Groźba

Krótki przegląd mediów z ostatnich tygodni nie pozostawia złudzeń – atak rosji na kraje NATO jest już przesądzony. Rozmaitych wieszczy różni co najwyżej perspektywa – zdaniem jednych, wojna wybuchnie w ciągu roku, inni przewidują jej początek za trzy, kolejni za pięć-sześć lat.

Patrząc z perspektywy budowania możliwości obronnych – to w zasadzie „jutro”.

Nie będę odnosił się do konkretnych przewidywań i uczciwie zaznaczę, że jestem wobec takich scenariuszy sceptyczny – co wynika z krytycznej oceny potencjału federacji rosyjskiej. Nie zmienia to faktu, że lęki związane z ryzykownymi działaniami rosji obecne są u dużej części Polaków. Jak wynika z lutowego sondażu Instytut Badań Pollster, aż 56 proc. ankietowanych przyznało, że obawia się wojny rosji z NATO (32 proc. badanych nie podzieliło takich obaw). No i jest też cechą rzetelnego wojskowego planowania uwzględnienie nawet minimalnych zagrożeń – by w razie potrzeby móc na nie odpowiednio reagować.

—–

W pełnych pesymizmu przepowiedniach zwykle pierwszym celem rosyjskiego ataku nie jest Polska, a państwa nadbałtyckie. To skądinąd zupełnie racjonalny „wybór”, zważywszy na położenie i potencjał militarny Rzeczpospolitej. Mimo granicy z obwodem królewieckim nie jesteśmy tak „wystawieni” jak Litwa, Łotwa i Estonia (choć operacyjne wykorzystanie terytorium Białorusi w zasadzie tę zaletę znosi). No i nasza armia byłaby dla wojsk rosyjskich dużo poważniejszym wyzwaniem niż siły Bałtów – takim, do którego należałoby się bardziej i dłużej przygotować.

W „obiegu” są rzecz jasna scenariusze jednoczesnego uderzenia rosji na Polskę i kraje nadbałtyckie, ale to już totalne war-fiction. Na gruncie realistycznych rozważań – mało prawdopodobnych, ale nie niemożliwych – należy uznać, że nawet jeśli Moskwa chciałaby zaatakować nasz kraj, byłby to jej kolejny krok po uprzednim zajęciu „Pribałtyki”.

A co z Ukrainą? Właściwym jest założenie, że trwający tam konflikt wiąże ręce Moskwie. Skala działań i wielkość zaangażowanego potencjału nie pozwalają rosji na inne interwencje.

Lecz na potrzeby tekstu przyjmijmy założenie z na poły żartobliwego prawa Murphy’ego – że co miało się zepsuć, to się zepsuło; co mogło pójść nie tak, właśnie nie tak poszło. Wiele rzeczy musiałoby się wydarzyć – a inne nie wydarzyć – by rosja stworzyła odpowiednio liczny i wyposażony kontyngent do działań wymierzonych w kraje nadbałtyckie, przy jednoczesnym utrzymaniu status quo w Ukrainie. Dużo poważniejsza niż obecnie erozja pomocy wojskowej Zachodu oraz gwałtowny rozkład samodzielnych możliwości obronnych Ukrainy odegrałyby tu kluczową rolę. Pozwoliłyby putinowi zamrozić konflikt, a zarazem trzymać topór w powietrzu, gdyby Ukraińcy zechcieli wykorzystać otwarcie kolejnego frontu na swoją korzyść.

To skrajnie mało prawdopodobne, ale całkowicie wyrugować takiej opcji nie sposób.

—–

No więc mamy gromadzących się rosjan u granic krajów nadbałtyckich – i co dalej? Jak ochronić naszych sojuszników?

Powiedzmy sobie jasno – Litwa, Łotwa i Estonia to bardzo niewdzięczny teren do obrony. I „niewybaczający” zaniechań i pomyłek.

Spójrzmy najpierw na Ukrainę, trzy i pół razy większą niż cała nadbałtycka trójka. Przestrzenna rozległość tego kraju zapewniła mu głębię strategiczną i operacyjną – zaplecze, w którym odtwarza się gotowość bojową ukraińskiej armii i „zapas terenu” pozwalający na tworzenie kolejnych linii obronnych w razie niepowodzeń. Zarazem rozłożyła rosyjską logistykę, która w realiach rozciągniętych szlaków zaopatrzeniowych nie była w stanie – zwłaszcza w początkowym okresie pełnoskalowej wojny – zapewnić dostaw pierwszoliniowym oddziałom, przesądzając o ich porażkach.

Tymczasem kraje nadbałtyckie są nieduże, pokonane dystansu od granicy z rosją/Białorusią do morza mogłoby zająć oddziałom zmechanizowanym kilka-kilkanaście godzin. Nawet w przypadku najgłębiej prowadzonych natarć, zaplecze logistyczne dla wykonujących je oddziałów znajdowałoby się – patrząc z perspektywy rosjan – na ich własnym terytorium. W „Pribałtyce” nie ma miejsca na budowanie głęboko urzutowanych pozycji obronnych, na manewr bezpiecznego odskoku, by się przegrupować i przejść do kontrataku. Przegrana bitwa graniczna zapewne oznaczałaby przegraną wojnę. Rosyjską falę należałoby zatem odeprzeć zaraz u początku naporu.

Siły Bałtów byłyby w tym celu niewystarczające. Z gier sztabowych przeprowadzonych kilka lat temu w Pentagonie wynika, że do skutecznej obrony państw nadbałtyckich – poza miejscowymi wojskami – należałoby delegować dziesięć natowskich brygad ciężkich. Dodatkowe 40 tysięcy ludzi, z ponad tysiącem czołgów i wozów bojowych. Gdyby rosjanie dziś koncentrowali się u granic Litwy, Łotwy i Estonii, wyekspediowanie takich sił byłoby trudne, biorąc pod uwagę zasoby Europy, ale nie niemożliwe. Z wiodącym udziałem Amerykanów w zasadzie proste.

Co to oznacza dla rosyjskich kalkulacji, nietrudno sobie wyobrazić. Ale…

…do lektury pozostałej części mojego tekstu zapraszam Was na portal Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. No więc nas straszą, wykorzystując do tego także Białoruś/screen z dzisiejszej Rzepy

Racjonowanie

Sytuacja na Wschodzie wyraźnie się stabilizuje – ukraińska obrona znów weszła w fazę krzepnięcia, rosyjska presja ponownie wytraca impet. Ba, od kilku dni na najbardziej gorącym, kupiańskim odcinku frontu, obserwujemy znacznie większą aktywność ukraińskiej artylerii. To już nie są pojedyncze wystrzały – „interwencyjne”, gdy konieczne jest porażenie nacierających rosjan – ale powrót do praktyki kilkudziesięciominutowych, zmasowanych ostrzałów pierwszej rosyjskiej linii i bezpośredniego zaplecza. Na razie ponawianych raz na dobę, ale dobre i to.

Nie, to nie znaczy, że „czeska” amunicja dotarła już do Ukrainy – jak sądzą niektórzy obserwatorzy konfliktu. Takie sugestie wynikają najpewniej z nadmiernego optymizmu, ale i niezrozumienia istoty ukraińskiego „głodu amunicyjnego”.

Czeska inicjatywa jest „w progresie” – pociski z tego źródła zmaterializują się na froncie za jakiś czas – to po pierwsze. Po drugie, nawet w najczarniejszych godzinach kryzysu amunicyjnego – kiedy artyleria ZSU miała do dyspozycji po kilka pocisków na lufę/na dobę – nie oznaczało to kompletnie wyczyszczonych magazynów. Ba, w składach amunicyjnych zaległy najpewniej setki tysięcy pocisków. Rezerwa strategiczna, do ruszenia w naprawdę krytycznej sytuacji. A takiej – wbrew wielu medialnym doniesieniom – na przełomie ostatniej jesieni i mijającej zimy nie mieliśmy.

Było poważnie, zwłaszcza na finale walk o Awdijiwkę, ale nigdy krytycznie.

Było źle z dostępem do amunicji, ale gdyby frontowi groziło załamanie, naruszono by strategiczne rezerwy. Tak się prowadzi wojnę – która w ostatecznym rozrachunku jest domeną księgowych i logistyków. Zwłaszcza wojnę materiałową o wysokiej intensywności, już długą i w perspektywie co najmniej wielomiesięczną.

Większa aktywność ukraińskiej artylerii na odcinku kupiańskim może mieć związek z czeską inicjatywą – w tym sensie, że gwarancja dostaw z tego źródła pozwala na swobodniejsze gospodarowanie żelaznymi zapasami.

Tylko tyle i aż tyle.

—–

Gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, to polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. „Za dzieci Ukrainy”, specjalna dedykacja na pocisku artyleryjskim/fot. ZSU

PS. Szanowni, przypominam o nowej funkcjonalności mojego profilu na Patronite – chyba ciekawej. Pojawił się mianowicie sklep, a w nim „Alfabet…” w specjalnej edycji z autografem. Zapraszam!

Pociski

Czasem nazywają mnie Panem Marudą, bo przychodzę, mówię jak jest, i psuję zabawę.

Taka robota.

Dziś znów trzeba ją wykonać.

Zapewne słyszeliście, że Czechom udało się zebrać pieniądze na zakup z pozaeuropejskich źródeł 800 tys. pocisków artyleryjskich. Czyli amunicji, której armii ukraińskiej brakuje w tej chwili najbardziej.

I generalnie nie ma jej już za wiele na światowym rynku – tak bardzo wojna w Ukrainie (a trochę też pacyfikacja Gazy) wydrenowała zasoby.

No więc Czesi się rozejrzeli, poniuchali i znaleźli dostępne „od ręki” 500 tys. pocisków kalibru 155 mm i 300 tys. sztuk amunicji do armat 122 mm.

Ogłosili zbiórkę, hajs się znalazł – i mnóstwo dobrych, ale nieobeznanych z realiami ludzi odetchnęło z ulgą. Bo „Ukraina ma czym strzelać” i zaraz „ruskie dostaną solidne wciry”. Ba, co poniektórzy wręcz uznają, że to jakiś gejmczendżer.

No nie.

Załóżmy, że sprawa jest rzeczywiście finansowo dopięta. I tu na scenę wjeżdża logistyka. Nie wiadomo skąd jest ta amunicja, dobrze poinformowani mówią, że z Turcji (względnie blisko) oraz Korei Południowej i RPA (daleko…).

Trzeba to zwieźć do Europy – do Polski i/lub Rumunii. 800 tys. pocisków i drugie tyle ładunków miotających to bagatela 48 tys. ton towaru. Luzem się tego nie transportuje, więc ze skrzyniami daje nam to jakieś 60 tys. ton. 1000 standardowych wagonów. A wcześniej kilka-kilkanaście statków, które mają do przepłynięcia wiele-wiele mil.

O ile do hubu logistycznego w Polsce wystarczy zwykłe BHP, o tyle od granicy, w głąb Ukrainy, niezbędne są dodatkowe środki ostrożności. Na przykład rozproszenie transportów – im bliżej czerwonej strefy, tym częstsze (a więc mniejsze i liczniejsze „porcje”). Rozdysponowanie amunicji po jednostkach liniowych – już w strefie rażenia dronów i lotnictwa taktycznego – to finalny element tej procedury.

I ledwie część problemów, z jakimi trzeba się będzie zmierzyć. Z czym Ukraińcy mierzą się już od dwóch lat, działają więc rutynowo, co nie zmienia faktu, że mówimy o procesie, który zajmie wiele tygodni.

Nie będzie więc na froncie żadnej natychmiastowej poprawy, a stopniowe odzyskiwanie zdolności.

Które nie osiągną nie wiadomo jakiego pułapu, bo 800 tys. pocisków wystarczy Ukraińcom na 5-6 miesięcy strzelania. Niezbyt „gęstego”, choć dzięki lepszej precyzji ukraińskiej artylerii, wystarczającego, by utemperować rosyjskie ataki.

Na takie efekty realnie możemy liczyć. Przełomu z tego nie będzie.

—–

Gdybyście chcieli wesprzeć Pana Marudę, to polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. podręczny magazyn amunicji, okolice wsi Piski, wiosna 2015 roku/fot. własne

PS. Szanowni, przypominam o całkiem nowej funkcjonalności mojego profilu na Patronite – chyba ciekawej. Pojawił się mianowicie sklep, a w nim „Alfabet…” w specjalnej edycji z autografem. Zapraszam!

Flota

Na początku tygodnia Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) w Hadze wydał nakazy aresztowania dwóch rosyjskich wojskowych – dowódcy lotnictwa dalekiego zasięgu gen. siergieja kobyłasza, oraz byłego dowódcy Floty Czarnomorskiej adm. wiktora sokołowa. Obu oficerów podejrzewa się o zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Miało do nich dojść między 10 października 2022 roku a 9 marca 2023 roku, choć – jak podkreśla MTK – istnieje prawdopodobieństwo, że rosjanie popełniali przestępstwa również w innym czasie. Jakie? Zarzuty dotyczą atakowania celów cywilnych, szczególnie podczas zmasowanych ostrzałów ukraińskich obiektów energetycznych rakietami odpalanymi z bombowców strategicznych i okrętów. A więc za zgodą i na rozkaz podejrzanych.

W rosji trochę sobie z tych nakazów śmieszkują, bo federacja nie uznaje jurysdykcji Trybunału. No i rosjanie sami by sokołowa chętnie ukarali – oczywiście, nie za mordowanie ukraińskich cywilów. Jest bowiem admirał – trzy tygodnie temu zdymisjonowany przez putina – ucieleśnieniem uwłaczających porażek, jakie Flocie Czarnomorskiej zafundowali Ukraińcy. „Niech idzie w diabły!”, kwitują zatem co bardziej krewcy zwolennicy „specjalnej operacji wojskowej”. To rzecz jasna nie przesądzi o wysyłce sokołowa do Hagi – ba, putinowska rosja, z powodów wizerunkowych, nigdy do tego nie dopuści. Prędzej nieszczęsny admirał skończy jak wielu innych rosyjskich oficerów, którzy stracili przychylność Kremla – „zupełnie przypadkiem” wypadając z okna lub balkonu.

—–

A miało być tak pięknie…

W przededniu pełnoskalowej inwazji Flocie Czarnomorskiej postawiono dwa zadania. Miała założyć blokadę morską ukraińskich portów i szlaków żeglugowych oraz umożliwić i przeprowadzić desant morski, w wyniku którego (przy współpracy z wojskami lądowymi), zajęto by Odesę. To w tym celu ściągnięto z Bałtyku dodatkowe duże okręty desantowe.

O ile blokada i zaminowanie akwenu początkowo przebiegły bez przykrych dla rosjan niespodzianek, o tyle z desantem już w pierwszych dniach wojny sprawy przybrały zły obrót. Na tym etapie nie tyle winna była flota, co armia, która nie zdołała podejść pod Odesę. Atak od morza odłożono, z nadzieją na rychłą okazję. Dziś, po całej serii katastrof, śmiało można przyjąć, że desantu rosjanie już nie przeprowadzą.

Ukraińcy „zaspawali i najeżyli” wybrzeże. Uczynili Odesę twierdzą, a wzdłuż czarnomorskiego brzegu rozstawili wyrzutnie rakiet przeciwokrętowych, które przepędziły rosyjskie okręty w głąb akwenu. Wpierw jednak rosjanie dostali solidną nauczkę – obrońcy zatopili im, przy użyciu właśnie takich rakiet, flagową jednostkę floty, krążownik „Moskwa”. Wtedy, w kwietniu 2022 roku, wydawało się, że to wielki, ale pojedynczy i raczej przypadkowy sukces Ukraińców. Czas pokazał, że jest inaczej.

—–

Kronika wypadków na Morzu Czarnym wymagałaby obszerniejszego tekstu. Na potrzeby tego artykułu dość zauważyć, że Ukraińcy rozszerzyli spektrum środków wykorzystywanych do walki z rosyjską flotą. Dziś tworzą je również bezzałogowce – powietrzne i morskie – oraz lotnicze pociski manewrujące, wystrzeliwane z samolotów. Atakowane są nie tylko okręty – na morzu i w portach – ale również portowa infrastruktura i instalacje wojskowe, takie jak radary, naziemne wyrzutnie, lotniska, ba, latem 2023 roku uderzono nawet w siedzibę dowództwa Floty Czarnomorskiej. Głównym celem pozostaje Krym i baza w Sewastopolu.

Jakkolwiek walka toczy się na morzu, nad morzem i o morze, w ukraińskim arsenale nie ma okrętów. Ów paradoks to kluczowa kwestia, do której wrócę za moment. Najpierw bowiem o skutkach ukraińskich działań.

Obrońcy nie tylko znieśli ryzyko desantu, ale też zerwali rosyjską blokadę. Ukraińska żywność płynie dziś statkami do Stambułu i Konstancy, choć skala eksportu jest niższa niż przed wojną. Okrętów rosyjskich w okolicy nie ma, ale pozostały miny. Wynikłe z tego ryzyko oraz wcześniejsza, okresowa szczelność blokady sprawiły, że Ukraińcy oparli część eksportu na transporcie lądowym.

Agresorów nie tylko przepędzono z zachodnich akwenów Morza Czarnego. Grillowanie krymskiego zaplecza oraz ataki na jednostki w pobliżu półwyspu sprawiły, że Flota Czarnomorska przesunęła większość jednostek do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg morza. I zasadniczo siedzi tam „na kupie”, realizując zadanie minimum – ochronę Mostu Krymskiego, logistycznej „drogi życia” i oczka w głowie putina.

—–

Do tej pory Ukraińcy trafili 36 jednostek rosyjskiej floty. Wbrew hurraoptymistycznym doniesieniom, większość okrętów przetrwała – zostały uszkodzone i czasowo wyłączone z walki (w niektórych przypadkach na kilka tygodni, zwykle na kilka miesięcy). Ale 14 poszło na dno bądź zostało całkowicie zniszczonych w dokach.

Te 36 okrętów to jedna trzecia przedwojennego stanu czarnomorskiej floty – a dodajmy do tego zniszczoną infrastrukturę, puszczone z dymem najnowocześniejsze rosyjskie zestawy przeciwlotnicze S-400 czy spalone na lotniskach samoloty (co najmniej kilkanaście sztuk). Za jaką cenę? Niemal wyłącznie zużytej amunicji – kilkuset latających i pływających dronów, kilkudziesięciu rakiet przeciwokrętowych oraz kilkudziesięciu pocisków manewrujących, brytyjskich Storm Shadow i ich francuskich odpowiedników SCALP (plus oczywiście wabików, które udawały rakiety). Prawdopodobnie Ukraińcy stracili też kilka samolotów Su-24, nośników Storm Shadow/SCALP, zestrzelonych podczas dokonywania nalotów.

Oczywiście ukraińskie straty są większe, niż tylko wynikające z tej konfrontacji. Okręty floty czarnomorskiej wystrzeliły łącznie kilkaset rakiet, które spadły na ukraińskie miasta (stąd zarzuty MTK dla jej dowódcy), a oddziały piechoty morskiej brały udział na przykład w pacyfikacji Mariupola. Tym niemniej dla oceny efektywności zmagań o kontrolę nad akwenem, tych „sukcesów” rosjan nie należy brać pod uwagę (jakkolwiek brutalnie to brzmi).

Mamy więc straty na poziomie jednej trzeciej potencjału ilościowego floty, co po prawdzie, nie odbiega od rosyjskiego standardu dla tej wojny. W mocnym uproszczeniu, armia putina straciła co trzeci czołg, wóz bojowy i inne elementy wojskowej techniki, biorąc pod uwagę stany wyjściowe i magazynowe na 24 lutego 2022 roku. Poległ również bądź został ranny co trzeci zmobilizowany i wysłany na front żołnierz. Można by więc uznać niekompetencję admirała sokołowa za typową dla kadry dowódczej sił zbrojnych federacji rosyjskiej. Tyle że putinowskim generałom przyszło mierzyć się z dużą, nieźle wyposażoną, wyszkoloną i jak się okazało, świetnie też zmotywowaną armią lądową Ukrainy. A dowódca „czarnomorskich” stanął do walki z flotą, której w zasadzie nie było, biorąc pod uwagę klasyczny potencjał morski, czyli okręty.

—–

„No więc po co nam okręty, skoro tak łatwo można je stracić?”, zastanawia się część ekspertów. Pytanie jest o tyle zasadne, że na dobre zaczęliśmy realizację ambitnego programu „Miecznik”, w ramach którego marynarka wojenna RP otrzyma trzy duże fregaty. No i generalnie ten rodzaj sił zbrojnych – pod dekadach zaniedbań – ma zostać poddany gruntownej modernizacji i rozbudowie. „Tylko po co?”, pytają sceptycy.

Szukając odpowiedzi, przyjrzyjmy się uważniej Flocie Czarnomorskiej…

… co czynię w dalszej części tekstu, który możecie przeczytać w portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Jakubowi Dziegińskiemu, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Maciejowi Ziajorowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Pawłowi Drozdowi, Czytelniczce imieniem Marta, Adzie Adamus i Łukaszowi Podsiadle.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

Nz. Okręt desantowy typu „Ropucha”; rosjanie jak dotąd stracili trzy takie jednostki/fot. MOFR

Próg

„To był mój błąd”, przyznał generał Walery Załużny w słynnym już wywiadzie dla „The Economist”, udzielonym w listopadzie 2023 roku. „Rosja ma co najmniej 150 tys. zabitych (w całej wojnie – dop. MO). W każdym innym kraju taka liczba ofiar zatrzymałaby działania zbrojne”, mówił ówczesny naczelny dowódca ukraińskich sił zbrojnych. Tymi słowami tłumaczył się z porażki kontrofensywy na Zaporożu, sugerując, że jednym z jej celów było maksymalne wykrwawienie rosjan.

Tyle że na Kremlu nie przejęli się stosami trupów.

Nie pierwszy raz, o czym piszę w „Alfabecie…”, przywołując przykład „wojny zimowej” między ZSRR a Finlandią. W jej trakcie sowietom zadano kolosalne straty, ale to nie one przesądziły o zatrzymaniu działań wojennych. Stalin przestraszył się wizji wspólnej francusko-brytyjskiej interwencji oraz tego, że „nóż w plecy” wbiją mu hitlerowskie Niemcy. 200 tys. trucheł czerwonoarmistów i cztery razy tyle rannych (w niespełna trzy miesiące!) – a kogo to obchodzi? Na pewno nie obchodziło radzieckiego wodza.

Są więc i historyczne podstawy, by założyć, że bezwzględna determinacja Kremla to czynnik, który trzeba uwzględnić w rozważaniach o przyszłości Europy.

I taki wniosek postawiłem w „Alfabecie…”, ale w następującym później wywodzie zabrakło pewnej refleksji. Dziś dostrzegam jej istotność, stąd potrzeba, aby się tą myślą podzielić.

Do tej pory zakładaliśmy, że jako NATO mamy na rosję dwa sposoby. Opcję jądrową, której potencjał odstraszania pozostaje niezmienny. I opcję konwencjonalną, opartą na przekonaniu, że świadomość jakościowej przewagi wpłynie na kalkulacje rosyjskich władz i generałów. Doprowadzi ich do wniosku, że straty, jakie ewentualnie poniosłaby rosyjska armia, będą za duże, by agresja się opłacała.

I tak rażące dysproporcje w zakresie sił powietrznych czy dalekonośnej i precyzyjnej artylerii miały dać NATO odpowiedni bufor bezpieczeństwa. Gwarantowane rosjanom duże straty „na wejście” – u początku ewentualnej konfrontacji – zawierać w sobie wystarczający potencjał odstraszania.

Ale czy rzeczywiście zawierają?

To, co dzieje się na ukraińskim froncie, zasługuje na miano hekatomby – rosjanie giną tam „przemysłowo”. Brytyjski wywiad ujawnił właśnie dane, z których wynika, że w lutym br. każdego dnia Ukraińcy eliminowali z walki niemal tysiąc rosjan, a całkowita liczba zabitych i rannych żołnierzy putina przekroczyła już 350 tys.

Proszę sobie wyobrazić jakąkolwiek europejską armię, która ponosi takie straty – i jakie byłyby tego skutki.

A dodajmy, brytyjskie szacunki są z tych ostrożniejszych.

Tymczasem, choć padają jak muchy, rosjanie nie odpuszczają.

Pamiętam rozmowy z kilkoma generałami Wojska Polskiego, jakie przeprowadziłem, przygotowując się do napisania „Międzyrzecza”. Jedna z konkluzji brzmiała mniej więcej tak: jeśli nasza armia będzie w stanie zadać ruskim straty na poziomie 150-200 tys. zabitych i rannych, Moskwa nie zdecyduje się na agresję. A wojsko, które miałoby takie możliwości, jesteśmy w stanie zbudować.

Dziś wiemy, że rosyjski „próg bólu” znajduje się dużo wyżej. Nie mam pojęcia, ilu jeszcze rosjan musi zginąć, by w Moskwie uznano, że dalsze prowadzenie wojny nie ma sensu. Pół miliona? Milion? Więcej?

Oczywiście, sytuacja z Ukrainą jest/może być nieco inna niż w przypadku nowej wojny. Niewykluczone, że Kreml – wyposażony w wiedzę, którą dysponuje w tej chwili – w ogóle by „specjalnej operacji wojskowej” nie wszczynał. Teraz zaś brnie w nią, bo skoro już tak wiele „zainwestowano”, to  nie można się wycofać. W takim ujęciu „wejściowy próg bólu” wcale nie musi być tak wysoki, jak nam się dziś, „po Ukrainie”, wydaje.

Ale dla własnego bezpieczeństwa powinniśmy założyć, że ryzyko wysokich strat może nie być dla rosjan wystarczająco odstraszające. Co w tej sytuacji zrobić?

Postawić ich przed ryzykiem BARDZO wysokich strat.

Są na to dwa sposoby: dalsza rozbudowa potencjału konwencjonalnego, by zwiększyć jego śmiercionośne możliwości. Europejskie armie – które przed dwoma dekadami na dobre weszły w model lekkich sił ekspedycyjnych – mają w tym obszarze wiele do zrobienia. Drugi sposób wiąże się z arsenałem jądrowym i regułami jego użycia (także, a może zwłaszcza w sytuacji obstrukcji Amerykanów; kontynent, o czym często zapominamy, ma do dyspozycji zasoby Francji i Wielkiej Brytanii).

Doktryny obronne naszych atomowych mocarstw pozostają niedookreślone (NATO, jako struktura, nie ma „własnej” broni jądrowej). Poza ukrywaniem realnych możliwości chodzi też o strategiczną niejednoznaczność – celowe postawienie przeciwnika w sytuacji niepewności, dotyczącej skali i charakteru reakcji obronnej. „Użyją (atomówek), nie użyją? Zrobią to od razu czy zaczekają na rozstrzygnięcia konwencjonalne?” – efektem kalkulacji takich ryzyk może być zaniechanie agresji.

Może, ale nie musi, zwłaszcza w przypadku ewidentnie bandyckiego reżimu. Który zasługuje na coś więcej niż „subtelne” groźby. Zachód (Europa) winien postawić sprawę jasno – przy każdej sposobności wprost dawać do zrozumienia, że już samo fizyczne przekroczenie granicy sojuszniczej wspólnoty będzie uznane za „ekstremalne zagrożenie” i wystarczający pretekst do użycia broni jądrowej.

Użyjemy-nie użyjemy – to już inna kwestia. Ale sprawmy, by bandyci nie mogli oceniać tego ryzyka jako znikomego.

Szanowni, piszę dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Jestem wdzięczny za dotychczasowe subskrypcje i „kawy”, proszę też o następne, by móc dalej kontynuować pisarsko-dziennikarską aktywność. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Wyimek z ujawnionych informacji wywiadowczych, o jakich piszę w tekście.

PS. Zapraszam Was do obejrzenia/odsłuchania rozmowy, jaką przeprowadził ze mną Mateusz Grzeszczuk z Podróży bez Paszportu. Rozwijam tam kilka wątków istotnych w ostatnim czasie.