2025

2025 rok ma się ku końcowi, ale końca rosyjsko-ukraińskiej wojny nadal nie widać. Minione dwanaście miesięcy nie przyniosło przełomu – wbrew buńczucznym zapowiedziom Kremla, armii rosyjskiej nie udało się rozstrzygnąć konfliktu na polu bitwy. Te zaś drastycznie się przeobraziło, choć jedna jego cecha pozostaje niezmienna – front to nadal „maszynka do mielenia mięsa”, głównie rosyjskiego. Mijający rok rosjanie zamkną ze stratą kolejnych 400 tys. żołnierzy – zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli – niewiele mniejszą niż w najkrwawszym 2024 roku.

Na początku mijającego roku ukraińska armia wciąż utrzymywała pozycje w rosyjskim obwodzie kurskim. Kontrolowany przez Ukraińców obszar znacząco się skurczył w porównaniu ze zdobyczami z początku wyprawy do rosji (z lata 2024 roku), niemniej wciąż mieliśmy do czynienia z sytuacją przeniesienia działań zbrojnych na terytorium agresora. Kreml nie mógł tej zniewagi znieść, stąd desperackie próby wyparcia wojsk ukraińskich, w kwietniu 2025 roku zwieńczone sukcesem. Zapracowali na niego nie tylko rosjanie, ale i wydatnie wspierający ich północni Koreańczycy. Trup ścielił się gęsto – odzyskanie obszaru o wielkości przeciętnego polskiego powiatu (nieco ponad 1000 km kw.) kosztowało rosjan i ich sojuszników życie i zdrowie 40 tys. ludzi. Lecz w ostatecznym rozrachunku, po ośmiu miesiącach walk, obwód kurski został odbity – i jeśli idzie o osiągnięcia na froncie jest to jedyne bezapelacyjne zwycięstwo Moskwy w 2025 roku. Warto wszak dodać, że po sukcesie militarnym Kreml „zapominał” o konieczności odbudowy zniszczonych podczas działań wojennych miejscowości – ma wszak inne priorytety, związane z kontynuowaniem napaści – ale to temat na odrębny komentarz.

—–

Jeśliby porównać mapy z oznaczonymi rosyjskimi zdobyczami z grudnia 2023 roku, z grudnia 2024 roku i obecne – na pierwszy rzut oka nie zobaczymy żadnych zmian. Dopiero w dużym powiększeniu i po uważnym przestudiowaniu poszczególnych odcinków frontu dostrzeżemy symboliczne korekty. Po wejściu rosyjsko-ukraińskich zmagań w fazę wojny pozycyjnej – co nastąpiło jesienią 2023 roku – rosjanie zajęli zaledwie 1,5 proc. powierzchni Ukrainy. W tym czasie szeregi ich armii uszczupliły się o milion (!) żołnierzy – taki jest ludzki wymiar tego sukcesu. Co należy podkreślać w obliczu coraz popularniejszych – także w Polsce – narracji, wedle których rosjanie niepowstrzymanie prą na zachód. W przypadku niektórych prorosyjskich przekazów, owo parcie przyrównywane jest do uporu i determinacji armii czerwonej z lat 1943-45 – co jest wybitnie absurdalną analogią. Sowieci wszak w dwa lata przesunęli front o 2 tys. km, żołnierzom putina w podobnym czasie udało się odeprzeć Ukraińców na głębokość do 50 km. Punktowo, w kilku szerokich na kilkanaście kilometrów pasach natarcia. Gieorgij Żukow pewnie przewraca się w grobie na dźwięk porównań jego wyczynów z osiągnięciami walerija gierasimowa, dowódcy putinowskiej armii.

„Ale to nie jest wojna o teren!”, słyszymy co jakiś czas. Tego rodzaju opinie mają usprawiedliwiać brak rosyjskich zdobyczy oraz rzucić światło na rzeczywiste intencje Moskwy. Ta mianowicie ma dążyć do złamania kręgosłupa ukraińskiej armii, poprzez narzucenie jej wojny na wyniszczenie – ludzi i zasobów, których w rosji jest więcej niż w Ukrainie. W stosowanym momencie – gdy Ukraińcy wreszcie nie będą już mieli kim i czym walczyć – Moskwa przymusi Kijów do odpowiednich ustępstw, także terytorialnych. W takim ujęciu koszmarne rosyjskie straty są rodzajem inwestycji – „na dziś” wydaje się ona przepłacona, ale efekt docelowy ją uzasadni.

Nie da się wykluczyć, że putin tak właśnie kalkuluje i oczyma wyobraźni widzi już Zadnieprze jako część federacji, oddaną przez Kijów po druzgocącej klęsce. Rzecz w tym, że rozmiar owej klęski musiałby być przeogromny, by Ukraina udzieliła rosji takich koncesji. A takiego rezultatu – totalnego rzucenia Ukrainy na kolana – rosjanie bez użycia broni jądrowej nie wywalczą. Nie w perspektywie najbliższych kilkunastu miesięcy, w trakcie których sami muszą zakończyć wojnę, bo zaczyna ona drastycznie przerastać ich możliwości. I kończąc ów wątek terenowy – w rozmowach pokojowych obszar znajdujący się pod kontrolą ma zawsze istotne znacznie. Jest atutem pokonanego czy słabszego przeciwnika – w najgorszym razie towarem, którym można kupczyć, redukując skalę porażki. Obie strony o tym wiedzą i choćby już z tego powodu to JEST wojna o teren.

—–

W dalszej części tekstu przyglądam się obszarowi, gdzie jest ona toczona. Opisuję realia frontu oraz konsekwencje bezwzględnej dominacji dronów na polu bitwy. Wspominam o rozszerzeniu strefy walk na głębokie zaplecze obu stron. Materiał ten znajdziecie w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński artylerzysta/fot. SzG ZSU.

Zuchwałość

gierasimow, ksywa „młotkowy’, do putina (10 dni temu):

– Zdobyliśmy Kupiańsk!

Zełenski (dziś):

– Potrzymaj mi piwo…

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że chłopięca zuchwałość nie przystoi politykowi, głowie państwa na wojnie. „Propagandowa szopka”, rzekną, usiłując zdezawuować fakt, że prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, gdy jego adwersarz długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów (nawet Hitler, który odwagą nie grzeszył, był bliżej…). Załączone zdjęcie wykonano w Kupiańsku, 2000 metrów od rosyjskich pozycji. Gdy je robiono, Zełenski nagrywał wystąpienie, w którym odnosił się do kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta.

„Frajerzy…”, mówi jego postawa, a komunikat ów skierowany jest nie tylko do putina i jego speca od masowego wytracania własnych żołnierzy. To także przesłanie do Trumpa, coś w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, mam za to jaja”. Tak również (obok szeregu innych działań!), ową chłopięcą zuchwałością, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną. Prezydencki gest jest tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczy i daje powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń.

—–

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Fot. Biuro prezydenta Ukrainy

Bratobójstwo

Jak odróżnić Ukraińca siłą wcielonego do rosyjskiej armii, od innych żołnierzy putina? Zwłaszcza w ferworze walki, gdzie obowiązuje zasada „albo ja jego, albo on mnie”, i żołnierze obu stron najpierw do siebie strzelają, a dopiero później – jeśli jest czas i są ku temu sprzyjające okoliczności – sprawdzają, kogo zabili. Nad przymusowo zmobilizowanym nie unosi się – niczym w grze komputerowej – znaczek identyfikacyjny. Na prawdziwym polu bitwy taki ktoś – zwłaszcza z daleka – jest kolejnym celem do wyeliminowania. W efekcie dochodzi do bratobójczych starć, w czym zawiera się jeden z największych dramatów wojny na Wschodzie.

Znamy to także z własnej historii. Polaków siłą wcielano do armii zaborców, później, w czasie II wojny światowej, wielu obywateli II RP – przede wszystkim z Pomorza i Śląska – przymusowo zmobilizowano do Wehrmachtu. Kilkuset z nich broniło Monte Cassino, szturmowanego przez 2 Korpus Polski. W efekcie nasi rodacy leżą zarówno na polskim, jak i na niemieckim cmentarzu w pobliżu miejsca bitwy. Są pośród nich dwaj rodzeni bracia – jeden spoczywa u Niemców, drugi u Polaków. Nie da się wykluczyć, że w tym tragicznym maju 1944 roku strzelali do siebie…

Walka w bliskim kontakcie dawała sposobność do identyfikacji w porę – wystarczyło się odezwać. Istnieje mnóstwo relacji weteranów 2 Korpusu, w których opisywane są takie sytuacje. Jednostka zresztą w którymś momencie zasilała się przede wszystkim w oparciu o jeńców i dezerterów z Wermachtu, którzy byli polskiego pochodzenia.

Los donbaskich zdrajców

Ale w walce na dystans trudno wykrzyczeć narodowość i zostać usłyszanym – tymczasem tak właśnie wyglądają potyczki na Wschodzie. rosjanie nieustannie szturmują ukraińskie pozycje, ale rzadko kiedy do nich docierają. Bezpośrednich starć jest więc niewiele, gros „roboty” wykonują drony, to one odpowiadają za co najmniej 70 proc. strat zadawanych drugiej stronie. Swoje kilkanaście procent dokłada bijąca z oddali artyleria. Dronowi – a właściwie sterującemu nim operatorowi – można się poddać, trudno o to jednak podczas ataku. Brutalna ekonomia wojny jest taka (patrząc z perspektywy atakowanych), że lepiej zabić na wszelki wypadek i zająć się kolejnym celem, niż zadbać o to, by poddający się przeżył i oddał do niewoli – wszak trzeba go do niej „odprowadzić”. A co jeśli blefuje? – tego rodzaju kalkulacja (u operatora drona) to kolejny czynnik ograniczający szansę przymusowo wcielonych na dostanie się do swoich.

Ukraińcy strzelali do siebie od początku konfliktu na Wschodzie. Gdy w 2014 roku rosjanie rozpętali rebelię w Donbasie, owszem, zasilili ją własnymi „ochotnikami”, nade wszystko jednak ługańska i doniecka milicja składały się z miejscowych. Większość z nich wstępowała do prorosyjskich formacji z własnej woli, więc jako obywatele Ukrainy dopuszczali się zdrady. Do 2022 roku przez „armie” pseudo-republik przewinęło się ponad 100 tys. ludzi, jedna czwarta z nich zginęła lub została ranna (przede wszystkim w latach 2014-16). Los donbaskich zdrajców nie musi nas szczególnie zajmować, ale warto wiedzieć, że w tym samym czasie na okupowanym Krymie – formalnie wcielonym do rosji – już w 2015 roku uruchomiono pobór miejscowych do rosyjskiej armii. Osobiste motywacje wcielanych nie miały tu znaczenia, podobnie jak ich etniczna identyfikacja; zgodnie z rosyjskim prawem byli obywatelami federacji, a ta nakłada na młodych mężczyzn obowiązek służby zasadniczej; koniec-kropka.

Równowartość trzech dywizji

Tuż przed wybuchem pełnoskalowego konfliktu w 2022 roku Moskwa uznała niepodległość Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, a ich „armie” formalnie zintegrowano z rosyjską. Konsekwencje okazały się zgubne dla dużej części męskiej populacji DRL/ŁRL, gdy planowana na kilka tygodni spec-operacja zmieniła się w niezwykle krwawy i długotrwały konflikt. Koszmarne straty ponoszone przez oddziały dawnych separatystów wymagały odtworzenia stanów osobowych, a że ochotników nie zbywało, wkrótce ulice Doniecka i Ługańska stały się areną łapanek. Branka objęła nie tylko zdrowych i młodych mężczyzn – prowadzono ją „jak leci”, wyłapując emerytów, inwalidów, osoby chore psychicznie. Ów jakościowo kiepski zasób został następnie „zmielony” przez front – obecnie jednostki armii rosyjskiej wywodzące się z byłych milicji tylko w niewielkim stopniu składają się z mieszkańców Donbasu, ci bowiem wyginęli; gros żołnierzy stanowią obywatele rosji właściwej oraz zagraniczni najemnicy. No i Ukraińcy z pozostałych zajętych po 2022 roku terytoriów.

Przymusowy pobór na terenach okupowanych po pełnoskalowej inwazji zaczął się jeszcze późną wiosną 2022 roku. Tyle że wówczas był prowadzony „na dziko”, w niezgodzie nawet z rosyjskim prawem. Formalnych podstaw nadał mu dekret putina z końca września 2022 roku, skutkiem którego cztery ukraińskie obwody – doniecki, ługański, chersoński i zaporoski – zostały włączone do rosji. Jak pamiętamy, stało się to po uprzednich pseudo-referendach (wskazujących na rzekomo ponad 90-procentowe poparcie dla idei integracji z rosją…) oraz mimo tego, że istotna część zaanektowanych terenów znajdowała się poza kontrolą armii rosyjskiej. Kolejnym krokiem było włączeniu okupowanych obwodów do Południowego Okręgu Wojskowego federacji rosyjskiej, co nastąpiło w lutym 2024 roku. Tak naprawdę dopiero ta decyzja uruchomiła administracyjną machinę „legalnego” poboru. Jak dotąd objął on ponad 46 tysięcy osób – takimi danymi posługuje się ukraiński Sztab Koordynacyjny ds. Jeńców Wojennych. To równowartość trzech dywizji piechoty, choć z zastrzeżeniem, że skala przymusowej mobilizacji bez wątpienia jest większa. rosjanie nie raportują na ten temat, a okupowane terytoria są przez nich skutecznie izolowane informacyjne – trudno zdobyć stamtąd wiarygodne, całościowe dane, zwłaszcza za okres „dzikiej mobilizacji”. Ukraińskie NGS-y szacują, że po 2022 roku w sidła rosyjskiej branki mogło wpaść nawet 100 tys. mężczyzn.

Pogarda wobec prawa wojennego

Przy czym podkreślmy – formalizacja poboru obywateli Ukrainy z okupowanych terytoriów nie jest tylko kwestią wewnętrznej polityki Kremla. To działanie, które wprost narusza prawo międzynarodowe, a w szczególności normy dotyczące ochrony ludności cywilnej na terenach okupowanych. Najważniejszym punktem odniesienia jest tu IV Konwencja Genewska z 1949 roku, która reguluje status ludności cywilnej pod okupacją. Artykuł 51 tej konwencji zakazuje zmuszania osób chronionych do służby w siłach zbrojnych państwa okupującego. Oznacza to, że każdy przypadek przymusowej mobilizacji mieszkańców okupowanych obwodów Ukrainy jest bezpośrednim złamaniem prawa międzynarodowego. Konwencja przewiduje także odpowiedzialność karną za takie działania – mogą one być kwalifikowane jako zbrodnie wojenne.

Międzynarodowe prawo humanitarne dokonuje jasnego rozróżnienia między obowiązkami okupanta – w czym mieści się zapewnienie bezpieczeństwa, porządku publicznego i podstawowych warunków życia – a zakazami, jakie na nim spoczywają – tu mamy m.in. zakaz zmuszania ludności do służby wojskowej, deportacji czy paszportyzacji. rosja, formalizując pobór, narusza oba filary: zamiast chronić ludność, wykorzystuje ją jako zasób wojskowy. Ukraina konsekwentnie dokumentuje przypadki mobilizacji, gromadząc dowody dla przyszłych procesów. Kijów ma tu wsparcie ONZ, OBWE i organizacji praw człowieka, które wielokrotnie wskazywały na naruszenia prawa humanitarnego przez rosję. Dla państwa Zachodu formalizacja poboru jest kolejnym argumentem w dyskusji o sankcjach i izolacji rosji na arenie międzynarodowej. A Kreml i tak wciąż wykazuje pogardę wobec prawa wojennego i traktuje okupowane tereny jak własne zaplecze wojskowe.

Dlaczego tak się dzieje? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Krzysztofowi Martynie, Krzychoo Jóźwiakowi i Dariuszowi Wołosiańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Bijąca z oddali artyleria…/fot. SzG ZSU

„Teraz”

Wczoraj media obiegła wypowiedź putina, który stwierdził, że jego kraj nie chce wojny z europejskimi państwami, ale jeśli Europa jej pragnie, to rosja jest gotowa już teraz walczyć. Dokładnie tak powiedział: gotowa już teraz. Ile w tym prawdy, a ile blefu?

putin grozi – tu nie należy mieć złudzeń. On nie mówi o rosyjskiej gotowości do obrony, ale o ataku, wyprowadzonym na przykład pod pretekstem działań wyprzedzających. To typowa śpiewka ruSSkiego szantażysty, który groźbami usiłuje zdobyć atencje i posłuch u innych.

Ale czy roSSja do takiego ataku, teraz, jest zdolna? I tak, i nie.

Dlaczego nie? Bo armia rosyjska – jakkolwiek dobrze adaptuje się do warunków wojny w Ukrainie – nie przetrwałaby konfliktu z NATO, nawet jeśli zredukujemy Sojusz wyłącznie do europejskich członków. Przewaga technologiczna jest po stronie Zachodu – to temat na rozległy esej; jak wrócę do zdrowotnej formy, mogę się podjąć jego napisania. Na teraz dość stwierdzić, że już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa. W Moskwie o tym wiedzą.

Zawieszenie broni w wojnie z Ukrainą niewiele tu zmieni. Owszem, zluzuje kilkaset tysięcy ludzi, ale będą oni dramatycznie niedoposażeni. Konflikt na Wschodzie wydrenował roSSję nie tylko z bieżących zasobów sprzętu ciężkiego, ale doprowadził do sytuacji, która jeszcze kilka lat temu wydawała się niemożliwa – ruSSkie przepaliły niemal całą sprzętową „rentę po ZSRR”. A przemysł, mimo wojennej mobilizacji, okazał się niewydolny. Wojenne modernizacje i modyfikacje poszczególnych typów uzbrojenia – niektóre bardzo udane – nie zmienią faktu, że w wielu podstawowych kategoriach rosjanom brakuje broni. Ich najlepsze dywizje mają dziś 30-40 proc. przewidzianych etatem czołgów czy transporterów, braki w artylerii są jeszcze większe, a interwencyjne dostawy od Kima to co najwyżej łatanie największych dziur.

Jeśli Kreml chce po wojnie utrzymać półtoramilionową armię, nawet przy najbardziej sprzyjających wiatrach przyzwoite „usprzętowanie” tej masy zajmie kilkanaście lat. To, co mógłby wystawić dziś, rozgnietlibyśmy jak purchawkę. O tym też w Moskwie wiedzą.

Tak jak wiedzą, że Europa – jakkolwiek można mieć zastrzeżenia do dynamiki tego procesu (ja mam…) – nie stoi z założonymi rękoma i podejmuje trud remilitaryzacji. A możliwości finansowe i techniczne ma znacznie większe niż roSSja.

Więc owo „teraz” to takie putinowskie „pierdololo”, podobnie zresztą jak „jutro” czy „pojutrze”. Chyba że roSSjanie opracują jakiś rewolucyjny system broni, który w try miga obezwładni zachodnią technologię. Opracują lub – co byłoby bardziej prawdopodobne – ukradną, jak niegdyś zawinęli tajemnice broni jądrowej. Szczerze mówiąc, nie bardzo widzę tu pole do popisów, wszak przełomów na miarę „atomu” nie należy się spodziewać.

Ale właśnie „atomu”; fakt, iż Moskwa dysponuje bronią jądrową, daje jej spory margines bezkarności. Obrazowo rzecz ujmując, moskale mogę pójść nabroić, a jak dostaną po gębie, zwieją do domu, przekonani, że nikt im na chatę nie wjedzie, bo przecież mają głowice. I nawet jeśli tylko dziesięć procent z nich nadaje się do wystrzelenia – to wystarczy, by „narobić bydła”. Ta atomowa polisa, w połączeniu z wysokim progiem bólu – rozumianym jako nieakceptowalna u nas pogarda dla ludzkiego życia – podbijają ryzyko agresywnych działań roSSji w najbliższej przyszłości. Oni naprawdę mogą coś odwalić, zgodnie z bandycką logiką „ryj nie szklanka, a nuż się uda?”.

Ale właśnie – co „się uda”? Bo przecież nie frontalny atak na całą Europę; nie dla psa kiełbasa, nawet jeśli ten jest wściekły i nie zważa na kije. Więc zadajmy pytanie inaczej – co mogłoby się moskalom udać?

Nim odpowiem, przytoczę analogię, którą już kiedyś się posłużyłem. Zgodnie z nią, rosja jest niczym wyrośnięty łobuz, terroryzujący słabszych i mniejszych kolegów z klasy (która w tej opowieści jest tożsama z Europą; Ameryki tu nie ma). Poza zwalistą posturą i długimi ramionami bezkarność gwarantuje ancymonowi trzymany za pazuchą pistolet (u ucznia; tak wiem, to słabość analogii…). Nasz negatywny bohater nie boi się sięgać po przemoc – ba, lubi to, a na pewno w ten sposób kompensuje sobie życiowe niepowodzenia wynikłe z marnego statusu materialnego. Zwykle działa z zaskoczenia, chociaż w obliczu słabeuszy niespecjalnie się kryguje. Ciosy wyprowadza mocne, nie przejmując się skutkami. Ma też i słabości – nie jest okazem zdrowia, jada byle co, co również przekłada się na kondycję, odkrył już alkohol i bywa nietrzeźwy. Zdarzało się więc, że przegrywał bójki z mniejszymi i słabszymi chłopcami, którzy potrafili wykorzystać jego niedyspozycje. Co nadal nie zmienia faktu, że samą posturą może zrobić krzywdę, no i chwycić za tę nieszczęsną „klamkę”.

Co z takim gagatkiem mogą zrobić dzieciaki z dobrych domów, „mózgowce” świetnie radzące sobie w szkole i poza nią? Niektórzy nawet potrafią się bić i mają na tym polu jakieś sukcesy, ale są pośród nich i maluchy, które nie miałyby prawa przetrwać starcia ze szkolnym lujem. Nawet jeśli udałoby się im raz czy dwa dotkliwie go ugryźć.

Ano, w kupie siła, zwłaszcza że w tej grupie są też posiadacze „klamek”. A więc żadnych pojedynków jeden na jednego, bo w takim zestawieniu łobuz jest w stanie wygrać – nie tylko „teraz”, ale też „jutro” czy „pojutrze”. Zwłaszcza z maluchami, do walki z którymi nie musi się jakoś specjalnie przygotowywać.

Gdy putin mówi o wojnie z Europą, tak naprawdę ma na myśli europejskie „maluchy” – Litwę, Łotwę, Estonię. Samodzielnie te kraje nie podołają nawet osłabionej rosyjskiej armii – są za małe, a tamtych jest za dużo. Je rzeczywiście można pokonać „teraz”. Pod warunkiem, że nie zleci się „cała klasa” – i o tym też w Moskwie wiedzą. Nie znosi to ryzyka, że spróbują „wyłuskać małego” – pytanie, co reszta z tym fantem zrobi? Czy da gnojowi popalić, czy odpuści, nie chcąc się angażować w „nieswoje sprawy”?

To tu widzę największe zagrożenie dla przyszłości Europy. Nie brak militarnego czy finansowego potencjału jest naszą słabością, ale rozdrobnienie, które w chwili próby może się przełożyć na niezdecydowanie i brak determinacji. Tymczasem jeśli pozwolimy roSSji poszarpać naszego, to ją rozzuchwali. Pojawi się następna ofiara, i kolejna. Nim reszta oprzytomnieje, dla małych i średniaków może być za późno, a i szczęściarzom jakość życia drastycznie się pogorszy z uwagi na toksyczne sąsiedztwo.

I w Moskwie o tym wiedzą – i usilnie pracują nad tym, by rozbić naszą europejską solidarność. O czym nie raz już pisałem, i do czego pewnie nie raz jeszcze wrócę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. „Już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa”. Nz. F-35/fot. Bartek Bera.

Pokrowsk

Kolumna rosjan wjeżdżająca do Pokrowska nie przypominała regularnej armii. Nawet islamscy terroryści z ISIS w podobnych sytuacjach – podczas przemarszów – prezentowali się lepiej. Ich technikale (improwizowane pojazdy wojskowe) bazowały na solidnych pickupach Toyoty, tymczasem żołdacy putina poruszali się przerobionymi ładami i zdezelowanym UAZ-em. No i całą masą „popierdółek” – cywilnych motocykli crossowych.

Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniał wschodnio-ukraiński, mglisto-błotnisty anturaż. „’Mad-Max’ w bieda-wersji”, komentowano, nawiązując do klasyki kina postapo. I jakkolwiek drwienie z rzekomo „drugiej armii świata” wydaje się w tym kontekście zasadne, nie wolno zapominać, że to ci wojenni nędzarze do Pokrowska wkraczali, co oznaczało, że Ukraińcy się z niego wycofywali.

„Byle jak, byle czym, byle do przodu” – ta fraza chyba najpełniej oddaje modus operandi rosyjskiej armii w okolicach Pokrowska. Prawdę mówiąc, całe siły inwazyjne cierpią dziś na niedostatki sprzętu ciężkiego, ale widać to szczególnie w tak zwanych „hot-spotach”, miejscach szczególnie silnej presji rosjan. Walki na odcinku Pokrowskim trwają już od ponad 20 miesięcy, lecz wraz z początkiem listopada agresorzy zintensyfikowali działania. W sukurs przyszła im pogoda – wspomniana mgła spowijająca Doniecczyznę przez kilkanaście godzin na dobę, i to już od wielu dni. To w niej kryją się małe bezzałogowce, których w powietrzu jest tyle, że ukraińscy analitycy mówią o „okrążeniu dronami”. Bezpilotowce moskali niemal całkowicie odcięły Pokrowsk, paraliżując linie komunikacyjne.

Dowództwo rosyjskie wprowadziło do miasta oddziały na motocyklach i pickupach, próbując wykorzystać mobilność i efekt zaskoczenia. Taktyka działa, choć przynosi gigantyczne straty, bowiem technikale to nie transportery, a „motorki” nie dają nawet ułudy zabezpieczenia. Ludzki przemiał nie jest jednak dla rosyjskich dowódców powodem do szczególnych zmartwień, zwłaszcza że na podejściu do Pokrowska zgromadzili niemal 120 tys. żołnierzy, jedną piątą całości wojsk inwazyjnych. Jest więc dość „mięsa”, by je pchać do kolejnych szturmów, po których – prędzej czy później – następne kwartały przechodzą w ręce rosjan. Pod koniec drugiego tygodnia listopada ci kontrolowali ponad 90 proc. miasta. Wcześniej ukraińskie jednostki, wsparte komponentem sił specjalnych, próbowały „oczyścić” kluczowe punkty Pokrowska, jednak działania te były spóźnione i nie zmieniły sytuacji.

(…)

Jakkolwiek los Pokrowska wydaje się przesądzony, warto wspomnieć o sytuacji, która może mieć wpływ na decyzję ukraińskiego dowództwa. Służby antykorupcyjne Ukrainy ujawniły potężną aferę. Ludzie związani z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim okradli państwo na ponad 100 mln dolarów, wydrenowanych z ledwo zipiącego sektora energetycznego. Dziś, gdy Ukraina mierzy się ze skutkami braku energii (ogrzewania, wody, prądu), ów skandal rozpala nastroje społeczne. Ludzie rzecz jasna wiedzą, że to rosjanie zniszczyli większość elektrowni, ale fakt, że osoby związane z władzą postępowały niczym sępy z padliną, jest powodem powszechnego oburzenia. Rząd reaguje – posypały się dymisje – będąc zarazem mocno na cenzurowanym. W takim kontekście ostateczny upadek miasta-symbolu mógłby dodatkowo pogorszyć notowania prezydenta i jego zaplecza. A to rodzi pokusę przedłużania obrony, mimo skrajnej nieefektywności tego przedsięwzięcia.

Jedno jest pewne – rosjanie nie ustaną. Dla nich również Pokrowsk ma znaczenie symboliczne – choć nie tylko, o czym przeczytacie w rozszerzonej wersji tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Screen ze wspomnianego filmu