„Terror”

Tymczasem rosjanie i lokalni prorosyjscy aktywiści medialni nie odpuszczają. Trwa straszenie rosyjską potęgą, i trwa obrzydzanie Ukraińców oraz ich walki.

Schemat narracyjny sprowadzający się do atomowych pogróżek jest w ciągłym użyciu, ale – zdaje się – nie przynosi oczekiwanych efektów. Politycy i społeczeństwa Zachodu są chyba coraz bardziej impregnowani na rosyjski blef. Nie ma powszechnego strachu i nie ma panicznych reakcji – zarówno w wymiarze społecznym, jak i politycznym. Nie relacjonuję Wam jakichś pogłębionych badań, a efekty własnych eksploracji rozmaitych internetowych banieczek, niemniej intuicja socjologiczna podpowiada mi, że te wnioski można rozciągnąć poza strefę wirtualnej rzeczywistości. Szczególnie jeśli idzie o działania rządów, w których da się dojrzeć coraz twardszą, bardziej bezkompromisową postawę wobec rosji i moskwy. Zapach krwi zdychającego niedźwiedzia dociera nawet do najbardziej zapchanych nozdrzy…

Lecz jako się rzekło, walka trwa, więc trolle i wszelkiej maści „obiektywni” sprawozdawcy konfliktu wracają do „starych-dobrych” argumentów o sile rosyjskiej masy. Mój ulubiony wyraża się w tonie pełnej żalu przestrogi, że oto rosja „mentalnie i realnie zakończyła ‘Operację Specjalną’ i idzie na pełnowymiarową wojnę z Ukrainą”. Czyli jak żywo, teraz to rosjanie naprawdę zaczną i nam/światu/Ukraińcom pokażą. „Od Władywostoku do Kaliningradu, od Murmańska do Stawropola, w Groznym, w Ufie, Irkucku, Krasnojarsku i Rostowie pociągi i autokary wyruszają z mobilizowanymi mężczyznami. Żegnają ich na dworcach i placach odjazdów, żony, dzieci, rodziny. Wojskowe orkiestry grają na pożegnanie stary, bo z 1912 rosyjski marsz Wasyla Agapkina ‘Pożegnanie Słowianki’. Oczywiście nasze media tego nie pokażą, ale proszę wierzyć, robi to porażające wrażenie”, czytamy.

Boicie się już? Tej masy poważnych rosyjskich mężczyzn, którzy zimą – po „odpowiednim przygotowaniu” – wyruszą na front? Kto wie, może w rozpędzie podejdą aż pod Warszawę…

Co zaś się tyczy drugiego motywu narracji – mamy tu do czynienia z mało wybrednym rozgrywaniem zachodnich, w tym polskich, uprzedzeń. W tej części świata zamachy samobójcze automatycznie przywodzą skojarzenia z islamskim fundamentalizmem i terroryzmem. Uruchamiają psychologiczne mechanizmy, których skutkiem jest nagana i pogarda – bo przecież „cywilizowany człowiek w ten sposób nie walczy”. W rusnecie, ale i na naszych pachnących owijaczami do stóp profilach już wiedzą, co się wczoraj wydarzyło na moście krymskim. Mimo iż skutki eksplozji wskazują, że nie mogło do niej dojść na linii jezdni (był to wybuch POD mostem, nie podejmuję się rozważań o tym, jak został wywołany), „specjaliści” orzekli, że atak przeprowadził kierowca-samobójca wypełnionej materiałem wybuchowym ciężarówki. To zaś dowodzi desperacji Ukraińców – przede wszystkim ludzi, którzy posłali samobójcę na śmierć.

Skądinąd to śmieszno-straszne jest, gdy ruscy wypisują, że Ukraińcy to terroryści – gdy w tym samym czasie ich rakiety spadają na osiedla mieszkalne (jak dziś w nocy w Zaporożu). No ale do bombardowań obiektów cywilnych przez rosjan świat zdołał już przywyknąć, za to „terrorystyczny akt na moście”, jako coś świeżego, może przynajmniej na chwilę wywołać nieprzyjemne refleksje u Polaka czy innego zachodniaka. Gdyby takie się nie pojawiły, usłużni podrzucą, co trzeba. „Obym się mylił”, pisze jeden z nich, „ale nie można wykluczyć w przyszłości takich (terrorystycznych – dop. MO) ataków na rosyjskie elektrownie atomowe, pociągi i samoloty pasażerskie”.

Boicie się już – tym razem nieobliczalnych, niecywilizowanych Ukraińców?

PS. A propos nieobliczalności. W każdym normalnym kraju, po taki zdarzeniu jak wczoraj, przeprawa mostowa zostałaby poddana długotrwałym oględzinom i ekspertyzom – przed ponownym oddaniem jej do ruchu. Most krymski, w ograniczonym zakresie (ruch wahadłowy, po niezniszczonym pasie), otwarto jeszcze wczoraj wieczorem. Co jest ewidentnym naruszeniem zasad bezpieczeństwa. No ale ważniejsza jest propaganda i pokazanie, że „tak naprawdę nic wielkiego się nie stało”. A że ktoś przy tej okazji może zginąć? Eee, kto by się tym przejmował…

—–

Nz. Na froncie Ukraińcy nie odpuszczają72 ОМБр ім. Чорних Запорожців

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Monstrum

Pojawiają się nowe elementy użyteczno-idiotycznej narracji sponsorowanej przez Kreml. W połączeniu ze starymi, mają wywrzeć wrażenie totalnej nieodpowiedzialności, jakiej dopuszczają się władze RP, wspomagając wojskowo Ukrainę. Kreślona jest analogia z przedwojennym „silni-zwarci-gotowi”, wieńczona konkluzją, że skończy się jak wtedy – tragiczną klęską – i stwierdzeniem, że Polacy „niczego się nie uczą”/”nie wyciągają wniosków z własnej historii”.

W tej perspektywie niemądre jest doprowadzenie armii do „niemalże ogołocenia ze sprzętu, w znacznym stopniu przekazanego Ukrainie”. Naiwna jest wiara w stojące za nami potęgi militarne, które wedle różnych odmian narracji, albo się od nas odwrócą, albo owszem, w razie potrzeby pokonają Rosję, ale stanie się to kosztem Polski, która zostanie „kompletnie zdemolowana”.

Zabawny, choć warty odnotowania jest inny element – żal, że lewica nie potrafi stanąć na wysokości zadania i protestować przeciwko wysyłce broni, co skutkuje przedłużaniem walk i śmiercią niewinnych ludzi. I że niemal 20 proc. Polaków – deklarujących poparcie dla idei zakończenia walk nawet za cenę ustępstw terytorialnych – nie ma swojej reprezentacji politycznej. Co przekłada się na cementowanie bieżącej polityki aktywnego zaangażowania Polski w rosyjsko-ukraiński konflikt.

Rzygać mi się chce, gdy czytam te wypociny, niemniej warto się nad nimi pochylić, bo presja Moskwy – w obliczu coraz bardziej oczywistych porażek na froncie – tylko będzie rosła. Agenci wpływu i użyteczni idioci nie będą narzekać na brak zajęcia, a cel – przemienienie wspomnianych 20 proc. na 50-60 – jakkolwiek odległy, wcale nie jest nieosiągalny. Im więcej trucizny pojawi się w naszym obiegu, tym większe ryzyko coraz liczniejszych infekcji.

Ujmująca jest troska o życie i zdrowie niewinnych ludzi; sam ją podzielam. Nie widzę jednak prostszego sposobu na zapobieżenie dramatom, jak wycofanie się wojsk rosyjskich z Ukrainy. Przy takim obrocie spraw Ukraińcy nie przeniosą wojny na terytorium rosji – im zależy wyłącznie na wyzwoleniu własnego kraju.

Wolność to wartość leżąca u podstaw lewicowych przekonań, trudno zatem się dziwić, że poza oszołomskimi odłamami, ludzie lewicy (wśród nich piszący te słowa) wspierają Ukrainę (i polityki, które służą jej przetrwaniu). putin i jego hordy niosą Ukraińcom zniewolenie, w wymiarze materialnym (tak przecież istotnym w myśli lewicowej) biedę, w obszarze obyczajowym najobrzydliwszą odmianę konserwatyzmu, z jej pogardą dla rozmaitych mniejszości. Co zaś się tyczy defetystów – nie wszystkie poglądy, nawet jeśli są umiarkowanie popularne, zasługują na reprezentację polityczną. Zwłaszcza jeśli stwarzają zagrożenie dla racji stanu i biologicznego bytu wspólnoty. Pozwólmy putinowi zagarnąć część Ukrainy, a za jakiś czas upomni się o następny kawałek. Owszem, z przeszłości płyną pouczające doświadczenia – niekrępowanie bezkarności Hitlera jest jedną z nich.

Pokonana Ukraina to rosjanie szerzej u naszych wrót. Na dziś nie byłoby to wielkim zagrożeniem, nie można bowiem porównywać NATO z sojuszem polsko-francusko-brytyjskim z końca lat 30. rosja to nie III Rzesza, której potencjał przy umiejętnym wykorzystaniu dawał sposobność na pokonanie zjednoczonych przeciwników. NATO nie daje rosjanom żadnych szans, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że nie pozwoliłoby putlerowskim armiom wkroczyć na jakikolwiek skrawek własnego terytorium. W rachubach czysto wojskowych zacofane i zdegenerowane rosyjskie siły zbrojne to przeciwnik do pokonania bez konieczności sięgania po broń jądrową.

Minione miesiące pokazują, że niezależnie od wewnętrznych tarć, Sojusz pozostaje organizacją spójną, zdeterminowaną do obrony własnych granic. By to dostrzec, należy przymknąć oko na działania czysto polityczne, dyktowane bieżącym interesem ekonomicznym, a skupić się na aktywności militarnej. Niestety, duża jej część pozostaje niejawna, ale już to, co widać – jak choćby dyslokacje wojsk, zwłaszcza komponentów lotniczych – pozwalają sądzić, że nie ma tu mowy o „papierowych zobowiązaniach”. Dzięki takim uwarunkowaniom Polska może sobie pozwolić na przekazywanie części swojego uzbrojenia Ukrainie. Chroni nas natowska tarcza i miecz. Nominalnie skala tej pomocy jest imponująca – dojdzie niebawem do 10 mld zł – ale czy rzeczywiście „ogołaca się” przy tej okazji Wojsko Polskie? Część jednostek utraciła możliwości szkoleniowe, część ma je ograniczone. Obok starej broni (np. czołgów T-72, samobieżnych haubic Goździk), na wschód powędrowało sporo nowoczesnego sprzętu (armatohaubice Krab, wyrzutnie przeciwlotnicze Piorun itp.). Przekazaliśmy Ukraińcom niemało broni strzeleckiej, amunicji, mnóstwo elementów wyposażenia żołnierzy. W skali całego wojska można mówić o kilkunastoprocentowym obniżeniu gotowości jako skutku tych działań. Ale to sytuacja tymczasowa – wydrenowane zasoby zostaną uzupełnione w ciągu 3-5 lat, nowszym sprzętem, o lepszych parametrach. Zyskiem będzie – już jest! – przetestowana w warunkach bojowych broń, co poskutkuje jej odpowiednimi modyfikacjami. Ale to „resztówka” w porównaniu z tym, co przyniesie nam, całej środkowo-wschodniej Europie, potężny wysiłek ukraińskiej armii. Już dziś zniwelował on możliwości bojowe rosji w nieprawdopodobnym stopniu.

A Ukraińcy, wszystko na to wskazuje, dopiero się rozkręcają. Wstrzymać ich, to wyzbyć się dziejowej szansy. NATO w ciągu najbliższych kilkunastu lat się nie rozleci – nie ma ku temu racjonalnych przesłanek. Ale co będzie za dwie-trzy dekady? To już perspektywa, za którą kryje się zbyt duża niewiadoma, jednocześnie horyzont uwzględniany w sensownym planowaniu militarnym. Zwycięska w ukraińskiej wojnie rosja zapewne będzie czyhać, szukać swojej szansy – choćby tylko na zemstę; takie jest „DNA” tej struktury państwowej i etnicznej mentalności. Wykorzysta słabość naszą, naszych sojuszników – jeśli takie się pojawią. Trzeba będzie ich unikać – budować własne możliwości obronne, chuchać na sojusze. Lecz idealną w tym kontekście byłaby sytuacja, w której rosji – jaką znamy – już nie będzie. Dotąd dekompozycja federacji rosyjskiej wydawała się scenariuszem z hurraoptymistycznych analiz kiepskich think-tanków. Ukraińcy sprawiają, że staje się to zupełnie realne. Potężny zdawało się ZSRR, rozpieprzył się na Afganistanie, słabsza przecież rosja natrafiła na dużo większy i twardszy kamień. Niech więc się potknie i walnie łbem o glebę tak, że rozpadnie się na kawałki. Ostatecznie rosja jest niczym monstrum Frankensteina – bytem pozszywany z różnych ciał. Ani to naturalne, ani żyjące w harmonii.

—–

Nz. Inna symboliczna reprezentacja współczesnej rosji – wypalony wóz bojowy piechoty/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pisanie

Wojna wojną, relacja relacją, ale żyć z czegoś trzeba. A ja żyję z pisania.

No więc pozostając w temacie wojny z Rosją – której informacyjne ostrze wymierzone jest także w nas, Polaków – chciałbym Wam zarekomendować „(Dez)informację”. Wydałem ją ponad 4 lata temu, na długo przed pandemią i inwazją, tymczasem okazuje się cholernie aktualna. O czym jako autor tej powieści donoszę z wielką satysfakcją, a jako obserwator opisanych procesów – z niemałym niepokojem. Niepokojem, bo w „(Dez)informacji” zebrałem do kupy egzystencjalne zagrożenia, jakie płyną do nas ze wschodu (to taka suma wszystkich strachów).

Z notki wydawniczej:

„(…) Czy wojna z Rosją wybuchnie? Ona już trwa! Sterowanie strumieniami informacji i dezinformacji z wykorzystaniem najnowszych technologii przypomina rzucanie do ataku kolejnych fal wojska. Polem bitwy jest telewizor, komputer i telefon. Celem – umysł, Twój umysł, Czytelniku”.

Książka nie jest już łatwo dostępna w księgarniach, pozwolę sobie zatem podrzuć Wam przekierowania do Publio i Woblinka, gdzie moje książki można nabyć w wersji e- i audio.

Zdjęcia [1] Paweł Krawczyk [2] własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym tworzeniu bloga:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Równolegli

Mój profil na Facebooku odwiedziło kilku specyficznych komentatorów, a i sam zajrzałem tu i ówdzie, w miejsca, gdzie „prorosyjski głos w twoim domu” ma się dobrze. I przeczytałem, że:

Rosjanom się nie wiedzie, bo Ukraińcy otrzymują zachodnią broń (pisane toto było w tonie wyrzutu, naprawdę…).

No by to szlag, ci wstrętni Ukraińcy, przecież mogliby tej broni nie brać. Walczyć uczciwie, sowiecką techniką, a najlepiej w ogóle nie walczyć. No a ten Zachód, dajcie spokój… Co go to wszystko obchodzi!?

Biedny jest los ukraińskich cywilów, nawet Wehrmacht okazał się lepszy niż armia Ukrainy, bo nim pozamieniał miasta w twierdze w 1945 roku, to zezwolił na częściową ewakuację ludności.

O tak, to jest gruba artyleria – porównanie Ukraińców do hitlerowców, ba, wskazanie, że są gorsi. Doceniam przewrotność – bo przecież nazistami są dziś Rosjanie – oraz empatię wobec bezbronnych kobiet i dzieci (tylko czy ona prawdziwa czy na pokaz, to nie mam jasności…). Gwoli uczciwości przypomnę, że problemu by nie było, gdyby dziadyga z Kremla nie roił sobie we łbie, że może zająć Ukrainę. I gdyby jego bandycka armia pozwalała na ewakuację miast. A jak to wygląda w praktyce? W praktyce orkowie ostrzeliwują korytarze humanitarne, a na dworce kolejowe pełne cywilów posyłają rakiety.

Ukraina nie powinna brać amerykańskiego uzbrojenia, bo stanie się zachodnią kolonią i/lub zadłuży na lata.

No k…, to jest wybitne, przyznaję. Jacy niemądrzy ci Ukraińcy, przecież położyliby łby po sobie, wpuścili do kraju wyzwoliciela i uniknęli podłego losu zachodnich pachołków. Może nawet ruskich gwałtów, mordów i grabieży by uniknęli, bo przecież to nieuzasadniony opór tak rozzuchwalił sowieckiego sołdata.

Sołdata, za którym stoi TAKA kultura. „Nie wie Pan o rosyjskich osiągnięciach w nauce, kulturze, sztuce, literaturze? W europejskich galeriach sztuki i muzeach nie ma Polaków, a są Rosjanie”.

Bum, madafaka! I co wy na to, polaczki? A pisał to Polak, żeby nie było. To już nawet nie jest syndrom sztokholmski (w którym ofiara obdarza kata uczuciem), to masochizm w wersji hard. Pozostając w konwencji wpisu dodam, że za Niemcami swego czasu stała  bardziej kulturalna kultura (a jaka nauka stała! Sowiecka do pięt jej nigdy nie dorosła). No więc stała, jak stał słup dymu z krematoriów. Buczy baletem nie da się przykryć. Ale w sumie co my wiemy, skoro…

Polska jest pół dzika, bo wczoraj ruski ambasador został u nas publicznie olany. Oblany znaczy. A tak w ogóle to jego współpracowników wcześniej wypędzono.

„Wypędzono”, czaicie? Pędzono to ludzi na Sybir, zaś o (pół)dzikości państwa najlepiej świadczy to, co robią jego instytucje, na przykład armia. Rosyjska dla przykładu działa wedle standardów Waffen SS, trochę bardziej niż półdzikich. A może nawet bardziej niż bardziej, bo u esesmanów jakiś porządek w planowaniu zbrodni był, zaś u orków jest głównie bardak.

I mógłbym tak długo, ale już mi się nie chce. Wycieczki do światów równoległych naprawdę są męczące. Wspomnę tylko o swej naiwności w tym kontekście – dawno, dawno temu wydawało mi się, że jak obejrzałem Wiadomości TVP, to nic mnie już nie zdziwi…

—–

Zdjęcie zjaranego sowieckiego czołgu dla atencji. To ten najnowszy super-hiper-duper T-90 M Przełom. Oburzające, że nikt Ukraińcom nie powiedział, że ów tank jest niezniszczalny…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zakładnicy

Z jak Zastraszanie.

Analitycy wojskowi, a za nimi dziennikarze, głowią się od kilkunastu godzin, co oznacza litera „Z”, wpisana w kwadrat, która pojawiła się na rosyjskich pojazdach wojskowych, zgromadzonych przy granicy z Ukrainą. Tropów jest kilka, medialnych doniesień pewnie już setki. A zwykły człowiek widzi materiał z „tajemniczym znakiem” w tytule i klika. I gra toczy się dalej…

Jako gatunek mamy tę właściwość, że z czasem obojętniejemy na zewnętrzne zagrożenia. Nie potrafimy funkcjonować w stanie ciągłego napięcia, czujności; niezdolność psychiczna jest zapewne skutkiem naszej biologii, ryzyka przegrzania mózgu, najogólniej rzecz ujmując. Stąd biorą się wszelkie objawy „normalnego życia” czy dążenia do funkcjonowania w takich właśnie okolicznościach – niezależnie od obiektywnych przeszkód, jak działania wojenne, okupacja, pandemia czy inne graniczne, kryzysowe sytuacje. Obserwowaliśmy to w historii, obserwujemy na co dzień, w postaci tych wszystkich prób „unieważnienia” pandemii – od skrajnych strategii wyparcia („covid to ściema”), po poprzedzoną pełnym cyklem szczepień postawę „nic/niewiele mi już grozi”. Pamiętam, jak początkowo wielkim zaskoczeniem był dla mnie fakt, że Afgańczycy kursowali między wioskami i miastami – realizując sprawunki i inne życiowe potrzeby – mimo iż drogi były przez rebeliantów notorycznie minowane, a cywilne pojazdy często wylatywały w powietrze. W końcu zrozumiałem tę potrzebę zachowania choćby zrębów normalności, skutkującej „zapominaniem”, że wokół toczy się wojna.

Ale banie się to pożądany efekt, patrząc z perspektywy napastników, okupantów, czy po prostu nieprzyjaciół. Zastraszeni pozwalają sobą manipulować, ich zachowania można odpowiednio ukierunkować. Akty terroryzmu prowadziły do zmiany polityk (Hiszpania, po zamachach w Madrycie – pod presją własnej ulicy – wycofała się z wojny w Iraku). Kampanie medialne, dezinformacyjne, sprawiały, że wyborcy głosowali wbrew swoim interesom, bojąc się na przykład zachowania status quo (brexit). Rosjanie nie zabili nam prezydenta w Smoleńsku, ale zręcznie zarządzając informacją (czyniąc wrzutki i korzystając z aktywności użytecznych idiotów typu Macierewicz), w części z nas ugruntowali przekonanie, że tak właśnie się stało. „Utłukliśmy wam głowę państwa i pozostajemy bezkarni” – brzmi pierwsza część przekazu. „Możemy zatem wszystko” – w drugiej zawiera się jego clou.

A nie tylko Polska jest na celowniku Rosji – Zachód, jego struktury, przede wszystkim zaś społeczeństwa/opinie publiczne, „obrabiane są” już od dekad. Dość przypomnieć próby zagospodarowania przez Kreml lęków zachodnich Europejczyków przed atomem i amerykańskim arsenałem jądrowym na kontynencie. Właściwie całe lata 80. toczyła się w tej materii podstępna gra, której celem było takie nastawienie potencjalnych wyborców, by ci zmusili własne rządy do korzystnej dla ZSRR demilitaryzacji.

Sowiet upadł, lecz Rosja dalej idzie tą drogą. Dziś grozi Europie wybuchem kolejnej wielkiej wojny, której zarzewiem miałaby być Ukraina. Oczywiście, są to groźby nie do zrealizowania, konflikt z NATO byłby bowiem dla Rosjan nie do wygrania, niemniej w obszarze retoryki moskiewscy spece od zatruwania nastrojów mogą swobodnie posługiwać się argumentem „sytuacji wymykającej się spod kontroli”, „nieoczekiwanej eskalacji” itp. Ileś osób to kupi i niezależnie od stosunku do Rosji, będzie zwolennikiem „nieprowokowania Kremla”. W dobie polityk pod przemożną presją sondaży nie sposób zignorować pacyfistycznego nastawienia obywateli; tak przynajmniej kalkuluje Moskwa.

Ale – i tu wracamy do punktu wyjścia – ileż można się bać? Putin grozi Ukrainie od października (w najnowszej odsłonie eskalacji), od grudnia idzie po całości i rzuca wyzwanie całemu NATO. Pyta wręcz: „czy jesteście gotowi umierać za Ukrainę?”. Media, które na strachu budują swoje zasięgi, chętnie się do gry włączają. I tak powstaje prawdziwa kakofonia, nieustanna zapowiedź nadchodzącej agresji, której skutki dotkną wszystkich od Dniepru po Kanał. Sytuacja była już „na ostrzu noża” w grudniu, styczniu, jest w lutym. Wybuch wojny przekładano kilka razy, co poza ulgą niesie też wspomniane zobojętnienie. „Przestańcie wreszcie pierdolić o tej wojnie” – czytam na forum dużego dziennika. „Wróćcie do tematu, gdy naprawdę wybuchnie. Ja póki co żegnam państwa, jadę na narty”.

Jak na powrót chwycić taką osobę w sidła zastraszania? Jak przypomnieć, że „Rosja może zrobić w jej kraju jesień średniowiecza”? Ano wystarczy wykorzystać naturalną ciekawość dla tajemniczych, niezrozumiałych, nieoczywistych zjawisk czy procesów oraz fakt, że medialne strategie finansowe opierają się na „zagospodarowywaniu” takich postaw. „Z” (którego w rosyjskim alfabecie nie ma) na burtach samochodów i czołgów to najpewniej sposób na wyrąbanie sobie przestrzeni informacyjnej, zdobycie naszej uwagi. Czytając o tym, znów wchodzimy w ponury świat niechybnej inwazji i jej zgubnych skutków. Ponownie stajemy się mentalnymi zakładnikami Putina.

Z jak zakładnicy.

—–

Ilustracyjne zdjęcie z Donbasu, z 2016 r./fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to