„Teraz”

Wczoraj media obiegła wypowiedź putina, który stwierdził, że jego kraj nie chce wojny z europejskimi państwami, ale jeśli Europa jej pragnie, to rosja jest gotowa już teraz walczyć. Dokładnie tak powiedział: gotowa już teraz. Ile w tym prawdy, a ile blefu?

putin grozi – tu nie należy mieć złudzeń. On nie mówi o rosyjskiej gotowości do obrony, ale o ataku, wyprowadzonym na przykład pod pretekstem działań wyprzedzających. To typowa śpiewka ruSSkiego szantażysty, który groźbami usiłuje zdobyć atencje i posłuch u innych.

Ale czy roSSja do takiego ataku, teraz, jest zdolna? I tak, i nie.

Dlaczego nie? Bo armia rosyjska – jakkolwiek dobrze adaptuje się do warunków wojny w Ukrainie – nie przetrwałaby konfliktu z NATO, nawet jeśli zredukujemy Sojusz wyłącznie do europejskich członków. Przewaga technologiczna jest po stronie Zachodu – to temat na rozległy esej; jak wrócę do zdrowotnej formy, mogę się podjąć jego napisania. Na teraz dość stwierdzić, że już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa. W Moskwie o tym wiedzą.

Zawieszenie broni w wojnie z Ukrainą niewiele tu zmieni. Owszem, zluzuje kilkaset tysięcy ludzi, ale będą oni dramatycznie niedoposażeni. Konflikt na Wschodzie wydrenował roSSję nie tylko z bieżących zasobów sprzętu ciężkiego, ale doprowadził do sytuacji, która jeszcze kilka lat temu wydawała się niemożliwa – ruSSkie przepaliły niemal całą sprzętową „rentę po ZSRR”. A przemysł, mimo wojennej mobilizacji, okazał się niewydolny. Wojenne modernizacje i modyfikacje poszczególnych typów uzbrojenia – niektóre bardzo udane – nie zmienią faktu, że w wielu podstawowych kategoriach rosjanom brakuje broni. Ich najlepsze dywizje mają dziś 30-40 proc. przewidzianych etatem czołgów czy transporterów, braki w artylerii są jeszcze większe, a interwencyjne dostawy od Kima to co najwyżej łatanie największych dziur.

Jeśli Kreml chce po wojnie utrzymać półtoramilionową armię, nawet przy najbardziej sprzyjających wiatrach przyzwoite „usprzętowanie” tej masy zajmie kilkanaście lat. To, co mógłby wystawić dziś, rozgnietlibyśmy jak purchawkę. O tym też w Moskwie wiedzą.

Tak jak wiedzą, że Europa – jakkolwiek można mieć zastrzeżenia do dynamiki tego procesu (ja mam…) – nie stoi z założonymi rękoma i podejmuje trud remilitaryzacji. A możliwości finansowe i techniczne ma znacznie większe niż roSSja.

Więc owo „teraz” to takie putinowskie „pierdololo”, podobnie zresztą jak „jutro” czy „pojutrze”. Chyba że roSSjanie opracują jakiś rewolucyjny system broni, który w try miga obezwładni zachodnią technologię. Opracują lub – co byłoby bardziej prawdopodobne – ukradną, jak niegdyś zawinęli tajemnice broni jądrowej. Szczerze mówiąc, nie bardzo widzę tu pole do popisów, wszak przełomów na miarę „atomu” nie należy się spodziewać.

Ale właśnie „atomu”; fakt, iż Moskwa dysponuje bronią jądrową, daje jej spory margines bezkarności. Obrazowo rzecz ujmując, moskale mogę pójść nabroić, a jak dostaną po gębie, zwieją do domu, przekonani, że nikt im na chatę nie wjedzie, bo przecież mają głowice. I nawet jeśli tylko dziesięć procent z nich nadaje się do wystrzelenia – to wystarczy, by „narobić bydła”. Ta atomowa polisa, w połączeniu z wysokim progiem bólu – rozumianym jako nieakceptowalna u nas pogarda dla ludzkiego życia – podbijają ryzyko agresywnych działań roSSji w najbliższej przyszłości. Oni naprawdę mogą coś odwalić, zgodnie z bandycką logiką „ryj nie szklanka, a nuż się uda?”.

Ale właśnie – co „się uda”? Bo przecież nie frontalny atak na całą Europę; nie dla psa kiełbasa, nawet jeśli ten jest wściekły i nie zważa na kije. Więc zadajmy pytanie inaczej – co mogłoby się moskalom udać?

Nim odpowiem, przytoczę analogię, którą już kiedyś się posłużyłem. Zgodnie z nią, rosja jest niczym wyrośnięty łobuz, terroryzujący słabszych i mniejszych kolegów z klasy (która w tej opowieści jest tożsama z Europą; Ameryki tu nie ma). Poza zwalistą posturą i długimi ramionami bezkarność gwarantuje ancymonowi trzymany za pazuchą pistolet (u ucznia; tak wiem, to słabość analogii…). Nasz negatywny bohater nie boi się sięgać po przemoc – ba, lubi to, a na pewno w ten sposób kompensuje sobie życiowe niepowodzenia wynikłe z marnego statusu materialnego. Zwykle działa z zaskoczenia, chociaż w obliczu słabeuszy niespecjalnie się kryguje. Ciosy wyprowadza mocne, nie przejmując się skutkami. Ma też i słabości – nie jest okazem zdrowia, jada byle co, co również przekłada się na kondycję, odkrył już alkohol i bywa nietrzeźwy. Zdarzało się więc, że przegrywał bójki z mniejszymi i słabszymi chłopcami, którzy potrafili wykorzystać jego niedyspozycje. Co nadal nie zmienia faktu, że samą posturą może zrobić krzywdę, no i chwycić za tę nieszczęsną „klamkę”.

Co z takim gagatkiem mogą zrobić dzieciaki z dobrych domów, „mózgowce” świetnie radzące sobie w szkole i poza nią? Niektórzy nawet potrafią się bić i mają na tym polu jakieś sukcesy, ale są pośród nich i maluchy, które nie miałyby prawa przetrwać starcia ze szkolnym lujem. Nawet jeśli udałoby się im raz czy dwa dotkliwie go ugryźć.

Ano, w kupie siła, zwłaszcza że w tej grupie są też posiadacze „klamek”. A więc żadnych pojedynków jeden na jednego, bo w takim zestawieniu łobuz jest w stanie wygrać – nie tylko „teraz”, ale też „jutro” czy „pojutrze”. Zwłaszcza z maluchami, do walki z którymi nie musi się jakoś specjalnie przygotowywać.

Gdy putin mówi o wojnie z Europą, tak naprawdę ma na myśli europejskie „maluchy” – Litwę, Łotwę, Estonię. Samodzielnie te kraje nie podołają nawet osłabionej rosyjskiej armii – są za małe, a tamtych jest za dużo. Je rzeczywiście można pokonać „teraz”. Pod warunkiem, że nie zleci się „cała klasa” – i o tym też w Moskwie wiedzą. Nie znosi to ryzyka, że spróbują „wyłuskać małego” – pytanie, co reszta z tym fantem zrobi? Czy da gnojowi popalić, czy odpuści, nie chcąc się angażować w „nieswoje sprawy”?

To tu widzę największe zagrożenie dla przyszłości Europy. Nie brak militarnego czy finansowego potencjału jest naszą słabością, ale rozdrobnienie, które w chwili próby może się przełożyć na niezdecydowanie i brak determinacji. Tymczasem jeśli pozwolimy roSSji poszarpać naszego, to ją rozzuchwali. Pojawi się następna ofiara, i kolejna. Nim reszta oprzytomnieje, dla małych i średniaków może być za późno, a i szczęściarzom jakość życia drastycznie się pogorszy z uwagi na toksyczne sąsiedztwo.

I w Moskwie o tym wiedzą – i usilnie pracują nad tym, by rozbić naszą europejską solidarność. O czym nie raz już pisałem, i do czego pewnie nie raz jeszcze wrócę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. „Już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa”. Nz. F-35/fot. Bartek Bera.

Strefa

Jeszcze do niedawna obrazy z frontu w Ukrainie przywodziły skojarzenia z I wojną światową. Równoległe pasy okopów, zasieki, umocnienia i bijąca z oddali artyleria. „Wojna ma charakter pozycyjny”, donosiły media, co rusz opisując wyniszczające ataki rosjan, które w najlepszym razie przesuwały front o kilka kilometrów w skali roku. Dziś nadal „niewiele się dzieje” – obszar objęty walkami z grubsza pozostaje ten sam – ale sytuacja na polu bitwy drastycznie się zmieniła. I ta zmiana wymusza szeregi innych, adaptacyjnych strategii.

Na wielu odcinkach nie ma już wyraźnie wytyczonych pozycji, zachowujących ciągłość i nieprzecinających się z liniami wroga. Front stał się szeroką na kilkanaście kilometrów „strefą śmierci”, gdzie liczące po kilkunastu-kilkudziesięciu żołnierzy grupy są porozrzucane często w przypadkowy sposób – jedne pododdziały są bliżej, inne dalej od swoich, bywa, że od zaplecza oddzielają je wrogie ugrupowania. Krańce tej strefy wyznaczają zasięgi dronów – w ostatnim czasie przede wszystkim maszyn sterowanych światłowodem. To one decydują tu o wszystkim, kontrolując wszelkie ruchy przeciwnika. W takich warunkach – pełnej lub częściowej izolacji – żołnierze trwają nawet tygodniami; niektórych nigdy nie udaje się uratować z odcięcia.

—–

Ów stan nie tylko utrudnia wyrysowanie pozycji, zasięgów, zdobyczy; w sumie to najmniejsze zmartwienie sztabowców. Większym jest koszmar logistyczny. W klasycznym modelu ciężarówki z zaopatrzeniem docierały do przyfrontowych hubów, skąd towar – mniejszymi pojazdami czy ostatecznie na plecach żołnierzy – trafiał do okopów. Dziś ten schemat jest w dużej mierze nieaktualny. Oddziały funkcjonujące w izolacji, rozproszone na kilkunastu kilometrach „strefy śmierci”, nie mają bezpiecznych dróg zaopatrzenia. Każdy transport naziemny jest natychmiast wykrywany przez drony przeciwnika i narażony na ostrzał. W efekcie kolumny logistyczne praktycznie zniknęły z krajobrazu frontu. W ich miejsce pojawiły się bezzałogowce – to nimi dostarcza się amunicję, żywność, wodę, lekarstwa. Na drony zaopatrzeniowe czyhają inne bezpilotowce, lecz mimo wszystko łatwiej im przedrzeć się niż wozom na lądzie.

Małe quadcoptery przenoszą paczki o wadze kilku kilogramów. Większe konstrukcje potrafią dostarczyć skrzynki amunicji czy medykamentów. To wciąż znacznie mniejsze możliwości niż ciężarówek czy choćby quadów, które należy kompensować masowym zastosowanie dronów. A z tym bywa różnie…

W efekcie każdy oddział musi być przygotowany do funkcjonowania w realiach niedoboru. Lokalni dowódcy, nie mogąc liczyć na regularne dostawy, planują w kategoriach „co uda się przerzucić dronem” i „co można zdobyć na miejscu”. Koniecznością stają się zaimprowizowane punkty zaopatrzenia – w piwnicach, jamach, gdziekolwiek się stacjonuje i da się coś zachomikować. Do rangi kluczowych kompetencji urasta umiejętność racjonowania żywności i amunicji.

Tyle na poziomie taktycznym – na bardziej ogólnym, operacyjnym i strategicznym, brak stabilnych linii zaopatrzenia oznacza, że każda większa operacja ofensywna czy obronna jest ryzykowna. Brak pewności dostaw ogranicza tempo działań i wymusza ostrożność, co de facto konserwuje statyczny charakter frontu, nawet jeśli jest on znacząco szerszy niż kiedyś.

—–

Zmiana charakteru frontu dramatycznie wpłynęła na funkcjonowanie wojskowej służby zdrowia. W „typowych” warunkach okopowych ranny żołnierz miał szansę na stosunkowo szybką ewakuację – sanitariusze wynosili go z linii, a transport naziemny kierował do polowego szpitala (ewentualnie wcześniej „zahaczając” o punkt stabilizacji). Dziś ten schemat jest w dużej mierze niemożliwy. W „strefie śmierci” także ruch pojazdów medycznych – i samych medyków – jest natychmiast wykrywany przez drony; a zapisy prawa humanitarnego w rosyjskiej wojnie z Ukrainą niestety nie obowiązują. Próby ewakuacji często kończą się stratami wśród ratowników. Bywa, że poszkodowani pozostają w miejscach, w których ich raniono, jeśli mają więcej szczęścia, trafiają do schronów i piwnic. W każdym razie z dala od profesjonalnej pomocy medycznej – i tak przez wiele godzin, nawet dni.

Wojsko próbuje sobie radzić. Transport rannych odbywa się nocą, czasem z wykorzystaniem autonomicznych pojazdów. Drony dostarczają leki i medykamenty, zaimprowizowane punkty chirurgiczne powstają coraz bliżej „zerówki”. Lekarze próbują w nich ratować życie w warunkach dalekich od sterylnych, narażając się przy tym bardziej niż do tej pory. A i tak, mimo tych wysiłków, wielu żołnierzy umiera, także z powodu powikłań.

Najbardziej dramatycznym skutkiem opóźnień w ewakuacji jest powrót zgorzeli gazowej, gangreny – choroby znanej z okopów I wojny światowej. Bakterie Clostridium rozwijają się w głębokich ranach postrzałowych, gdy tkanki pozostają niedotlenione. W normalnych warunkach szybka operacja usuwa zagrożenie, ale długotrwały brak interwencji sprzyja infekcji, co w najlepszym razie oznacza konieczność amputacji zranionej ręki czy nogi.

Ukraińska armia próbuje zaradzić tym problemom, zmieniając system szkolenia medycznego. Model docelowy – do którego wciąż daleko – to sytuacja, w której każdy żołnierz będzie potencjalnym ratownikiem. Umiejętność tamowania krwotoków, stosowania opasek uciskowych czy igłowej dekompresji klatki piersiowej to już niewystarczająca podstawa. Żołnierze muszą być przygotowywani do improwizowanych amputacji, by ratować życie towarzyszy.

Perspektywa zranienia zawsze jest obciążeniem psychicznym – ale jeśli żołnierz traci wiarę, że w razie potrzeby otrzyma pomoc, owo obciążenie staje się trudne do zniesienia. I wprost przekłada się na zdolność i gotowość do walki.

—–

To, co dzieje się w „strefie śmierci”, wymusza transformację sposobu prowadzenia walki i organizacji dowodzenia. To już nie jest wojna, w której dowódcy batalionów i brygad mają w miarę jasny obraz sytuacji w strefie swojej odpowiedzialności. To konflikt, w którym małe grupy żołnierzy muszą działać samodzielnie, często w izolacji, a decyzje zapadają na poziomie drużyn i sekcji, w oparciu o szczątkowe, „lokalne” informacje. W wojsku, które działa w takich okolicznościach, nie sprawdzi się koncepcja „niemyślących bagnetów”. Inicjatywą i improwizacją muszą wykazywać się żołnierze na najniższym szczeblu – inaczej nie przeżyją.

Wszechobecność dronów i systemów zakłócania utrudnia komunikację, wymusza pogodzenie się z realiami ciszy radiowej. Sprawia, że obrona polega na ciągłym maskowaniu się, unikaniu wykrycia. Natarcie z kolei wymaga synchronizacji wielu małych grup, które muszą działać równolegle, ale bez pewności wzajemnego wsparcia. Dlaczego małych? Bo każdy ruch jest ryzykowny, bo drony przeciwnika natychmiast wykrywają koncentrację większych sił.

Wymiar operacyjny? Dowódcy wyższego szczebla tracą możliwość bezpośredniego kontrolowania działań – muszą polegać na raportach i fragmentarycznych danych. Wzrasta znaczenie elastyczności i zdolności adaptacji. Armia musi szkolić żołnierzy do samodzielnego podejmowania decyzji, co zmienia kulturę wojskową – z hierarchicznej na bardziej autonomiczną. Wojsko ukraińskie wciąż się zmienia, jednak spora jego część nadal nie potrafi zerwać z sowieckim dziedzictwem skrajnej hierarchiczności i bierności żołnierskich „dołów”. W realiach „strefy śmierci” przekłada się to na ponadnormatywne straty.

C.d. tekstu – który opublikowałem w portalu TVP.Info – znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Mateuszowi Sznurze, Tomaszowi Olejnikowi, Marcie Müller-Reczek i Piotrkowi Jasiewiczowi.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SG ZSU

Obuch

Nie ma jasności, czy USA przekażą Ukrainie pociski manewrujące Tomahawk – rozmowy w tej sprawie między Kijowem a Waszyngtonem trwają, trudno ocenić, kiedy wyniknie z nich coś konkretnego. Lecz już sam fakt, że amerykańskie władze rozważają taki krok, wywołał w Moskwie niemałą panikę. Kreml maskuje strach, zaś publicznie grozi poważną eskalacją, ale właśnie owo „machanie szabelką” jest najlepszym dowodem przestrachu rosjan. By wskazać źródła tego lęku, musimy najpierw zarysować odpowiedni kontekst.

Co jest w tym momencie największym zmartwieniem dla władz Ukrainy? Konieczność mierzenia się z częstymi i masowymi rosyjskimi uderzeniami powietrznymi na ukraińskie zaplecze, wykonywanymi głównie przy użyciu dronów dalekiego zasięgu typu Szahed. Co jest aktualnie największym sukcesem ukraińskich sił zbrojnych? Udane ataki dronowo-rakietowe wymierzone w rosyjską bazę przemysłową, przede wszystkim w sektor petrochemiczny. Co jest „na dziś” największym atutem rosjan w wojnie z Ukraińcami? Możliwość wykonywania napadów z powietrza na głębokie ukraińskie tyły. Co obecnie szczególnie martwi kremlowską klikę? Fakt, iż nasilona przed kilkoma tygodniami ukraińska kampania dronowo-rakietowa zredukowała moce produkcyjne rosyjskich rafinerii o 40 procent. Innymi słowy, słabości jednych są siłą drugich i na odwrót. Pojawienie się Tomahawków (albo, co bardziej prawdopodobne, innych pocisków dalekiego zasięgu), zakłóciłoby tę równowagę. Jak i dlaczego?

—–

Nim odpowiem na to pytanie, rozwińmy wątki zasygnalizowane w powyższym akapicie. Kijów to dziś najlepiej bronione przed zagrożeniem z powietrza miasto na świecie. Ale ten status ma też swą ciemną stronę – obrona „serca” i „mózgu” Ukrainy zasysa siły i środki OPL z innych części kraju, w wyniku czego te nie są tak dobrze chronione (a po prawdzie to są chronione słabo; taka jest rzeczywistość większości ukraińskich metropolii). „Z pustego i Salomon nie naleje”, brzmi stare porzekadło, dobrze oddające ów stan rzeczy. Ukraińcy weszli do wojny z silną OPL, ale poradziecki arsenał zużył się i został zniszczony. Zastępują go znacząco lepsze, a zarazem dużo droższe (w produkcji i eksploatacji) systemy zachodnie – jest ich już nad Dnieprem sporo, lecz wciąż za mało i ta sytuacja szybko się nie zmieni.

Jednocześnie w toku prowadzonych działań zmieniły się zasadniczo realia wojny powietrznej. Wobec relatywnie niskiej skuteczności własnych rakiet i pocisków manewrujących, rosjanie rozpoczęli eksperymenty z dronami – wolnymi, niosącymi mniejsze głowice, za to dużo tańszymi i prostszymi w produkcji. W odpowiedzi Ukraińcy rozwinęli techniki zwalczania bezzałogowców – bez angażowania do tego „tradycyjnych” systemów OPL z ich kosztownymi rakietami. Mimo to efekt skali zadziałał – rosjanie wciąż coś Ukraińcom niszczą, jakiś cenny element infrastruktury niezbędnej do podtrzymywania wojennego wysiłku. Ale Ukraina się nie łamie. W kluczowej gałęzi gospodarki – zbrojeniowej – kraj osiąga kolejne pułapy efektywności. Dziś ponad 40 procent broni i amunicji, jakie trafiają na front, pochodzi z rodzimych zakładów i manufaktur. W niektórych obszarach produkcji wojskowej odnotowano 35-krotny wzrost wydajności w porównaniu z 2022 rokiem. Nie zrozumcie mnie źle – nie sugeruję, że rosyjskie ataki po Ukrainie „spływają”. Są bolesne, jednak nie miażdżące. Ograniczają możliwości Ukraińców i konserwują sytuację strategicznego pata. Gdyby Kijowowi udało się „zamknąć niebo”, zbrojeniówka mogłaby rosnąć bez przeszkód, co przełożyłoby się na większe możliwości armii. Fakt, iż tak nie jest, to ograniczony, ale wciąż sukces rosjan. „Złapał kozak Tatarzyna, a Tatarzy za łeb trzyma”, można by posłużyć się kolejnym powiedzonkiem.

—–

Zostawmy Ukrainę i przenieśmy wzrok na rosję, gdzie w coraz większej liczbie miast zaczyna brakować benzyny. Federacja, która „leży na ropie”, nie jest w stanie zapewnić sobie samowystarczalności w tym zakresie i zaczęła paliwo importować. Przypomina to sytuację z czasów Związku Sowieckiego, kiedy kraj mający największy na świecie areał pól uprawnych, i stosunkowo niedużą populację, regularnie nawiedzały klęski głodu. I wtedy, i dziś, owa zdumiewająca nieefektywność była skutkiem fatalnych decyzji władz w Moskwie. Mniejsza o historię, skupmy się na teraźniejszości. Ukraińcy – wepchnięci do wojny przez rosjan – z brutalną skutecznością wykorzystali wąskie gardło federacji. Niszczenie rafinerii wprost nie zagrozi armii inwazyjnej (ta będzie ostatnim podmiotem, który objęty zostanie racjonowaniem paliw i smarów), ale poważnie nadwyręża rosyjskie możliwości zarobkowania, mówimy wszak o państwie, które żyje ze sprzedaży kopalin i pochodnych. Mniej kasy w budżecie, to mniej pieniędzy na wojsko i wojowanie – i do tego sprowadza się podstawowa użyteczność ukraińskich ataków (patrząc z perspektywy atakujących).

Ale chodzi też o coś jeszcze – o wywołanie odczuwalnej na poziomie zwykłego człowieka dotkliwości. Dla miażdżącej większości rosjan wojna była gdzieś daleko, nie obchodziła ich; teraz odczuwają jej skutki, co w ich świecie jest dowodem nieudolności władzy. A przecież cała równowaga systemu politycznego rosji opiera się nie tylko na przemocy, ale też – a może głównie – na umowie społecznej. Zgodnie z nią Kreml robi co chce, pod warunkiem, że obywatele mogą prowadzić w miarę wygodne życie. Niespełnianie tego wymogu to zarzewie delegitymizacji – zatem płonące rafinerie to także próba rozniecenia w federacji poważniejszego pożaru. Czy skuteczna, to się okaże – ale będąc na miejscu Ukraińców grzechem byłoby nie spróbować.

—–

Dlaczego próbują dopiero teraz? – mógłby zapytać ktoś. Próbowali wcześniej, ale faktycznie, solidnie wzięli się do roboty niedawno. Tajemnica tego wzmożenia sprowadza się nie do zaniechania, a do rosnących możliwości – Ukraińcy w coraz większym stopniu opanowują technikę i technologię potrzebną do dalekodystansowych ataków. A i tak, nadal – nie tylko w przypadku rafinerii – nie sięgają poza obszar europejskiej rosji, ich broń bowiem ma ograniczony zasięg, aktualnie dochodzący do tysiąca kilometrów. I wciąż są to przede wszystkim powolne i małe drony, łatwe do zestrzelenia i jednostkowo wyrządzające stosunkowo niewielkie szkody. A teraz wyobraźmy sobie, że w ukraińskim arsenale pojawiają się Tomahawki. Lecące cztery razy szybciej niż drony (i przy tym manewrujące!), niosące pięć razy większy ładunek, na półtorakrotnie dalszą odległość. Niech to nawet będą mniej efektywne JASSM-y…

Co wtedy? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Tomahawk podczas szkoleniowego strzelania/fot. US Navy

MiroMar

Lotnisko w Mirosławcu – pośród żołnierzy i fanów awiacji znane jako „MiroMar” – przez dekady było domem m.in. legendarnych Su-22. Zakończenie służby tych maszyn w Wojsku Polskim symbolizuje coś, co płk pil. Jacek Janowski, dowódca bazy, nazywa „przechodzeniem z rytmu załogowego w bezzałogowy”. Teraz w „MiroMar” rządzą Bayraktary!

Polecam Waszej uwadze film, który z kolegą imiennikiem nakręciliśmy dwa tygodnie temu w Mirosławcu. Jest m.in. o sensowności posiadania Bayraktarów, sfalsyfikowanej rzekomo po doświadczenia z wojny w Ukrainie.

A w październikowym numerze „Polski Zbrojnej” będziecie mogli przeczytać obszerny reportaż z „MiroMar”.

Dobrego weekendu!

—–

Nz. symboliczny moment – przeszłość mija się z przyszłością/fot. Marcin Łobaczewski

Prowokacje

Wtargnięcie dronów nad Polskę i Rumunię, rajd odrzutowców nad wodami terytorialnymi Estonii, ataki hackerskie na infrastrukturę krytyczną i podpalenia obiektów użyteczności publicznej w krajach wschodniej flanki czy wreszcie intensyfikacja operacji szpiegowskich wymierzonych w członków NATO – oto katalog rosyjskiej aktywności, zarejestrowanej na przestrzeni ostatnich tygodni. Wojna hybrydowa rosji nabrała tempa, ale co się za tym kryje? Czy Moskwa rzeczywiście dąży do otwartej konfrontacji z Sojuszem?

Mimo wyraźnej eskalacji i wciąż podkręcanej, wrogiej wobec Zachodu retoryki rosyjskiej propagandy, ten drugi scenariusz wydaje się skrajnie mało prawdopodobny. Nic nie przemawia za tym, by rosjanie szykowali się do rychłej, gorącej wojny z NATO. Ich siły zbrojne wciąż pozostają zaangażowane w Ukrainie, końca tego konfliktu nie widać, ba, nawet nadzieje na jego zamrożenie po porażkach dyplomacji trumpa można uznać za płonne.

O co więc chodzi rosjanom? Pełną listę motywów, jakimi kieruje się Kreml, znajdziecie w moim tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto link. Na potrzeby tego wpisu chciałbym skupić się na jednej kwestii. Moim zdaniem, Moskwa eskaluje napięcie także z przyczyn wynikających z przebiegu konfliktu w Ukrainie oraz wewnątrz-rosyjskich skutków tej wojny. Celem jest wywołanie bardziej spektakularnych reakcji Sojuszu, co z kolei pozwoliłoby rosyjskiej propagandzie jeszcze szerzej rozwinąć skrzydła w temacie zagrożenia z Zachodu. Oczekiwany efekt to taki, który socjolodzy i psycholodzy społeczni nazywają gromadzeniem się wokół flagi. Działania zewnętrznych sił, postrzegane jako nieprzyjazne, mają moc zbliżania społeczeństwa do władzy i właśnie na takiej mobilizacji rosjan zależy putinowi. Dlaczego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, spójrzmy na Ukrainę. Mimo nachalnej rosyjskiej narracji, wedle której armia ukraińska jest w ciągłym odwrocie, front od listopada 2022 roku stoi. Od tego momentu rosjanie zajęli ledwie 6 tys. km kwadratowych Ukrainy, co odpowiada mniej niż procentowi przedwojennej powierzchni kraju. A stracili przy tym ponad milion żołnierzy – zabitych, rannych, wziętych do niewoli – oraz dziesiątki tysięcy jednostek sprzętu. Niedawno zakończyła się ich kolejna ofensywa, w obwodzie sumskim, która podobnie jak intensywne ataki w rejonie Pokrowska na Donbasie, została utopiona we krwi. Przełomu nie ma, ba, argumentację wedle której wcale nie idzie o terytoria, a o fizyczne zniszczenie przeciwnika, coraz trudniej oprzeć o fakty. Mimo brutalnego młotkowania na froncie armia ukraińska okrzepła, a gospodarka – w tym zbrojeniówka – radzi sobie w realiach częstych rosyjskich uderzeń dronowo-rakietowych. Co więcej, Kijów zezwolił niedawno mężczyznom w wieku 18-22 lat na opuszczanie kraju, co podważa opowieść o tym, że Ukrainie brakuje rekrutów i wkrótce upadnie, bo nie będzie komu nosić broni. Skoro usunięto ograniczenia administracyjne, najwyraźniej tak źle nie jest, samo zniesienie zaś należy odebrać jako komunikat: „stać nas na takie gesty”, wysłany Moskwie.

Tymczasem dla putina i jego współpracowników wojna z Ukrainą to „gra o wszystko”. W tym znaczeniu, że trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym po porażce zachowają oni władzę. Faktu, iż po czterech latach „specjalnej operacji wojskowej” zyski są tak marne, a straty tak koszmarne, nie da się  ubrać w szaty zwycięstwa; takich umiejętności nie posiada nawet rosyjska propaganda. A taki stan rzeczy winduje determinację Kremla na bardzo wysoki poziom. Wojna musi trwać, rosja musi coś jeszcze zdobyć, coś, co uda się sprzedać jako spektakularny sukces, po którym społeczeństwo rosyjskie puści w niepamięć poniesione ofiary.

Tylko jak to zrobić, gdy armii na froncie brakuje sił? W Ukrainie walczy obecnie 700 tys. rosyjskich żołnierzy – najwięcej od momentu rozpoczęcia pełnoskalowej wojny. Lecz i tak za mało, by złamać Ukraińców. Odpowiedzią mogłaby być dalsza rozbudowa kontyngentu, problem w tym, że rozkręcona do granic możliwości kampania rekrutacyjna pozwala w niewielkim zakresie na coś więcej niż pokrywanie bieżących strat. Mało tego, rosjanie nie garną się na front inaczej niż za wielkie (relatywnie) pieniądze – których zapas w państwowej kasie topnieje w zastraszającym tempie. Przymusowa mobilizacja w miejsce ochotniczego zaciągu? Owszem, jest to rozwiązanie, ale obarczone ryzykiem buntu chronionej dotąd wielkomiejskiej, „białej”, prawosławnej rosji. Ta godzi się na wojnę pod warunkiem, że jest ona prowadzona rękoma biednej, etnicznie różnej prowincji; swoich chłopców na nią nie zamierza posyłać. Lecz w scenariuszu powszechnej mobilizacji ci „lepsi” obywatele federacji musieliby do wojska pójść. Jak ich do niego zwabić? Ano rozbuchaną narracją o groźnym Zachodzie, który czyha na mateczkę rosję. Wystarczy „złe NATO” sprowokować, by pokazało zęby i pazury. Że w samoobronie? rosjanie takimi szczegółami nie zajmują sobie głowy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie efy podczas dyżuru bojowego, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bartek Bera