(Nie)zdolność

Czy Donald Trump „wypisze” USA z NATO? Byłoby to trudne – amerykańskie prawo przewiduje taką opcję pod warunkiem posiadania absolutnej większości w Senacie i Kongresie. Republikanie zdominowali obie izby, ale w niewystarczającym zakresie. Istnieją kruczki prawne (jak to za Oceanem…), te jednak niosą ryzyko klinczu konstytucyjnego, którego Trump zapewne wolałby uniknąć. Zwłaszcza że nie musi sięgać po tak radykalne rozwiązanie…

Nowy/stary prezydent może po prostu wycofać amerykańskie wojska z Europy. Już raz próbował to zrobić – pod koniec pierwszej kadencji – ale proces ten został zastopowany, a potem odwrócony za kadencji Joe Bidena.

—–

Druga z opcji to paraliż decyzyjny Sojuszu Północnoatlantyckiego. NATO oparte jest na mechanizmie kolektywnego podejmowania decyzji, państwa członkowskiego nie można przegłosować. Jeśli Stany czegoś zrobić nie zechcą – taka będzie wola ich przywódcy – to tego nie zrobią. A możliwości zakulisowego wpływania na jedyne supermocarstwo są raczej ograniczone. Więc owszem, bezpieczeństwo militarne zachodniej wspólnoty w istotnej mierze zależy od widzimisię amerykańskiego przywódcy.

Co wcale nie musi oznaczać dramatu. W tym tekście chciałbym skupić się na samodzielnych zdolnościach europejskich członków NATO, ale dla porządku warto odnotować inną kwestię. Nadal nie mamy jasności, w jakim celu Trump i jego współpracownicy grożą „o(d)puszczeniem Europy”. Czy jest to polityczna agenda, plan, czy wyłącznie blef, który ma zmobilizować Europejczyków do nominalnie większych i efektywniejszych wysiłków w zakresie budowy potencjału odstraszania.

Faktem jest, że część europejskich krajów – z Niemcami na czele – od dekad „jedzie na amerykańskiej dywidendzie” – korzysta z parasola USA, samemu niespecjalnie inwestując w wojsko. W Waszyngtonie mogą czuć irytację i nie trzeba do tego trumpowego, biznesowego podejścia do polityki. Tak czy inaczej, natowską Europę stać na podniesienie nakładów, wystarczy tylko, by zrezygnowała z nieprzesadnie dużej części socjalnego komfortu, w jakim żyją jej obywatele.

—–

Wróćmy jednak do kwestii bieżących możliwości militarnych NATO. Od dekad bezpieczeństwo ładu międzynarodowego oparte jest na nuklearnej równowadze sił, czego istota sprowadza się do zawartości arsenałów USA i rosji. Zasoby pozostałych państw-członków „atomowego klubu” zdają się mieć drugorzędne znacznie.

Ale przyjrzyjmy się szczegółom. Stany i rosja dysponują zbliżoną liczbą głowic – po około 6 tys. sztuk – z których tylko jedna czwarta ma status aktywnych; reszta de facto przeznaczona jest do utylizacji. Francja i Wielka Brytania – europejscy członkowie NATO – razem mają na stanie ponad pół tysiąca ładunków, z tym że miażdżąca większość z nich jest gotowa do użycia. To nadal znacząco mniej niż w przypadku rosji, lecz i tak wystarczająco dużo, by zadać federacji nokautujący cios. Nie bez znaczenia w tym kontekście jest specyficzna słabość rosji: fakt, iż jej centra cywilizacyjne skupione są w Moskwie i Petersburgu (a więc w europejskiej części kraju). W razie wojny nuklearnej ta nadmierna koncentracja niweluje większość korzyści wynikających z rozległości terytorialnej.

Konkludując wątek, podobnie jak w przypadku relacji amerykańsko-rosyjskich, także na gruncie europejsko-rosyjskim groźba wzajemnego zniszczenia w zasadzie znosi ryzyko, że którakolwiek ze stron sięgnie po „najtęższy argument”. Co oznacza, że pola ewentualnej konfrontacji niejako z przymusu znajdują się poza „atomowym ringiem”.

—–

Co tam widzimy? Potężną siłę ekonomiczną Europy. Przyjmując za miarę korzystny dla rosjan parytet siły nabywczej, jej potencjał jest pięć razy większy od rosyjskiego (35 vs. 7 bln dol.). Nadal – z uwagi na brak politycznej woli – produkcja zbrojeniowa odbywa się na ćwierć gwizdka, a i tak bije wydajnością rosyjski przemysł obronny funkcjonujący w realiach wojennej mobilizacji (a więc na najwyższych obrotach). Z zastrzeżeniem dotyczącym pojedynczego obszaru – produkcji amunicji artyleryjskiej; tu Europa dalej „jest w lesie”, wciąż wytwarza mniej niż rosja. Biorąc pod uwagę ilość skumulowanego kapitału natowskiej-pozaamerykańskiej wspólnoty, ten stan mógłby ulec szybkiej zmianie i być może taki będzie „efekt Trumpa”. Gwoli rzetelności warto odnotować, że i tak – w porównaniu z sytuacją sprzed 2022 roku – kontynentalne fabryki produkują dziś więcej pocisków. W Polsce jest to wzrost niemal czterokrotny.

Dysproporcje już wyłącznie na korzyść europejskich członków NATO odnotowujemy w parametrach konwencjonalnej siły militarnej. Europejscy członkowie Sojuszu mają więcej żołnierzy (2 mln vs. 1,5), czołgów (6 tys. vs. 2), bojowych wozów piechoty (9 tys. vs. 2), „luf” (7 tys. systemów artyleryjskich vs. 2,7). Dysponują dwoma tysiącami samolotów, gdy Rosja ma ich tysiąc. Skumulowany budżet obronny Europejczyków z NATO jest trzy razy wyższy niż rosyjski, ten drugi w większości „przejadany” przez wojnę (380 mld dol. vs. 126 w 2023 roku). Dodajmy do tego różnice w jakości – niemal w każdej kategorii uzbrojenia sprzęt rosyjski/posowiecki ustępuje zachodniemu; wojna w Ukrainie dowiodła to z całą stanowczością.

—–

Niestety, na tym kończą się dobre wieści. Z USA czy bez, słabością NATO pozostaje jego różnorodność. Sojusz to kilkadziesiąt państw, a już sama rozproszona odpowiedzialność jest z wojskowego punktu widzenia kłopotliwa. Tym kłopotliwsza, że każdy kraj trochę inaczej definiuje własne interesy, a niektóre są ze sobą skonfliktowane. Waszyngton potrafi „walnąć w stół” i przywołać do porządku niesfornych sojuszników – nikt inny we wspólnocie nie ma takiej mocy.

By choć częściowo zniwelować efekt ograniczonej decyzyjności wymyślono plany ewentualnościowe: działania podejmowane „z automatu”, bez konieczności ponownego ich uzgadniania. W przypadku zagrożenia Polski plany te zakładały znaczącą dyslokację natowskich wojsk nad Wisłą. Rzecz w tym, że większość oddziałów byłaby amerykańska, co przy wolcie Waszyngtonu oznaczałoby konieczność ponownego rozpisania zamierzeń. Strach pomyśleć, jakby to przebiegało z Węgrami czy Turcją na pokładzie.

Ale brak twardego militarnego potencjału Amerykanów to nie jedyny i chyba nie najważniejszy problem. Niezależnie od tego, jak wyszkolona i wyposażona będzie armia, pozbawiona na czas amunicji, paliwa, jedzenia i zaplecza medycznego w najlepszym razie nie zwycięży, w najgorszym poniesie porażkę. Innymi słowy, bez sprawnej logistyki ani rusz.

—–

O czym można było się przekonać w Afganistanie. W 2012 roku wiele naszych Rosomaków jeździło z uszkodzonymi siatkami chroniącymi pancerz przed granatami RPG. Formalnie były to sprawne wozy, podobnie jak Rosomaki z niedziałającymi urządzeniami do obserwacji nocnej, które za dnia z powodzeniem mogły brać udział w rozmaitych operacjach. Wysoki wskaźnik sprawności sprzętu to w wojsku nie lada wyczyn, były więc powody do zadowolenia.

Wyczyn, który mimo wysiłków mechaników trudno było osiągnąć, bo zaopatrzenie kontyngentu kulało. Wcześniej tego problemu nie było – zaraz napiszę dlaczego – ale wówczas zamówione części „szły” do Afganistanu nawet kilka miesięcy. Do dziś włos mi się jeży na wspomnienie pododdziału, który tygodniami jeździł na niesprawnych oponach, bo zabrakło kołków do wulkanizacji. „Generał gdzieś załatwił”, podsumował historię jeden z żołnierzy. „Załatwianie” sprowadzało się również do kanibalizacji, czyli pozyskiwania części ze zniszczonych i uszkodzonych wozów. Co w połączeniu z niewiarą w szybkie działanie służb logistycznych sprzyjało utrzymaniu fikcji wysokiej sprawności. Chętnie przyjmowanej na kolejnych szczeblach, któż bowiem lubi meldować o kłopotach? Tyle że na końcu łańcucha – w gabinetach urzędników i polityków – wojna była pojęciem abstrakcyjnym. Tam nikt życia na niesprawnym sprzęcie nie ryzykował.

—–

Wojskowa logistyka dzieli się na cztery obszary. Pierwszy obejmuje zaopatrzenie w paliwo, amunicję, części, medykamenty i żywność. Drugi to zaplecze remontowe. Trzeci odpowiada za warunki bytowe. Czwarty związany jest z zabezpieczeniem medycznym. W Afganistanie dwa ostatnie spoczywały na barkach Amerykanów, oba pierwsze w istotnym zakresie zależały od Polaków. Przy odległości dzielącej kraj od miejsca ekspedycji i braku strategicznego transportu lotniczego kłopotów nie dało się uniknąć. Na szczęście pod ręką byli Amerykanie. A ci – póki nie pochłonęły ich działania związane z wycofywaniem własnego kontyngentu – „mogli wszystko”.

Dziś niewiele się zmieniło. Za 70 proc. zdolności transportowych NATO – lotniczych i morskich – odpowiadają Amerykanie. Nikt, tak jak oni, nie potrafi budować baz operacyjnych w dowolnym miejscu na Ziemi. Nikt, tak jak oni, nie zapewni wojsku systemu ewakuacji i zaplecza medycznego. Zdolności europejskie, nie tylko polskie, są w tym zakresie – i w wielu innych – niewystarczające do „obsłużenia” czegoś więcej niż „małej, ekspedycyjnej wojny”.

Jeśliby szukać analogii, NATO bez USA jest jak nowoczesny czołg – potężny, ale bez dowódcy i silnika. Da się go użyć w boju, w obronie może być niepokonany, jeśli załodze uda się współpracować. Ale statyczna walka to większe ryzyko, że maszyna zostanie zniszczona, to po pierwsze. A po drugie, armata musi mieć czym strzelać…

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi i Arkowi Drygasowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze i Marcinowi Barszczewskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Łukaszowi Podsiadle i Wojciechowi Jóźwiakowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – osoby zainteresowane nabyciem najnowszej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Amerykański samolot transportowy C-17, koń roboczy logistyki lotniczej. Bagram, Afganistan, jesień 2012 roku/fot. własne

Tekst ukazał się również w portalu Interia.pl

Ślepota

Od wielu miesięcy nad Wisłą – i dalej na zachód aż za ocean – postrzegamy sytuację Ukrainy i rosji w nazbyt asymetryczny sposób. Ta pierwsza „ledwo żyje”, druga jawi się niczym twór z teflonową powłoką, po której „wszystko spłynie”. Skądinąd przekonanie obywateli wolnego świata do takiej wizji należy uznać za duży sukces (pro)rosyjskiej propagandy. Nie zmienia to faktu, że ta percepcja – delikatnie rzecz ujmując – kłóci się z realnym stanem rosyjskiej gospodarki i armii.

O ich kondycji pisałem już nie raz, nie będę więc sięgał po szczegóły, a poprzestanę na wyjściowej tezie: widzimy słabnącą Ukrainę – która rzeczywiście jest w złej sytuacji – i nie dostrzegamy słaniającej się rosji. A że ta „selektywna ślepota” jest także udziałem wielu zachodnich polityków, jej skutki mogą być katastrofalne.

I o tym pisałem przedwczoraj, poświęcając uwagę głównemu rozgrywającemu Zachodu, jakim niebawem stanie się nowy prezydent USA. Pozwólcie, że przypomnę niezbędne fragmenty. Uważam, że Trump może rosjanom dać złudzenie siły i sprawczości. Tak się stanie, jeśli Ameryka porzuci Ukrainę, czyli przymusi Kijów do zawarcia pokoju na warunkach bardziej komfortowych dla Kremla. Na przykład takich, że Ukraina nie tylko godzi się na status quo, ale i wycofuje z objętych roszczeniami obwodów zaporoskiego i chersońskiego. Co nadal będzie moskiewską porażką (bo rosja chciała więcej), zarazem mając postać na tyle poważnej zmiany granic, że da się ją sprzedać jako rosyjskie zwycięstwo. A jeśli rosjanie uwierzą w opowieść o spektakularnym sukcesie „spec-operacji”, nakarmią nią swój imperializm, nie tylko mogą uznać, że było warto. Mogą poczuć chęć na więcej.

Zresztą putin wcale nie musi ulegać iluzjom, może mieć świadomość, że wojna w Ukrainie przetrąciła kręgosłup jego armii. Problem w tym, że kryzysy, jakie zafundował rosji angażując ją w kosztowną wojnę, prędzej czy później „wybuchną mu w twarz”, wywołają fale społecznego niezadowolenia, pewnie i buntu. Z jego perspektywy może się okazać, że lepiej „uciec do przodu”, wejść w kolejną „zwycięską wojnę”. „Obywatele” rosji są na takie bodźce podatni – powiedzą sobie „biedujemy, ale znów kogoś pobiliśmy!”. Agresją skompensują niedostatki. W którymś momencie rzeczywistość dobierze im się do skóry, ale putin nie potrzebuje dekad. Jest starcem, zostało mu kilkanaście lat życia. Trump może dać mu komfort na najbliższe cztery, zwłaszcza jeśli wycofa wojska USA z Europy, a NATO sparaliżuje decyzyjną obstrukcją.

Nie, putin nie zaatakuje Polski, to dla rosji za duże wyzwanie. Przedwczoraj sugerowałem, że może zwrócić się ku któremuś z państw nadbałtyckich. Nie wycofuję się z tego przypuszczenia, choć dziś bardziej prawdopodobne – bo obciążone mniejszym ryzykiem – wydają mi się inne cele: Mołdawia lub Gruzja. „Trump nie kiwnie palcem”, jeśli na Kremlu weźmie górę taka kalkulacja, kolejny kraj dotkną „rakietowe dobrodziejstwa” ruskiego miru.

Wszak niezależnie od obiektywnej słabości – po skończonej czy zawieszonej wojnie z Ukrainą – rosja byłaby w stanie wystawić kontyngent zdolny do zajęcia Gruzji i Mołdawii. Niewielka powierzchnia obu krajów, słabość ich sił zbrojnych, ale i obecność całkiem pokaźnych grup ludności o prorosyjskim nastawieniu działałyby tu na korzyść Kremla.

Do Gruzji federacja ma dostęp bezpośredni, z Mołdawią byłby większy kłopot, ta bowiem otoczona jest przez Ukrainę i Rumunię, a od najbliższej rosyjskiej granicy dzielą ją setki kilometrów. Pamiętajmy jednak, że Mołdawię toczy prorosyjski rak w postaci Naddniestrza, zbuntowanej prowincji. Próba wybicia korytarza lądowego do tej „republiki” wzdłuż brzegu Morza Czarnego była jednym z początkowych celów rosjan, gdy w lutym 2022 roku zaatakowali Ukrainę. Operacja się nie powiodła – najeźdźcy doszli pod Mikołajów, potem zostali zepchnięci do Chersonia, a ostatecznie utracili i to miasto, wycofując się na wschodni brzeg Dniepru. Siedzą tam do dziś, bez widoków na wznowienie działań ofensywnych, do czego brakuje im sił i środków.

Jeśli nie lądem, to może morzem? Rzecz w tym, że Naddniestrze (i cała Mołdawia) nie ma dostępu do czarnomorskiego akwenu. Ewentualny desant morski musiałby nastąpić na obszarze Jedysanu czy dalej na południowym-zachodzie, w Budziaku – tym kawałku Ukrainy, który leży „pod” Mołdawią. Co de facto oznaczałoby otwarcie kolejnego frontu w wojnie Moskwy z Kijowem, a w naszym scenariuszu ponowne rozpoczęcie działań zbrojnych, co czyni tę opcję mało prawdopodobną. Desant wojsk powietrznodesantowych? W warunkach wojny z Ukrainą przerzut spadochroniarzy z Krymu byłby ryzykowną operacją – ukraińska obrona przeciwlotnicza w rejonie Odesy jest silna i wiele wyładowanych spadochroniarzami Iłów-76 nie dotarłoby do celu. A co dopiero mówić o utrzymaniu mostu powietrznego. Ale jeśli Kijów i Moskwa zawrą porozumienie pokojowe, wspomniane zagrożenie zostanie zniesione. WDW wylądują w Naddniestrzu i ruszą dalej na zachód.

Albo i nie ruszą, jeśli wolny świat im na to nie pozwoli. Jest oczywistą oczywistością, że Europa – silna skumulowanym potencjałem militarnym i gospodarczym, ale słaba rozdrobnionym, zdecentralizowanym przywództwem – musi „przepracować” swój status. Zostawmy te rozważania na inny tekst, na potrzeby tego podkreślmy, że idzie tu o wyzwanie długofalowe. Tymczasem przeciwdziałać rosji trzeba „tu i teraz”, a najmocniejsze narzędzia są w rękach USA.

Tylko twarde wsparcie Ameryki dla Ukrainy może pozbawić rosjan złudzeń o własnej sile i sprawczości. Nie zrozumcie mnie źle, nie występuję w roli chorążego militaryzmu; też chciałbym, żeby wojna na Wschodzie się skończyła. Ale dobrze wiem, że zły pokój to nie jest pokój, a przedpokój do kolejnej wojny – zwykle gorszej niż poprzednia; taką naukę i nauczkę niesie nam historia. Mówiąc konkretnie, rosję trzeba bardziej poharatać, poprawiając pozycję negocjacyjną Ukrainy, to po pierwsze. I po drugie, poprzez szeroko rozumianą dotkliwość skutków wojny wybić ze łba rosjanom chęć do następnej „spec-operacji”. Tu rzecz jasna konieczne jest utrzymanie reżimu sankcyjnego, na lata – ale to kolejna kwestia na oddzielny tekst.

Skupmy się na kwestiach militarnych. „Politico” donosi, że Waszyngton zamierza zintensyfikować dostawy uzbrojenia do Ukrainy. Tak, by obiecane niedawno 6 mld dol. wykorzystać przed upływem kadencji Joe Bidena. Lepiej późno niż później, chciałoby się rzec w ponurym tonie, zarazem trudno zaprzeczyć, że to całkiem pokaźny zastrzyk. A gdyby jeszcze „wzbogacić” go o polityczną zgodą na używanie amerykańskiej broni na terenie rosji…

Pamiętacie, co się stało latem 2022 r., w efekcie używania przez Ukraińców wyrzutni Himars? Ich zasięg (do 80 km) i precyzja pozwoliły na masowe niszczenie rosyjskich magazynów. Zmusiło to rosjan do porzucenia idei dużych składów, tworzonych tuż na zapleczu stanowisk bojowych. Artyleria moskali się zadławiła, żołnierze nie mieli co jeść. Operacja ofensywna ustała, szerzył się defetyzm, który przesądził o wrześniowej klęsce agresorów na Charkowszczyźnie. Ten efekt osiągnięto z wykorzystaniem nieco ponad tysiąca rakiet systemu Himars. Zaledwie tysiąca…

To teraz wyobraźmy sobie skutki „himarsowania 2.0”, na głębokość 300 km, z uwzględnieniem zaplecza na macierzystym terytorium rosji. Nie trzeba niemożliwego – szybkich dostaw setek Abramsów czy dziesiątek F-16 – by zadać rosjanom bolesny kop w krocze.

Niechby to było „dziedzictwo Bidena” i niechby Trump poszedł tym tropem. Miał świadomość rosyjskich słabości i skutków ich niedostrzegania. Wykorzystał ułamek siły Ameryki, jeśli rzeczywiście chce, by była wielka.

—–

Dziękuję za lekturę! Dobrego długiego weekendu Wam życzę. Nim oddacie się jego atrakcjom zerknijcie proszę życzliwym okiem na przyciski poniżej. Kierują do miejsc, gdzie możecie wesprzeć moje pisanie „kawą” lub subskrypcją. Tymczasem, co do znudzenia przypominam, to głównie dzięki Wam powstają moje teksty, także ten.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem moją najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Złudzenie

Będzie o Trumpie, ale zacznę od rosji – rosji, która wojny na Wschodzie nie wygra. Doprowadzenie do całkowitego upadku państwa ukraińskiego jest bowiem poza zasięgiem sił zbrojnych federacji. A tylko takie realia – okupacja większości terytorium Ukrainy i wasalizacja reszty – uzasadniałyby twierdzenia Moskwy o zwycięstwie. Scenariusze mniej lub bardziej „zgniłego kompromisu” oznaczają rosyjską porażkę. Nie tylko w relacji do celów, jakie przyświecały interwencji w 2022 roku. Przede wszystkim z powodu kosztów.

Jest bowiem rosja na wielu płaszczyznach zdruzgotana. Trzy z nich są najbardziej oczywiste:  militarna, gospodarcza i demograficzna.

Wojna w Ukrainie skasowała efekt niemal 15-letniej modernizacji armii putina. Straciła ona najwartościowszy sprzęt, mnóstwo najlepszego personelu, a co najważniejsze, wydrenowała do spodu posowieckie zapasy amunicyjne i jest dziś coraz bliżej równie finalnego drenażu zasobów sprzętowych z tamtego okresu.  „Renta po ZSRR” przechodzi do historii, co jest o tyle dokuczliwe, że bieżące moce produkcyjne nie są w stanie skompensować tych ubytków.

Gospodarka żyje dziś dzięki chińskiej kroplówce i własnej produkcji zbrojeniowej. Która owszem, daje ludziom pracę, wyższe zarobki, ale jej efekty w całości są przepalane – dosłownie i w przenośni – w Ukrainie. Owo przepalanie finansowane jest z oszczędności, topniejących w zastraszającym tempie. Państwo putina przejada kapitał, który mogłoby zainwestować gdzie indziej. Jego stan dobrze ilustruje analogia z lisem biegającym za własnym ogonem. Jest ruch, jest energia, jest złudzenie życia. Tyle że zwierz nie pędzi naprzód, a kręci się w koło, de facto stoi w miejscu i co dla niego najgorsze, stopniowo pożera ten własny ogon. To rozłożone w czasie samobójstwo.

Samobójstwem jest posyłanie setek tysięcy mężczyzn na śmierć w Ukrainie. Skala wojennych ubytków jest zatrważająca, a przecież trzeba do niej dorzucić okołowojenną emigrację i poprzedzającą wojnę pandemiczną hekatombę. Wedle ostrożnych szacunków, w ciągu minionych pięciu lat rosja straciła 3,5 mln obywateli, w dużej części z grup wiekowych i kategorii zawodowych ważnych czy wręcz kluczowych dla gospodarki. A dodajmy do tego spadającą dzietność i średnią długością życia (ta jest obecnie o kilkanaście lat krótsza niż w krajach najbardziej rozwiniętych), oraz dramatyczny spadek jakości usług publicznych (wszak realnie do 60 proc. wydatków państwa idzie na sektor obronny) – w efekcie możemy mówić o poważnym kryzysie, który już trwa, a którego najpoważniejsze skutki czają się na horyzoncie.

A przecież są jeszcze realia państwa z „gówna i snopowiązałki” – cała ta wykonana byle jak infrastruktura, równie byle jak konserwowana, a ostatnio – bo heloł, spec-operacja – w ogóle niedoglądana. Wszystkie te drogi, mosty, sieci przesyłowe, wodociągi, fabryki, obiekty użyteczności publicznej. Kilka dni temu w Moskwie „wybuchł” kolektor ściekowy i fontanna fekaliów o wysokości kilkudziesięciu metrów przelewała się godzinami; znamienne to i symboliczne było.

To taki kraj, z taką armia i z takim zapleczem, prowadzi dziś wojnę z Ukrainą. Fakt, iż obecnie ma inicjatywę, nie wynika z jego siły, ale ze słabości przeciwnika. Relatywnej słabości, wszak gdyby rzeczywista asymetria była większa, już dawno „byłoby pozamiatane”.

I tak dochodzimy do nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Problem z nim – w kontekście Ukrainy, ale i szerzej, całej Europy Środkowo-Wschodniej – sprowadza się do tego, że Trump może putinowi i rosjanom (albo tylko rosjanom, ale putin to wykorzysta) dać złudzenie siły i sprawczości. Tak się stanie, jeśli USA porzucą Ukrainę, a w dalszej kolejności w ogóle odpuszczą sobie Europę. Porzucą, czyli przymuszą Kijów do zawarcia pokoju na warunkach bardziej komfortowych dla Kremla. Na przykład takich, że Ukraina nie tylko godzi się na status quo, ale też wycofuje z objętych putinowskimi roszczeniami obwodów zaporoskiego i chersońskiego. Co nadal będzie moskiewską porażką (bo rosja chciała więcej), zarazem mając postać na tyle poważnej zmiany granic, że da się ją sprzedać jako rosyjski sukces. Sprzedać rosjanom i światu.

„No dobra”, mógłby rzec ktoś, „niech sobie ruskie w tym złudzeniu sukcesu żyją; kij im w oko”. No nie. Na co dzień nie dostrzegamy, jak iluzje i wyobrażenia wpływają na nasze życie. Jako socjolog tak właśnie postrzegam funkcje kultów religijnych. Bogów nikt nie widział, ich istnienie przyjmuje się na wiarę, tymczasem ta wiara przenika wszelkie aspekty naszej codzienności. Porządkuje je, ma moc tworzenia wspólnot, instytucji, kodeksów, moralności. Jednoczy, ale ma też wymiar destrukcyjny, objawiający się religijnymi wojnami i prześladowaniami. Podobnie działają rozmaite ideologie – nawet najbardziej oderwane od rzeczywistości potrafią wykreować sprawny organizacyjnie reżim. A ten może się okazać toksyczny w relacjach z innymi wspólnotami.

No więc jeśli rosjanie uwierzą w opowieść o spektakularnym zwycięstwie w Ukrainie, nakarmią nią swój imperializm, nie tylko mogą uznać, że było warto. Mogą poczuć chęć na więcej.

I tu znów wracamy do Trumpa – prezydent nie wypisze USA z NATO, nie ma takich uprawnień. Lecz spokojnie może wycofać wojska Stanów Zjednoczonych z Europy, a Sojusz sparaliżować decyzyjną obstrukcją. Te lęki nie biorą się z niczego, ale z trumpowych deklaracji oraz z doświadczenia jego pierwszej prezydentury, kiedy dramatycznie ograniczył amerykańską obecność wojskową na kontynencie.

Co, jeśli znów to zrobi? Co, jeśli oleje NATO? Co, jeśli wcześniej da rosjanom poczucie siły, pomagając zakończyć wojnę w Ukrainie na bardziej moskiewskich warunkach?

Pamiętacie, na jakich warunkach rosja weszła do wojny w 2022 roku? Decyzja o agresji oparta była o trzy założenia: o własnej sile, o słabości Ukrainy i o słabości Zachodu, przede wszystkim Ameryki. To ostatnie miało zostać w pełni zweryfikowane latem 2021 roku, kiedy siły USA w popłochu wycofały się z Afganistanu. „Takie Stany nam nie przeszkodzą”, uznano na Kremlu. To i pozostałe dwa założenia okazały się złudzeniami.

Ale putin wcale nie musi ulegać iluzjom, może mieć rzetelne rozeznanie sytuacji. W tym przypadku świadomość, że wojna w Ukrainie przetrąciła kręgosłup jego armii. Mógłby zatem zamknąć się w norze, ale z drugiej strony kryzysy, jakie zafundował rosji, prędzej czy później „wybuchną mu w twarz”, wywołają fale społecznego niezadowolenia, pewnie i buntu. Lepiej „uciec do przodu”, wejść w jeszcze jedną „zwycięską wojnę”. Obywatele rosji są na takie bodźce podatni – powiedzą sobie „biedujemy, ale znów kogoś pobiliśmy!”. Agresją skompensują niedostatki. W którymś momencie rzeczywistość dobierze im się do skóry, ale putin nie potrzebuje dekad. Jest starcem, zostało mu najwyżej kilkanaście lat życia. Trump może dać mu komfort na najbliższe cztery.

I znów ktoś może rzec: „pal licho, przecież Polski nie zaatakują”. No nie, na to rosja jest za krótka. Ale potrafię wyobrazić sobie scenariusz, w którym putin obiera za cel któreś z państw nadbałtyckich. Gra va banque, przekonany, że „Ameryki tu nie ma”, że „Trump nie kiwnie palcem”. Kiwnie czy nie, przekonamy się po fakcie. Gdy formalnie spełnione zostaną warunki, byśmy jako kraj poszli na wojnę. Takie mogą być skutki trumpowskiej dezynwoltury.

—–

Jak się przed nimi chronić? Co w najbliższym czasie winno podziać się w Ukrainie? O tym w kolejnym wpisie. Na dziś to wszystko, dziękuję za lekturę i polecam Waszej uwadze przyciski poniżej. Piszę bowiem dzięki Waszemu wsparciu, za które pięknie dziękuję.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem moją najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Donald Trump, oficjalna prezydencka fotografia/fot. White House

Gardła

Ameryka dziś głosuje. Nie podejmę się próby przewidzenia, kto wygra wybory prezydenckie – sondaże są bowiem zbyt wyrównane. Jutro rano będziemy wiedzieli więcej, ale już dziś warto zastanowić się, co wybór konkretnego kandydata może oznaczać dla ukraińskiego wysiłku obronnego.

W potocznym przekonaniu prezydentura Kamali Harris byłaby dla Ukrainy rozwiązaniem dobrym, Donald Trump najczęściej jawi się tu jako „zło absolutne”, niemal sojusznik władimira putina. Tymczasem sytuacja wcale tak czarno-biała być nie musi.

Harris u steru władzy jedynego supermocarstwa to gwarancja polityki kontynuacji – Bidenowskiego „ostrożnego zarządzania eskalacją”, tak, by rosji nie pozwolić wygrać, ale też by nie doprowadzić do jej gwałtownego upadku. W praktyce przekłada się to na pokaźne, ale mimo wszystko ograniczone dostawy sprzętu wojskowego i wszelkiej maści militarnych usług. Cel tych działań w wymiarze politycznym zdefiniowany jest jako niedopuszczenie do upadku Ukrainy, zachowanie jej podmiotowości i integralności. W porównaniu z pierwotnymi deklaracjami – z wiosny 2022 roku – mamy tu do czynienia z wyraźną redukcją „ambicji”, wszak Waszyngtonowi nie zależy już na ukraińskim zwycięstwie rozumianym jako odzyskanie wszystkich utraconych po 2014 roku ziem. Oficjalnie nikt tego jeszcze nie przyznał, ale jasnym jest, że Biały Dom Bidena (i Harris jako wiceprezydentki) taki zamiar uważa za nieosiągalny.

Pewne nadzieje w kontekście Ukrainy i prezydentury Harris rodzi demokratyczny kandydat na wiceprezydenta. Tim Walz ma za sobą wieloletnią służbę wojskową (w Gwardii Narodowej), można więc założyć, że inaczej postrzega sprawy militarne niż jego cywilni współpracownicy. Część komentatorów zakłada wprost, że z takim bagażem Walz może się ujawnić bardziej jako „jastrząb” niż „gołąb” – i że dzięki tym dyspozycjom „podkręci” zachowawczą politykę Stanów. Gdy Harris przedstawiła go jako swojego zastępcę, mainstreamowe media za oceanem dopatrywały się w tym przyszłego podziału ról. Zgodnie z nim, pani prezydent miałaby zajmować się kwestiami ekonomicznymi i społecznymi, tę część polityki USA, która dotyczy spraw wojskowych i wojennych, cedując na Walzu.

Czy rzeczywiście tak będzie, być może niebawem się przekonamy.

Ale nadzieje związane z korzystnymi dla Ukrainy posunięciami Waszyngtonu upatrywane są również w Trumpie. A ściślej, w cechach jego charakteru. Z jednej strony republikański lider gotów jest – tak przynajmniej deklaruje – iść po trupie Ukrainy; za wszelką cenę zakończyć wojnę, nawet jeśli oznaczałoby to szerokie korzyści i koncesje dla Moskwy. Z drugiej jednak nie raz już dowiódł swojej nieprzewidywalności i tego, że podejmuje kluczowe decyzje pod wpływem gwałtownych emocji. W tym scenariuszu oszukany/wystawiony przez putina Trump „przestawia wajchę” i śle do Ukrainy znacznie więcej pomocy, niż miało to miejsce dotychczas. Co musiałoby wydarzyć się „po drodze”? Ano rosyjski przywódca mógłby odrzucić ofertę Trumpa lub zrobić coś, co Amerykaninowi uniemożliwiłoby przedstawienie pokoju jako osobistego sukcesu. De facto więc mamy tu założenie, że górę wzięłyby negatywne cechy charakteru obu polityków – ich przerośnięte ego i ambicje.

Jest w takich oczekiwaniach sporo naiwności, ale zbyt długo obserwuję świat wielkiej polityki, by wykluczyć czynnik emocjonalny. Moje zastrzeżenia co do realności tego scenariusza – oraz skutków ewentualnego „podkręcenia” w wykonaniu Walza – wynikają z czego innego. Dostrzegam mianowicie istnienie „wąskich gardeł”, które nie znikną nawet jeśli za oceanem pojawiłaby się wola polityczna, by zaangażować się w pomoc dla Ukrainy w znacznie większym zakresie.

—–

By wyjaśnić, co mam na myśli, przyjrzyjmy się… czołgom Abrams i ich producentowi, fabryce w Limie w stanie Ohio.

Do tej pory powstało około 10 tys. tych pancernych kolosów, co czwarty nadal pełni służbę w siłach zbrojnych USA. Pierwsze Abramsy pojawiły się w jednostkach na początku lat 80., ostatnie wozy zjechały z taśm produkcyjnych w połowie lat 90. Od tego momentu „Lima” nie wytwarza fabrycznie nowych czołgów, skupiając się na modernizacji już istniejących egzemplarzy (pojawiły się zapowiedzi powrotu do produkcji nowych „skorup”, ale to nadal pieśń przyszłości). Bazą dla tych działań jest niemal 6 tys. Abramsów (a wedle niektórych źródeł „tylko” 4 tys.) o różnym stopniu zdekompletowania, w minionych dekadach wycofanych z linii i składowanych w magazynach.

Obie liczby przemawiają do wyobraźni i sprawiają, że postrzegamy pancerne zasoby USA jako niemalże niewyczerpalne. Widzimy w nich polisę, która bez większych problemów mogłaby objąć także Ukrainę. Wszak już kilkaset maszyn – 300-500 – definitywnie zmieniłoby pole bitwy na Wschodzie, tak bardzo górują możliwościami nad rosyjskimi/sowieckimi odpowiednikami.

Tyle że „udrożnienie” starej „skorupy” zajmuje kilkanaście miesięcy. Obecnie; przed wybuchem pełnoskalowej wojny w Ukrainie, gdy amerykański przemysł zbrojeniowy pracował na ćwierć gwizdka, były to nawet dwa lata. Można ów proces skrócić do pół roku, pod warunkiem, że wytypowane do „apgrejdu” egzemplarze będą w dobrej kondycji, a zakres przewidzianych modernizacji i modyfikacji nie będzie duży. Czyli że będziemy mieli do czynienia z bieda-Abramsami – i tak lepszymi od rosyjskich tanków, ale już bez wielu istotnych przewag. Bez wchodzenia w zbędne techniczne szczegóły – takie właśnie maszyny trafiły do Ukrainy w zeszłym roku. To nie tylko ich symboliczna liczba (31 sztuk…), ale też wytrzebione możliwości odpowiadają za brak „efektu wow” na froncie.

Wróćmy do „Limy” – fabryka do niedawna była w stanie „produkować” około 150 Abramsów rocznie, obecne moce pozwalają na remont i modernizację 250 egzemplarzy. Tyle właśnie czołgów – w najnowszej, a więc wymagającej najwięcej zabiegów konfiguracji – zamówiła Polska. Pierwsze maszyny z tego pakietu dotrą nad Wisłę za kilka tygodni, generalne kontrakt ma zostać zrealizowany do końca 2026 roku. Równolegle amerykańska fabryka będzie pracować nad zamówieniem z Australii (75 wozów), no i nade wszystko nad zleceniami na rzecz sił zbrojnych USA.

Gdzie tu „wcisnąć udrażnianie” Abramsów na potrzeby armii ukraińskiej, w liczbie, która nie byłaby symboliczna i dawała szansę na przełom na froncie? Ano właśnie…

Podwojenie mocy produkcyjnych rozwiązałoby problem, ale Amerykanie na razie tego nie przewidują. A i tak proces przygotowania i rozbudowy zaplecza technicznego zająłby co najmniej kilkanaście miesięcy.

A te same uwarunkowania cyklu produkcyjnego i modernizacyjnego dotyczą także innej „super broni” (której obecność w większej liczbie znacząco poprawiłaby możliwości Ukrainy) – samolotów F-16. Ich też „stoi na pustyni” mnóstwo, ale co z tego, skoro żaden nie nadaje się do natychmiastowego wdrożenia do służby? A w tym przypadku mamy jeszcze dodatkowy kłopot w postaci długotrwałego szkolenia personelu – tak latającego, jak i technicznego.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że żadna wolta w USA nie przełoży się na gwałtowny wzrost pomocy. Decyzje, by zapewnić Ukrainie dostęp do dużej liczby „poważnego” uzbrojenia należało podejmować w 2022 i 2023 roku. Ten czas, niestety, zmarnowano.

A więc cudu nie będzie, nawet jeśli w Ameryce nowego/starego prezydenta zechcą „mocniej wejść w temat Ukrainy”.

Ale pewnie nie zechcą i w najlepszym razie utrzymane zostaną realia kroplówki.

Które i tak – w połączeniu z ukraińską determinacją – są dla rosjan zabójcze, dodam na pocieszenie. Spójrzmy na zestawienie z załączonej grafiki. Udokumentowane rosyjskie straty sprzętowe za październik br. to m.in. 78 czołgów i 276 wozów bojowych. A mowa o wizualnie potwierdzonych ubytkach, realne są bez wątpienia większe (nie każdy spalony czołg został sfotografowany/ujęty w materiale filmowym, do którego dostęp mają niezależni analitycy, w tym przypadku z projektu WarSpotting.net). No i te październikowe straty nie są wyjątkowe – nieznacznie odbiegają od statystyk z wcześniejszych miesięcy. Co przywodzi do wniosku, że roczna produkcja rosyjskiego przemysłu (200 czołgów i około 500 wozów) nie starcza nawet na kwartał działań wojennych przy ich obecnej intensywności. A „renta po ZSRR” topnieje – większość magazynów z sowieckimi czołgami świeci dziś pustkami. Warto, by kolejny amerykański prezydent miał świadomość tej i rozlicznych innych rosyjskich słabości. Byłoby wyjątkową przewrotnością i złośliwością losu przymuszać Ukrainę, by poddała się woli tak poharatanego przeciwnika…

Dziękuję za lekturę! I zapewniam Was, że niezależnie od wyniku wyborów – i tego, jak wpłyną na sytuację Ukrainy – będę kontynuował mój raport. Tak długo, jak długo będziecie nim zainteresowani. Co wymaga Waszego wsparcia, o które niezmiennie proszę – stosowne przyciski do moich kont na Patronite i Buycoffeeto znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi i Arkowi Drygasowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze i Marcinowi Barszczewskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu, Wojtkowi Leśniakowi, Konradowi Rutkowskiemu, Euzebiuszowi Wąskiemu i Jakubowi Łysiakowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

(Nie)moc

Zachodni sojusznicy Kijowa nie pragną zwycięstwa rosji, to oczywiste. Ale nie chcą również eskalacji, obawiając się, że mogłaby doprowadzić do jądrowej konfrontacji. Dlatego nie ma mowy o natychmiastowym i bezwarunkowym zaproszeniu Ukrainy do NATO czy o wysłaniu sojuszniczych oddziałów nad Dniepr w roli gwarantów bezpieczeństwa – jak chciałby tego w swoim „planie zwycięstwa” Wołodymyr Zełenski. Niechęć Zachodu do bezpośredniego zaangażowania się to pierwsza zmienna, która będzie miała istotny wpływ na sposób, w jaki zakończy się wojna na Wschodzie.

Równie ważny jest inny warunek brzegowy: realne możliwości rosyjskiej armii. Wbrew buńczucznej retoryce, wojsko putina nie jest w stanie podbić Ukrainy. A w 2024 roku poniosło sromotną klęskę, bo tak trzeba oceniać efekty prowadzonej od października ub.r. ofensywy. Nie doprowadziła ona do załamania się frontu, ba, w jej trakcie Ukraińcy przenieśli działania zbrojne na obszar federacji. rosjanie zdobyli kilka miasteczek i kilkadziesiąt wiosek, punktowo przesunęli się o 30 km, ale za cenę 400 tys. (!) zabitych i rannych. Dziś te koszmarne straty wetują, rekrutując 50-latków i sięgając po „ochotników” z Korei Północnej.

Nie mylą się ci, którzy twierdzą, że w Ukrainie toczy się wojna na wyniszczenie – a Ukraińcy też ponoszą w niej duże straty – i że zdobycze terytorialne mają drugorzędne znaczenie. Mają, ale wciąż liczą się jako bieżący wskaźnik powodzenia „spec-operacji”. No i docelowo to jednak o ziemię w tej wojnie chodzi (o jej mieszkańców i zasoby). Wykrwawianie przeciwnika – doprowadzenie do sytuacji, gdy wyczerpany „opuści gardę” – jest tu jedynie środkiem do celu. Na Kremlu wiedzą, że w bezpośredniej walce co najwyżej uda się „wyrwać” Ukraińcom resztę obwodu donieckiego (i na tym koncentrują się wysiłki rosjan poza kurskim odcinkiem frontu). Ale mają też nadzieję, że intensywność wymiany ciosów na tyle osłabi Ukrainę, że gdy dojdzie już do rozmów, uda się nakłonić Kijów do wycofania z obwodów zaporoskiego i chersońskiego. To jest moskiewska „pełna stawka na miarę możliwości”.

—–

Ukraińska to ograniczanie strat terytorialnych i – podobnie jak w przypadku rosjan – „spuszczanie krwi” z wojennej machiny przeciwnika, by w ostatecznym rozrachunku osłabić jego pozycję negocjacyjną. Tak naprawdę o to toczy się dziś wojna, choć dla pełnego obrazu należy dodać „wątek amerykański”. Obie strony usiłują dobrnąć do momentu, w którym możliwe będzie rozeznanie się w skutkach wyborów prezydenckich w USA. Moskwa chciałaby, żeby presja nowej administracji skłoniła Kijów do ustępstw, Kijów liczy, że sojusznik zza oceanu „nie podłoży mu nogi”.

Trudno ocenić, jak będzie – sondaże w Stanach są na tyle wyrównane, że wskazywanie zwycięzcy to wróżenie z fusów. Wydaje się jednak, że niezależnie od tego czy wygra Kamala Harris czy Donald Trump, Waszyngton będzie zabiegał o wygaszenie rosyjsko-ukraińskiego konfliktu. Nieznane – warunkowane tym, kto obejmie Biały Dom – pozostają metody tej presji, choć z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że nowa/stara administracja skupi się na „realistycznych” scenariuszach. W których nie ma już miejsca na rekonkwistę utraconych ziem. Tak dochodzimy do trzeciego warunku brzegowego: ukraińskiej (bez)siły. W realiach pomocowej „kroplówki” – a także z powodu wewnętrznych słabości państwa i społeczeństwa – armia Ukrainy nie jest i nie będzie w stanie wyrzucić z kraju wojsk inwazyjnych.

—–

A więc zamrożenie frontu oraz szukanie pól do ustępstw/zysków na drodze negocjacji – przed taką perspektywą stoją obie strony konfliktu. W przypadku Ukrainy proces pokojowy musi toczyć się jednocześnie z zabiegami o uzyskanie zewnętrznych gwarancji bezpieczeństwa. rosja nie słynie z przestrzegania obietnic i scenariusz, że nabierze sił i ponownie spróbuje „zagrać o całą stawkę”, trudno uznać za przesadzony. „Własna broń jądrowa albo członkostwo w NATO” – tak, w rozmowie z Trumpem, postawił sprawę Zełenski. Nie blefował, nie szantażował, nie snuł fantazji o powrocie do statusu atomowego mocarstwa (na co Ukraina nie ma w tej chwili szans), a jedynie zwrócił uwagę, że bez zachodniej protekcji jego kraj prędzej czy później wpadnie w łapy rosji.

I jakkolwiek to realistyczna diagnoza, alternatywa „atom albo NATO” wydaje się fałszywa. Ukraina może zyskać odpowiednie gwarancje także w inny sposób. Jaki? Wymóg formalnej neutralności – na co naciska i naciskać będzie Moskwa oraz ku czemu skłania się obóz Trumpa – nie musi oznaczać rozbrojenia ukraińskiej armii. Szwajcaria, a do niedawna także Szwecja i Finlandia, pozostawały neutralne, jednocześnie utrzymując relatywnie silne, świetnie wyposażone i wyszkolone armie. Nietykalność wynikała z innych cech państwowości tych krajów, ale element odstraszania też odgrywał swoją rolę.

A więc jeśli przyjęcie Ukrainy do NATO to problem (ryzyko, którego część członków Sojuszu, w tym ci najwięksi, nie chcą podjąć), można wybrać półśrodek: uzbroić ukraińskie wojsko po zęby. Po kilkudziesięciu miesiącach pełnoskalowej wojny rosjanie dobrze wiedzą, że ich broń w większości kategorii ustępuje zachodnim systemom. Mają świadomość, że dziś ratuje ich stosunkowo niewielka ilość tej broni na wyposażeniu Ukraińców. Kilka F-16 różnicy nie czyni, ale 150-200 maszyn wymiotłoby z ukraińskiego nieba rosyjskie lotnictwo. Tak samo jest i byłoby z czołgami, artylerią, bronią rakietową, zwłaszcza średniego i dalekiego zasięgu. Czy mając takiego przeciwnika rosja poszłaby na kolejną wojnę? Nie sposób tego wykluczyć, ale ryzyko z pewnością byłoby mniejsze.

—–

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na dwie sprawy. Formalny pokój wpłynąłby na ocenę ryzyka, jakim obciążone są dostawy zachodniego sprzętu dla Ukrainy. Dziś amerykańskie i europejskie uzbrojenie wydajnie zabija rosjan, co w którymś momencie może pchnąć Kreml do eskalacji. Może-nie może, tego obawiają się na Zachodzie i stąd biorą się realia „kroplówki” i obostrzenia w używaniu broni. Czym innym jednak będzie sytuacja, w której sprzęt posłuży „jedynie” do odstraszania. Dla lepszego zobrazowania posłużmy się przykładem: nasz znajomy bił się z obcym mężczyzną, który go zaatakował. Podrzuciliśmy napadniętemu nóż, tamten go użył, dzięki czemu uszedł z życiem. W innym scenariuszu też dajemy znajomemu groźne narzędzie – ale nie podczas bójki, a na wszelki wypadek, bo wiemy, że ktoś na niego dybie. Skutki mogą być takie same, lecz psychologicznie to diametralnie różne sytuacje, druga jest dla nas znacznie łatwiejsza i w jakimś wymiarze (subiektywnie) znosząca odpowiedzialność.

No ale rosjanie wykazują w tej wojnie niezwykłą determinację – rozumianą jako nonszalancja wobec ponoszonych strat – dlaczego miałoby im zabraknąć jej w przyszłości? – mógłby zapytać ktoś, powątpiewając w odstraszającą moc zwesternizowanej armii ukraińskiej. „Próg bólu” moskali rzeczywiście znajduje się wysoko, jednak nie jest nieosiągalny. Przekonuje mnie interpretacja zaangażowania rosjan w oparciu o mechanizm znany w psychologii społecznej jako „pułapka utopionych kosztów”. To stan, gdy wpakowaliśmy w jakieś przedsięwzięcie czas, pieniądze, energię (jakiekolwiek inne zasoby) i trwamy przy inwestycji chociaż ona nam się już nie opłaca. „Spec-operacja” jest taką właśnie inwestycją – za dużo już „zżarła”, by teraz się z niej wycofać. Co innego, gdyby można było cofnąć czas…

Tak, zakładam, że rosjanie są racjonalni. Owszem, ich racjonalności towarzyszy inne pojmowanie wartości ludzkiego życia, a wiele decyzji podejmowanych jest po niewłaściwym rozeznaniu sytuacji, ale co do zasady, mając „czarne na białym”, Kreml nie wpakowałby się w kłopoty. W opisanym kontekście owe „czarne na białym” oznacza zmilitaryzowaną ukraińską neutralność.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi i Arkowi Drygasowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze i Marcinowi Barszczewskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich 10 dni: Wojciechowi Jóźwiakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Grzegorzowi Lenzkowskiemu, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Łukaszowi Podsiadle.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zwesternizowane oblicze współczesnej ukraińskiej armii – należący do 47 Brygady Zmechanizowanej amerykański czołg Abrams/fot. SzG ZSU

Tekst, w nieco szerszej formule, ukazał się na łamach portalu Interia.pl