Ochłap

Żałosny jest ten Putin, żałosny jest Szojgu, żałośni są ich generałowie. Miał być Kijów („wystarczy, że mrugniemy okiem!” – odgrażał się przed inwazją Sołowiew, naczelny propagandysta Kremla), miały być Charków, Odessa, a pewnie i Lwów, tymczasem po dwóch miesiącach walk jest jedynie Mariupol. Zdewastowany, wyludniony, z dziesiątkami tysięcy bogu ducha winnych, martwych cywilów. „Wyzwolony!”, jak orzekł wczoraj minister obrony. „Mariupol nasz!”, podchwycił ruski internet, nawiązując do popularnego w 2014 roku hasła „Krym nasz!”. Taki on „nasz”, że Azostal wciąż się broni, a szturmować go strach, bo zginie masa ludzi. A tylu już poległo… Jeden z generałów ukraińskiej armii, na którego informacjach dotąd się nie zawiodłem, ocenia, że Rosjanie wytracili w Mariupolu ekwiwalent dywizji – 2,5 tys. zabitych, trzy razy tyle rannych. A to dane nieuwzględniające separatystów i Czeczenów, którzy także masowo kładli głowy. Nic dziwnego zatem, że wracają teraz do siebie „wojskowi” z DRL, zbyt wykrwawieni, aby brać udział w dalszych walkach. „Tiktokowcy” Kadyrowa zostaną w Mariupolu; nikt jak oni nie zna się lepiej na pacyfikacji ludności, którą trzeba przeprowadzić przed 9 maja, dniem pabiedy, kiedy przez „wyzwolone” miasto ma przejść defilada zwycięzców. Stalownię blokować będzie regularne wojsko, co najmniej 5-6 batalionowych grup bojowych (około 4 tys. żołnierzy), których zabraknie w środkowej i północnej części Donbasu. Takie to zatem pożal się boże zwycięstwo…

No ale trzeba rzucić jakiś ochłap wytęsknionym sukcesów wielbicielom litery Z. Jest więc „Mariupol nasz”. O Chersoniu, wziętym na początku marca, rosyjskie media właściwie nie wspominają. Bo strach pisać i mówić, że „nasz”, skoro Ukraińcy coraz śmielej nacierają w tym kierunku i niewykluczone, że lada dzień odbiją miasto. Kijów niechętnie informuje o swoich kontrofensywnych poczynaniach, ale kto obserwuje ruchy wojsk, uważnie czyta rozproszone doniesienia i mapy, ten widzi, że na południu coś się kroi. Widzą to też ruskie generały, niechętne odsyłaniu żołnierzy spod Chersonia pod Izjum czy Donieck. Trochę przypomina to sytuację z wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku, kiedy Stalin de facto odmówił Tuchaczewskiemu pomocy pod Warszawą (wolał skupić się na zajęciu i utrzymaniu Lwowa). W efekcie, na centralnym odcinku frontu Polacy odnieśli spektakularny sukces, a wkrótce cała bolszewia musiała zawijać się na wschód. Oby więc była to do spodu trafna analogia.

Bez reorganizacji frontu Rosjanie nie mają szans na zwycięstwo w Donbasie. Alternatywą dla szachowania tym, co jest, pozostaje dosłanie nowych oddziałów z Rosji. „Luzy” Federacji to w tej chwili jakieś 50 tys. żołnierzy, których wszak trzeba zwieźć z całego ogromnego kraju – a to zajmie trochę czasu. Sięganie po wojskowych chroniących Rodiny na strategicznych kierunkach jak na razie nie mieści się w głowach rosyjskich dowódców. Oni naprawdę boją się, że posłanie do Ukrainy większej liczby żołnierzy kosztem zachodniej, dalekowschodniej czy kaukaskiej rubieży, uaktywni przeciwników Rosji do działania. Bóg zapłać za te paranoje, a na miejscu NATO jeszcze bardziej bym je dokarmiał. Na przykład organizując gigantyczne ćwiczenia w Polsce, na Bałtyku, w Norwegii czy aspirującej do Sojuszu Finlandii. Putin i spółka zrobiliby pod siebie ze strachu, stawiając w tryb alarmowy defiladowe T-34 z Kubinki.

No ale poprzestańmy na tym, co jest – i tak już ograniczonej rosyjskiej swobodzie operacyjnej. Pamiętając przy tym, że Ukraińcy też mają rezerwy. Jakieś 40 tys. żołnierzy, których można rzucić do walki bez zbytniego ogałacania innych, zagrożonych rosyjskim atakiem rejonów (okolic stolicy i Odessy; na tym etapie wojny jest już oczywiste, że zachod kraju pozostaje poza zasięgiem ofensywy lądowej wroga). A więc tak czy inaczej Rosjanom pozostaje co najwyżej budowanie lokalnych przewag, z nadzieją na przerwanie frontu. Istotnym byłby w tym momencie efekt zaskoczenia – takie przeprowadzenie dyslokacji jednostek, by Ukraińcy nie zorientowali się, skąd najeźdźcy uderzą ze zwiększoną mocą. Tyle że w tej chwili świadomość sytuacyjna na poziomie strategicznym to atut, którym w większym zakresie dysponują Ukraińcy. Ich „oczy” i „uszy” widzą więcej i szybciej, przede wszystkim dzięki wsparciu wywiadowczemu NATO. Amerykańskie samoloty rozpoznawcze zapuszczają się już nad Morze Czarne, co zresztą wiele tlumaczy w kontekście zatopienia „Moskwy” (ktoś Ukraińcom musiał przekazać koordynaty).

„Gdzie się nie odwrócisz, dupa i tak z tyłu”, mawia mój dobry kolega. Ów opis idealnie oddaje sytuację rosyjskiej armii w Ukrainie. Tylko jak u licha do tego doszło? Dziś rano jedna z rosyjskich redakcji, powołując się na MON, opublikowała dane na temat rosyjskich strat. Wynika z nich, że dotąd poległo ponad 13 tys. Rosjan (bez najemników), a 7 tys. uznaje się za zaginionych. Zdumiewająca proporcja, która potwierdza dotychczasowe doniesienia o masowym porzucaniu przez rosyjskie wojsko swoich zabitych, która wskazuje również na wstydliwy dla Kremla problem dezercji (nie podejmę się szacowania, ilu z tych 7 tys. to dezerterzy, a ile osób to zabici, których śmierci nie potwierdzili koledzy/dowódcy; Ukraińcy w każdym razie pojmali niespełna tysiąc jeńców, a ich dane przekazywane są drugiej stronie na bieżąco). No więc 21 tys. bezpowrotnych strat, a w tym zestawieniu brakuje informacji o rannych! Niezależnie od tego, czy jest ich dwa czy trzy razy więcej, siły inwazyjne zostały mocno wykrwawione. Zemściła się nonszalancja rosyjskich dowódców, okazywana zarówno Ukraińcom – postrzeganym jako słaby przeciwnik – jak i własnym żołnierzom, pchanym w ogień zgodnie z sowiecka filozofią rozpoznania bojem. W efekcie dziś tak często nie ma kim walczyć…

—–

Jeśli doceniasz moją pracę, proszę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przytyk

I co z tym Donbasem? – pytają mnie Czytelnicy. – Miała być wielka bitwa, a jak na razie nic takiego się nie dzieje – zauważają. Skądinąd słusznie, bo w potocznym przekonaniu „bitwa” to jednorazowy incydent, a że mało uczymy się historii najnowszej, to zwykle jeszcze postrzegamy ją jako kilkugodzinne zmagania. Coś jak starcie pod Grunwaldem, trwające od rana do wieczora. Nakłuli się, narąbali – i przed zachodem słońca skończyli. Współczesność tymczasem – tak dramatycznie nieobecna w programach szkolnych – już na stałe zmodyfikowała pojęcie „bitwy”; takie boje nad Sommą czy pod Verdun toczyły się przez kilka miesięcy i de facto były serią imponujących potyczek, z których część – z uwagi na rozmach – zasługiwałaby na osobną kategorię w historii. To w takim ujęciu używa się dziś określenia „bitwa o Donbas”, w takich okolicznościach pierwsze 30 dni bojów na północy Ukrainy zyskało miano „bitwy o Kijów”. Oczywiście, określenia „kampania w Donbasie” czy „kampania we wschodniej Ukrainie” byłyby bardziej na miejscu, ale z jakichś (nieistotnych w tym momencie) powodów bardziej wolimy słowo „bitwa”. Niech więc tak będzie – i dajmy sobie spokój z rozważaniami natury metodologiczno-semantycznej.

Rozstrzygnięć nie ma i przez wiele dni nie będzie. Rosjanie przyjęli strategię „macania” ukraińskiej obrony, szukania jej słabszych punktów. Metodą klasycznie rosyjską, czyli rozpoznaniem bojem. Ładują więc z artylerii wzdłuż całej linii frontu, a potem posyłają do ataku piechotę wspartą czołgami i wozami bojowymi. Co znamienne, „mięsem armatnim” są zwykle oddziały z tak zwanych ludowych republik; źle wyszkolone, źle wyekwipowane, kiepsko zmotywowane. Ale nadające się do „badania gruntu”. Tam, gdzie sytuacja jest obiecująca, do akcji wkraczają grupy bojowe regularnej rosyjskiej armii. Dla pewności – jest coraz więcej doniesień na ten temat – „ubezpieczane” przez kadyrowców. Ubezpieczane tak, jak w czasach II wojny światowej ubezpieczały nacierające wojska oddziały zaporowe NKWD. Stalinowski rozkaz nr 227 – znany pod hasłem „ani kroku wstecz!” – wygasł wraz z zakończeniem tamtego konfliktu, ale wiele wskazuje na to, że stał się inspiracją dla współczesnych dowódców rosyjskich sił zbrojnych. Wpadły więc pierwszoliniowe orki w kleszcze – z przodu Ukraińcy, z tyłu swoi Czeczeni – lecz wbrew intencjom generałów, nie przekłada się to na spektakularne sukcesy. O przełamaniu frontu nie ma mowy, a kilka lokalnych zdobyczy pozostaje bez wpływu na strategiczną sytuację w Donbasie.

Rosjanie popełnili tu kardynalny błąd (który to już w tej wojnie?). Działają „ławą”, zamiast skupić się na jednym, dwóch punktach. Lokalne ataki z zachowaniem znacznej przewagi w ludziach i sprzęcie przyniosłyby im większe korzyści; w taki sposób łatwiej byłoby zrobić we froncie wyrwę. Mam wrażenie, że powody rosyjskiego zaniechania są natury mentalnej. Że tamtejsi sztabowcy planują operacje jakby znów/wciąż istniał Związek Radziecki, a armia liczyła miliony żołnierzy. I zachowała wysokie możliwości ofensywne, przy jednoczesnej zdolności do obrony już zajętych terytoriów. A tak wcale nie jest. Rosjanie mają w Donbasie około 70 tysięcy żołnierzy, których wspiera 20 tysięcy „wojskowych” z separatystycznych republik i kilkanaście tysięcy najemników. Ukraińskie siły liczą mniej więcej tyle samo ludzi. Fakt, iż obrońcom udało się przerzucić na wschód spore oddziały (wcześniej było tam 40 tysięcy żołnierzy), dowodzi kolejnego rosyjskiego błędu. We właściwie prowadzonej wojnie – patrząc z rosyjskiej perspektywy – Ukraińcy nie powinni mieć takiej swobody operacyjnej. Jest ona dla Rosjan tym bardziej niebezpieczna, że u obrońców nie ma rozróżnienia na jednostki lepsze i gorsze. Tak naprawdę do boju o Donbas stanęła elita ukraińskiej armii – brygady zaprawione w bojach jeszcze z czasów sprzed inwazji oraz oddziały ostrzelane i okrzepłe w bitwie o Kijów. Do pięt nie dorastają im „wagnerowcy” gorszego sortu, wojskowi z łapanki z DRL i ŁRL czy „tik-tokowi” bojownicy z Czeczenii. Dlaczego? Do tej pory zginęło trzy tysiące z ośmiu tysięcy delegowanych do Ukrainy najemników; w zastępstwie poległych, na wojnę wysyła się już nie „ex-specjalsów”, bo tych w Rosji mocno ubyło, ale chętnych do szybkiego zarobku mężczyzn po służbie zasadniczej, których wartość bojowa jest wysoce wątpliwa. Z kolei „armiom” republik ludowych brakuje ochotników, od tygodni trwają więc „łowy” na mężczyzn w Doniecku i Ługańsku; takie wojsko nada się do pacyfikacji cywilów, w innych okolicznościach zwyczajnie się nie sprawdza. Podobnie jak kadyrowcy, nieźle wyekwipowani i odważni, ale kompletnie nieogarniający podstaw wojskowej taktyki. I masowo ginący na skutek tych warsztatowych braków, złośliwie określanych mianem głupoty.

Zatem tylko regularne rosyjskie wojsko może stawić czoła obrońcom. I oczywiście, ma ono wielką przewagę w lotnictwie i artylerii, sporą w czołgach i wozach bojowych. Wystarczającą, gdyby mądrze tych atutów użyć. Ale jako się rzekło – Rosjanie z nich nie korzystają. A czas działa na pożytek Ukraińców. Zachód śle do Ukrainy już nie tylko lekki sprzęt. W ciszy dzieją się naprawdę wielkie rzeczy i już niebawem część rosyjskich atutów uda się zniwelować. Tak naprawdę pozostanie im jedynie nieproporcjonalnie silne lotnictwo, ale po pierwsze, udowodnili już, że nie potrafią z niego efektywnie korzystać, po drugie, zmienia się struktura wyposażenia przeciwlotniczego i przeciwrakietowego ukraińskich wojsk na wschodzie kraju. Bez wchodzenia w szczegóły, pojawia się tam coraz więcej sprzętu o lepszych parametrach niż naramienne wyrzutnie. Swoboda operacyjna rosyjskiego lotnictwa nad Ukrainą będzie więc spadać, nie rosnąć.

Stąd przekonanie, że Ukraińcy mogą bitwę o Donbas wygrać.

I oczywiście, dojdzie do tego dzięki pomocy Zachodu (w tym Polski). Co podkreślam, bo spotkałem się dziś z absurdalnym zarzutem na Twitterze. „Bez Zachodu Ukraińcy nie byliby w stanie się bronić”, pisze jeden z użytkowników. Kontekst tej wypowiedzi nie pozostawia wątpliwości, że był to przytyk w stronę obrońców. Tyleż zabawny, co żałosny. Bo owszem, dostawy broni i amunicji są ważne. Wsparcie wywiadowcze może nawet bardziej istotne. Fakt, iż między 2015 a 2021 rokiem 70 tysięcy ukraińskich żołnierzy każdego szczebla przeszło różnorakie szkolenia pod okiem instruktorów NATO (także Polaków), zdecydowanie pracuje dziś na korzyść obrońców. Którym zdrowie i życie ratuje zaimplementowany z zachodnich armii system medycyny pola walki (mój boże, w 2015 roku modliłem się, by mnie nic nie trafiło, albo żeby trafiło „na amen”. Przyzwyczajony do realiów natowskiego Medavacu, świadomości, że gdziekolwiek będę, w ciągu godziny wyląduję na stole operacyjnym, a wcześniej fachowa ręka odpowiednio mnie „zaopatrzy”, z przerażeniem oglądałem rozklekotany ambulans ukraińskiego wojska w Popasne i słuchałem lekarza, który mówił mi, że „jego” stół jest z lat 50., a żołnierzy nie uczy się zakładania opasek uciskowych, których zresztą wojsku brakuje). Dziś przeżywalność ukraińskich rannych jest na poziomie 70-kilku procent, rosyjskich 30-50 (w zależności od formacji – po szczegóły odsyłam do wcześniejszego wpisu). Więc tak, zasługi Zachodu/NATO są duże – a życzyłbym sobie, żeby były większe! – ale u licha, bez woli oporu i bez odwagi Ukraińców na nic by się to wszystko zdało. To oni walczą – giną, zostają ranni. I to oni zabijają, odwalając za Europę najtrudniejszą część zadania.

—–

Wysoce wymowne zdjęcie w kontekście ceny, jaką płacą Ukraińcy za bezpieczeństwo całej Europy…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Moskal

Sporo już pisałem o tym, jak dobrze idzie Ukraińcom wojna w info-sferze. Właściwie to już pokonali Rosjan, angażując do działań także twórców kultury. Chyba nie ma dziś w polskim internecie nikogo, kto nie słyszałby legendarnego zwrotu „dobry weczer, my s Ukrainy”, za którym stoi niejaki Probass, a właściwie Artiom Tkaczenko, ukraiński DJ. Nieco mniejszą popularnością cieszy się utwór pt.: „Arta” grupy Pyriatyn, który stał się ulubioną piosenką ukraińskich artylerzystów. Dlaczego? Odpowiedź kryje się we frywolnym, nieco wulgarnym tekście, który pozwoliłem sobie przetłumaczyć na polski.

Oczywiście, to przykład czarnego humoru; świat byłby lepszym miejscem, gdybyśmy nie musieli wymyślać tego rodzaju dowcipów. Ale jeśli ktoś chciałby się przy tej okazji oburzyć, przypominam – to Rosja napadła na Ukrainę, a jej żołnierze mordują niewinnych cywilów. Ukraińcy zaś bronią się na różne sposoby, także naśmiewając się z agresorów.

A oto oficjalne audio:

Nz. Efekty pracy ukraińskich artylerzystów/fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Odkupienie

Godzina 11.00. Przyszedł czas, by się pożegnać. „Nienawiść”, „Sigma” i Wadim poszli nad ranem do okopów, ścisnąłem więc dłonie kilku innym żołnierzom. I gdy doszedłem do „Paramedyka”, ten rzucił:

– Do zobaczenia w Moskwie!

Rozbawiła mnie ta zuchwałość, ale zaraz potem poczułem smutek. Żal mi było tych chłopaków, najpierw skrzywdzonych przez durnych ideologów, a potem przez własne państwo, którego inercja skazywała ich na bezsensowne trwanie w tym gruzowisku.

– Życzę wam szczęścia – odparłem po ukraińsku, zastanawiając się, ilu z nich przetrwa kolejne „małe wojny”.

—–

Tak zakończyłem napisany w lipcu 2015 roku reportaż z pobytu na ukraińskich pozycjach w Szyrokino. Tekst nosił tytuł „Chłopcy z Azowa bronią Mariupola, Ukrainy i białej Europy”, i w znacznej części poświęcony był znanemu już wówczas pułkowi (wtedy batalionowi). Tytułowi chłopcy to jeden z plutonów Azowa, rozlokowany w ruinach dawnego ośrodka wypoczynkowego Majak, na wzniesieniu, skąd stromą skarpą schodziło się wprost na piękną plażę. Mój boże, jak ja chciałem się wtedy wykąpać w tej lazurowej wodzie. Ale „tamci” walili z moździerzy, jak tylko ktoś wchodził do morza. Stopy zmoczyć można było, ale by się zanurzyć, należało pokonać spory kawał płycizny, gdzie człowiek wystawiał się już na widok „separów”. Skończyło się więc na spacerze wzdłuż plaży. Z której i tak później wialiśmy w podskokach – ja, mój fotoreporter Darek, Wadim i „Sigma” – bo jednak ktoś nas wypatrzył.

—–

A mój tekst bezbłędnie wypatrzyła kremlowska propaganda. I się zaczęło. Przetłumaczono go na rosyjski jeszcze tego samego dnia, emitując w kilku najpopularniejszych rosyjskojęzycznych portalach. W następnych dniach przyszły kolejne tłumaczenia, na jeszcze inne języki. Także na chiński, co było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. I wisiało tak to przez lata, nieźle zindeksowane, na zawsze już skojarzone z moim nazwiskiem. Po 24 lutego znów wybiło wysoko w rekordach Googla, co w chwilach słabości traktowałem jako osobistą zemstę orków na mojej osobie, a co tak naprawdę było skumulowanym efektem działań rosyjskiej propagandy i naturalnego zainteresowania internautów pułkiem Azow.

—–

Jest bowiem Azow formacją kontrowersyjną. Latem 2015 roku nie do końca wiedziałem, co zastanę na południowym odcinku donbaskiego frontu. Miałem świadomość, że Azow to prawicowe ugrupowanie, jednak obraz tego batalionu – budowany przez mainstreamowe media w Polsce – kazał przypuszczać, że nazistowska symbolika i durna ideologia to raczej incydenty, gówniarskie wybryki i powody do wstydu; coś, co będzie przed mną ukrywane. Tymczasem już w koszarach w Mariupolu – na oficjalnym spotkaniu – „dostałem po oczach” wszelkiej maści gapami, swastykami i azowską interpretacją wilczego haka. Na froncie zaś było jeszcze gorzej, jeszcze więcej tego syfu.

—–

Przez cały pobyt wśród azowców miałem wrażenie kompletnego surrealizmu. Ci chłopcy bronili ojczyzny przed zbójeckim najeźdźcą, a jednocześnie schlebiali morderczej ideologii, której ofiarami swego czasu padli moi i ich przodkowie. Intelektualnie ogarniałem temat, wiedziałem, że dla azowców (neo)hitlerowska symbolika pozostawała atrakcyjna z uwagi na swój antysowiecki i antyrosyjski charakter. Tak naprawdę niewielu tam było zdeklarowanych rasistów, o co zresztą byłoby trudno, biorąc pod uwagę wieloetniczny charakter ukraińskiego społeczeństwa (ponad setka różnych etnosów), widoczny także w szeregach batalionu. Ci ludzie wyekstraktowali z nazizmu nienawiść do Rosjan, nie pozbywając się symbolicznej otoczki szerszego w gruncie rzeczy zjawiska. Ich osobisty dramat polegał też na tym, że większość nawet nie znała ukraińskiego i mówiła po rosyjsku, w języku wrogów.

—–

„Nie chcę tam jechać” – zareagowałem po raz pierwszy na propozycję kolegów, byśmy wybrali się do Azowa. Gardzę naziolami w jakimkolwiek wydaniu, niezależnie od tego, jakie noszą paszporty. Zwyciężył jednak racjonalny argument – że nie ja przecież decyduję o tym, kto z kim walczy. Mogę tylko zdecydować, czy chcę o tym pisać/robić materiały. A ostatecznie chciałem, bo tak rozumiem swoją dziennikarską powinność. Bo zamykanie oczu na problem nie sprawia, że ten znika. Pojechałem więc, napisałem obszerny reportaż i dziś nie zmieniłbym w nim ani słowa. Bo owszem, spotkałem dzielnych ludzi, szaleńczo oddanych ojczyźnie, ale zwichrowanych przez ideologię. Orki to podchwyciły, pragnęły bowiem, wciąż pragną!, przekonać cały świat, że ukraiński romans z nazizmem to powszechne zjawisko. A to oczywista nieprawda. Skrajnie prawicowe formacje ochotnicze stanowiły nieznaczny odsetek ukraińskich sił. Tolerowano je z uwagi na bitność i zasługi w powstrzymywaniu rosyjskiej agresji – i tylko do czasu.

—–

Azow jest obecnie częścią ukraińskiej gwardii narodowej. Przeszedł kadrową czystkę, sprofesjonalizował się. Na miano nazistów bardziej zasługują walczący z nim Rosjanie, którzy przecież nie kryją, że chodzi im o eksterminację ukraińskich elit i wynarodowienie reszty społeczeństwa. Dawne grzechy pułk odkupuje w Mariupolu, wiążąc wielokrotnie silniejsze rosyjskie oddziały. Azowcy walczą dziś na terenie jednej z tamtejszych stalowni, w gąszczu fabrycznej infrastruktury. Myślę, że w ruinach Azostalu wykuwa się kolejny ukraiński mit, podobny do epopei cyborgów z donieckiego lotniska. Te mity mają państwowotwórczą moc, będą – jak cała ta wojna – stanowić zręby nowej ukraińskiej tożsamości. Następne pokolenia nie będą musiały odwoływać się do moralnie wątpliwych wydarzeń i postaci z przeszłości, mając takie wzorce na wyciągnięcie ręki. Tym samym, w mojej ocenie, Azow spłacił swój honorowy dług.

—–

A chłopcy ze zdjęcia? Jeden zginął jeszcze w Donbasie, w 2016 roku. Drugi wciąż służy w pułku. Nie wiem, co stało się z trzecim. Darek, mój fotoreporter, dostarcza właśnie pomoc ukraińskiej armii; jest teraz gdzieś na północ od Kijowa. No a ja, za bardzo przez wojnę pokopany, piszę te słowa w pociągu z Krakowa do Warszawy. W wagonie, w którym Ukraińców jest chyba tylu, ilu Polaków, co niesie świadomość, że i nas ta wojna zmieni na zawsze. Co zaś się tyczy chłopców ze wstępu. „Nienawiść” nie żyje (zawsze chciał, żeby jego skalp z takim hasłem-tatuażem na głowie wziął sobie jakiś Rosjanin na pamiątkę; „będę im przypominał o mojej do nich nienawiści”, tłumaczył). „Sigma” nie żyje. Wadim wrócił kilka lat temu do Polski, dokończyć studia. Nie znam jego dalszych losów

Nz. Autor (w środku) i fotoreporter Darek Prosiński w towarzystwie żołnierzy Azowa/fot. z archiwum autora, lipiec 2015 roku

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Mgła

Co się wyłania z wojennej mgły? Jak, czym i o co walczą Ukraińcy i Rosjanie – podsumowanie pierwszego tygodnia rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

Generałowie obiecali Putinowi, że uporają się z armią Ukrainy w ciągu dwóch-trzech dób. Następnie, do połowy marca, miała potrwać akcja wyłapywania niedobitków i pacyfikacji przejawów obywatelskiego oporu. Gdy pisałem te słowa – w ósmym i dziewiątym dniu inwazji – Ukraińcy nadal się bronili, a lokalnie, zwłaszcza w okolicach Kijowa, przechodzili do kontrataków. Świat przecierał oczy, zdumiony ukraińską determinacją i skutecznością, ale przede wszystkim rosyjską nieudolnością. Objawiała się ona na tyle sposobów, że w internetowych trendach indolencja najeźdźców górowała nad ich barbarzyństwem. Internauci – a więc spora część globalnej społeczności – częściej kpili z kompetencji Rosjan, niż oburzali się ich brutalnością. W kręgach wojskowych i analitycznych – w Polsce i na Zachodzie – zaczęto wręcz mówić o wrażeniu deja vu. Pierwsza wojna w Zatoce Perskiej z 1991 r. pokazała światu, że sprzęt made in USSR jest w dużej mierze niskiej jakości. „Radzieccy” tłumaczyli, że to błędny wniosek i że w odpowiednich rękach (nie Irakijczyków) uzbrojenie „dałoby radę”. Dziś ich następcy dostarczają kolejnych dowodów na słabą jakość posowieckiej i rosyjskiej techniki, ale też rosyjskiej sztuki wojennej (na pewno w wymiarze operacyjnym i taktycznym). Dramatyczna sytuacja Ukrainy po pierwszym tygodniu zmagań nie była bowiem skutkiem kunsztu rosyjskich dowódców i rzemiosła żołnierzy armii Federacji. To ilość – jak przed 70 laty – pozostawała najważniejszym rosyjskim atutem.

Spuszczone spodnie generałów

„Nabraliśmy się na putinowską propagandę rzekomej armii XXI wieku” – przyznawali nieoficjalnie moi rozmówcy ze struktur dowódczych WP. Zaraz jednak apelowali, by nie tracić z oczu całości obrazu. Ukraina to spory kraj – trudno zatem mówić o błyskawicznych postępach lądowych ofensyw. Poza tym, w odróżnieniu od nieudolnej kampanii na północy, siły rosyjskie z powodzeniem kontynuowały natarcie na południu. W całości składało się to na obraz dwóch wojen, uprawniający do konkretnych wniosków. Po pierwsze, operację uderzenia z Krymu i uzyskania lądowego połączenia z okupowaną od 2014 r. częścią Donbasu, planowano i przygotowywano od dawna. Działania z północy nosiły zaś wszelkie znamiona czynionych ad hoc. Po drugie więc, uprawnione wydają się twierdzenia, że koncentracja Rosjan wzdłuż północnych granic Ukrainy niemal do samego końca była blefem, służącym wiązaniu ukraińskich sił. Decyzja Kremla o ataku na Charków i Kijów zastała rosyjskich dowódców „ze spuszczonymi spodniami”, niegotowych. Słabe wyszkolenie, wadliwy sprzęt, niskie morale z jednej, oraz determinacja Ukraińców z drugiej strony, zrobiły resztę. A trzeba zaznaczyć, że na Charków natarła 1. Gwardyjska Armia Pancerna. W jej składzie znajdują się dwie elitarne dywizje ciężkie, której czołgi możemy oglądać na paradach w Moskwie. Na najbliższej, jeśli się odbędzie, zabraknie wielu maszyn. Zwykle odpucowane, zapłonęły na podejściu do Charkowa. Albo stanęły w polu. Prezydent Wołodymyr Załenski zaapelował do Rosjan, by porzucili ciężki sprzęt i wracali do domów; niektórzy wzięli to sobie do serca. Może nie masowo, ale licznie rosyjscy pancerniacy spuszczali paliwo z czołgów – i meldowali, że nie są w stanie dalej jechać, niektórzy zaś oddawali się do niewoli.

Te szokujące sytuacje miały co najmniej kilka powodów. „Nie chcemy z wami walczyć, bo jesteście naszymi braćmi”, tłumaczył jeden z rosyjskich jeńców. Zabiedzony, młody chłopak, co przypomina, że armia wielkiego imperium wciąż opiera się na rekrucie z przymusowego poboru. Traktowanego przez dowódców z pogardą i nonszalancją. Niegodnego solidnego wsparcia – na północy już po trzech dniach walk doszło do załamania się logistyki. W efekcie, głodni rosyjscy żołnierze szabrowali sklepy, wymuszali jedzenie od cywilów, okradali bankomaty i mieszkania. U pancerniaków szybko pojawił się trwały efekt psychologiczny „obróbki” tanków przez ukraińskie wyrzutnie przeciwpancerne. Napisać, że załogi poczuły respekt, to jakby nic nie napisać. To ważna lekcja dla zwolenników utrzymywania w WP poradzieckich czołgów T-72 (i ich zmodernizowanej wersji PT-91). Putin wysłał do Ukrainy wozy o lepszych parametrach, a i tak okazały się trumnami na gąsienicach. W czym wydatnie pomogło… rosyjskie lotnictwo, które nawet po ośmiu dniach walki nie wywalczyło dominacji w powietrzu. Jego aktywność nad Ukrainą można nazwać symboliczną – na przekór ekspertom, którzy jeszcze dzień przed inwazją zapowiadali, że siły powietrzne Rosji zasypią Ukraińców pociskami balistyczny z bombowców, rakietami z maszyn wielozadaniowych, że „zaciemnią niebo” nad polem bitwy.

„Szrot” na łasce rolników

Strach podobny jak u pancerniaków, udzielił się też pilotom. Baterie ukraińskich rakiet przeciwlotniczych i ręczne wyrzutnie rakietowe – do spółki z lotnictwem – zadały Rosjanom dotkliwe ciosy. To blamaż na całej linii, bo teoretycznie armia rosyjska posiada wszelkie narzędzia, by pozbawić Ukraińców „parasola”. Najeźdźcom ewidentnie zabrakło taktycznych rakiet balistycznych i pocisków samosterujących, zdolnych do precyzyjnych rażeń lotnisk i stanowisk obrony przeciwlotniczej. Amerykański wywiad sugeruje, że armia Federacji – rozpoczynając inwazję – miała ich tylko na dziesięć dni oszczędnych działań. Walka z operatorami naramiennych wyrzutni wymaga z kolei ścisłej współpracy lotnictwa z oddziałami na ziemi. Rosjanom od lat szwankuje łączność i dokucza brak doświadczeń w tym zakresie. W efekcie samoloty wzbijały się w powietrze rzadko, by nie paść ofiarą Stingerów i naszych Piorunów, wojska na ziemi pozostały bez wsparcia – i błędne koło się zamykało. A że ukraińskie lotnictwo przetrwało pierwsze uderzenie, samo przystąpiło do akcji. Strącało samoloty – jak choćby pełnego spadochroniarzy Iła-76 – i dziesiątkowało kolumny czołgów. Obrońcy użyli też kupionych w Turcji dronów TB-2 (zamówionych również przez Polskę), siejąc dodatkowe spustoszenie. Przy okazji brutalnie zweryfikowano możliwości rosyjskiej obrony przeciwlotniczej, zabezpieczającej przemarsz wojsk. Zadziwiająco wiele zestawów rakietowych nie było w stanie towarzyszyć kolumnom z powodu awarii i usterek. „Szrot” zostawał w tyle, zdany na łaskę ukraińskiej armii bądź… miejscowych rolników. Wieloletnie prężenie muskułów – wszystkie te spektakularne, „niezapowiedziane” ćwiczenia – wyraźnie zużyły posiadany przez Rosjan sprzęt.

Jeszcze kilkanaście dni temu świat z obawą spoglądał na manewry, które odbywały się w Białorusi. Po rozpoczęciu inwazji wydawało się oczywistym, że i stamtąd wyjdzie rosyjskie uderzanie wzdłuż granicy z Polską. Elementarz działań operacyjnych przewiduje odcięcie przeciwnika od wsparcia z zewnątrz, a to właśnie przez nasz kraj już od dawna przechodzą dostawy broni z Zachodu. W Białorusi pod koniec lutego pozostawało niemal 40 tys. rosyjskich żołnierzy – wyliczali analitycy. Do tego sporo ciężkiego sprzętu; pozornie dość, by zamknąć Ukraińcom życiodajny „kurek”. Tyle że Rosjanie po pierwszych porażkach nie pchali już do walki komponentu bojowego bez należytego wsparcia logistycznego. A tego – w ósmym i dziewiątym dniu wojny – wciąż im w Białorusi brakowało, choć czynione były uzupełnienia. Inna sprawa, to ryzyko operacji lądowej w zachodniej Ukrainie, gdzie najeźdźcy mogą się spodziewać fanatycznego oporu – to w końcu najbardziej ukraińska z ukraińskich prowincji kraju. W każdym razie nieprawdą okazały się doniesienia, zgodnie z którymi to NATO – w ramach zakulisowych ustaleń – wymusiło na Moskwie ustanowienie strefy zakazu lotów bojowych nad zachodnią Ukrainą.

Miasta uporczywej obrony

Sojusz jednak nie próżnował. Transporty broni to nie wszystko. – Pomagamy im – potwierdził moje przypuszczenia dotyczące wsparcia wywiadowczego NATO dla Ukraińców jeden z najważniejszych polskich generałów. – Ale to oni walczą, a sposób, w jaki to robią, czapki z głów. Nie spodziewałem się tak dobrego dowodzenia i tak twardego oporu. Myślę, że przez następne dekady będzie się o tym uczyć w akademiach wojskowych – usłyszałem. Ukraińcy od początku nie mieli szans na rozległą, manewrową operację obronną – było ich za mało, musieli reagować na zagrożenia z kilku kierunków, brać pod uwagę możliwość otwarcia kolejnych frontów. Zorganizowani w stosunkowo niewielkie, a liczne grupy bojowe, skupili się na rozbijaniu kolejnych kolumn transportowych. Finalnie, rosyjskie czołówki pancerne stawały w pół drogi, bez paliwa, często mając za sobą zarwane przez Ukraińców mosty. I stały w gigantycznych korkach, narażone na ataki z ziemi i powietrza. Rosjanie niby zajmowali jakieś miasta, po czym nagle okazywało się, że na jednostki drugiego rzutu czy zaopatrzenia organizowano zasadzki. Tak „szarpany” nieprzyjaciel w końcu docierał do metropolii, z których co najmniej kilka – w tym stolicę – Ukraińcy przewidzieli do obrony. Uporczywej.

W trakcie bezpośrednich walk szybko dała znać o sobie olbrzymia różnica w umiejętnościach taktycznych między Ukraińcami i Rosjanami. Na przestrzeni ośmiu minionych lat niemal 70 tys. ukraińskich żołnierzy przeszło szkolenie pod okiem natowskich instruktorów (także Polaków). Ich taktyka nosi wiele znamion partyzantki miejskiej, co może być dla Rosjan zapowiedzią trudnej okupacji – gdyby do niej doszło. Ale i lotnictwo Ukrainy operowało w specyficznym rygorze. Rozśrodkowane w zaimprowizowanych bazach w zachodniej Ukrainie, z konieczności (radary i zestawy rakietowe Rosjan) „chadzało” na niskich wysokościach. Nieco asekurancko, ale to wystarczało, by co jakiś czas skutecznie zaatakować kolejną kolumnę rosyjskich wozów, zestrzelić helikopter czy samolot wroga. Wspomniany już wcześniej szok, jaki temu towarzyszył, sami Rosjanie porównali skalą do innego niespodziewanego zdarzenia. A właściwie serii zdarzeń, mowa bowiem o postawie etnicznych Rosjan-obywateli Ukrainy. Najeźdźcy oczekiwali przyjęcia chlebem, solą, wódką i kwiatami. I masowego przyłączenia się do „antyfaszystowskiej” krucjaty. Już pod dwóch dniach wojny stało się jasne, że agresorzy mocno się przeliczyli.

Korytarze dla cywilów

Pojęcie Nebel des Krieges – mgły wojny – wprowadził do wojskowych podręczników pruski generał Karl von Clausewitz. Odnosi się ono do niepewnej sytuacji w teatrze działań wojennych. W strategicznych grach komputerowych widzimy ją pod postacią zasłoniętych części planszy, pod którymi nie wiadomo co się kryje. Po pierwszym tygodniu walk mgła wojny zaczęła opadać na Ukrainę. Spektakularny atak na stację przekaźnikową w Kijowie – transmitującą sygnał telewizyjny – był częścią większej kampanii. Wkrótce z różnych części kraju popłynęły doniesienia o problemach z dostępem do sieci GSM i Internetu. Rosjanie, po sześciu dniach wojny zorientowali się, że telewizja służy do komunikacji władz ze społeczeństwem i przeciwdziałaniu dezinformacji. Że sieć wzmacnia ducha oporu Ukraińców i pozwala na kolportowanie niekorzystnych dla agresora treści. Poza „ciosaniem” infrastruktury, zaczęli też korzystać z przewagi radio-elektronicznej – i masowo zakłócać komunikację. Ukraińskiemu wojsku – wspartemu przez „oczy i uszy” NATO – wielkiej krzywdy nie zrobili, ale cywilny obieg informacji mocno ograniczyli. Media zatem w jeszcze większej mierze skazano na oficjalne doniesienia obu stron, niechętnie dopuszczających dziennikarzy do miejsc walk.

Mimo info-szumu i niedostatku potwierdzonych doniesień, pod koniec minionego tygodnia jasnym było, że Rosjanie otrząsnęli się z pierwszego szoku. Doszło do przegrupowania i zmiany sposobu działania – gros wysiłków spadło na artylerię, która skupiła się na terrorystycznych ostrzałach miast. Z iście radzieckim rozmachem, liczonym wagonami zużytej amunicji. I z zamysłem godnym wojennych zbrodniarzy, przewidującym złamanie ducha oporu Ukraińców brutalnym uderzeniem w cywilów. Z analizy ruchu rosyjskich wojsk można było wysnuć wniosek, że Kreml dąży do zajęcia wschodniej Ukrainy, do linii Dniepru. Zamysł polityczny wydaje się być tożsamy z tym, co Niemcy zrobiły z Republiką Francuską w 1940 r., kiedy część kraju poddano okupacji, a w pozostałej stworzono kadłubowe państwo Vichy, z kolaboracyjnym rządem. Czy to realny scenariusz? W piątek, kiedy zamykaliśmy ten numer „Przeglądu”, Rosjanie wykazywali się wielką determinacją. Walki nie ustawały mimo rozmów pokojowych, toczonych na ukraińsko-białoruskiej granicy. A i same negocjacje miały mocno pragmatyczny wymiar, zdominowały je bowiem rozmowy o tworzeniu korytarzy humanitarnych, przeznaczonych do ewakuacji cywilów z oblężonych miast. Załogi tych twierdz nie zamierzały składać broni.

—–

Nz. Jeden z wielu zniszczonych rosyjskich czołgów/fot. Dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 11/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić kilka postów, zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Doceniasz moją pracę? Proszę zatem:

Postaw mi kawę na buycoffee.to