego, całą akcję sprowadzając do chęci pokazania – swoim i światu – że „możemy i potrafimy atakować”. Ku pokrzepieniu serc, ewentualnie (w czym kryje się cień racjonalności), by wymusić większe dostawy zachodniego sprzętu – „bo zobaczcie, co my potrafimy nim zrobić!”. Wyjaśnień jest oczywiście więcej, ale szkoda mi na nie uwagi, wszak zwykle to – świadomy lub nie – (pro)rosyjski bulgot.

—–

A teraz czas na moje własne hipotezy.

Nie da się wykluczyć, że ukraińskie uderzenie ma charakter wyprzedzający. O zagrożeniu obwodu sumskiego mówi się już od dawna, zwłaszcza po rosyjskim uderzeniu w rejonie Charkowa. Nie traktowałem poważnie doniesień o rosyjskich planach ponownej ofensywy przez Sumy na Kijów, bo moskale nie są to tego zdolni (nie mają dość sił). Ale „namieszanie” w regionie – tak jak namieszali niedawno na Charkowszczyźnie – już było i jest w ich zasięgu. No więc Ukraińcy postanowili pokrzyżować te plany – z własnej inicjatywy wejść w kontakt bojowy z jednostkami przeciwnika, wykrwawić je, a następnie wrócić na pozycje wyjściowe.

Analitycy zauważają, że odziały ZSU wsunęły się w obwód kurski jak nóż w masło, mając naprzeciw siebie tyłowe formacje, w tym tchórzliwych ahmetowców (którzy z miejsca dali nogę). Czyli nikt tam (po rosyjskiej stronie) nie sposobił się do rajdu na Sumy? No niekoniecznie – rosjanie wiedzą, że Ukraińcy mają zielone światło do używania zachodniej broni w przygranicznych obszarach rosji. Więc o ile jakiś czas temu mogli pozwolić sobie na koncentrację oddziałów przy samej granicy, teraz już nie mogą – bo dalekonośna i precyzyjna zachodnia artyleria przemieliłaby je, zanim jeszcze zaczęłyby atakować Ukrainę. Ta hipoteza zakłada więc, że rosjanie niebawem rzucą do walki większe siły, teraz skoncentrowane kilkadziesiąt kilometrów od granicy. Sądząc po docierających do mnie informacjach, tak właśnie się dzieje.

I na koniec scenariusz według mnie najbardziej prawdopodobny (tak długo, jak mamy do czynienia z ograniczonym rozmachem działań).

Najpierw jednak odrobina wprowadzenia. Ukraińcy boją się wizji zamrożonego konfliktu – „wojny sporadycznej”, toczonej „od czasu do czasu”, cechującej się „falowymi wzmożeniami”. Z rozmów, jakie przeprowadziłem w ostatnich tygodniach, wyłania się obraz tych lęków. Ma on dwie zasadnicze składowe – pierwsza wiąże się z ryzykiem rosyjskich ataków rakietowo-dronowych, druga dotyczy akcji pacyfikacyjnych, przeprowadzonych na niewielkim obszarze w rejonie linii rozgraniczenia/frontu/granicy. „Oni nie dadzą nam spokoju. Co jakiś czas uderzą w którąś z naszych elektrowni lub wpadną, żeby zniszczyć kolejne miasteczko, jak Wołczańsk”, oto istota tych wizji.

Podzielają je zwykli ludzie, podzielają wojskowi i politycy. Nie da się wykluczyć, że operacja w obwodzie kurskim to sposób na redukcję zagrożeń. Na pokazanie, że „my też potrafimy się odgryźć, uważajcie!”. Siły Zbrojne Ukrainy po wielokroć udowodniły, że są w stanie atakować z powietrza elementy krytycznej infrastruktury nawet w głębi rosji. Teraz – w myśl tej hipotezy – zamierzają udowodnić, że są w stanie z powodzeniem penetrować przygraniczne terytorium przeciwnika. Nie na zasadzie krótkotrwałego rajdu w wykonaniu kilkudziesięcioosobowego komanda, ale w realiach liczniejszej i dłuższej obecności.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli spodobał się Wam ten tekst, szerujcie go proszę. Pamiętajcie również o tym, że piszę głównie dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Trzeba mi ich jak diabli, bo ostatnio ze zbieraniem środków na raport jest „tak se”. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zestrzelony wczoraj Ka-52. Pilot nie przeżył, nawigator został ranny/fot. anonimowe źródło rosyjskie