Stan

I mamy kolejną rocznicę wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Jedni dziś „pamiętają”, inni pamiętają, że jeden spał do południa, ale generalnie zamieszania wokół jakby mniej. Stan wojenny zaczyna być historią odległą, niedoświadczoną przez kolejne wchodzące w dorosłość pokolenia. Ani je on ziębi, ani parzy; i w sumie to chyba dobra wiadomość, tak bowiem tworzy się przestrzeń dla bezemocjonalnej oceny tamtych wydarzeń.

Dla mnie stan wojenny to doświadczenie z początków świadomego dzieciństwa, obciążone więc wieloma niedoskonałościami pamięci, no i specyficznym filtrem, przez jaki widzą świat gówniaki. Czołgi i transportery na ulicach były fajne, przemykanie podwórkami z Mamą po godzinie policyjnej urastało do rangi zajebistej przygody (rodzicielka kręciła papierochy i rozprowadzała je po okolicy, często wieczorami; ja robiłem za miękki bufor w razie wpadki, no bo kto zleje kobitę z 6-letnim dzieckiem?).

Tak naprawdę dopiero jako dorosły człowiek zdałem sobie sprawę z tego, czym był stan wojenny i jakie wydarzenia mu towarzyszyły.

Po dziś dzień uważam go za mniejsze zło, a kolejne wyjazdy do walczącej z rosją Ukrainy mnie w tym przekonaniu utwierdziły. Reżim Jaruzelskiego był opresyjny i miał krew na rękach, ale gdzie mu do terroru, jaki niesie ze sobą obecność rosjan jako okupantów (i proszę mi nie zarzucać, że wtedy to byli sowieci, a dziś są rosjanie, bo dla mnie to jeden czort). Uniknięcie sowieckiej interwencji to pozytyw nie do przecenienia, mimo iż sami sobie wyrządziliśmy wtedy mnóstwo krzywd.

Ale dość tych górnolotnych refleksji. Pozwólcie, że w ramach rocznicowego wpisu podzielę się z Wami kilkoma historiami.

Miałem wuja, paskudnego jajcarza, który nauczył mnie zwrotu „komuna jebana”. W ustach sześciolatka musiało to brzmieć zabawnie – bawiło w każdym razie rzeczonego krewnego. Któregoś razu szedłem więc z Babcią za dwoma zomowcami i nie wiedzieć czemu, wyskoczyłem z tą „jebaną komuną”. Panowie w mundurach obrócili się i zmierzyli mnie groźnym spojrzeniem, ale atak nastąpił z nieoczekiwanej strony. Babcia wciągnęła mnie do najbliższej bramy i pierwszy raz w życiu zlała aż pióra poleciały.

Tak wymierzona kara wystarczyła – zomowcy, ukontentowani, poszli sobie dalej.

I tak oto – przyjmując na dupę bolesne razy – zostałem kombatantem stanu wojennego.

Stanu, który odebrał mi pewną dziecięcą radość. Kilka dni przed jego wprowadzeniem zdemaskowałem Mikołaja, Gwiazdora, jak mówiło się u nas na Pomorzu. Działo się to w przedszkolu, podczas mikołajek. Usiadłem na kolanach brodacza i spojrzałem mu w twarz. Coś mi w niej nie pasowało… Chwyciłem brodę i szarpnąłem ku sobie; była sztuczna, umocowana na gumkach. Wtedy mnie olśniło – przecież znałem te ślepia! Widywałem je na przedszkolnym placyku niemal każdego dnia. Woźny; to on był Mikołajem!

No i potem zaczął się ten nieszczęsny stan wojenny. Po długich feriach wróciliśmy do przedszkola i było jak dawnej. Aż któregoś dnia po woźnego przyszło ZOMO. Daleko nie mieli – jakieś 200 metrów.

Weszli efektownie, bo rozjebali pół stołówki. Dorośli mówili później, że zomowców futrowano jakimiś prochami, żeby „się nie zastanawiali i lali gdzie popadnie”. No to lali po bogu ducha winnych stołach, krzesłach, wybili też kilka okiennych szyb. Panie wychowawczynie w popłochu ewakuowały nas do sal, gdy mundurowi dokonywali zatrzymania. Nie mam pojęcia, dlaczego wzięli naszego Mikołaja. Ale wiedziałem, że ma to swoje skutki.

– Gwiazdki w tym roku nie będzie – oznajmiłem rezolutnie w domu. Babcia z Mamą wybuchły śmiechem.

Śmiałem się, gdy wiele-wiele lat później dopadły mnie okoliczności innego stanu wojennego. Tego ukraińskiego, wprowadzonego na obszarze operacji antyterrorystycznej w Donbasie. Też był grudzień, też trzynastego, też było zimno i ponuro.

Działo się to w Kramatorsku, przybytek, do jakiego trafiliśmy z ekipą był podłej klasy. Ale czasu na szukanie innego noclegu zabrakło, bo zbliżała się godzina policyjna (komendancki czas w ichniejszemu). No i mieliśmy za sobą kilkudziesięciogodzinne tournée wzdłuż wschodnio-ukraińskiej linii frontu. Zmęczeni, brudni, wzięliśmy, co było.

Z tym, czego nie było.

W pokoju ziąb wywoływał dreszcze, a z prysznica lała się wyłącznie lodowata woda.

Zbiegłem więc do recepcji i mówię, co mnie sprowadza. Oczywiście, z nutą pretensji, bo przecież przy meldunku nikt o takich niedogodnościach nie wspominał. Pani zza okienka – zacnych rozmiarów kobieta – obdarzyła mnie spojrzeniem, w którym dobrotliwość mieszała się z drwiną. I rzekła (co muszę zacytować w oryginale, transkryptem, bo tylko wtedy ma to sens):

– Eto niet jewropejskij, eto sowietskij sojuz.

I tyle było z moich marzeń o gorącej kąpieli.

I takie wspomnienia przychodzą mi do głowy na hasło „stan wojenny”.

—–

Dziękuję za lekturę! Dobrego weekendu Wam życzę. Do bieżącego raportowania z Ukrainy wrócę w poniedziałek.

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, piszę w istotnej mierze dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby, które chciałby nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilka innych moich wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

A zdjęcie jest ilustracyjne, ze wspomnianego grudniowego wyjazdu do Ukrainy w 2016 roku. Gdzieś pod Zaporożem znalazłem takie oto siedzisko, nawiązujące do „Gry o tron”/fot. Marcin Wesołowski

Iluzje

– Nosz k…a, mam nadzieję, że nie przejechaliśmy na drugą stronę – Ilja, kierowca, sprawiał wrażenie przestraszonego. Było zimno, ciemno i mgliście. Wiadukt, na którym stanęliśmy, zdawał się prowadzić donikąd. – Nawet nie ma kogo spytać, gdzie jesteśmy… – taksówkarz rozglądał się nerwowo.

Pochodził z odległego o 200 kilometrów Dniepru – wtedy, zimą 2015 roku, zwanego jeszcze Dniepropietrowskiem. Pewnie w tej chwili żałował, że skusił się na wysoką zapłatę za międzymiastowy kurs. Mówiąc o drugiej stronie, miał bowiem na myśli terytoria zajęte przez separatystów. W tamtym czasie linia frontu była mocno niestabilna. W okolicy właśnie rozkręcała się bitwa, znana potem jako „kocioł debalcewski”.

– Uff – Ilia odetchnął, gdy kilkadziesiąt sekund później z mgły wyłonił się milicyjny samochód. – Jesteśmy wciąż w Ukrainie.

To w takich okolicznościach po raz pierwszy znalazłem się w Artemiwśku, po wejściu w życie ustawy dekomunizacyjnej przemianowanym na Bachmut. Nie miałem wówczas pojęcia, że pode mną – niemal dosłownie – znajduje się coś, co czyni Bachmut miejscem wyjątkowym. W podziemiach miasta, jeszcze w czasach sowieckich, ulokowano potężne wojskowe magazyny. A w nich kilka milionów (milionów!) sztuk broni ręcznej.

Dlaczego o tym wspominam?

Do 2013 roku Ukraina uchodziła za potentata w handlu bronią. Były lata, że oficjalne dochody z tego tytułu lokowały ją na czwartym miejscu na świecie w zestawieniu największych handlarzy. Tak powstało wrażenie o potędze ukraińskiego przemysłu obronnego, zdolnego sprostać największym wyzwaniom. Błąd. Ukraina – a właściwie tamtejsi oligarchowie – korzystała jedynie z zasobów zgromadzonych w czasach Związku Radzieckiego. To na jej dzisiejszym terytorium znajdowały się ogromne bazy materiałowe, z których – w razie wojny z Zachodem – miano zaopatrywać wysyłane w bój armie. Relatywnie niedużo tego dobra zabrała ze sobą ta część armii sowieckiej, która po 1991 roku stała się wojskiem rosyjskim. Większość zapasów została do dyspozycji młodego państwa.

Pasły się na tym rzesze szemranych handlarzy, pasły legalne firmy (co niekoniecznie oznaczało realne wpływy do budżetu) – zaś pochodzące z Ukrainy uzbrojenie użyto we wszystkich praktycznie konfliktach, które wybuchły na globie po upadku sowietu.

A potem przyszedł 2014 rok i okazało się, że „renta po ZSRR” potrzebna jest do obrony przed rosją. Co stało się wyzwaniem na znacznie większą skalę po 24 lutego 2022 roku.

—–

Wiosną 2016 roku wschodnioukraiński front był inny niż w dwóch poprzednich latach. Mniej śmiercionośny, mniej bezwzględny. „Dziwny” – w takich kategoriach, w jakich znamy to określenie z frontu zachodniego sprzed niemieckiej inwazji na Francję w 1940 roku. Obie strony okopały się na swoich pozycjach, niezdolne ani pójść do przodu, ani oddać pola.

Podpisane w 2015 roku w białoruskim Mińsku zawieszenie broni respektowano wybiórczo. Bo owszem, ciężki sprzęt został w większości wycofany w głąb obu terytoriów (wolnej Ukrainy oraz tzw. ludowych republik i rosji właściwej), ale pojedyncze działa i moździerze wciąż wykonywały swoją morderczą robotę.

– Prowokują nas – przekonywał mnie starszy porucznik Aleksander Lahutenko, zastępca dowódcy jednego z batalionów ZSU, rozlokowanych w pobliżu Mariupola. – Liczą, że odpowiemy, i wtedy zwalą winę za wymianę ognia na nas.

Tymczasem rozkaz dla ukraińskich oddziałów brzmiał jasno: odpowiadać wyłącznie w razie bezpośredniego ataku.

Te także się zdarzały, choć nie były to masowe operacje – zwykle brały w nich udział niewielkie grupy. Celem tych działań była raczej dywersja i rozpoznanie słabych punktów ukraińskiej obrony niż jej przełamanie. Tak czy inaczej, gdy już dochodziło do kontaktu, obie strony nie szczędziły sobie amunicji.

Generalnie jednak frontowa codzienność sprowadzała się do sporadycznych ostrzałów artyleryjskich i nieco częstszych z broni ręcznej. Motywowanych chęcią zademonstrowania swojej obecności i uprzykrzenia życia przeciwnikowi.

– Słońce zachodzi, tamci zaczynają strzelać – opowiadał mi Witalij, żołnierz ZSU stacjonujący w okolicach wsi Nowosiliewka. Szliśmy właśnie wzdłuż pozycji, kilkanaście metrów za najdalej wysuniętą linią ukraińskich okopów. Mijaliśmy karłowate drzewka – w większości mocno okaleczone, ze śladami wielokrotnych trafień kulami. – Patrz – wojskowy wskazał ręką na sporej wielkości lej. – To z haubicy. Przywaliło dziś w nocy.

– Blisko okopów – zauważyłem.

Ukrainiec uśmiechnął się lekko.

– Gdy strzelają separy, pociski lądują gdzie popadnie. Ten niemal wszedł w cel, co oznacza, że to robota profesjonalna, ruskich.

I ta to się kręciło przez kilka lat – wojna-niewojna, na której ginęło „tylko” kilku żołnierzy tygodniowo, a parunastu zostawało rannych. Kremliny odniosły ograniczony sukces, wyrywając jedynie strzępy ukraińskiego terytorium. Ale to wystarczy, by pogrążyć Ukrainę w kryzysie i tym samym uniemożliwić jej zbliżenie z Europą.

—–

A teraz do brzegu. Kilka dni temu, wracając z Chersonia, minąłem się z ukraińską Bogdaną, kołową haubico-armatą. Pierwszy raz widziałem ją na żywo. To świetna broń, która do tej pory miała jedną zasadniczą wadę – było jej jak na lekarstwo. Obecnie Ukraińcy wypuszczają z linii produkcyjnych po dwadzieścia Bogdan miesięcznie. To skala, która w połączeniu z precyzją, dalekonośnością i mobilnością tych armat sprawia i sprawi rosjanom poważny kłopot.

Ukraińcy zaczęli samodzielną produkcję amunicji artyleryjskiej natowskiego kalibru 155 mm.

Tydzień temu byłem w wolontariackiej wytwórni zajmującej się drukowaniem w 3D plastikowych elementów ładunków wybuchowych podczepianych pod drony. W okolicy (z oczywistych względów nie napiszę jakiej) działa takich punktów kilkanaście – ich zsumowana miesięczna produkcja pozwala na uzbrojenie kilku tysięcy bezpilotowców.

Nie wiem – to tajne dane – w jakiej mierze Ukraina jest samowystarczalna, jeśli idzie o produkcję zbrojeniową. Ale wiem, że po pierwsze, „renta po ZSRR” jest na wyczerpaniu (na przykład ukraińska OPL już nie strzela z systemów S-300, bo nie ma czym). Po drugie, osiągnięcie pełnej samodzielności jest niemożliwe. Między 1991 a 2014 rokiem ukraiński przemysł obronny w zasadzie nie pracował dla własnej armii – bo ta niczego nie zamawiała. Zwinął się więc, mnóstwo kadry technicznej wyemigrowało. Pełnoskalowa wojna przyniosła fizyczną destrukcję wielu zakładów (jak choćby charkowskiej fabryki czołgów). Druga (ta lepsza) strona medalu to reaktywacja tego, co reaktywować się dało i istotny wzrost produkcji w warunkach nieomal „podziemnych/konspiracyjnych” (coś jak w niemieckim przemyśle pod zarządem Alberta Speera). Ale jako się rzekło, pełna samodzielność nie jest możliwa. Nawet jeśli znikną fizyczne zagrożenia, nie znikną realia krótkiej finansowej kołderki. Konkludując, Ukraińcy potrzebują i będą potrzebować zachodniego wsparcia materiałowo-technicznego. Bez niego ich armia nie będzie mogła walczyć, a w razie wygaszenia konfliktu, nie stworzy odpowiedniego potencjału odstraszania.

Dla lepszej ilustracji problemu wróćmy na moment do Bogdan – za drastycznym wzrostem produkcji stoi inicjatywa Czechów, którzy przekazują Ukrainie ciągniki siodłowe Tatra; bazowo cywilne pojazdy, które Ukraińcy adaptują na potrzeby militarne.

—–

Co zaś się tyczy rzeczonego wygaszenia. Opowiadałem wczoraj koledze o umocnieniach, które widziałem na Chersońszczyźnie. O tych ciągnących się po horyzont kilku liniach okopów i smoczych zębów.

– Ukraińcy zabezpieczają granicę – stwierdził mój rozmówca.

Przyznałem mu rację; Kijów przygotowuje się na okoliczność zamrożenia konfliktu i nie chce powtórzyć sytuacji z lat 2014-15, kiedy linię rozgraniczenia budowano w pośpiechu, w warunkach improwizacji, bez zachowania buforów bezpieczeństwa, rygli i temu podobnych rozwiązań. Tej zapobiegliwości musi towarzyszyć świadomość, czym będzie zawieszenie broni/pokój z rosją. Tym, czym były realia mińskich porozumień z 2015 roku.

A więc znów, rola Zachodu nie może się skończyć, gdy zostaną powzięte jakieś porozumienia. Bo wojna i tak będzie trwała, zmieni się tylko jej intensywność. Bez twardych zachodnich gwarancji rosjanie nie odpuszczą – będą tlić konflikt, próbować destabilizować Ukrainę, niewykluczone, że co jakiś czas wyprowadzą uderzenia rakietowe pod pozorem „karnych ekspedycji”. Moskwa rozumie jedynie język siły, trzeba jej więc tę siłę zademonstrować. Bez Ukrainy w NATO i bez natowskich wojsk jako gwarantów pokoju, bardzo trudno będzie uniknąć „dziwnej wojny” i ryzyka, że ta znów przekształci się w intensywne pełnoskalowe starcie.

—–

Szanowni, dziękuję za lekturę i udostępnienia. Z wdzięcznością przyjmę „kawy” i subskrypcje, bo to dzięki nim możliwe jest moje pisanie. W zbiórce środków znów mamy pewien regres, ale ufam, że to chwilowy problem; w każdym razie nie zamierzam rezygnować z prowadzenia raportu. Zainteresowanych wsparciem odsyłam poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby chcące nabyć moją najnowszą książkę pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, bądź kilka innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu. Polecam się  w perspektywie świąteczno-prezentowych zakupów!

Nz. wrak rosyjskiego pojazdu gdzieś na Charkowszczyźnie/zdjęcie ilustracyjne, własne

Larum

I znów „front się posypał”, „rosjanie idą jak burza”, a „Ukraina zaraz upadnie”. Zaś polskie media „milczą lub ledwie odnotowują krytyczną sytuację ukraińskiej armii, czyniąc to na odległych miejscach i stronach, tak by mało kto się dowiedział”. Fala pesymizmu z domieszką teorio-spiskowej wizji świata przelewa się przez społecznościówki, ku uciesze – a częściowo też i z inspiracji – wszelkiej maści skarpetkosceptyków. Ale czy rzeczywiście są powody do bicia na alarm?

Że są – bądź że warto sugerować, że są – uznał wczoraj Dmytro Marczenko, jeden z zasłużonych ukraińskich generałów. To on stoi za najświeższą diagnozą dramatu na południowodonbaskim teatrze działań.

„Nie odkryję tajemnicy wojskowej, jeśli powiem, że front się posypał. Niestety, orki weszły już do Selidowa i się tam umacniają. Myślę, że wkrótce okrążą miasto i zajmą je w całości, co pozwoli im uzyskać taktyczne wyjście na Pokrowsk. To dla nas bardzo zła wiadomość”, oznajmił generał-major, który swego czasu zasłynął skuteczną obronę Mikołajowa.

Swoje trzy grosze dorzucił Julian Röpcke, dziennikarz niemieckiego „Bilda”, który dzień wcześniej nazwał sytuację na froncie „katastrofalną dla ukraińskiej armii”. I on – podobnie jak Marczenko – jako główne przyczyny problemów wskazał niedobory broni i amunicji, świeżych żołnierzy oraz pogarszającą się jakość dowodzenia.

Nihil novi; kto nieco uważniej obserwuje zmagania na Wschodzie, ten ma świadomość wymienionych bolączek ZSU. Ale wie też, że w Ukrainie toczy się walka polityczna, gdzie głównym celem pozostaje głowa państwa, a narzędziem publiczna krytyka jej działalności. To temat na oddzielny tekst, na potrzeby tego dość stwierdzić, że głównodowodzący obwiniany jest o wszelkie ukraińskie niepowodzenia – także te niezawinione – co często robione jest bez pardonu, włącznie z sugestiami sabotażu i zdrady. W tej „grze” nie ma świętości, argumenty mogą być „najgrubsze”, a choćby i takie, że władza ściąga na naród niechybną i rychłą zgubę. To w tym kontekście należy umieści słowa o „sypiącym się froncie”.

Co zaś tyczy się Juliana Röpckego – to zasłużony korespondent, dobrze zorientowany w ukraińsko-wojennych realiach, a zarazem mający skłonność do panikarskich wystąpień. Nie wnikam, czy to osobista cecha czy efekt linii redakcyjnej tabloidowego przecież „Bilda”; stwierdzam jedynie fakt, w oparciu o wielomiesięczną obserwację aktywności Röpckego na popularnym X-ie.

—–

No dobrze, ale co z tym frontem i jego kondycją? Do znudzenia powtarzam, że celem rosjan już dawno nie jest podbicie całej Ukrainy i że obecnie skupiają się na opanowaniu obwodu donieckiego. Walki w rejonie Kupiańska na Charkowszczyźnie nie wpisują się w ten schemat, ale mu w nie przeczą. Presja, jaką tam obserwujemy, ma na celu podtrzymanie zagrożenia dla Charkowa. Wiosenne próby ataku na miasto bezpośrednio z terytorium rosji spełzły na niczym – Ukraińcy utopili rosyjską ofensywę we krwi. A skoro z północy się nie udało, próbujmy od wschodu – kalkulują rosjanie, co zresztą robią nawet nie od wiosny tego roku, lecz od niemal dwóch lat. Inny powód koncentracji wysiłków na rejonie Kupiańska wynika z bieżącej sytuacji w rosyjskim obwodzie kurskim. W Moskwie liczą, że gdyby udało się realnie zagrozić Charkowowi, Kijów ściągnąłby do metropolii co się tylko da, także (mające stosunkowo blisko) elitarne oddziały zaangażowane w okupację i obronę zdobyczy terytorialnych w rosji. O to chodzi na północy.

Lecz jako się rzekło, rosyjskie priorytety dotyczą Doniecczyzny. Jak idzie moskalom realizacja zadań? Październik będzie drugim miesiącem z rzędu, kiedy rosyjskie zyski terytorialne zbliżą się do poziomu 500 km kwadratowych, a łączny tegoroczny „urobek” przekroczy 2 tys. km kwadratowych. Takich zdobyczy agresorzy nie notowali od wiosny 2022 roku, możemy więc mówić o pewnym przyśpieszeniu i przełomie.

Z drugiej strony musimy pamiętać, że to ledwie skrawki ukraińskiego terytorium. Ukraina przed 2014 rokiem miała ponad 600 tys. km kwadratowych powierzchni, dziś obszar kontrolowany przez rząd w Kijowie jest mniejszy o jedną piątą. Zatem nadal pozostaje ogromny i ta rozległość ma wielkie znaczenie, o czym w dalszej części tekstu.

Obecnie rosjanie okupują około 60 proc. obwodu donieckiego – do zdobycia zostało im mniej więcej 10 tys. km kwadratowych. Jeśli będą je „pochłaniać” tak jak we wrześniu i październiku, trzeba im jeszcze… 20 miesięcy do osiągnięcia celu.

Oczywiście, Moskwa chciałaby, żeby to było 20 dni czy tygodni, a nie miesięcy – i dowództwo rosyjskiej armii zrobi wiele, by podkręcić efektywność. Ale spójrzmy, jakim kosztem się to dzieje: straty rosjan są ogromne, dziennie ginie i zostaje rannych półtora tysiąca z nich. Ochotników gotowych do wzięcia udziału w tym „przemiale” zaczyna brakować – od rozpoczęcia inwazji sześciokrotnie podniesiono uposażenie dla uczestników spec-operacji – Kreml sięga więc po zagraniczną pomoc (Koreańczycy…). Zasadnym jest zatem przypuszczenie, że na dłuższą metę „to się rosjanom nie sklei”, nie dadzą rady. A przecież mają jeszcze inne problemy.

Zaraz je zasygnalizuję, ale najpierw warto zauważyć, że istotnie, w Donbasie dzieje się coś złego. Ukraińcy oddają miejscowości bez walki, wycofują się i nie zawsze ma to cechy zorganizowanego odwrotu. Z drugiej strony rosjanie nauczyli się „iść za ciosem”, improwizować. Dotąd skostniała struktura rosyjskiej armii niemal wykluczała samodzielne działania dowódców niższego szczebla. „Kazali zająć wioskę X, zająłem, czekam na dalsze rozkazy”, tak mniej więcej to wyglądało. I nic tam, że przeciwnik pierzchł i że można było spróbować to wykorzystać i wziąć z marszu także wioskę Y. „Rozkaz to rozkaz”, czekano na to, co zadecyduje góra. No więc teraz już rosyjscy kapitanowie, majorzy i pułkownicy nie czekają, jest szansa na powodzenie, to z niej korzystają. Efekty widać – i choć to wciąż mikroskala, to jednak mamy tu do czynienia z poważną mentalną zmianą o dużym i niebezpiecznym potencjale.

Takich mikroprzełamań, drobnych lokalnych sukcesów, nazbierało się rosjanom w ostatnich dniach i tygodniach całkiem sporo. Ale czy ich suma daje powody do twierdzenia, że front się posypał? Nie, moskale nie dokonali szerokiego wyłomu – liczonego na co najmniej 20-30 km – i nie wyszli na tyły armii ukraińskiej na głębokość kolejnych 20-30 km. Tak wygląda scenariusz „posypania się frontu”, taki przebieg wydarzeń oznaczałby „krytyczną sytuację” ukraińskich oddziałów w Donbasie.

Faktem jest, że Ukraińcy w niektórych miejscach mają problem z ustanowieniem nowych linii obronnych. A źle przygotowani, wcześniej odstępują. To skutek nie tylko szybko ponawianej rosyjskiej presji (nowego podejścia rosjan), ale też czynników wskazanych przez Röpckego i Marczenkę: materiałowych i ludzkich niedostatków oraz kiepskiego dowodzenia. Szczęściem w nieszczęściu rosjanie nie potrafią przekształcić lokalnych sukcesów w coś więcej. O ile mogę sobie wyobrazić, że gromadzą większą ilość wojska w którymś z czterech najbardziej zapalnych punktów w Donbasie, a w konsekwencji dokonują szerszego wyłomu, o tyle nie widzę ich już, jak „wlewają” w ten wyłom odpowiednio silny kontyngent, zdolny „nabroić” na ukraińskich tyłach. Bo takiego kontyngentu nie ma.

Przy skali działań toczonych w Ukrainie, do przełamania frontu i udanego wejścia w głębię operacyjną przeciwnika trzeba by kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy oraz tysięcy sztuk czołgów i wozów bojowych. Potężnego wsparcia artylerii, lotnictwa, sprawnego parasola OPL i niezwykle wydajnej (nadążającej…) logistyki. Kiedyś sądzono, że rosjanie mają taką jednostkę, 1 Armię Pancerną Gwardii, ale jej status rzekomego odwodu strategicznego przeznaczonego do szybkich działań ofensywnych, już po wielokroć okazał się mrzonką. Realia są takie, że liniowe jednostki dysponują 40 proc. niezbędnego sprzętu, że swoje słabości kompensują ludzką masą. Lokalnie da się tym coś ugrać, głębokich rajdów „na nogach” przeprowadzić nie sposób.

No i jest jeszcze wspomniana rozległość, której rosyjscy generałowie obawiali się od samego początku. To dlatego w pierwotnych założeniach „spec-operacji” skupiono się na zajmowaniu centrów administracyjnych – w ukraiński interior nikt nie chciał się zapuszczać bardziej niż wynikałoby to z konieczności dotarcia do największych miast. Dziś również mogłoby się okazać, że rosyjscy „rajdowcy” trafiliby w próżnię. Po przełamaniu frontu nie weszliby w kontakt bojowy z kolejnymi jednostkami przeciwnika, bo ten byłby gdzie indziej. Przegrupowywałby się z dala i uderzył w dogodnym dla siebie momencie; tak, w oparciu o reguły wojny manewrowej, Ukraińcy rozgromili rosjan zimą 2022 roku. Szybko wówczas okazało się, że ogromne zyski terytorialne są pozorne, że trzeba wiać do rosji, albo na tereny, które przy ograniczonych siłach udało się „zaabsorbować”. Te możliwości absorpcyjne – nadal mocno ograniczone – to klucz do zrozumienia rosyjskiej słabości, także w jej najświeższej odsłonie: lokalnych sukcesów na Doniecczyźnie, które nie przerodzą się w wielką ukraińską katastrofę.

Amen.

Ps. Ukraina i rosja prowadzą wstępne rozmowy na temat wstrzymania wzajemnych ataków na infrastrukturę energetyczną, podaje „Financial Times”. Dlaczego o tym wspominam? Bo to doskonała ilustracja faktu, że obie strony trzymają się za gardła. Że asymetria między nimi w istotnej mierze jest pozorna – że jedni i drudzy mogą sobie zrobić wielkie „kuku”. To kolejny element rzetelnej narracji, w której nie ma miejsca na obrazki typu „wiejący Ukraińcy, triumfalnie maszerujący rosjanie”. Ta wojna tak nie wygląda.

O czym przekonuję Was od dawna i co zamierzam robić dalej, jeśli będziecie tym zainteresowani. Co wymaga Waszego wsparcia, o które niezmiennie proszę – stosowne przyciski do moich kont na Patronite i Buycoffeeto znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi i Arkowi Drygasowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze i Marcinowi Barszczewskiemu.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. screen z mapy aktualizowanej w ramach projektu Deep State. Czerwoną kreską wyznaczyłem granice obwodu donieckiego, niebieskie „kółka” to bieżące punkty zapalne rosyjsko-ukraińskiego frontu. Lichy ze mnie grafik, podrzucam wyłącznie orientacyjnie.

Kolaboranci

Temat współpracy Ukraińców z rosyjskim najeźdźcą jest w polskiej debacie z rzadka podejmowany. Zwykle eksploatują go prorosyjskie środowiska, podkreślając pochlebny charakter kolaboracji i jej rzekomą powszechność, czego docelowym zamiarem jest zniechęcenie Polaków do wspierania Ukrainy. Zresztą to właśnie obawa, że skutkiem mówienia o zdradach byłaby erozja proukraińskich postaw, stoi za wstrzemięźliwością wielu komentatorów. Tymczasem milczenie nie sprawia, że zdrajcy znikają, a czynienie opowieści o nich domeną prosowieciarzy niesie ryzyko, że w powszechnej percepcji górę wezmą fałszywe przekonania.

No to jak to z tą kolaboracją jest?

Szerzej o zjawisku piszę w tekście, który niebawem ukaże się na łamach portalu „Polska Zbrojna”. Jak tylko artykuł znajdzie się na emisji, podrzucę link. Dziś chciałbym zasygnalizować temat i skłonić Was do własnych refleksji. Poza oczywistą intencją polecenia lektury PZ, idzie mi również o poznanie percepcji moich Czytelników. Zbieram materiał do większego opracowania, będę zatem wdzięczny za Wasze komentarze (pod postem na FB – znajdziecie go tu).

—–

Kijów zmaga się z problemem kolaboracji od 2014 roku. Do czasu wybuchu pełnoskalowej wojny, ukraińskie sądy wydawały po 30 wyroków miesięcznie, głównie wobec osób współpracujących z rosjanami w Donbasie. Po 24 lutego 2022 roku liczba ta wzrosła do 70 orzeczeń. Zmienił się także charakter kar, wcześniej w większości orzekanych „w zawiasach”, obecnie w dwóch trzecich oznaczających bezwzględne pozbawienie wolności. A ów odsetek byłby zapewne wyższy, gdyby nie fakt, że część postępowań toczy się zaocznie, wobec osób przebywających na terenach rosyjskich bądź przez rosjan kontrolowanych.

Wcześniej sprawy otwierano w oparciu o kilka różnych paragrafów, w marcu 2022 roku w ukraińskim kodeksie karnym pojawiła się „działalność kolaboracyjna” jako samodzielna kategoria przestępstwa. I tak za współpracę z państwem-agresorem, jego formacjami zbrojnymi i paramilitarnymi lub administracją okupacyjną, przewidziana jest kara od 10 do 15 lat pozbawienia wolności. Tyle samo można dostać za głoszenie poglądów uzasadniających rosyjską napaść. Dodatkowe sankcje to pozbawienie prawa do zajmowania stanowisk w administracji i konfiskata majątku.

Nie jest jasne, w oparciu o jakie procedury służby specjalne Ukrainy likwidują najbardziej zaangażowanych kolaborantów, działających na terenach okupowanych. Do tej pory zabito co najmniej trzydzieści osób, ostatni udany zamach – na szefa ochrony Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej – miał miejsce kilka dni temu.

W gronie „wysadzonych” (tak bowiem zwykle giną zdrajcy) znalazł się też Jewhen Ananiewski, jeden z organizatorów kolonii poprawczej w Berdiańsku. Mężczyzna szczególnie brutalnie znęcał się nad pojmanymi żołnierzami armii ukraińskiej, stąd zainteresowanie nim wywiadu wojskowego (HUR). 5 maja 2024 roku auto kolaboranta wyleciało w powietrze. „W wyniku eksplozji zaangażowany w katowanie ukraińskich jeńców Jewhen Ananiewski został zlikwidowany. Ministerstwo Obrony Ukrainy przypomina, że za każdą zbrodnię wojenną nadejdzie sprawiedliwa zapłata”, komunikat tej treści opublikowano na stronie HUR.

W Ukrainie nie obowiązuje kara śmierci, mamy więc do czynienia z sądami kapturowymi. Brak przejrzystości rodzi obawy o praworządność, te jednak podnoszone są zwykle poza Ukrainą. Nad Dnieprem istnieje duże przyzwolenie na likwidowanie zdrajców, a efekty działań SBU i HUR przemawiają za tym, że obie służby mają rozbudowaną sieć informatorów na terenach zajętych przez rosjan. Co także jest dowodem na popieranie idei zamachów.

Ukraińska opinia publiczna nie ma też nic przeciwko surowemu traktowaniu osób kierujących ogniem rosyjskiej artylerii; w potocznym postrzeganiu przekazywanie koordynatów „na tamtą stronę” (najczęściej przy użyciu internetowych komunikatorów), uchodzi za zbrodnię.

Bardziej zniuansowane są opinie na temat postaw mieszkańców okupowanych terenów. Przesłanki natury humanitarnej mają tym większe znaczenie, im dłużej trwa okupacja. Trudno wytrwać w pryncypialności i zachować lojalność na wszystkich płaszczyznach, gdy nie ma realnych widoków na szybkie wyzwolenie. I gdy okupant naciska, by się podporządkować, grożąc dotkliwymi konsekwencjami w razie obstrukcji i buntu. Ukraińskie władze, ale i zwykli ludzie żyjący w wolnej Ukrainie, zdają sobie z tego sprawę. Skutkuje to przyzwoleniem na współpracę z rosjanami, jeśli nie oznacza ona działania bezpośrednio na szkodę Ukrainy. W razie wyzwolenia urzędnicy, strażacy czy lekarze będą zatem traktowani jako „zakładnicy tragicznych okoliczności”. Podobnie jak zwykli obywatele, zmuszeni przyjąć obce paszporty. Kijów bowiem pozwala na zaakceptowanie rosyjskiego obywatelstwa „ze względów bezpieczeństwa”.

Waszym zdaniem słusznie?

—–

Dzięki za lekturę! W najbliższym czasie chciałbym zająć się kwestią „setek tysięcy rosyjskich weteranów” w kontekście zagrożeń dla Polski. To pokłosie dyskusji wywołanej przez gen. Kukułę, zapowiadającego rychłą wojnę polsko-rosyjską. Do słów szefa sztabu generalnego WP już się odnosiłem (w przedwczorajszym wpisie), ale pewne wątki warto rozwinąć. No więc czy rzeczywiście „doświadczeni na wojnie rosjanie” będą dla nas zmartwieniem? Mam na ten temat nieco odmienne zdanie niż większość komentatorów. Tekst się pisze, a Was zachęcam do wspierania mojego raportu. Powstaje on głównie dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i kawom. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. zatrzymane kilka dni temu rodzeństwo z Charkowa, które na zlecenie rosyjskiego wywiadu zbierało informacje o miejscach dyslokacji ukraińskiego wojska/fot. SBU

Dobro

Mam dziś urodziny, czterdzieste ósme. Gdy przyszedłem na świat w Polsce żyły jeszcze miliony ludzi, dla których II wojna światowa stanowiła osobiste doświadczenie. Nadal było ich mnóstwo, gdy zyskałem zdolność słuchania i rozmawiania o tym największym dramacie w historii ludzkości. Moim świadkiem była przede wszystkim Babcia, przez jakiś czas jej brat – póki neurodegeneracyjne dziadostwo nie odebrało mu mowy, a potem pchnęło w stronę wegetacji. Swoje dorzucali też starsi sąsiedzi, jednak to babcine wspomnienia wywarły największy wpływ i w jakiejś mierze ustawiły moje życie.

Mnóstwo było tych opowieści – i nieważne jak dramatycznych, Babcia relacjonowała je tonem niezwykle rzeczowym. Czasem tylko się zacinała, przerywała rozmowę, do której powrót trwał niekiedy nawet kilka tygodni. Teraz to oczywiste, że chodziło o emocje – ból, złość, niekiedy wstyd – ale jako chłopiec dusiłem w sobie irytację; po prawdzie to do dziś jest we mnie mnóstwo poznawczego głodu i frustracji, gdy z jakichś powodów ktoś lub coś uniemożliwia mi wgląd w pasjonujące historie. Tak czy inaczej nie odpuszczałem, wykorzystując każdą sposobność, by nakłonić do mówienia i wysłuchać seniorkę rodu. W którymś momencie stało się to czymś na miarę obsesji, dotarło bowiem do mnie, że ścigam się z czasem.

Jako dzieciak chodziłem po toruńskich fortach, w których trzymano sowieckich jeńców. Oglądałem ich rysunki na ścianach, uczyłem się rosyjskiego na notatkach i zostawionych tam napisach. Kiedyś zerwałem fragment otynkowania; nie mam pojęcia dlaczego. Kruchy dowód czyjejś historii zmienił się w proszek i pył. A mnie poraziło – doskonale pamiętam fizyczne aspekty tej sytuacji. Poczułem, że krzywdzę jakiegoś Saszę czy Aloszę. Dziś napisałbym o wtórnej wiktymizacji, wtedy tak mądry nie byłem – po prostu zabolała mnie świadomość, że „dokładam” ludziom wcześniej bestialsko zamordowanym przez Niemców. Od tamtej chwili nosiłem w sobie przekonanie o ulotności istnienia, co przełożyło się także na podejście do babcinych opowieści. Zosia nie młodniała; pragnąłem, by żyła 100 lat, ale natura i tak miała moje oczekiwania za nic. Babci coraz trudniej było wracać w przeszłość, a im bardziej nie pamiętała, tym mocnej chciałem dowiedzieć się jak najwięcej – póki jeszcze się dało. Postanowiłem być depozytariuszem tej historii, a potem – gdy ta potrzeba stała się nawykiem – także innych opowieści.

I tak zostało mi do teraz – ale o tym jeszcze później.

Spośród wspomnień Babci jedno szczególnie mocno „pracuje we mnie” do dziś. Gdy zimą 1945 roku sowieci zaczęli boje o Toruń, rodzina Wunderlichów, jak wszyscy sąsiedzi w kamienicy, ukryła się w piwnicy. Gdy działa umilkły i zdawało się, że najgorsze już minęło, Zofia opuściła schronienie. Poszła „na zwiady”. W mieszkaniu na parterze – tym samym, które było dla mnie domem przez ponad 20 lat – natknęła się na sowieckiego żołnierza, szabrownika, który z miejsca się na nią rzucił. „Drań powalił mnie i bił głową o podłogę. Darłam się wniebogłosy, z nadzieją, że ktoś usłyszy i przyjdzie z pomocą”, relacjonowała po latach. Przyszedł, oficer armii czerwonej. Wywlekł swojego na podwórze i zastrzelił. Tak po prostu.

Ów samosąd – akt brutalnej, ale przecież sprawiedliwości – znacząco odbiegał od wydarzeń, których świadkami, uczestnikami i ofiarami stali się wkrótce mieszkańcy toruńskiego Podgórza. Wejście sowietów było niczym karnawał przemocy – rabunku, gwałtu, mordów. Znajomą Babci zastrzelono, bo nie chciała oddać żołdakowi butów-oficerek – pamiątki po mężu, a zarazem idealnego obuwa na srogą zimę. „To był brudny, pijany i dziki motłoch”, wspomnienia krewnej nie odbiegały od powszechnie znanych doświadczeń innych osób, które zetknęły się z radzieckimi wyzwolicielami.

Ale był też ten oficer. I gdy o nim myślę, sądzę, że to za jego sprawą zagnieździł się w mojej głowie archetyp „dobrego ruska”. Mam w swoich powieściach (w „Uwikłanych” i w „Międzyrzeczu”) dwóch takich bohaterów. Oficerów współczesnej rosyjskiej armii – brutalnych, srogich, równolegle do tych cech pielęgnujących poczucie elementarnej sprawiedliwości i przyzwoitości. Lepszych od własnych towarzyszy i stojącej za nimi organizacji. Szukałem takich bohaterów i takich historii, gdy w 2015 roku pojechałem do Donbasu, na „tamtą stronę”. Po co? Wówczas mogła za tym stać rusofilia, z której dopiero później „wyleczyły” mnie rosyjskie zbrodnie w Ukrainie. Nade wszystko jednak robiłem to, co „zawsze”, co stało się paliwem, które pchnęło mnie do Iraku, Afganistanu, a później Ukrainy, „kazało” tam jeździć, gdy dorosłem i nie chciałem już tylko słuchać zamierzchłej historii i w niej jedynie tkwić. Gdy ktoś pragnie szukać dobra w miejscach przesiąkniętych złem, wojna jest idealnym miejscem.

Wiele babcinych opowieści miało ten pierwiastek dobra. Historia o rzucaniu chleba idącym do obozu sowieckim jeńcom – za co groziło rozstrzelanie, a co i tak nie powstrzymało Babci i jej sąsiadów („te bidoki wyglądały na żywe szkielety”), była jedną z takich relacji. Przywodziła mnie do wniosku, że ludzie nie są aż tacy źli – a tego bardzo potrzebowałem. Wciąż potrzebuję – to przekonanie, które mnie stabilizuje. Więc gdy ktoś mnie pyta o wybory zawodowe – o to, po co mi była ta wojenna reporterka – odpowiadam, że dla spokoju ducha. I nie ma w tym przekory, choć owszem, jest paradoks.

Mógłby ktoś zauważyć, że Babcia „sprzedała” mi swoją traumę. Epigenetyka miałaby w tym temacie co nieco do powiedzenia, nauki społeczne również. Jest coś na rzeczy, że traumę się dziedziczy, że za sprawą jakiegoś dziwacznego mechanizmu przechodzi ona z dziadków na wnuki. Odtwarza się i wytwarza na nowo, uzupełnia o świeże treści. Ja swoją matrycę wypełniłem doświadczeniami, które nijak się mają do tego, co przeżyła Zofia – lecz i tak było tego dość, by przez lata bujać się ze stresem pourazowym, a potem depresją. Czego nie piszę w tonie zarzutu wobec przodkini – boże broń! Mam w końcu wolną wolę, a patrząc wstecz, jeśli ktokolwiek ponosi tu odpowiedzialność, to ci, którzy straumatyzowali mi Babcię.

„Obyś synek nie żałował…”, usłyszałem od niej, gdy oznajmiłem po raz pierwszy, że jadę na wojnę. Mimo wszystko nie żałuję.

—–

Urodziny od jakiegoś czasu wprawiają mnie w melancholijny nastrój, skłaniają do podsumowań. Niech wybaczą ci, których zanudziłem – po weekendzie wracam do bieżącego raportowania.

A dziś chętnie przyjmę urodzinowe „kawy”, za które z góry pięknie dziękuję. Za subskrypcje zresztą również, wiadomo wszak, że piszę głównie dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Odpowiednie przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Babcia, pierwsze powojenne lato…/fot. archiwum prywatne