Lawina

Podczas zeszłorocznych manewrów Hedgehog w Estonii niewielki zespół operatorów dronów – Ukraińców i estońskich terytorialsów – „wyeliminował” zmechanizowaną formację NATO. W czasie symulacji (!) kilkanaście pojazdów zostało „zniszczonych”, kilkadziesiąt „uszkodzonych”, „rozbito” dwa bataliony. Kilka dni temu o przebiegu epizodu dowiedziały się media i ruszyła lawina. „Drony są wszystkim”, „ciężkie wojska to przeszłość”, „NATO jest niegotowe” i „Ukraina pokazuje Zachodowi przyszłość” – to tylko niektóre wnioski, jakie wyciągają mniej lub bardziej domorośli analitycy. Te opinie, jakkolwiek brzmią efektownie, są koszmarnym uproszczeniem.

Dlaczego? Manewry w Estonii – ten konkretny epizod – nie były symulacją pełnoskalowej wojny NATO–rosja. Nie odtwarzano całego wachlarza zdolności Sojuszu. Nie było pełnej dominacji powietrznej, kompleksowego, wielowarstwowego parasola obrony przeciwlotniczej, narzędzi walki radioelektronicznej. Nie było zintegrowanej operacji połączonej w klasycznym, doktrynalnym sensie.

Co zatem było? Ano test, który miał sprawdzić, jak dwa „gołe” pododdziały zachowają się w środowisko silnie nasyconym bezzałogowcami. I w tym teście wyszły braki. Jakie?

Po pierwsze: brak skutecznego maskowania i dyscypliny pola walki. Z dostępnych relacji wynika, że nacierające pododdziały poruszały się w sposób stosunkowo przewidywalny i „czytelny” z powietrza. Kolumny pojazdów, ograniczone wykorzystanie maskowania, niewystarczające rozproszenie – w środowisku nasyconym sensorami to zaproszenie do szybkiego wykrycia.

Drugi problem to zbyt wolny łańcuch decyzyjny. Operatorzy dronów działali w modelu skróconej pętli: wykrycie – identyfikacja – przekaz danych – symulowane rażenie. Po stronie formacji konwencjonalnej reakcja była wolniejsza. To klasyczny problem adaptacji do środowiska, w którym czas liczony jest w minutach, nie godzinach.

Po trzecie: wyszła niedostateczna integracja środków przeciwdronowych na poziomie taktycznym. Ćwiczenie pokazało, że nawet jeżeli armia posiada systemy walki radioelektronicznej czy obrony przeciwlotniczej, to na poziomie pododdziału często brakuje organicznych, natychmiast dostępnych narzędzi do zwalczania małych bezzałogowców. Innymi słowy: sprzęt istnieje, ale nie zawsze jest „przy żołnierzu”.

Czwarty ujawniony element to problem z rozproszeniem i mobilnością. Duże, zwarte zgrupowania – nawet jeżeli operują zgodne z klasyczną taktyką – w środowisku permanentnej obserwacji stają się łatwym celem. Ćwiczenie pokazało, że adaptacja do modelu „ciągłej widoczności” wymaga innego myślenia o koncentracji sił.

Piąty wreszcie to brak symetryczności środowiska informacyjnego. W opisywanym epizodzie strona „dronowa” miała wyraźną przewagę w świadomości sytuacyjnej. W realnym konflikcie NATO operowałoby równolegle własnymi dronami, lotnictwem, satelitami, AWACS-ami, systemami SIGINT. Tutaj test polegał właśnie na tym, by sprawdzić, jak zachowa się pododdział pozbawiony takiego wsparcia.

I to jest klucz. Ćwiczenie nie pokazało, że NATO nie ma zdolności. Pokazało, że na poziomie taktycznym – w oderwaniu od całego systemu (!) – klasyczne nawyki mogą być śmiertelnie ryzykowne.

Ale NATO nie będzie walczyć w oderwaniu od systemu, a nawyki można (trzeba!) zmienić.

Sojusz nie prowadzi wojny batalionami rzucanymi „na goło” przeciw środowisku sensorów. NATO walczy w modelu operacji połączonych. To oznacza, że natarcie wojsk lądowych jest zsynchronizowane z lotnictwem, rozpoznaniem satelitarnym, samolotami wczesnego ostrzegania, artylerią dalekiego zasięgu, obroną przeciwlotniczą i walką radioelektroniczną. To oznacza, że przeciwnik nie działa w próżni – jego drony są zakłócane, jego łączność jest atakowana, jego stanowiska dowodzenia są namierzane i niszczone.

W realnym konflikcie pierwszą fazą operacji nie byłoby „kto kogo szybciej zobaczy dronem”, lecz walka o dominację w powietrzu i w domenie elektromagnetycznej. Niszczenie radarów, systemów OPL, węzłów łączności. Paraliżowanie zdolności przeciwnika do obserwacji i koordynacji. Dopiero potem do akcji weszłyby duże zgrupowania lądowe. A to jest poziom, na którym NATO – w przeciwieństwie do Ukrainy – posiada realną, systemową przewagę nad każdym potencjalnym przeciwnikiem.

Epizod z Hedgehog pokazał, że bez systemu nawet dobrze wyszkolony pododdział może zostać szybko „rozpisany” przez drony. Ale – podkreślmy to jeszcze raz – NATO nie projektuje swoich operacji w taki sposób. Jego przewaga nie polega na tym, że ma więcej czołgów czy dronów. Polega na integracji – na zdolności zszycia wszystkich domen w jeden mechanizm.

I dopiero ten mechanizm jest właściwym przedmiotem analizy. Nie pojedynczy, taktyczny epizod wyrwany z kontekstu.

Czyżby więc ćwiczenia były bez sensu? Oczywiście że nie. Takie epizody (to nie było pierwsze i zapewne nie ostatnie takie ćwiczenie), są bezcenne, ponieważ pokazują, jak bardzo skrócił się cykl wykrycie–decyzja–rażenie i jak niebezpieczne staje się poruszanie w środowisku permanentnej obserwacji bez natychmiastowej osłony systemowej. Ujawniają luki w procedurach, w integracji środków przeciwdronowych, w dyscyplinie maskowania i tempie reakcji – ale właśnie po są ćwiczenia, by takie „kwiatki” wychodziły w ich trakcie, a nie podczas realnych działań bojowych.

—–

Zostawmy na razie Estonię i przejdźmy na nieco inny poziom analizy. Najpierw jednak odrobina historii. Karabin maszynowy miał zakończyć manewr – nie zakończył. Lotnictwo miało uczynić armie lądowe zbędnymi – nie uczyniło. Broń precyzyjna miała sprawić, że masa przestanie się liczyć – nie przestała. Każda nowa technologia rodzi przekonanie o „końcu epoki”. Każda w praktyce zostaje wchłonięta przez system.

Drony zmieniły pole walki w wymiarze taktycznym – to bezdyskusyjne. Uczyniły je bardziej przejrzystym, skróciły czas reakcji, utrudniły koncentrację wojsk. Ale na poziomie operacyjnym i strategicznym nie wyeliminowały potrzeby posiadania czołgów, dział, samolotów, rakiet. W Ukrainie bezzałogowce nie zastąpiły artylerii. One ją naprowadzają. Nie zastąpiły piechoty. One ją wspierają – nie zajmują terenu, nie utrzymują pozycji, nie przełamują linii obrony samą swoją obecnością. Są elementem systemu, nie systemem.

Tu dochodzimy do najbardziej niebezpiecznej tezy, która pojawiła się przy okazji Hedgehog: że ukraińskie doświadczenie dronowe pokazuje wyższość modelu „taniego, bezzałogowego” nad zachodnią, ciężką strukturą.

Naprawdę? Ukraina dotrwała do obecnego momentu wojny nie dzięki dronom, lecz dzięki pomocy Zachodu. Dzięki dostawom broni przeciwlotniczej, artylerii, amunicji, systemów rakietowych, danych wywiadowczych, łączności (no i wsparcia finansowego, które jest niezwykle istotne, ale wymieniam je w nawiasie, bo znajduje się poza porządkiem ściśle wojskowym).

By tę tezę uzasadnić, zróbmy prosty eksperyment myślowy.

Wyobraźmy sobie, że po 24 lutego 2022 roku NATO nie wysyła Ukrainie systemów obrony przeciwlotniczej, nie dostarcza HIMARS-ów, nie przekazuje danych wywiadowczych, nie wspiera budżetu państwa. Zamiast tego mówi: „Dajemy wam pieniądze. Setki miliardów dolarów. Kupcie za to drony. Tylko drony”.

Na papierze wygląda to imponująco – miliony bezzałogowców. Całe roje nad linią frontu, dające możliwość permanentnej obserwacji oraz szybkich, punktowych uderzeń.

Tyle że w takim scenariuszu rosyjskie lotnictwo operowałoby z dużo większą swobodą. Ukraińskie miasta byłyby bombardowane, infrastruktura energetyczna nie miałaby osłony. Rosyjska artyleria zachowałaby względną swobodę działania, bo nie byłoby precyzyjnych systemów zdolnych razić przyfrontowe magazyny amunicji, centra logistyczne czy stanowiska dowodzenia. No i samych armat, bijących spoza zasięgu dronów FPV.

I można by tak długo wymieniać, dość stwierdzić, że drony nie zastąpią obrony przeciwlotniczej średniego i dalekiego zasięgu. Nie zatrzymają zmasowanych uderzeń rakietowych. Nie przejmą kontroli nad przestrzenią powietrzną. Można sobie wyobrazić miliony dronów, które na pewien czas zmusiłyby rosyjskie oddziały do większego rozproszenia i ostrożności. Ale wojna to nie tylko pojedynek na froncie. To również przemysł, energetyka, logistyka, no i morale społeczeństwa, które w realiach ciągłego zagrożenia i koszmarnych strat zapewne szybko by wyparowało. Fakt, iż do tego nie doszło, jest także zasługą ciężkiego sprzętu – czołgów, armat, samolotów, wyrzutni rakietowych – tych, które Ukraina miała, i tych, które otrzymała z Zachodu. Bez tego, z samymi dronami, już dawno by upadła.

A same drony – bez Starlinków i narzędzi walki osłaniających funkcjonowanie sieci – i tak na niewiele by się zdały – dodajmy na końcu.

—–

Ukraina ma ogromne doświadczenie taktyczne w użyciu dronów – to, jak mawia klasyk, oczywista oczywistość. Ale NATO dysponuje zdolnościami, których Ukraina nie ma i mieć nie będzie: globalnym rozpoznaniem satelitarnym; rozbudowanymi systemami ISR; strategicznym lotnictwem; logistyką operacyjną na niespotykaną skalę; zintegrowaną obroną powietrzną wielu warstw; potężnym zapleczem przemysłowym. W potencjalnym konflikcie przeciwko NATO rosja zapewne próbowałaby używać dronów masowo. Ale to nie sama liczba bezzałogowców decydowałaby o wyniku. Decydowałaby integracja systemów, zdolność do walki o dominację w powietrzu i w domenie elektromagnetycznej, możliwość niszczenia zaplecza przeciwnika setki kilometrów od frontu, odporność infrastruktury i gospodarki.

NATO powinno się od Ukrainy „uczyć dronów”. Choćby dlatego, że mimo swoich przewag dających możliwość walki na dystans, nie zawsze zwarcia da się uniknąć. I część pododdziałów wejdzie w bliski kontakt z wrogiem, w zasięg jego dronów, i może się zdarzyć, że przeciwnik zachowa możliwość ich użycia; wojsko musi być gotowe na najgorsze scenariusze. Ale pobieranie takich nauk wynika z zupełnie innego rodzaju przymusu, niż wyobrażają to sobie zwolennicy „dronozy”, przeceniający znaczenie bezzałogowców.

Konkludując: Ukraina opanowała do perfekcji jeden z elementów współczesnego pola walki. NATO buduje i utrzymuje cały ekosystem wojenny. Dron sam w sobie nie daje przewagi strategicznej. Przewagę daje system, w którym dron jest tylko jednym z narzędzi. Inne jego postrzeganie to tzw. widzenie tunelowe. To bardzo groźne zjawisko, bo jeśli uznamy, że przyszłość to wyłącznie drony, zaczniemy ograniczać inwestycje w lotnictwo, zaniedbywać obronę powietrzną, redukować ciężkie wojska, ignorować logistykę i przemysł, mylić taktykę ze strategią. A to droga do porażki. Bo jeśli pozwolimy rosjanom prowadzić wojnę wedle reguł, które oni znają lepiej, przegramy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego miesiąca: Remigiuszowi Zarzyckiemu, Krzysztofowi Martynie i Bożenie Smorczewskiej-Mickiewicz.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. ukraińska artyleria rakietowa na froncie/fot. SzG ZSU

Laboratorium

Z Piotrem Łukasiewiczem, chargé d’affaires RP w Ukrainie, rozmawiam o wojennej adaptacji Ukraińców, o wnioskach dla Polski oraz o przyszłości rosj. Cały wywiad ukazał się w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej”, oto jego fragmenty.

(…) Zgodzi się Pan z tezą, że łączy nas – Polskę i Ukrainę – coś, co można określić mianem „niepodzielności bezpieczeństwa”?

Przyznam, że unikam słowa „niepodzielność”, bo kojarzy mi się z rosyjskim wytrychem propagandowym. Dla nich „niepodzielne bezpieczeństwo” było pretekstem do najechania sąsiada, stąd moje uprzedzenia. Ale wracając do sedna, rzecz rozgrywa się na dwóch poziomach. Na pierwszym, najbardziej oczywistym, jest groźba obecności wojsk rosyjskich przy polsko-ukraińskiej granicy. To pogorszyłoby naszą sytuację strategiczną, wszak mamy już rosjan na granicy z Obwodem Królewieckim i z Białorusią. Zatem wydłużyłaby nam się linia obrony, a na etapie działań poniżej progu wojny rosjanie zyskaliby szersze zaplecze do prowadzenia operacji dywersyjnych.

Drugi poziom jest mniej namacalny. Obserwując rosyjską propagandę i oficjalne przekazy, widać tam narastającą frustrację i chęć zemsty. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata, dłużej niż tzw. wielka wojna ojczyźniana. rosja obwinia za to Zachód, a w szczególności Polskę. Im gorzej rosji idzie wojna z Ukrainą, tym silniejszy staje się rosyjski rewanżyzm. Gdyby Ukraina znalazła się w rosyjskich rękach, otworzyłoby to najgorsze możliwe scenariusze dla Polski oraz państw bałtyckich. Ten poziom zagrożenia – mentalny, ideologiczny, rewanżystowski – uważam za szczególnie niebezpieczny.

Możliwość realizacji tego najbardziej negatywnego scenariusza zależy od tego, jak potoczy się wojna. Jak Pan ocenia obecną sytuację?

Nie uważam, by teraz miał nastąpić jakiś przełom. rosjanie przez dwanaście lat nie potrafili zdobyć całego Donbasu – regionu, na którym rzekomo najbardziej im zależy. Oczywiście wiemy, że rosja zdobywa kolejne miejscowości, posuwa się w pewnym tempie do przodu, ale nie widać oznak gwałtownego załamania frontu. Nie ma sytuacji, w której rosjanie mogliby przeprowadzić klasyczny manewr operacyjny, wedrzeć się w ugrupowanie przeciwnika, wyjść na skrzydła i doprowadzić do jego rozpadu. Lecz nie powinno nas to uspokajać. Nie możemy powiedzieć: „Ukraińcy się bronią, więc możemy zmniejszyć zainteresowanie tą wojną”. Wsparcie musi trwać, bo obrona Ukrainy jest w dużej mierze uzależniona od pomocy zewnętrznej.

Jakie powinny być priorytety Polski w pomocy wojskowej dla Ukrainy?

Jak mówił Napoleon, do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i pieniądze. Ukraina potrzebuje środków, by kupować i produkować drony, rakiety dalekiego zasięgu, amunicję artyleryjską, systemy uzbrojenia. Dlatego tak istotne jest wsparcie finansowe realizowane przez Unię Europejską i państwa europejskie.

Mówimy o wojnie pełnoskalowej. W pierwszych dwóch latach dominowało wsparcie ilościowe w takich obszarach, jak sprzęt, amunicja, paliwa. Polska była jednym z liderów tej pomocy. Od 2024 roku charakter wsparcia się zmienia. Nie chodzi już wyłącznie o ilości przekazywanego sprzętu – poza wybranymi kategoriami, jak obrona przeciwlotnicza czy lotnictwo – ale o budowanie zdolności państwa ukraińskiego, jego przemysłu obronnego. I tu otwiera się możliwości bliższej współpracy przemysłów zbrojeniowych, relokacji produkcji na bezpieczniejsze tereny. Polska może – i moim zdaniem będzie – odgrywać tu bardzo ważną rolę. Jednym z moich osobistych wyzwań przez ostatnie półtora roku było zrozumienie, co, gdzie i jak Ukraińcy produkują, w jakich warunkach, i w jakim obszarze można zaproponować polskiemu przemysłowi zbrojeniowemu współprodukcję lub relokację części produkcji do Polski.

Czy mówimy tu o planach, czy o procesach, które już się dzieją?

Mówimy o procesach, które już trwają – przy wykorzystaniu funduszy europejskich i środków krajowych.

Czy możemy wskazać konkretne przedsięwzięcia?

Proszę wybaczyć, ale zrobię teraz tajemniczą minę… Powiem ogólnie: mówimy o mechanizmach, które już funkcjonują. Choćby o programach wsparcia produkcji, kredytach udzielanych Ukrainie na zakupy sprzętu czy mechanizmach dotyczących współprodukcji uzbrojenia na potrzeby obu państw. W szerszej perspektywie Polska i Ukraina mają wspólną przyszłość strategiczną. To są dwie największe armie w tej części Europy, dwa puklerze kontynentu. Jeśli będą działać razem, przyniesie to znacznie silniejszy efekt. Aby tak się stało, potrzebne są nam trwałe kotwice strategiczne – a przemysł zbrojeniowy jest jedną z nich.

Nawet jeśli wojna zakończy się za miesiąc, pół roku czy rok, Ukraina nie przestanie się zbroić przez kolejną dekadę. Odbudowa Ukrainy będzie ściśle powiązana z jej bezpieczeństwem. Polska i Ukraina mają tu zbieżne interesy i warto już dziś budować te powiązania.

Podczas II wojny światowej odpowiedzią Niemiec na alianckie bombardowania była m.in. decentralizacja i zejście produkcji pod ziemię. Czy w przypadku Ukrainy możemy mówić o podobnej sytuacji?

Dosłownie tak – ukraiński przemysł zbrojeniowy w ogromnej mierze już funkcjonuje pod ziemią: w podziemiach, na parkingach, w opuszczonych fabrykach, w miejscach, których nikt nie podejrzewa o działalność produkcyjną. Chodzi o bezpieczeństwo. Ale ja wolę mówić o modelach działania, a nie tylko o fizycznym zabezpieczeniu produkcji. Kluczowa jest transformacja ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. Jeszcze kilka lat temu był on w 80–90% państwowy. W ciągu kilku lat, zwłaszcza po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny, doszło do sytuacji, w której około 60% tego przemysłu jest prywatne i działa według wojennych reguł rynkowych: produkujesz dobrze – sprzedajesz. Ten model, nie waham się powiedzieć, uratował Ukrainę. Innowacyjność, elastyczność, obniżanie kosztów – to wszystko sprawiło, że produkcja prywatna weszła w symbiozę z ciężkim przemysłem państwowym. Gdy obserwuje się wytwarzanie systemów artyleryjskich, widać wyraźnie, które elementy robi sektor państwowy, a które prywatny. Ten elastyczny model produkcji zbrojeniowej jest moim zdaniem wzorcowy – także dla Polski.

Ta innowacyjność Ukrainy została wymuszona przez niedobory.

Zgadza się. Przypomnijmy sobie pierwsze dwa lata pełnoskalowej wojny: wciąż mówiło się o walce artyleryjskiej. Ale to już przeszłość. Przejście na technologie dronowe było odpowiedzią Ukrainy, a później i rosji na braki klasycznego uzbrojenia. Nie twierdzę, że dokładnie ten sam model wojny odtworzy się w ewentualnym konflikcie rosji z państwami NATO, w tym z Polską. Nie jestem o tym przekonany. Ale widzę, że tu i teraz, w Ukrainie, ten model działa. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata. Obie armie utraciły impet uderzenia konwencjonalnego, dziś bazują z jednej strony na żołnierskich masach, z drugiej właśnie na innowacjach technologicznych. Trzeba to obserwować, wyciągać wnioski i dostosowywać je do własnych warunków – nie kopiować jeden do jednego.

Jak Pana zdaniem ta wojna się skończy?

Kiedyś się skończy – ale nie jestem prorokiem i nie chcę nim być. A jak? Wierzę, że Ukraina tę wojnę wygra, i temu podporządkowuję swoje działania. Zwycięstwo rozumiem jako zachowanie państwa: suwerennego, demokratycznego, niepodległego, na drodze do Unii Europejskiej.

Jak realna jest perspektywa członkostwa Ukrainy w UE?

Wszystko wskazuje na to, że Ukraina zmierza ku solidnemu członkostwu. Nie chcę operować konkretnymi datami, ale początek lat trzydziestych wydaje się realny. Oczywiście okresy przejściowe będą przedmiotem negocjacji.

A NATO? Czy ta perspektywa jest już przegrana?

Polski dyplomata będzie ostatnim, który powie, że Ukraina nie wejdzie do NATO. Naszym interesem jest Ukraina silna – ekonomicznie i militarnie – jako sojusznik, a w przyszłości być może członek Sojuszu. Nie wiemy, jak NATO będzie wyglądało za pięć czy dziesięć lat. Ale musimy mieć pewność, że Ukraina pozostanie naszym sojusznikiem – wojskowym, politycznym, społecznym.

A rosja, co zyskała, a co straciła, wikłając się w tę wojnę? Odpowiedź na to pytanie, i kilka kolejnych, znajdziecie w dalszej części wywiadu. Jak  pisałem, ukazał się on w miesięczniku „Polska Zbrojna” – magazyn jest już w sprzedaży. Dostępna jest także wersja cyfrowa lutowego numeru – znajdziecie ją pod tym linkiem – a w niej trzy inne moje teksty, w tym materiał „Państwo pod ostrzałem”, w którym szerzej opisuję, w jaki sposób Ukraina radzi sobie z rosyjską presją i jakie stąd płyną wnioski dla Polski. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony rosyjski czołg w okolicach miasta Izjum, zima 2023 roku/fot. własne

2025

2025 rok ma się ku końcowi, ale końca rosyjsko-ukraińskiej wojny nadal nie widać. Minione dwanaście miesięcy nie przyniosło przełomu – wbrew buńczucznym zapowiedziom Kremla, armii rosyjskiej nie udało się rozstrzygnąć konfliktu na polu bitwy. Te zaś drastycznie się przeobraziło, choć jedna jego cecha pozostaje niezmienna – front to nadal „maszynka do mielenia mięsa”, głównie rosyjskiego. Mijający rok rosjanie zamkną ze stratą kolejnych 400 tys. żołnierzy – zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli – niewiele mniejszą niż w najkrwawszym 2024 roku.

Na początku mijającego roku ukraińska armia wciąż utrzymywała pozycje w rosyjskim obwodzie kurskim. Kontrolowany przez Ukraińców obszar znacząco się skurczył w porównaniu ze zdobyczami z początku wyprawy do rosji (z lata 2024 roku), niemniej wciąż mieliśmy do czynienia z sytuacją przeniesienia działań zbrojnych na terytorium agresora. Kreml nie mógł tej zniewagi znieść, stąd desperackie próby wyparcia wojsk ukraińskich, w kwietniu 2025 roku zwieńczone sukcesem. Zapracowali na niego nie tylko rosjanie, ale i wydatnie wspierający ich północni Koreańczycy. Trup ścielił się gęsto – odzyskanie obszaru o wielkości przeciętnego polskiego powiatu (nieco ponad 1000 km kw.) kosztowało rosjan i ich sojuszników życie i zdrowie 40 tys. ludzi. Lecz w ostatecznym rozrachunku, po ośmiu miesiącach walk, obwód kurski został odbity – i jeśli idzie o osiągnięcia na froncie jest to jedyne bezapelacyjne zwycięstwo Moskwy w 2025 roku. Warto wszak dodać, że po sukcesie militarnym Kreml „zapominał” o konieczności odbudowy zniszczonych podczas działań wojennych miejscowości – ma wszak inne priorytety, związane z kontynuowaniem napaści – ale to temat na odrębny komentarz.

—–

Jeśliby porównać mapy z oznaczonymi rosyjskimi zdobyczami z grudnia 2023 roku, z grudnia 2024 roku i obecne – na pierwszy rzut oka nie zobaczymy żadnych zmian. Dopiero w dużym powiększeniu i po uważnym przestudiowaniu poszczególnych odcinków frontu dostrzeżemy symboliczne korekty. Po wejściu rosyjsko-ukraińskich zmagań w fazę wojny pozycyjnej – co nastąpiło jesienią 2023 roku – rosjanie zajęli zaledwie 1,5 proc. powierzchni Ukrainy. W tym czasie szeregi ich armii uszczupliły się o milion (!) żołnierzy – taki jest ludzki wymiar tego sukcesu. Co należy podkreślać w obliczu coraz popularniejszych – także w Polsce – narracji, wedle których rosjanie niepowstrzymanie prą na zachód. W przypadku niektórych prorosyjskich przekazów, owo parcie przyrównywane jest do uporu i determinacji armii czerwonej z lat 1943-45 – co jest wybitnie absurdalną analogią. Sowieci wszak w dwa lata przesunęli front o 2 tys. km, żołnierzom putina w podobnym czasie udało się odeprzeć Ukraińców na głębokość do 50 km. Punktowo, w kilku szerokich na kilkanaście kilometrów pasach natarcia. Gieorgij Żukow pewnie przewraca się w grobie na dźwięk porównań jego wyczynów z osiągnięciami walerija gierasimowa, dowódcy putinowskiej armii.

„Ale to nie jest wojna o teren!”, słyszymy co jakiś czas. Tego rodzaju opinie mają usprawiedliwiać brak rosyjskich zdobyczy oraz rzucić światło na rzeczywiste intencje Moskwy. Ta mianowicie ma dążyć do złamania kręgosłupa ukraińskiej armii, poprzez narzucenie jej wojny na wyniszczenie – ludzi i zasobów, których w rosji jest więcej niż w Ukrainie. W stosowanym momencie – gdy Ukraińcy wreszcie nie będą już mieli kim i czym walczyć – Moskwa przymusi Kijów do odpowiednich ustępstw, także terytorialnych. W takim ujęciu koszmarne rosyjskie straty są rodzajem inwestycji – „na dziś” wydaje się ona przepłacona, ale efekt docelowy ją uzasadni.

Nie da się wykluczyć, że putin tak właśnie kalkuluje i oczyma wyobraźni widzi już Zadnieprze jako część federacji, oddaną przez Kijów po druzgocącej klęsce. Rzecz w tym, że rozmiar owej klęski musiałby być przeogromny, by Ukraina udzieliła rosji takich koncesji. A takiego rezultatu – totalnego rzucenia Ukrainy na kolana – rosjanie bez użycia broni jądrowej nie wywalczą. Nie w perspektywie najbliższych kilkunastu miesięcy, w trakcie których sami muszą zakończyć wojnę, bo zaczyna ona drastycznie przerastać ich możliwości. I kończąc ów wątek terenowy – w rozmowach pokojowych obszar znajdujący się pod kontrolą ma zawsze istotne znacznie. Jest atutem pokonanego czy słabszego przeciwnika – w najgorszym razie towarem, którym można kupczyć, redukując skalę porażki. Obie strony o tym wiedzą i choćby już z tego powodu to JEST wojna o teren.

—–

W dalszej części tekstu przyglądam się obszarowi, gdzie jest ona toczona. Opisuję realia frontu oraz konsekwencje bezwzględnej dominacji dronów na polu bitwy. Wspominam o rozszerzeniu strefy walk na głębokie zaplecze obu stron. Materiał ten znajdziecie w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński artylerzysta/fot. SzG ZSU.

Wyłączony

15 grudnia 2025 roku Ukraińcy przeprowadzili jedno z najbardziej zuchwałych uderzeń tej wojny. Na cel wzięto rosyjski okręt podwodny klasy Warszawianka (Projekt 636.3, szerzej znany jako „Kilo”), cumujący w porcie Noworosyjsk nad Morzem Czarnym. Do ataku użyto podwodnego drona kamikadze.

Operację przeprowadziła Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), uprzednio hackując portowy system monitoringu. To dzięki temu Ukraińcom udało się nagrać i upublicznić film, na którym widzimy moment podwodnej eksplozji. Wedle źródeł ukraińskich, w ataku wykorzystano dron typu „Sub Sea Baby” – niestety, nie ujawniono jego dokładnych parametrów. Wiadomo, że SBU rozwija projekt morskich bezzałogowców od początku pełnoskalowej wojny, mając dziś w arsenale jednostki autonomiczne lub półautonomiczne, jednorazowego lub wielokrotnego użytku, przenoszące głowice o masie od stu do tysiąca kilogramów. Dron operujący w Noworosyjsku musiał wykonać precyzyjną nawigację w ograniczonej przestrzeni portowej, omijając przeszkody i bariery ochronne, co wskazuje na rosnący poziom techniczny ukraińskich systemów bezzałogowych.

Zakres uszkodzeń okrętu pozostaje przedmiotem rozbieżnych ocen. Strona ukraińska, w tym analitycy powiązani z SBU, wskazuje na poważne skutki eksplozji podwodnego drona, sugerując możliwość uszkodzenia elementów newralgicznych dla eksploatacji okrętu – przede wszystkim układu napędowego, sterów lub poszycia w rejonie rufy. W takim scenariuszu nawet brak przebicia kadłuba sztywnego mógłby oznaczać długotrwałe wyłączenie jednostki z działań operacyjnych.

Z kolei część analityków zachodnich zwraca uwagę, że dostępne zobrazowania satelitarne nie pozwalają jednoznacznie potwierdzić bezpośredniego trafienia w kadłub okrętu. Bardziej prawdopodobne jest, że eksplozja nastąpiła przy nabrzeżu lub w bezpośredniej bliskości jednostki. Jak podkreśla jeden z czołowych ukraińskich OSINT-owców, Ołeksandr Kowalenko, nawet taki wariant nie wyklucza poważnych konsekwencji technicznych – fala uderzeniowa w ograniczonej przestrzeni portowej mogła doprowadzić do mikrouszkodzeń, rozszczelnień instalacji lub deformacji elementów napędu, które w przypadku okrętu podwodnego mają kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa i dalszej służby. Co więcej, sam fakt przeprowadzenia skutecznego ataku w chronionej bazie oraz potencjalna konieczność długotrwałych inspekcji i napraw oznaczają realne, operacyjne osłabienie rosyjskich zdolności podwodnych na Morzu Czarnym.

rosjanie oficjalnie zaprzeczają, by ich jednostka ucierpiała. Na dowód opublikowali film, na którym widać zacumowaną jednostkę. Obraz jest jednak mocno wykadrowany, to po pierwsze. Po drugie, okręt wciąż pozostaje w tym samym miejscu. 15 grudnia w pobliżu zacumowany był także inny okręt klasy Kilo – po ataku tę jednostkę przebazowano w inną część portu. Stąd przypuszczenie, że zaatakowany okręt nie nadaje się nawet do manewrów wewnątrz względnie bezpiecznego basenu portowego.

Reasumując: Jeśli zaatakowany okręt jest cały, niebawem wyjdzie w morze i znów zostanie użyty do ostrzału ukraińskich miast przy użyciu rakiet Kalibr. Jeśli solidnie oberwał, jego remont w Noworosyjsku – gdzie nie ma odpowiedniego zaplecza – jest mało prawdopodobny. W taki scenariuszu konieczne będzie odholowanie jednostki do którejś ze stoczni naprawczych. Najbliższy suchy dok znajduje się w Sewastopolu, co oznacza ryzykowny „marsz” przez obszar, w którym zaroi się od ukraińskich dronów…

Ten komentarz, w znacznie rozbudowanej formie, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Oryginalny kadr z rosyjskiego filmiku, który ma udowodnić, że okręt z Noworosyjska jest cały. Cóż, cała jest z pewnością część widoczna na zdjęciu…/fot. mofr

Bratobójstwo

Jak odróżnić Ukraińca siłą wcielonego do rosyjskiej armii, od innych żołnierzy putina? Zwłaszcza w ferworze walki, gdzie obowiązuje zasada „albo ja jego, albo on mnie”, i żołnierze obu stron najpierw do siebie strzelają, a dopiero później – jeśli jest czas i są ku temu sprzyjające okoliczności – sprawdzają, kogo zabili. Nad przymusowo zmobilizowanym nie unosi się – niczym w grze komputerowej – znaczek identyfikacyjny. Na prawdziwym polu bitwy taki ktoś – zwłaszcza z daleka – jest kolejnym celem do wyeliminowania. W efekcie dochodzi do bratobójczych starć, w czym zawiera się jeden z największych dramatów wojny na Wschodzie.

Znamy to także z własnej historii. Polaków siłą wcielano do armii zaborców, później, w czasie II wojny światowej, wielu obywateli II RP – przede wszystkim z Pomorza i Śląska – przymusowo zmobilizowano do Wehrmachtu. Kilkuset z nich broniło Monte Cassino, szturmowanego przez 2 Korpus Polski. W efekcie nasi rodacy leżą zarówno na polskim, jak i na niemieckim cmentarzu w pobliżu miejsca bitwy. Są pośród nich dwaj rodzeni bracia – jeden spoczywa u Niemców, drugi u Polaków. Nie da się wykluczyć, że w tym tragicznym maju 1944 roku strzelali do siebie…

Walka w bliskim kontakcie dawała sposobność do identyfikacji w porę – wystarczyło się odezwać. Istnieje mnóstwo relacji weteranów 2 Korpusu, w których opisywane są takie sytuacje. Jednostka zresztą w którymś momencie zasilała się przede wszystkim w oparciu o jeńców i dezerterów z Wermachtu, którzy byli polskiego pochodzenia.

Los donbaskich zdrajców

Ale w walce na dystans trudno wykrzyczeć narodowość i zostać usłyszanym – tymczasem tak właśnie wyglądają potyczki na Wschodzie. rosjanie nieustannie szturmują ukraińskie pozycje, ale rzadko kiedy do nich docierają. Bezpośrednich starć jest więc niewiele, gros „roboty” wykonują drony, to one odpowiadają za co najmniej 70 proc. strat zadawanych drugiej stronie. Swoje kilkanaście procent dokłada bijąca z oddali artyleria. Dronowi – a właściwie sterującemu nim operatorowi – można się poddać, trudno o to jednak podczas ataku. Brutalna ekonomia wojny jest taka (patrząc z perspektywy atakowanych), że lepiej zabić na wszelki wypadek i zająć się kolejnym celem, niż zadbać o to, by poddający się przeżył i oddał do niewoli – wszak trzeba go do niej „odprowadzić”. A co jeśli blefuje? – tego rodzaju kalkulacja (u operatora drona) to kolejny czynnik ograniczający szansę przymusowo wcielonych na dostanie się do swoich.

Ukraińcy strzelali do siebie od początku konfliktu na Wschodzie. Gdy w 2014 roku rosjanie rozpętali rebelię w Donbasie, owszem, zasilili ją własnymi „ochotnikami”, nade wszystko jednak ługańska i doniecka milicja składały się z miejscowych. Większość z nich wstępowała do prorosyjskich formacji z własnej woli, więc jako obywatele Ukrainy dopuszczali się zdrady. Do 2022 roku przez „armie” pseudo-republik przewinęło się ponad 100 tys. ludzi, jedna czwarta z nich zginęła lub została ranna (przede wszystkim w latach 2014-16). Los donbaskich zdrajców nie musi nas szczególnie zajmować, ale warto wiedzieć, że w tym samym czasie na okupowanym Krymie – formalnie wcielonym do rosji – już w 2015 roku uruchomiono pobór miejscowych do rosyjskiej armii. Osobiste motywacje wcielanych nie miały tu znaczenia, podobnie jak ich etniczna identyfikacja; zgodnie z rosyjskim prawem byli obywatelami federacji, a ta nakłada na młodych mężczyzn obowiązek służby zasadniczej; koniec-kropka.

Równowartość trzech dywizji

Tuż przed wybuchem pełnoskalowego konfliktu w 2022 roku Moskwa uznała niepodległość Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, a ich „armie” formalnie zintegrowano z rosyjską. Konsekwencje okazały się zgubne dla dużej części męskiej populacji DRL/ŁRL, gdy planowana na kilka tygodni spec-operacja zmieniła się w niezwykle krwawy i długotrwały konflikt. Koszmarne straty ponoszone przez oddziały dawnych separatystów wymagały odtworzenia stanów osobowych, a że ochotników nie zbywało, wkrótce ulice Doniecka i Ługańska stały się areną łapanek. Branka objęła nie tylko zdrowych i młodych mężczyzn – prowadzono ją „jak leci”, wyłapując emerytów, inwalidów, osoby chore psychicznie. Ów jakościowo kiepski zasób został następnie „zmielony” przez front – obecnie jednostki armii rosyjskiej wywodzące się z byłych milicji tylko w niewielkim stopniu składają się z mieszkańców Donbasu, ci bowiem wyginęli; gros żołnierzy stanowią obywatele rosji właściwej oraz zagraniczni najemnicy. No i Ukraińcy z pozostałych zajętych po 2022 roku terytoriów.

Przymusowy pobór na terenach okupowanych po pełnoskalowej inwazji zaczął się jeszcze późną wiosną 2022 roku. Tyle że wówczas był prowadzony „na dziko”, w niezgodzie nawet z rosyjskim prawem. Formalnych podstaw nadał mu dekret putina z końca września 2022 roku, skutkiem którego cztery ukraińskie obwody – doniecki, ługański, chersoński i zaporoski – zostały włączone do rosji. Jak pamiętamy, stało się to po uprzednich pseudo-referendach (wskazujących na rzekomo ponad 90-procentowe poparcie dla idei integracji z rosją…) oraz mimo tego, że istotna część zaanektowanych terenów znajdowała się poza kontrolą armii rosyjskiej. Kolejnym krokiem było włączeniu okupowanych obwodów do Południowego Okręgu Wojskowego federacji rosyjskiej, co nastąpiło w lutym 2024 roku. Tak naprawdę dopiero ta decyzja uruchomiła administracyjną machinę „legalnego” poboru. Jak dotąd objął on ponad 46 tysięcy osób – takimi danymi posługuje się ukraiński Sztab Koordynacyjny ds. Jeńców Wojennych. To równowartość trzech dywizji piechoty, choć z zastrzeżeniem, że skala przymusowej mobilizacji bez wątpienia jest większa. rosjanie nie raportują na ten temat, a okupowane terytoria są przez nich skutecznie izolowane informacyjne – trudno zdobyć stamtąd wiarygodne, całościowe dane, zwłaszcza za okres „dzikiej mobilizacji”. Ukraińskie NGS-y szacują, że po 2022 roku w sidła rosyjskiej branki mogło wpaść nawet 100 tys. mężczyzn.

Pogarda wobec prawa wojennego

Przy czym podkreślmy – formalizacja poboru obywateli Ukrainy z okupowanych terytoriów nie jest tylko kwestią wewnętrznej polityki Kremla. To działanie, które wprost narusza prawo międzynarodowe, a w szczególności normy dotyczące ochrony ludności cywilnej na terenach okupowanych. Najważniejszym punktem odniesienia jest tu IV Konwencja Genewska z 1949 roku, która reguluje status ludności cywilnej pod okupacją. Artykuł 51 tej konwencji zakazuje zmuszania osób chronionych do służby w siłach zbrojnych państwa okupującego. Oznacza to, że każdy przypadek przymusowej mobilizacji mieszkańców okupowanych obwodów Ukrainy jest bezpośrednim złamaniem prawa międzynarodowego. Konwencja przewiduje także odpowiedzialność karną za takie działania – mogą one być kwalifikowane jako zbrodnie wojenne.

Międzynarodowe prawo humanitarne dokonuje jasnego rozróżnienia między obowiązkami okupanta – w czym mieści się zapewnienie bezpieczeństwa, porządku publicznego i podstawowych warunków życia – a zakazami, jakie na nim spoczywają – tu mamy m.in. zakaz zmuszania ludności do służby wojskowej, deportacji czy paszportyzacji. rosja, formalizując pobór, narusza oba filary: zamiast chronić ludność, wykorzystuje ją jako zasób wojskowy. Ukraina konsekwentnie dokumentuje przypadki mobilizacji, gromadząc dowody dla przyszłych procesów. Kijów ma tu wsparcie ONZ, OBWE i organizacji praw człowieka, które wielokrotnie wskazywały na naruszenia prawa humanitarnego przez rosję. Dla państwa Zachodu formalizacja poboru jest kolejnym argumentem w dyskusji o sankcjach i izolacji rosji na arenie międzynarodowej. A Kreml i tak wciąż wykazuje pogardę wobec prawa wojennego i traktuje okupowane tereny jak własne zaplecze wojskowe.

Dlaczego tak się dzieje? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Krzysztofowi Martynie, Krzychoo Jóźwiakowi i Dariuszowi Wołosiańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Bijąca z oddali artyleria…/fot. SzG ZSU