Autografy

Podpisywanie książek to robota podwyższonego ryzyka – dowiedziono to już dawno temu. Więc proszę się nie śmiać z pomarańczowego wdzianka, które mam na sobie. Bezpieczeństwo i Higiena Pracy ponad wszystko!

Siłowałem się dziś w wielkim centrum logistycznym, skąd jadą w Polskę książki chyba wszystkich wydawanych nad Wisłą autorów. Mój boziu, jaki to moloch. Magazyn wysokiego składowania, pełen podnośników, wózków widłowych i temu podobnych – stąd restrykcyjne reguły przebywania.

Tak czy inaczej, kilkaset autografów wyszło przed południem spod mojej ręki.

Pytacie, gdzie podpisane książki można dostać. Ano na stronie wydawnictwa lada moment pojawi się taka opcja. W przyszłym tygodniu wystartuje też zakładka „sklep” na moim koncie na Patronite.

Jeśli ktoś już kupił/zamówił „Alfabet…” w normalnej dystrybucji – nic straconego. Planuję co najmniej kilka wieczorów autorskich (najbliższy już w przyszłym tygodniu w Radomiu), więc będzie okazja i do podpisu, i do rozmowy. O spotkaniach będę informował na bieżąco.

A propos spotkań – organizują je szeroko pojęte instytucje kultury, szkoły, uczelnie; to one muszą mnie zaprosić. Więc jeśli ktoś chciałby Ogdowskiego u siebie, najpierw trzeba podrzucić sugestię lokalnej bibliotece czy domowi kultury. Lubię być w ruchu i spotykać się z Czytelnikami; dystanse nie mają tu większego znaczenia.

A już w poniedziałek widzimy się on-line – przypomnę się jeszcze po niedzieli, ale kto może – i chce – niech sobie rezerwuje czas między 19.00 a 21.00.

Dobrego weekendu Wam życzę i idę włożyć rękę w lód.

PS. Nie ma żadnej popeliny – kresek, kropek czy innych mini-wygibasów. Autograf jest prawilny, ba, poprzedzony pozdrowieniami.

—–

Szanowni, piszę dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Jestem wdzięczny za dotychczasowe subskrypcje i „kawy”, proszę też o następne, by móc dalej kontynuować pisarsko-dziennikarską aktywność. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Fot. Sławek Brudny

Sarmat

„putin grozi Zachodowi bronią jądrową!”, grzmią media w reakcji na dzisiejsze orędzie kremlowskiego zbrodniarza. Rzeczywiście w putinowskim wystąpieniu – nudnym jak flaki z olejem (niezawodny dima miedwiediew znów ostentacyjnie przysypiał) – pojawiły się złowrogie tony. Generalnie jednak wódz skupił się na zapewnieniach, jak to dobrze rosjanom zrobi kolejna jego kadencja – składając obietnice rozwiązania problemów, z którymi cywilizowany świat w większości poradził sobie nawet 100 lat temu.

Ale mniejsza o to, wróćmy do atomówek. No więc ostrzegał putler przed atakowaniem rosji (sic!) przypominając, że ma ona swój arsenał. I przy tej okazji wspomniał, że na uzbrojenie sił strategicznych wszedł właśnie system Sarmat (międzykontynentalnych pocisków). Ani myślę bagatelizować 6 tys. ruskich głowic, ale chciałbym zauważyć, że rzeczony Sarmat stał się legitnym uzbrojeniem po jednej (dosłownie jednej!) udanej próbie wystrzelenia (kiedy rakieta doleciała na miejsce i trafiła w cel). Rozumiem propagandową presję, ale na miejscu rosyjskich generałów nie pokładałbym wielkich oczekiwań w tak niedopracowanej broni.

Generalnie zaś, przy okazji kolejnych putinowskich gróźb zniszczenia świata, chciałbym przypomnieć, kto tu kogo trzyma za… (i kto ma szybciej do stracenia to, co najcenniejsze) – temu służy fragment „Alfabetu…”, załączony poniżej.

Innymi słowy, spokój, spokój i jeszcze raz spokój.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Start testowy rakiety Sarmat/fot. MOFR

Przedmowa

Z okazji premiery mojej najnowszej książki pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, publikuję jej fragment – „Przedmowę”. Mam nadzieję, że zachęci Was do lektury całości. „Starzy” Czytelnicy znają moje podejście do sprawy, ale w międzyczasie pojawiło się tu mnóstwo nowych osób – o czym wspominam, bo „Przedmowa” to zarazem moje „ukraińskie credo”; jasna i uczciwa deklaracja etyczno-merytoryczna.

Do rzeczy!

*          *          *

We wrześniu 1939 roku rodzina mojej babci od strony matki została wywieziona na wschód Rzeczypospolitej, na teren ówczesnego województwa wołyńskiego. Pradziadek Wunderlich pracował w Dyrekcji Okręgowej Kolei w Toruniu, a ewakuacja przygranicznych urzędników państwowych i ich rodzin była obligatoryjna. Ucieczka pociągiem odbyła się w niechcianej asyście samolotów Luftwaffe, które kilka razy ostrzelały cywilny skład. Zbombardowały również dworzec w Kowlu – babcia bardzo plastycznie opisywała akrobacje pilotów sztukasów. „Od tamtej chwili musieliśmy sobie radzić sami”, mówiła. 8 września był dla mojej rodziny piątym dniem podróży – to wtedy zaplecze ewakuacji przestało działać. Dziesiątki tysięcy ludzi rozproszyły się, szukając schronienia i pomocy na własną rękę. Nie tylko nie odbierano ewakuowanych, którzy dotarli do punktów zbornych. Liczne składy kończyły drogę w środku trasy, nierzadko gdzieś w polu. Tego samego dnia w Chełmie, podczas spotkania z pracownikami ministerstwa komunikacji, jego szef, płk Juliusz Ulrych, oznajmił: „Mam w dupie całą tę ewakuację”. Sam, z rodziną, był bezpieczny, a 17 września 1939 roku – jak większość sanacyjnej władzy – zdezerterował do Rumunii.

Wunderlichowie, wraz z innymi uchodźcami, ulokowali się w jednej z wiosek (której nazwy, niestety, nie poznałem). Lecz i tam nie zaznali długo spokoju. W miejscowości nie było już policji (uciekła), wojska nikt na oczy nie widział, a upadek państwa polskiego sprowokował miejscowych Ukraińców do rozliczeń z Lachami. Skrzyknięte ad hoc ukraińskie bandy polowały nie tylko na miejscowych, ale i na przyjezdnych Polaków. „Moich” w porę ostrzeżono, zdołali zbiec nocą, chowając się po rowach i zagajnikach. Nie zostali na Wołyniu – jeszcze jesienią 1939 roku wrócili do Torunia, na terytoria zajęte przez Niemców. Niewykluczone, że była to decyzja, która uratowała im życie (cała czwórka – pradziad, prababka, babcia i jej brat – doczekali końca wojny). Rzeź wołyńska z lat 1943-1944 nie była zatem ich osobistym doświadczeniem. Lecz traumatyczne przeżycia z września 1939 roku sprawiły, że temat ukraińskich mordów na Polakach wracał w moim domu przy różnych okazjach.

Babcia nie pielęgnowała nienawiści. Nie chciała jej przekazywać – przynajmniej intencjonalnie. Lecz dzieląc się swoim strachem, sprawiła, że wyszedłem z domu rodzinnego wyposażony w pewien myślowy schemat. Odkąd pamiętam, słowo „Ukrainiec” przywodziło skojarzenie z siekierą. Wracały babcine opowieści, do których z czasem dołączyły historie wyczytane z książek i wysłuchane od innych świadków tamtych wydarzeń. Tym łatwiej, że przez wiele lat nie miałem z Ukraińcami żadnych kontaktów.

Gdy po raz pierwszy pojechałem do Ukrainy – w styczniu 2015 roku – byłem rusofilem. I więźniem narracji „sezonowego państwa”, które, w jakiejś mierze, zasłużyło na los, jaki je spotykał w 2014 roku. Nie dawałem temu wyrazu w swoich relacjach, ale wciąż, jakby podświadomie – w zwykłych ludzkich historiach – starałem się znaleźć zrozumienie dla (pro)rosyjskich racji. Szybko jednak przejrzałem na oczy, zobaczyłem, czym jest „ruski mir”/rosyjski świat. Zrozumiałem wolę większości Ukraińców, by wyrwać się z tej mentalnej, społecznej i politycznej pułapki. I taką Ukrainę, zdecydowanie walczącą o wolność, na swój sposób pokochałem.

Ale nim do tego doszło, w głowie wciąż miałem te przeklęte siekiery. Tak było latem 2005 roku, w Iraku, gdy w Al-Kut trafiłem na ukraińskich żołnierzy – sojuszników, lecz mimo to moją pierwszą reakcją na ich widok było zjeżenie się. I mimowolne budowanie dystansu. Kolejny raz spotkałem ukraińskich żołnierzy w Donbasie, niemal 10 lat później. Pamiętam, jak zdrętwiałem, gdy jeden z nich, ze słowem brat na ustach, objął mnie gdzieś na linii frontu pod Debalcewem. Ukraina toczyła wojnę z rosyjskim najeźdźcą, wtedy nie miałem już złudzeń, że wrogim także nam, Polakom. I mimo tej świadomości wciąż ciążyłem ku siekierom. To siekiery – chyba bardziej niż przywiązanie do potrzeby zachowania dziennikarskiego obiektywizmu – napędzały moje oburzenie widokiem polskich reporterów w geście solidarności owijających się ukraińskimi flagami. Więc gdy wiosną 2016 roku pod Mariupolem zobaczyłem Ukraińców w pobliżu prawdziwych siekier – wbitych w pieńki, na których rąbano drewno – nie mogłem się powstrzymać. Zwolniłem migawkę, rejestrując przyfrontowe obozowisko ukraińskiego oddziału i własne uprzedzenia.

Tak, uprzedzenia – bo w istocie o coś złego tutaj szło. O paskudne uproszczenie, które uwiodło mnie przed laty. Które sprawiło, że tak bardzo bałem się filmu Wołyń. Tego, że znów poczuję niemal fizyczną obecność siekier. I tak też się stało. Wyszedłem z seansu utwierdzony w przekonaniu, że tak długo, jak stanowią etniczną wspólnotę genetycznie związaną ze sprawcami mordów, Ukraińcy winni czuć się odpowiedzialni za wołyńską zbrodnię. Zawstydzeni, skruszeni i przepraszający – podobnie jak Niemcy w odniesieniu do Holocaustu i piekła II wojny światowej. Że choć sytuacja na Wołyniu czarno-biała nie była (bo Polacy swoje za uszami mieli), nie może być mowy o „symetrycznym dzieleniu winy”. Kat był jeden i ofiara jedna. To kwestia dla mnie niedyskutowalna – ani wtedy, ani dziś.

Tylko, u licha, co dalej? Prof. Maria Janion – nieżyjąca już wybitna historyczka literatury – nawoływała do przemiany żałoby w empatię. Pisała szerzej – o całościowym stosunku do polskiej historii – lecz jej radę można wykorzystać i w tym kontekście. Empatia to między innymi zrozumienie, zrozummy zatem, skąd się bierze ukraińskie wyparcie wołyńskiej rzezi, co decyduje o tym, że znienawidzony u nas Stefan Bandera w Ukrainie zyskuje status bohatera narodowego. Przecież większość Ukraińców nie ma pojęcia o wołyńskich wyczynach UPA, dla innych ważniejszy jest fakt, że formacja ta walczyła z Sowietami. Część wierzy w radzieckie prowokacje, niektórych przekonuje argument o rzekomo masowej współpracy Polaków z Niemcami – przeciw Ukraińcom. Znamy te schematy znoszenia odpowiedzialności, prawda? Dość przypomnieć sprawę mordu w Jedwabnem i pełne histerii reakcje rodzimych „patriotów”, pragnących wymazania pamięci o zbrodni.

Gdy zacząłem poznawać Ukraińców, łatwiej mi było przetwarzać żałobę (i wynikłe z niej uprzedzenia) w empatię. Zwłaszcza że widziałem ich w sytuacjach granicznych, na wojnie, gdzie łatwo o podziw. Ale do przepędzenia z mojej głowy siekier znacząco przyłożyli się też Rosjanie. Rosyjskie bestialstwo, rasizm, nacjonalizm i imperializm. Fakt, iż nie istnieją żadne moralne, polityczne, psychologiczne czy materialne intencje, które usprawiedliwiałyby atak na Ukrainę. Gdy zdamy sobie z tego sprawę, wojna u naszego sąsiada zaczyna jawić się jako starcie Dobra ze Złem, a w tak radykalnej perspektywie nie ma miejsca na wątpliwości, po czyjej stawać stronie. O czym wspominam także w kontekście tej książki i jej zawartości. Tworząc Alfabet…, wykorzystałem swój dziennikarski warsztat, wiedzę kontekstową i rozległe kontakty. Pracowałem w reżimie fact-checkingu, starając się dochować rzetelności (co w przypadku takiej materii jak wojna nie zawsze daje gwarancje dotarcia do prawdy). Ale nie oczekujcie ode mnie emocjonalnego obiektywizmu – na kartach tej opowieści go nie znajdziecie.

A co znajdziecie? W 2017 roku obiecałem sobie, że już nigdy nie pojadę na żadną wojnę. Po Iraku, Afganistanie i „wczesnej” Ukrainie miałem dość takich „przygód”, długo mierzyłem się z konsekwencjami stresu pourazowego. Był więc 24 lutego 2022 roku dla mnie trudnym momentem – tuż obok rozpętał się konflikt o nieznanej mi wcześniej intensywności i skali, w dodatku w miejscu, które nie było mi obojętne. Trzymanie się z dala wymagało zawzięcia – i zmierzenia się z poczuciem bezużyteczności. Bo jeśli nie mogę relacjonować z frontu i jego zaplecza, to czy jestem w stanie zrobić coś wartościowego? „Znasz DNA wojny, objaśniaj ją Czytelnikom”, doradziła żona. Zacząłem pisać – na blogu i Facebooku – z roli reportera przechodząc na pozycje analityka, komentatora. Z czasem wracając i do reportażu, ostatecznie bowiem uznałem, że nie sposób uczciwie opowiadać o wojennej Ukrainie i do niej nie jeździć. W styczniu 2023 roku wybrałem się do Bachmutu i dalej jakoś poszło… Ta książka to esencja moich niemal dwuletnich zapisków. Publikowanych na bieżąco – w mediach społecznościowych, w Tygodniku Przegląd, portalu Interia.pl, w wydawnictwie Instytutu Europy Środkowej – oraz dotąd niepublikowanych. W obu przypadkach przeredagowanych, uporządkowanych, gdzieniegdzie rozszerzonych i zaktualizowanych. W dużej mierze poświęconych Rosjanom, bo to oni są dla mnie kluczem do zrozumienia tej wojny. Ufam, że sposób, w jaki postrzegam sprawy, przypadnie Wam do gustu, skłoni do refleksji, rozjaśni wątpliwości.

Wracając zaś do siekier – choć całym sercem jestem za Ukrainą, nie oznacza to „wyczyszczenia” mojej pamięci. Wojna na Wschodzie zmusiła nasze kraje do współpracy, a miliony Ukraińców pchnęła do Polski jako uchodźców. Nigdy po 1945 roku nie byliśmy tak blisko, stąd moja wiara, że gdy minie rosyjskie zagrożenie, porozmawiamy jak przyjaciele nie tylko o wspólnej przyszłości, ale i o tragicznej przeszłości.

—–

24 lutego 2022 roku, 19 minut po północy, napisałem na Facebooku: „Wszystko na to wskazuje, że to TA noc. Слава Україні!”. Chwilę wcześniej rozmawiałem z koleżanką z Kijowa – z jej relacji wynikało, że Ukraina mierzy się z atakiem cybernetycznym, a na pasy startowe lotnisk wyjechały ciężkie strażackie wozy, by uniemożliwić ewentualne lądowanie rosyjskich samolotów transportowych. Brzmiało to upiornie, byłem pełen złych przeczuć – stąd mój krótki wpis – lecz mimo wszystko szedłem spać z nadzieją, że nie dojdzie do najgorszego. Obudziły mnie słowa córki: „Zaczęło się”. Wyjrzałem przez okno – niebo było pogodne, a osiedle krzątało się w porannych, rutynowych czynnościach. Jakby nic złego się nie wydarzyło…

I wtedy przypomniałem sobie pewne zdanie, będące niczym poetycka fraza (po polsku chyba nawet bardziej niż po rosyjsku). Padło one z ust kobiety spotkanej w 2015 roku w pociągu z Kramatorska do Dniepropietrowska[1]. Wieńczyło gorącą dyskusję moich ukraińskich współpasażerów, mieszkańców Donbasu, którzy opuścili domy na skutek rebelii tak zwanych separatystów. Jedna z pań była prorosyjska, druga, wraz z męskim towarzyszem, proukraińska. Spałem na górnej pryczy, gdy obudziły mnie podniesione głosy. Później przysłuchiwałem się wymianie argumentów, a puenta zwyczajnie mnie wzruszyła. Zwłaszcza że poszła za nią wymiana poczęstunków i wódeczka lana do kubeczków – z której i ja ostatecznie skorzystałem. Za oknem było piękne popołudnie, a rozbuchana wiosenna przyroda cieszyła oko. Pociąg jechał przez sielankowy wiejski krajobraz, coraz dalej i dalej od miejsca, gdzie grzmiała artyleria.

– Słonko świeci, ptaszki śpiewają, ludzie się zabijają – skwitowała rozmowę jedna z pań. Trudno o bardziej lapidarny, a zarazem tak bardzo treściwy opis sytuacji Ukrainy. Dlatego wybrałem go na motto tej książki.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Jakubowi Dziegińskiemu, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Maciejowi Ziajorowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Tomaszowi Jakubowskiemu, Karolowi Woźniakowi, Jackowi Otffinowskiemu, Monice Duszyńskiej, Krzysztofowi Rasiewiczowi, Oliwii Musze, Pawłowi Ilcewiczowi, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Katarzynie Milewskiej.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ta książka. O czym nie zapomniałem, umieszczając w niej stosowną adnotację:

Przypis:

[1] Od 2016 roku i wejścia w życie ustawy dekomunizacyjnej miasto nazywa się Dnipro.

Nz. Screen wkładki zdjęciowej do „Alfabetu…”.

Naddniestrze

Czy rosja wchłonie Naddniestrze? Pewnie by i chciała, ale realnie niewiele może…

„Moskwa wyciąga ręce po kolejny europejski kraj!”, alarmują media. „To element rosyjskiej wojny hybrydowej, która ma podpalić kontynent!”, ostrzegają eksperci. Brzmi groźnie? Ano brzmi. Należy się bać? Gdy „wgryziemy się” w szczegóły – już niekoniecznie.

Kremlowskie szanowanie praw

Naddniestrze to zbuntowana, prorosyjska część Mołdawii. Twór quasi-państwowy – jak niegdyś ukraińskie republiki ludowe w Donbasie – nieuznawany przez cywilizowany świat. Jego mieszkańcy chcieliby integracji z rosją, tak przynajmniej twierdzą tamtejsze „władze”. Jak zapowiada ich przedstawiciel, Giennadij Czorba, już w najbliższą środę rebeliancki „rząd” poprosi Kreml o formalne przyłączenie do federacji. „Prośba zostanie przekazana Moskwie w imieniu obywateli mieszkających na lewym brzegu Dniestru”, mówi. To oświadczenie – a właściwie cała ich seria – nastąpiło po wypowiedzi siergieja ławrowa, szefa rosyjskiego MSZ, który stwierdził, że należy szanować prawa prorosyjskich separatystów w Naddniestrzu.

Swego czasu z tego kremlowskiego „szanowania praw” wzięła się rosyjska agresja na Ukrainę. Słowa ławrowa mogą więc brzmieć złowrogo i zostać odczytane jako zapowiedź kolejnej „operacji specjalnej”.

Ale spójrzmy na mapę i wejrzyjmy w możliwości rosjan, by skonkludować popularnym stwierdzeniem – z czym do ludzi?

Naddniestrze „urwało się” Mołdawii – dawnej radzieckiej republice – w 1992 roku. Młode państwo nie poradziło sobie z rebelią głównie dlatego, że separatystów wsparła Moskwa. Pozostałością tego wsparcia – poza samym istnieniem Naddniestrza – jest rosyjski „kontyngent pokojowy”. Liczy on ok. 2 tys. żołnierzy, właściwie pozbawionych sprzętu ciężkiego. „Armia” Naddniestrza jest niewiele większa, ma też możliwość zmobilizowania kilkunastu tysięcy rezerwistów. Zatem oba komponenty są symboliczne, ale to wystarczy, bo naprzeciw siebie mają ledwie trzytysięczne mołdawskie wojsko, słabo wyszkolone i uzbrojone.

Separatyści do spółki z rosjanami trzymają więc rząd w Kiszyniowie w szachu. Idąc krok dalej – w stronę integracji z rosją – mogliby nie napotkać fizycznego sprzeciwu (bądź skutecznie mu przeciwdziałać). Ba, dysponując statusem regionu federacji, może nie od razu, ale finalnie zagroziliby reszcie Mołdawii (takie jest rosyjskie modus operandi). Tyle że to wszystko działoby się u granic Ukrainy. A Kijów nie pozwoliłby sobie na prorosyjską rebelię za plecami. I najpewniej pomógłby prozachodnim i proukraińskim władzom Mołdawii zdusić ją w zarodku. Ukraińską armię – mimo trawiącego ją kryzysu – nadal stać na takie zaangażowanie i nie odbyłoby się ono kosztem frontu w Donbasie czy Zaporożu.

Więc jeśli ktokolwiek w Moskwie myśli o skutecznej aneksji, wie, że trzeba do tego dodatkowego wojska. I tu pojawia się problem.

Jeśli nie lądem, to może morzem?

Naddniestrze wraz z Mołdawią otoczone są przez Ukrainę i Rumunię, od najbliższej rosyjskiej granicy dzieli je setki kilometrów. Próba wybicia korytarza lądowego do Naddniestrza wzdłuż brzegu Morza Czarnego była jednym z początkowych celów rosjan, gdy w lutym 2022 roku zaatakowali Ukrainę. Operacja się nie powiodła – najeźdźcy doszli pod Mikołajów, potem zostali zepchnięci do Chersonia, a ostatecznie utracili i to miasto, wycofując się na wschodni brzeg Dniepru. Siedzą tam do dziś, bez widoków na wznowienie działań ofensywnych, do czego brakuje im sił i środków.

Jeśli nie lądem, to może morzem? Rzecz w tym, że Naddniestrze (i cała Mołdawia) nie ma dostępu do czarnomorskiego akwenu. Ewentualny desant morski musiałby nastąpić na obszarze Jedysanu czy dalej na południowym-zachodzie, w Budziaku – tym kawałku Ukrainy, który leży „pod” Mołdawią. Co de facto oznaczałoby otwarcie kolejnego frontu w wojnie Moskwy z Kijowem.

Możliwe? A skąd.

Wspomniany wcześniej zamysł odcięcia Ukrainy od Morza Czarnego miał być zrealizowany nie tylko uderzeniem z lądu (przez zgrupowanie, które wyszło z Krymu). Istotną częścią planu był wspomagający desant morski w Odesie. Kreml musiał obejść się smakiem nie tylko dlatego, że armii nie udało się podjeść pod największy czarnomorski port. Zawiodła również flota, która w pierwszych tygodniach wojny utraciła krążownik „Moskwa”. Przewidziany do osłony lądujących oddziałów flagowiec spoczął na dnie, trafiony rakietą przeciwokrętową. Ukraińcy nasycili wybrzeże Morze Czarnego kilkoma bateriami takich wyrzutni, zmuszając rosyjską marynarkę do trzymania się z dala od brzegu.

W drugim roku wojny – nasilając kampanię dronowo-rakietową, wymierzoną w zgrupowanie floty czarnomorskiej na Krymie – obrońcy wręcz przepędzili rosyjskie okręty z zachodniej części Morza Czarnego.

Dla porządku dodajmy – Odesa to dziś twierdza, a Jedysan i Budziak niespecjalnie nadają się do desantu. Moskwa zaś nonszalancko potraktowała własne jednostki piechoty morskiej, skrwawiając je w bezsensownych „mięsnych szturmach”. Oddziały odtworzono, niektóre nawet trzykrotnie (!), ale obecnie nie są to już doborowe formacje.

Chyba że Kreml zagra va banque

Częściowo doborowy charakter udało się zachować w wojskach powietrznodesantowych (WDW), również tragicznie doświadczonych podczas dotychczasowych zmagań w Ukrainie. O czym wspominam, bo istnieje jeszcze droga lotnicza jako sposób na zasilenie „armii” Naddniestrza.

Ale przerzut spadochroniarzy z Krymu to ryzykowana operacja – ukraińska obrona przeciwlotnicza w rejonie Odesy jest silna i wiele wyładowanych spadochroniarzami Iłów-76 nie dotarłoby do celu. A co dopiero mówić o utrzymaniu mostu powietrznego. Czysto teoretycznie rosjanie mogliby najpierw zdusić ukraińską OPL w regionie, ale to wymagałoby dużej ilości czasu. I ujawnienia intencji, wszak Ukraińcy łatwo by się domyślili, jakie są powody rosyjskiej koncentracji działań. Wobec braku elementu zaskoczenia, taki scenariusz uważam za mało prawdopodobny.

I generalnie cała idea mającej nastąpić lada moment aneksji wydaje mi się grubymi nićmi szyta.

Dlaczego? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Sielankowe widoki z odeskich plaż nie zmienią faktu, że miasto to dziś forteca. W tle mała jednostka patrolowa ukraińskiej marynarki, wrzesień 2023 roku/fot. własne

„Lajf”

EDIT!: Z powodu globalnej awarii YouTuba – z którą administratorzy serwisu prawdopodobnie już dziś sobie nie poradzą – spotkanie autorskie zostaje przeniesione na najbliższy poniedziałek 4 marca, na godz. 19.00. Za zmianę terminu przepraszam w imieniu swoim i organizatorów. Nasza rozmowa miała być transmitowana także na kanale Mateusza, a w obecnej sytuacji nie jest to możliwe. Stąd zmiana.

Ufam, że niezależnie od okoliczności niebawem się zobaczymy/usłyszymy.

ORYGINALNY WPIS: No to dziś wystartowała sprzedaż papierowej wersji „Alfabetu…”. Szukajcie w dobrych księgarniach.

Nieco wcześniej ruszyła przedsprzedaż, do nabycia były też e-booki, są zatem już Czytelnicy, którzy lekturę książki mają za sobą. Docierają do mnie pierwsze opinie i komentarze. Odbiór jest – najskromniej rzecz ujmując – dobry.

Co cieszy mnie niezmiernie, bo „Alfabet…” to chyba najważniejsza moja książka. A na pewno taka, w którą włożyłem najwięcej fizycznego i psychicznego wysiłku.

No ale konie wystartowały, teraz pozostaje czekać na wyniki tej gonitwy.

Rzecz jasna nie bezczynnie – zapraszam Was dziś na spotkanie, tym razem on-line. Więcej szczegółów znajdziecie na zdjęciu i pod tym linkiem. Pogadamy o „Alfabecie…”, nade wszystko jednak o Ukrainie. Spotkanie poprowadzi Mateusz Grzeszczuk z Podróży bez paszportu.

Widzimy się i słyszymy o 19.00!

—–

Szanowni, piszę dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Jestem wdzięczny za dotychczasowe subskrypcje i „kawy”, proszę też o następne, by móc dalej kontynuować pisarsko-dziennikarską aktywność. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite