Presja

Poproszono mnie o komentarz w sprawie sensacyjnych doniesień „New York Timesa” dotyczących okoliczności śmierci Darii Duginy. Niezorientowanym pokrótce zrekapituluję: otóż z ustaleń amerykańskich dziennikarzy wynika, że za sierpniowym zamachem stoją ukraińskie służby specjalne. Rzeczywistym celem miał być Aleksander Dugin, ale zbieg okoliczności sprawił, że to nie on, a jego córka wsiadła do auta, w którym podłożono bombę. Waszyngton nie miał pojęcia o tej operacji, gdyby znał plany, byłby jej przeciwny, nie akceptuje bowiem takich działań – relacjonuje rozmowy z przedstawicielami administracji i wywiadu NYT. Kijów miał zostać przez Biały Dom „upomniany”, choć cytowany w tekście Mychajło Podolak – bliski współpracownik Wołodymyra Zełenskiego – obstaje przy twierdzeniu, że Ukraina nie ma ze sprawą nic wspólnego.

– Chcę jeszcze raz podkreślić, że każde zabójstwo podczas wojny w danym kraju musi mieć jakiś praktyczny wymiar. Musi służyć określonemu celowi – taktycznemu lub strategicznemu. Osoba taka jak Dugina nie mogła być strategicznym ani taktycznym celem dla Ukrainy – odpowiedział reporterom Podolak. Zapytany, o jakie cele w rosji chodzi, odparł: – Mam na myśli współpracowników i przedstawicieli rosyjskiego dowództwa.

„Od początku wojny Ukraina wielokrotnie udowadniała, że ​​jest zdolna do sabotażu na terenie Rosji, ale zabójstwo Duginy, jeśli informacje się potwierdzą, można uznać za najśmielszą operację tego typu. Pokazuje, jak blisko ukraińskie agencje wywiadowcze mogą zbliżyć się do rosyjskich osobistości”, pisze renomowany dziennik.

I jeszcze jedna uwaga tytułem wprowadzenia – de facto metodyczna. W wydanej przed trzema laty powieści pt.: „Międzyrzecze”, poświęconej hipotetycznej wojnie polsko-rosyjskiej, zawarłem istotny fragment dotyczący terroryzmu państwowego. Nie wszyscy tu obecni książkę znają, zatem by nie zdradzać suspensu napiszę tylko, iż chodzi o serię działań podjętych przez polskie służby na terytorium rosji, w efekcie których następuje zawieszenie broni, a później wycofanie się rosyjskiej armii z zajętych regionów Rzeczpospolitej. Nie jest to „czysta” operacja, przeciwnie. Gdy wpadłem na ów fabularny pomysł, wydał mi się nie tylko logiczny (w sensie, mogący poskutkować opisanym finałem), ale i czułem, że jest on zgodny z moim sumieniem. Uważam bowiem, że z etycznego punktu widzenia, zaatakowane przez znacząco silniejszego wroga państwo ma prawo sięgać po ekstraordynaryjne rozwiązania, także terrorystyczne (z wyczuciem rzecz jasna, by sobie bardziej przez to nie zaszkodzić). Temu przekonaniu dałem wyraz w podtytule „Międzyrzecza”, który brzmi następująco: „Cena przetrwania”. Wyraźnie to podkreślę: gdy na szali jest wolność czy wręcz biologiczne przetrwanie wspólnoty, nie oburzą mnie „niehonorowe” metody. I bazując na takim przekonaniu podchodzę do sprawy śmierci Duginy oraz ustaleń amerykańskiego dziennika.

NYT to solidna firma – teksty tej gazety są rzetelne, oparte o wiele źródeł poddanych krytycznej analizie i krzyżowym weryfikacjom. Jeśli NYT coś ustala, zwykle nie odbiega to od prawdy. Przyjmuję zatem za bardzo prawdopodobne, że Ukraińcy chcieli zabić Dugina, ale wyszło, jak wyszło. Przyznam, iż dla mnie był to trzeci w kolejności możliwy scenariusz – bardziej prawdopodobne wydawało mi się, że putinowskiego ideologa „odwalić” chcieli sami rosjanie, by po zrzuceniu winy na Ukraińców zdobyć pretekst dla bardziej zdecydowanych działań na froncie. Nieco tylko mniej prawdopodobna opcja zakładała, że wybuch na podmoskiewskiej autostradzie to efekt wewnętrznych porachunków między rosyjskimi nacjonalistami; to środowisko na poły przestępcze, z rozmaitymi biznesami – Dugin mógł kogoś mocno zdenerwować/wejść komuś w szyki. Chciano go więc zabić albo nastraszyć zabijając mu córkę. Wątek ukraiński był dla mnie czysto teoretyczną możliwością.

Tym niemniej zakładałem, że może to być sygnał wysłany przez Kijów Moskwie (który byłby bardziej czytelny, gdyby zabito ojca, nie córkę). Moskwie rozumianej jako rosyjska elita państwowa i wojskowa. „Uważajcie, bo mamy długie ręce”. Może była to akcja w odpowiedzi na powtarzające się próby zamachu na prezydenta Zełenskiego, a może element szerzej rozumianej wojny psychologicznej, zorientowanej na paraliż rosyjskich ośrodków władzy. A może jedno i drugie.

Od końca sierpnia sytuacja rosyjskich wojsk uległa dramatycznemu pogorszeniu. Gdzie nie spojrzeć są w odwrocie, a w najlepszym razie w defensywie. Staje się coraz oczywistsze, że konwencjonalnymi środkami walki rosja tej wojny nie wygra, a najprawdopodobniej sromotnie ją przegra. Pojawiają się zatem elementy atomowego szantażu, skierowanego zarówno do Ukrainy (z przesłaniem „przestańcie walczyć, bo…”) oraz do Zachodu („przestańcie ich wspierać, bo…”). Moskwa uruchomiła całą kampanię dezinformacyjną, której celem jest wywołanie powszechnego lęku przed skutkami atomowej eskalacji – aktywność (por)rosyjskich trolli, wieszczących rychłą zagładę, gdy „durny Zachód sprowokuje rosję”, obserwowana jest i w naszej infosferze. Wszystko rzecz jasna po to, by poprzez wywołanie społecznego niepokoju, wpłynąć na decyzje zachodnich rządów.

Te jednak pozostają nieugięte, co największe znaczenie ma w przypadku władz Stanów Zjednoczonych. Waszyngton, w odpowiedzi na rosyjski blef, wysyła jednoznaczne sygnały. Nie znamy szczegółów depesz, które trafiły do Moskwy, ale… Ale jeśli były szef CIA (gen. David Petraeus) mówi w wywiadzie prasowym, że odpowiedzią USA na użycie broni jądrowej w Ukrainie będzie zniszczenie rosyjskiej armii ekspedycyjnej i floty czarnomorskiej, to nie są to spekulacje emeryta, a wyraźny sygnał. Jeśli informatorzy amerykańskiego „Newsweeka” z wysokich szczebli administracji zapowiadają w odwecie fizyczną eliminację władz rosji, to nie jest to niekontrolowany przeciek. Jeśli rozmówcy NYT sugerują, że Ukraińcy mogą dosięgnąć rosyjskie VIP-y – z których część może wziąć udział w ewentualnym procesie decyzyjnym dotyczącym użycia broni A – to nie jest to przypadek. Zostawienie czytelnika z przekonaniem, że we współpracy na linii Waszyngton-Kijów coś zgrzyta pozostaje niewielką ceną w porównaniu z zyskiem, jakim jest lęk rosyjskich elit.

Presja idzie z różnych kierunków – media (świadomie lub nie) czasem stają się tej presji narzędziem. I gitara – jak mawia klasyk – bo strach zabije w końcu ten reżim. Wystarczy świadomość u części wpływowych rosjan, że łatwiej pozbyć się putlera niż nieustannie drżeć o własne życie.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Mordor

„Czy Amerykanie mają źródła osobowe w rosyjskich centralach wojskowych?”, pytał Piotra Niemczyka, byłego wiceszefa UOP dziennikarz Tygodnika „Przegląd”. „Na pewno jakieś mają, ale tym się nie pochwalą. Wiemy więc niewiele, ale możemy się domyślać. Popatrzmy np. na historię lotniska w Hostomelu. Tam miała zacząć się wojna, miał wylądować rosyjski desant i zająć obiekty rządowe, telewizję, parlament. Wokół Kijowa jest sześć lotnisk, a Ukraińcy nie mieli wystarczających sił, by wszystkich pilnować. Ale Hostomela pilnowali. Jeżeli mieli przygotowane siły do obrony tego lotniska, to znaczy, że prawidłowo wytypowali miejsce, gdzie desant nastąpi. Wiedzieli to. Prawdopodobnie na podstawie informacji wywiadowczych”, usłyszał w odpowiedzi.

Rozmowa została opublikowana na początku sierpnia, dwa tygodnie później „Washington Post” wypuścił doskonały tekst pt.: „Droga ku wojnie”, rekonstruujący zdarzenia, jakie miały miejsce od późnego lata 2021 roku, aż po pierwsze chwile rosyjskiej inwazji. Dziennikarze rozmawiali z przedstawicielami dyplomacji i służb specjalnych, przede wszystkim z USA, ale też z innych zachodnich krajów. No i z Ukrainy. Kreml spotkań z reporterami odmówił, co w sumie nie dziwi, zważywszy na fakt, że tekst po całości obnaża cyniczną grę rosji, której władze tylko udawały, że chciałyby rozwiązań dyplomatycznych. Moskwa parła ku wojnie, wbrew swoim intencjom – i to jest istota tego tekstu – pozostając niemal całkowicie transparentna dla amerykańskiego wywiadu. Waszyngton wiedział, co się dzieje, czerpiąc informacje zarówno z samych szczytów rosyjskiej władzy, jak i z poziomu pojedynczych oddziałów skoncentrowanych przy granicy z Ukrainą.

Ta przejrzystość rosji to absolutny fenomen w dziejach zakulisowych rozgrywek. Temat warty oddzielnego postu, dziś bowiem chciałbym się skupić na czym innym.

„(…) 12 stycznia Burns (dyrektor CIA William Burns – dop. MO) spotkał się w Kijowie z Zełenskim i przedstawił szczerą ocenę sytuacji. Obraz wywiadowczy wyklarował się do tego stopnia, że było już oczywiste, iż Rosja planowała uderzyć na Kijów i zdekapitować rząd centralny. Stany Zjednoczone znały kluczowe elementy planowanej bitwy: Rosja zamierzała desantować swoje siły na lotnisku w Hostomelu, na przedmieściach stolicy, gdzie pasy startowe mogły pomieścić ogromne transportowce przewożące żołnierzy i broń. Tam miał się rozpocząć atak na Kijów”, czytamy we wspomnianym tekście w „Washington Post”.

Dyplomacja USA dawała rosjanom do zrozumienia, że zna ich zamiary (oczywiście, bez szczegółów, ale w takiej sytuacji należy założyć, że przeciwnik wie dużo). Ukraińcy przerzucili pod Hostomel część swoich sił, co nie mogło ujść uwadze rosyjskiemu rozpoznaniu. A mimo to rankiem 24 lutego elitarne oddziały wojsk powietrznodesantowych (WDW) rzucono do walki o lotnisko. Ukraińcy zgotowali desantnikom krwawą łaźnię – dziesiątkując tym samym elitę rosyjskiej armii. Operacja, która miała dowieść kunsztu atakujących, skończyła się spektakularną klapą. Niewykluczone, że przesądziła o porażce rosjan na tym etapie wojny. A przecież wcale tak być nie musiało. Istnieje dość przesłanek, by sądzić, że komuś na Kremlu powinny zapalić się wszystkie czerwone lampki. W obliczu podejrzenia infiltracji plany inwazji należało skorygować, tymczasem – wiele na to wskazuje – rosjanie albo tego nie zrobili, albo postanowili zagrać va banque. Zdaje się, że wojsku nie dano możliwości wyboru. „(…) Wywiad USA ustalił, że plany wojenne Kremla nie trafiały do dowódców na polu bitwy, którzy mieli je zrealizować. Oficerowie nie znali rozkazów. Żołnierze pojawiali się na granicy, nie rozumiejąc, że idą na wojnę. Niektórzy analitycy rządu USA byli zdezorientowani tym brakiem komunikacji w rosyjskim wojsku”, piszą autorzy „Drogi ku wojnie”.

Gdy rozkazy już dotarły, skończyło się, jak skończyło. „(…) Przedstawiciele zachodnich wywiadów – patrząc wstecz na to, co okazało się chaotycznym atakiem na Kijów – przyznają, że przecenili skuteczność rosyjskiego wojska. ‘Założyliśmy, że zaatakują kraj w taki sam sposób, w jaki my byśmy to zrobili’ – powiedział jeden z brytyjskich urzędników”, cytuje „Washington Post”.

A teraz do sedna.

W weekend ze stanowiskiem wiceministra obrony federacji rosyjskiej pożegnał się odpowiedzialny za logistykę gen. Dmitrij Bułhakow. Zastąpił go gen. Michaił Mizincew, znany jako „Rzeźnik Mariupola”. Trudno powiedzieć, czy Mizincew spełni się na nowej posadzie, w każdym razie jego poprzednik poleciał za nieumiejętnie przeprowadzoną mobilizację. Po trzech dniach widać, że chaos mobilizacyjny trwa w najlepsze, a Bułhakow został rzucony na pożarcie w roli kozła ofiarnego.

Jest bowiem tak źle, że nawet w kraju, w którym kanały komunikacji zostały mocno ograniczone i poddane ostrej cenzurze, nie sposób ukryć toczącego się dramatu.

Oto kilka jego aktów (w oparciu o ogólnodostępne filmiki):

– „Armia rosyjska daje mundur i uzbrojenie, a resztę musicie załatwić sobie sami: śpiwór, matę turystyczną, podstawowe medykamenty, opaskę uciskową. Tę ostatnia znajdziecie w apteczce samochodowej. W torebce dziewczyny z kolei będą damskie podpaski i tampony. Bierzcie, bo przydadzą się wam do butów, gdy zamokną, i do zatykania ran postrzałowych”, mówi świeżo przybyłym poborowym rosyjska pani sierżant.

– Z tym uzbrojeniem bywa kłopot, bo do rąk żołnierzy trafiają pordzewiałe (źle przechowywane), rozklekotane kałasze. „Po co ci karabin, jesteś czołgistą”, relacjonuje słowa magazyniera świeżo obdarzony sprzętem żołnierz. A na zdjęciach wykonanych na węźle kolejowym w Irkucku oglądamy eszelon z 60-letnimi ciężarówkami, jadącymi na front. „Siła rdzy”, drwią internauci.

– Od czasu ogłoszenia częściowej mobilizacji z Rosji wyjechało ponad 261 tys. osób, podaje „Nowaja Gazieta”, powołując się na źródła w administracji putina. Jak dodaje, rosyjskie władze rozważają zamknięcie granic. Opublikowane dziś zdjęcia satelitarne pokazują sznury samochodów i nieprzebrane tłumy rosjan przy przejściach granicznych z Gruzją i Mongolią; exodus trwa w najlepsze.

– W obwodzie swierdłowskim na Uralu na wojnę z Ukrainą zmobilizowano 59-letniego chirurga. Lekarz Wiktor Djaczok nie widzi na jedno oko, ma problemy ze słuchem i cierpi na raka skóry. Choroby mężczyzny czynią go niezdolnym do służby, ale komisja wojskowa to zignorowała. „Sztuka jest sztuka”, cytat z „Krola” sam ciśnie się na usta.

– Osoby, które zmobilizowano w Rosji na wojnę z Ukrainą omyłkowo, mają wrócić do domów, oświadczył Ajsen Nikołajew, przywódca leżącej na wschodzie Syberii Jakucji. Dodał, że dotyczy to np. wielodzietnych ojców. „Są przypadki mobilizacji obywateli, którzy nie powinni być wcielani do wojska. Na przykład przypadki wezwań wielodzietnych ojców, którzy mają czworo i więcej dzieci poniżej 16. roku życia”, napisał na Telegramie. „Wszyscy, którzy zostali zmobilizowani przez pomyłkę, powinni wrócić. Te działania już się zaczęły”, zaznaczył.

– „A ja mobilizacji przeprowadzał nie będę”, zapewnia Razman Kadyrow. „Czeczenia wypełniła plan poboru w 254 procentach”, wylicza.

– W sąsiednim Dagestanie zaczęły się siłowe przepychanki, po tym, jak tysiące ludzi – przede wszystkim kobiet – wyszło protestować przeciw mobilizacji. Protest się rozkręca, a ktoś tam w federalnej administracji wpadł na pomysł, by do jego zduszenia posłać Rosgwardię z Czeczenii. Jak się Czeczeni z Dagestańczykami wezmą za łby, to Kaukaz znów zapłonie – zdaje się, że tego scenariusza nie wzięto pod uwagę (a może wzięto?).

– Wczoraj w komisji poborowej w Ust-Ilimsku 25-letni Rusłan Zinin zastrzelił dowódcę wojenkomatu. „Wolę iść do więzienia niż na wojnę”, przyznał tuż po zatrzymaniu.

– W sieci co rusz pojawiają się kolejne filmiki, z których wynika, że docierający do jednostek poborowi zwykle są zalani w sztok. Wódka ma tu funkcjonalny charakter; na trzeźwo chłopcy pewnie by tak chętnie nie pakowali się do koszar. „Zabawa się skończyła, od teraz jesteście żołnierzami!”, drze się na potężnie skacowanych mężczyzn jakiś podoficer. Ot, sedno całej sytuacji.

– Na innym filmiku widzimy budynek koszarowy wytrzebiony z wszystkich instalacji. Wygląda to jak obiekt w rozbiórce albo budynek przeznaczony do generalnego remontu. „Tak nas zakwaterowali”, śmieje się mężczyzna, autor materiału.

– Uśmiecha się gen. Walery Załużny, dowódca naczelny Ukraińskich Sił Zbrojny. „Zniszczyliśmy zawodową armię rosyjską, zniszczymy i tę z poboru”, zapowiada.

– Proces niszczenia już się zaczął. Wbrew twierdzeniom putina i szojgu, nowo powołani żołnierze nie przechodzą żadnych szkoleń przygotowawczych/zgrywających. Od razu wysyłani są na front jako uzupełnienie wykrwawionych oddziałów. W ostatnich dniach rosyjskie straty wzrosły 2-3-krotnie i sięgają 500-600 zabitych dziennie. To już nie jest wojna, to zbiorowe samobójstwo.

Przykładów obnażających prawdziwe oblicze mobilizacji jest oczywiście co niemiara – bez trudu je znajdziecie. Pozwoliłem sobie wymienić kilka, by tym sposobem zilustrować wnioski, o jakich mówią rozmówcy „Washington Post”. A jakie należy rozciągnąć nie tylko na wydarzenia już historyczne, ale i na to, co dzieje się obecnie, i co jeszcze się wydarzy. Na armię rosyjską nie wolno patrzeć tak, jak na armie zachodnie. A na rosję tak, jak na inne kraje. To odmienny świat, odmienna filozofia funkcjonowania. Istny Mordor – obdarty z humanitaryzmu, choć funkcjonalnie niewydolny, to silny masą. Pchany bezwzględnością dowództwa i władzy – do czasu aż rozpieprzy się na jakimś murze. Oby ten ukraiński nie skruszał.

—–

Nz. Zwycięstwo „Z”eków? Na tak postawione pytanie może być tylko jedna odpowiedź…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ból

Ależ ich to boli – ta porażka w charkowszczyźnie. Mam na myśli naszych użytecznych idiotów – cyfrowych aktywistów, usiłujących rozpowszechnić (pro)rosyjską narrację w mediach społecznościowych. Tłumaczę gamoniom, że to ból fantomowy, po czymś, czego dawno już nie ma – po potędze „anałoga-w-miru-niet” ruSSarmii.

Zjawisko jest oczywiście szersze, w największym natężeniu występuje w rosyjskiej info-sferze. Widać, że minął już pierwszy szok, przyszła trudna akceptacja dla faktów, której towarzyszy szukanie wyjaśnień (co oznacza również typowanie winnych). Są pytania „co teraz?” i odpowiedzi, z których zwykle wynika, że rosjanie nadal wierzą w możliwości swojej armii („klęski spadają na wszystkich, my potrafimy się z nich podnosić”). W związku z tym sporo jest nawoływań do zemsty, „zmiecenia Ukrainy z powierzchni Ziemi”. Głosów rozsądku próżno szukać w ilościach, które mogłyby się przełożyć na jakąś istotną jakość – zdaje się, że większość rosjan, przynajmniej tych aktywnych cyfrowo, nadal pragnie wojny.

Wracając do racjonalizacji – „walczymy z całym NATO”, to jedna z najpopularniejszych. Jest w tym mocny rys rosyjskiego rasizmu i ksenofobii, bo przecież armia wielkiej rosji nie może przegrać z „chochołami”, wieśniakami ze stepów. Sojusz zatem wydaje się godniejszym przeciwnikiem – w końcu to mnóstwo państw (domyślnie, rozwiniętych i bogatych – ale takie słowa „porządnemu” rosjaninowi nie zejdą z klawiatury). Jest w tym myśleniu logiczna pułapka – a może zwykła niekonsekwencja? – bo przecież „my jesteśmy w stanie pokonać wszystkich!”, przekonywali nie tak dawno ci sami propagandyści, blogerzy, lokalne i regionalne „autorytety opinii”. Ale pal licho, nie o tym chcę pisać.

„Walczymy z całym NATO”, to takie nasze „gloria victis”/chwała pokonanym, z tą różnicą, że myśmy naprawdę przyjmowali łupnia (gdy popularyzowano to hasło) od dużo silniejszych. A rosja pod Charkowem?

Prawdą jest, że ukraińskie dowództwo na bieżąco otrzymywało informacje ze zwiadu satelitarnego, co najpierw pomogło wytypować słabsze punkty rosyjskiej obrony, a później – niemal w czasie rzeczywistym – pozwalało obserwować reakcje wroga;
Prawdą jest, że działania ofensywne poprzedziły gry wojenne, prowadzone z udziałem natowskiej generalicji, przy użyciu natowskich narzędzi cyfrowych. Że na etapie przygotowania Ukraińcy mogli „walić jak w dym” z prośbami o rady, sugestie czy krytykę – przede wszystkim do Amerykanów, ale i Europejczycy nie pozostali obojętni;
Prawdą jest, że na froncie znalazło się sporo pochodzącego z natowskich krajów sprzętu i uzbrojenia, w tym eks-polskie czołgi;

Ale też prawdą jest:
… że Ukraińcy użyli do ataku zaledwie czterech, wedle innych źródeł pięciu brygad, czyli nie więcej niż 20 tys. ludzi;
… że wsparcie lotnicze, jakim dysponowali, było skromne;
… że w ostatecznym rozrachunku okazało się, iż w obszarze ich działań (rozszerzanym w miarę postępów) przebywało niemal 40 tys. rosjan i separatystów;
… że (o czym pisałem już wczoraj) nie były to tylko II-rzutowe i tyłowe jednostki, ale także istotne elementy gwardyjskiej armii pancernej.

Idźmy dalej. W kontrofensywie owszem, użyto oddziałów Legionu Międzynarodowego, ale miażdżąca większość kontyngentu to rdzenni Ukraińcy (swoją drogą, ciekaw jestem, ilu wśród nich było obywateli Ukrainy rosyjskiego pochodzenia. Dostępny materiał filmowy pozwala stwierdzić, że rosyjskojęzyczni żołnierze to oczywista-oczywistość ukraińskiej armii – wspominam o tym także dlatego, że dobrze pamiętam początki wojny w Donbasie, kiedy w rejon „operacji antyterrorystycznej” Kijów wysyłał przede wszystkim wojskowych ze środkowej i zachodniej Ukrainy). Jest to zatem nade wszystko ukraińskie zwycięstwo, osiągnięte relatywnie niedużym nakładem sił, przy nieznacznym wsparciu NATO. Informacja jest diabelnie ważna na wojnie, to fakt, ale ostatecznie największy wysiłek i tak pozostaje udziałem tych z pierwszej linii. To oni sprawili, że 20 tys. rosjan uciekło aż za granicę, do matuszki, oddając w kilka dni teren wcześniej wywalczony w krwawych dwumiesięcznych bojach. O niebotycznych ilościach porzuconego przy tej okazji sprzętu już tu pisałem.

Co znamienne, to głównie sprzętu żałują rosyjscy „racjonalizatorzy”. I nie chodzi tylko o najnowszą technikę – a trzeba przyznać, że Ukraińcy zdobyli kilka ciekawych gadżetów do walki radio-elektronicznej – ale też o czołgi, wozy bojowe i wszelkiej maści pojazdy logistyczne. W rosyjskiej narracji nie ma tego tak dużo, ale na tyle dużo, by złościć się na „dozbrajanie NATO”. Skądinąd śmieszne jest to złorzeczenie, gdy patrzy człowiek na zdjęcie zdobycznego, 50-letniego T-62, który wygląda tak, jakby zaraz miał się rozlecieć. O czym zresztą napisałem jednemu gamoniowi, dodając z dziką satysfakcją – w nawiązaniu do słów putina – że NATO tak naprawdę jeszcze nie zaczęło i pewnie nigdy nie będzie musiało. Bo sami Ukraińcy – wsparci ułamkiem potencjału Sojuszu (ułamek podkreśliłem) – najpewniej załatwią sprawę.

A skoro o putlerze mowa. Dziś – jak zapewne wielu z Was – oglądałem też zdjęcia prezydenta Zełenskiego z jego wizyty w Izjumie, a więc w strefie przyfrontowej. Nie pierwszy to raz, gdy ukraińska głowa państwa wizytuje żołnierzy. A co w tym czasie robi rosyjska? Zaszyła się w Soczi, z dala od Moskwy, czyżby przed czymś/kimś uciekając? Tak czy inaczej, putin swych żołnierzy na froncie nie odwiedzi, tchórze takich rzeczy nie robią.

—–

Nz. Wołodymyr Zełenski w Izjumie/fot. Офіс Президента України

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Sieć

Motocyklista z wyrzutnią przeciwpancerną w pojemniku na plecach przywołuje skojarzenia z filmami „Mad Max”, których akcja toczy się w post-apokaliptycznym, pustynnym anturażu. W australijsko-amerykańskich produkcjach motocykl decyduje o być albo nie być resztek ludzkości, w zielonej Ukrainie również jest narzędziem w brutalnych pojedynkach na śmierć i życie. W wymyślonej rzeczywistości to głośna, paliwożerna maszyna, w tej prawdziwej – sunący bezszelestnie pojazd. W większej mierze ciekawostka niż typowy obrazek z ukraińskiego frontu, a zarazem zapowiedź procesu, przed jakim stają wszystkie armie świata. O ropie mówi się, że to „krew wojny”, ale jej czas nieuchronnie dobiega końca. Zielone nie tylko kamuflażem wojsko nadal pozostaje pieśnią przyszłości, lecz wcale nie tak odległej. Elektryczny jednoślad Delfast już dziś potrafi zapewnić ponad 300-kilometrowy zasięg. Daje przewagę zaskoczenia – bo nie słychać, gdy się zbliża – oraz sposobność do szybkiej ewakuacji po wykonanym ataku. W Ukrainie sprawdza się w polowaniach na czołgi, do tego stopnia, że Rosjanie oferują własnym żołnierzom dodatkowe nagrody za schwytanie „mad-maksów”. Jest w tym zresztą dodatkowa symbolika – oto Rosję, żyjącą z kopalin i próbującą jak najdłużej zachować paliwowe status quo – kąsa chmara małych „elektryków”.

Źle oszacowana paleta

O ich skuteczności decydują także inne czynniki, z których najważniejszy to dostęp do informacji. Internet – oczywisty atrybut niewojennej rzeczywistości, od lat służący głównie do rozrywki – właśnie sprawdza się w okolicznościach, do jakich został niegdyś stworzony. Przesył danych na przenośne urządzenia pozwala Ukraińcom na budowanie wysokiej świadomości sytuacyjnej do poziomu pojedynczego żołnierza. W wojskowej terminologii używa się w tym kontekście określenia „sieciocentryczność”. Opisuje ono środowisko cybernetyczne, gdzie następuje bieżąca wymiana danych z rozmaitych źródeł, której towarzyszy w dużej mierze zautomatyzowany proces doradczy i decyzyjny, na przykład wskazanie celów do likwidacji. Co istotne, choć środowisko to ma różne pułapy dostępu, zasilanie danymi odbywa się w sposób „demokratyczny” – każdy może wrzucić do systemu pozyskane przez siebie informacje. Rosjanie przed 24 lutego zdawali sobie sprawę z tego, że Ukraińcy zaprzęgną Sieć do walki. Lecz jak w wielu innych kalkulacjach i tu źle oszacowali paletę możliwości przeciwnika.

Nim pierwsze czołgi wtargnęły do Ukrainy, agresorzy przypuścili rozległy atak cybernetyczny. Bez wchodzenia w techniczne szczegóły – intencją było odcięcie Ukrainy od komunikacji satelitarnej, dającej dostęp do Internetu. W połączeniu z kinetycznymi atakami na naziemną infrastrukturę, poskutkowałoby to całkowitym brakiem Sieci na rozległych obszarach kraju. Przy czym w rosyjskich planach chodziło głównie o to, by wybić Ukraińcom z ręki oręż w wojnie propagandowej. Pozbawioną oficjalnych informacji ludnością łatwiej manipulować, nie staje się ona też uczestnikiem wymiany danych na temat działań wrogiego wojska. Ów plan nie przewidział reakcji… Elona Muska, właściciela m.in. przedsiębiorstwa SpaceX. Korporacja amerykańskiego multimiliardera dysponuje małymi satelitami, umieszczonymi na niskiej orbicie Ziemi, znanymi jako Starlinki. Urządzenia te zapewniają szerokopasmowe usługi internetowe w trudno dostępnych miejscach globu, gdzie nikt nie pokusił się o położenie kabli światłowodowych. Do połączenia ze Starlinkami potrzeba przenośnych terminali o walizkowych wymiarach. Musk oba elementy systemu udostępnił Ukraińcom – co ważne, nieodpłatnie. Rosjanie zareagowali groźbami, próbowali uszkodzić satelity, lecz informatycy SpaceX jak dotąd radzą sobie z hackerskimi atakami.

Algorytmem w uznaniowość

Starlinki zapewniają pełne pokrycie terytorium Ukrainy. Wiemy, że za ich pomocą do samego końca walk kontaktowali się ze światem obrońcy Azowstalu. Konferencje prasowe dowódców garnizonu Mariupola doprowadzały Rosjan do szału. Lecz ów symboliczny policzek nijak się miał do innych korzyści płynących z użytkowania starlinkowej infrastruktury. Żeby to wyjaśnić, koniecznym będzie cofnięcie się o kilka lat, kiedy w Ukrainie rozpoczęto proces cyfryzacji usług publicznych. Idea „państwa w smartfonie” na dobre zaczęła być realizowana przed trzema laty, jako obietnica wyborcza Wołodymyra Zełenskiego. U podstaw pomysłu leżało przekonanie, że będzie on jednym ze sposobów na ograniczenie trawiącej Ukrainę korupcji. Sprowadzenie czynności urzędowych do kilku kliknięć miało ograniczyć kontakt obywatela z „żywym” urzędnikiem, a automatyzacja i algorytmizacja procedur wyeliminować uznaniowość. Niejako ubocznym skutkiem wprowadzanych zmian byłaby – rzecz jasna mocno pożądana – zwiększająca się wydajność i skuteczność instytucji państwa. Tyle teoria.

W praktyce spodziewano się kolejnej systemowej porażki, ale tym razem Ukraina miała szczęście. Powołany na stanowiska ministra cyfryzacji Mychajło Fedorow objawił się jako doskonały organizator. Nie tylko sprawnie pokierował nowym resortem, ale z nie mniejszym sukcesem zagospodarował entuzjazm tysięcy „cyfrowych wolontariuszy” – młodych specjalistów z branży IT, którzy kupili wizję „państwa w smartfonie”. W takich okolicznościach powstała Diia, odpowiednik naszego mObywatela i ePUAP-u, z której korzysta dziś prawie 20 mln Ukraińców (dla porównania aplikację mObywatel pobrało 7,5 mln Polaków, a Profil Zaufany ma około 14 mln osób). Będąca zarazem platformą, na bazie której powstały kolejne użyteczne aplikacje. Gdy miliony osób zmuszone zostały do ucieczki okazało się, że państwo ukraińskie działa. Urzędy pilotowały uchodźców, dostarczając im niezbędnych na danym etapie podróży wskazówek, nie zawieszono wypłaty świadczeń, na bieżąco informowano mieszkańców konkretnych miejscowości o zagrożeniach ostrzałem artyleryjskim czy bombardowaniem. Cyfrowe mapy schronów, stale aktualizowane listy działających sklepów, stacji benzynowych, punktów pomocowych itp. Jeśli ktoś zastanawia się nad przyczynami wyjątkowej samoorganizacji Ukraińców po 24 lutego, odpowiedź znajdzie w smartfonie.

Wirtualny spacer po ruinach

Ów smartfon służy również do przekazywania danych przydatnych wojsku. Rosjanom w Ukrainie cały czas towarzyszą oczy i uszy cywilów. Informacje na temat ruchów wojsk, ich liczebności, uzbrojenia – zbierane i wysyłane przez mieszkańców – stanowią istotne uzupełnienie danych wywiadowczych pozyskanych przez własny zwiad oraz natowskie satelity i samoloty. Oczywiście, cywile nie mają dostępu do wojskowych systemów informatycznych – cyfrowe śluzy porządkują treści i rozsyłają je do zainteresowanych podmiotów. Część danych nie służy do bieżącego zarządzania polem walki. Władze kraju poprosiły obywateli o dokumentowanie rosyjskich zbrodni oraz skali zniszczeń. To m.in. dzięki takim materiałom udało się zidentyfikować sprawców zbrodni w Buczy i odtworzyć przebieg tych dramatycznych zdarzeń (gwoli ścisłości, dla takich celów wykorzystuje się także zawartość telefonów komórkowych rosyjskich żołnierzy – zgubionych bądź znalezionych przy poległych i jeńcach). Zdjęcia i filmy są też narzędziem w wojnie informacyjnej. Ukraińcy konsekwentnie budują narrację, wedle której ich kraj jest nieustannie pustoszony przez rosyjską armię. Dzieje się to przy wsparciu zachodnich korporacji cyfrowych. Jednym z ostatnich pomysłów, realizowanych w ramach tej współpracy, jest uzupełnienie map serwisu Google (funkcji Street View) aktualnymi zdjęciami ukraińskich miast. Wirtualny spacer po ruinach służy dyskredytowaniu Rosji, wskazywaniu jej zbrodniczych „osiągnięć” w Ukrainie.

Niezależnie od ostrości takiego przekazu, wojna nie rozstrzygnie się w Sieci, a w „realu”. Ukraińskie nadzieje na zwycięstwo – rozumiane jako wyrzucenie Rosjan z zajętych terenów – będą wszak wprost związane ze sprawnością obróbki danych. Bitwa o Donbas przybrała postać morderczego pojedynku, w którym każdy manewr (oddanie, zajęcie terenu) poprzedza wymiana artyleryjskich ciosów. Najeźdźcy mają przewagę luf i zapasów amunicji, obrońcy dysponują coraz lepszym zachodnim sprzętem – działami o większej mobilności, lepszej celności i dalszym zasięgu. Wspartymi dronami i radarami pola walki – urządzeniami zbierającymi i przetwarzającymi informacje w czasie rzeczywistym. Tak, by z jednej strony precyzyjniej razić przeciwnika, z drugiej, ujść przed jego ripostą. O przewadze jakościowej ukraińskiej artylerii Rosjanie przekonali się kilkanaście dni temu podczas prób forsowania Dońca. Zakończonych zagładą dwóch batalionów. Co ciekawe, działa obrońców były wstrzelane na długo zanim nad rzeką pojawili się Rosjanie. Program używany przez hydrologów do badania kształtu koryta bezbłędnie wytypował miejsce przyszłej przeprawy. Zainstalowany, a jakże, jako apka na komórce.

—–

Nz. „Elektryk” Delfast na ukraińskim froncie/fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Tekst, w skróconej formie, opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 23/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kraby

„No ale Krabów to Ukrainie nie powinniśmy przekazywać. Co innego posowiecki sprzęt – to dobra okazja, żeby się go pozbyć – ale najnowsze systemy artyleryjskie w Wojsku Polskim? To już przesada” – czytam. No Szanowni nie. Nie można być trochę w ciąży – albo się w niej jest, albo nie jest. Na luksus ograniczonej pomocy dla Ukrainy mogą sobie pozwolić Niemcy, Francja czy Włochy, ale nie Polska. Jeśli orki zwyciężą na wschodzie, za kilkanaście lat pojawią się u naszych drzwi. O to, patrząc z polskiej perspektywy, toczy się w tej chwili gra. Jest więc w naszym najlepiej rozumianym interesie wspieranie Ukrainy gdzie i czym się da.

Darowizny posowieckiego sprzętu pozwalają ukraińskiej armii na zachowanie/odbudowanie zdolności bojowej nadszarpniętej w trakcie walk. To sposób o naturalnie wysokiej efektywności, mowa bowiem o systemach, które Ukraińcy znają i używają, co powoduje, że proces wdrożenia jest bardzo szybki. Ale na tym sprzęcie nie da się zbudować jakościowej przewagi, bo Rosjanie mają to samo. A jakościowa przewaga jest absolutnie niezbędna, by tę wojnę wygrać, wyrzucić napastnika z kraju, a wcześniej maksymalnie go poturbować. Ilością nie stworzy się orkom konkurencji; w całej Europie Środkowo-Wschodniej nie ma takiej masy posowieckiego sprzętu.

Cieszą mnie zatem te Kraby, choć świadom jestem, że ich przekazanie odbywa się kosztem obniżenia bieżących możliwości bojowych WP. Że zakłóca to proces szkoleniowy. Ale u licha, nam nic w tej chwili nie grozi, a jak zagrozi – stoi za nami potężne NATO, zdolne przetrącić kark putinowskiej zbieraninie morderców, gwałcicieli i złodziei. Nie wiem, czy luksus posiadania takiej tarczy to standard na dekady. Bezpieczniej założyć, że nie. I się zabezpieczyć, inwestując także w ukraińskie możliwości obronne. Kraby – wiele na to wskazuje – to świetna broń. Jeśli wszystko pójdzie po dobrej myśli, wkrótce uzupełnią ją inne systemy. Liczę bardzo, że Amerykanie zdobędą się na decyzję o posłaniu do Ukrainy dalekonośnej artylerii rakietowej (formalna zgoda ma zapaść na początku tygodnia). I wtedy naprawdę może być pozamiatane.

I na koniec jeszcze jedna uwaga – prezydent Zełenski odwiedził dziś Charków i pozycje wojsk ukraińskich w pobliżu miasta. Co nam to mówi o sytuacji na wschodzie? Może najpierw rzecz symboliczna, choć niezwykle istotna. Wyobrażacie sobie Putina w takiej podróży? No ja nie. Tchórz siedzi niczym szczur w rządowych kompleksach już od początku inwazji. Ale pal go licho. Zełenski musiał do Charkowa jakoś dotrzeć, a to oznacza, że armia ukraińska jest w stanie zapewnić mu w miarę bezpieczną podróż (najpewniej lotniczą). No i pobyt. Pod nosem orków – ich potężnego lotnictwa i artylerii – grając na nosie wywiadowi. Ktoś tu kogoś właśnie upokorzył. Znowu…

Nz. Wołodymyr Zełenski w Charkowie/fot. Urząd Prezydenta Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to