„Bezczel”

Chyba zaczynam mieć jasność co do intencji, jakie przyświecają Donaldowi Trumpowi. 

Mam na myśli bieżące intencje, inne od tych sprzed kilku tygodni czy miesięcy. Wierzę, że przed objęciem urzędu Trump chciał wygasić wywołany przez rosję konflikt w Ukrainie – nie z humanitarnych, ba, pewnie nawet nie z geopolitycznych powodów, a z czystej próżności. Donald Wspaniały, człowiek, który zakończył okrutną wojnę; dla kogoś z ego amerykańskiego prezydenta taki wizerunek to godny cel. Ale teraz chyba już „nie o to biega”.

Nie wiem, czy to efekt zamierzony czy niechciany skutek paplaniny Trumpa, tak czy inaczej Waszyngton zaprosił Moskwę do rozmów w trybie bezwarunkowym. Co rozochociło rosjan i pozwoliło im narzucić negocjacje w swoim stylu. A po prawdzie to jeszcze sowieckim stylu, zakładającym wstępną eskalację żądań mocno ponad miarę. By zejście niżej, w toku toczonych rozmów, i tak przyniosło pożądany przez Kreml rezultat. Jeśli ktoś spodziewa się ceny 100 dol., słyszy 200, to gdy zbije do 130 wciąż ma poczucie, że zrobił dobry interes – na tym prostym psychologicznym mechanizmie oparta była radziecka szkoła dyplomacji, której adepci dobrze wiedzieli, że nawet owo 100 to byłoby za dużo. W języku potocznym o takiej postawie mówi się „na bezczela”.

No więc weszły ruskie do negocjacji „na bezczela”, w czym dodatkowo zawiera się element niewiedzy i ryzykanctwa. Wszak putin gra na ostro także dlatego, że jest przekonany o dobrej passie, jaka mu towarzyszy. Nie że już wygrywa, czy że lada moment wygra – w te bajki nie wierzą nawet na Kremlu. Ale wierzą, że wojskowe rozstrzygnięcie jest w zasięgu ręki, że jeszcze kilka miesięcy męczenia Ukrainy i ta opuści gardę. Stąd bierze się poczucie siły putina z ostatnich miesięcy, wzmacniane symbolicznymi, jednak następującymi zdobyczami terenowymi. Tyle że te w lutym wyhamowały, a ruski generał i sołdat znów stoją ze spuszczonymi gaciami. Znów „nie dowożą”, znów zawodzą pokładane w nich nadzieje.

Ukraińcy krzepną, moskale słabną, a Amerykanie jakby tego nie widzieli. Co ważniejsze, jakby zapomnieli o metodach sowieckiej dyplomacji. Z jakichś powodów – zapewne intelektualnej słabości trumpowskiej ekipy – są wobec rosjan bezradni. Wciąż można mieć nadzieję, że grają nieudolnych, ale jeśli tak jest, ja – przyznam szczerze – nie rozumiem zasad tej gry. Oddawanie placu boju, by na niego wrócić z jeszcze większą siłą, to stara wojskowa i dyplomatyczna strategia, lecz Amerykanie nawet nie podjęli wysiłku, by to oddawanie rosjanom utrudnić – oni po prostu „na wejście” zwiali.

Czy to dziwne? I tak, i nie. Trump-wielki biznesmen – a więc i świetny negocjator – to bujda na resorach. „Pomarańczowy”, jak mówią o nim satyrycy, więcej utopił, niż zarobił, bardziej grał multimilionera niż nim był. Świat dał się na tę kreację nabrać, stąd wygórowane oczekiwania wobec nowego-starego prezydenta USA. Aż przyszli ruscy i obnażyli po całości niekompetencje Trumpa (i jego ludzi).

Być może są w Waszyngtonie politycy i urzędnicy gotowi uderzyć ręką w stół. Świadomi, czym jest potęga Stanów Zjednoczonych w konfrontacji z atutami zdychającej rosji. Ale Trumpa – wiele na to wskazuje – w tym gronie nie ma. A to Trump – również i na to wiele wskazuje – podejmuje ostateczne decyzje.

A tenże Trump dał się nabrać na ruskiego „bezczela”. Uznał, że stanął pod ścianą i niewiele może zrobić. Jak tu wyjść z twarzą z takiej sytuacji? Ano można „dojechać Ukrainę” – co też „Pomarańczowy” uczynił. Nazywając Wołodymyra Zełenskiego dyktatorem, a Ukrainę obarczając winą za wybuch wojny. To już nie wygląda na paplaninę, a na zmianę agendy. Po co? „Ano wicie-rozumicie”, rzeknie za jakiś czas Trump. „Starałem się, chciałem, byłem już blisko, dogadany z putinem; niewiele brakowało i wojna by się skończyła. Ale ci Ukraińcy, ten Zełenski…”. „Ta zła Europa…”, to kolejny element trumpowskiej narracji. „Nie chcą, to odkładam ręce, są inne wyzwania, by znów uczynić Amerykę wielką…”. Tak to widzę.

Skutki? Ano wojna będzie trwać, wszak Ukraina nie zawrze pokoju „po Trumpowemu”. Nie przyjmie poniżających reguł, nie zrezygnuje z ziem, zasobów, aspiracji i niezależności, tylko po to, by Trump mógł chodzi w glorii zbawcy. Konflikt będzie trwać także dlatego, że Europa nie zaakceptuje dealu, na którym skorzystają jedynie USA i rosja, i którego skutkiem będzie wzrost ryzyka rosyjskiej agresji. Możemy się zżymać na opieszałość europejskich przywódców, ale kurs na dalsze wspieranie Ukrainy jest faktem, podobnie jak gotowość do dalszego ekonomicznego „dojeżdżania” rosji. Nie dalej jak w poniedziałek ogłoszony zostanie kolejny unijny pakiet sankcji, niezwykle dotkliwy dla Moskwy.

Co niesie też nadzieję. Bo jak już pisałem – putin znów przeszacował możliwości własnej armii. O sytuacji gospodarczej rosji wspominałem wielokrotnie, dość stwierdzić, że jest coraz gorsza. Czy przetrwa połącznie ukraińskiej determinacji oporu i siły europejskiej ekonomii? Dłużej niż kolejne kilka miesięcy? Szczerze wątpię.

Zwłaszcza że nawet jeśli Trump ogłosi, że USA „odkładają ręce” od Ukrainy, wcale nie musi to oznaczać całkowitego wycofania wsparcia. Jeśli w Waszyngtonie uchowają się jacyś sensowni ludzie, można założyć, że zadbają, by Stany miały narzędzia nacisku na Kijów. By je mieć, wciąż trzeba coś Ukraińcom dawać. Coś niezbędnego w ich walce o przetrwanie.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa…w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. screen dzisiejszego wpisu Trumpa, w którym określa Zełenskiego mianem „dyktatora”.

Rejestr

„Ukraina straciła 45100 żołnierzy na polu bitwy od początku pełnoskalowej inwazji rosji w lutym 2022 roku”, deklaracja tej treści padała wczoraj z ust Wołodymyra Zełenskiego. W wywiadzie dla brytyjskiego dziennikarza Piersa Morgana prezydent Ukrainy mówił również, że do tej pory odnotowano 390 tys. przypadków zranienia żołnierzy. Zastrzegł przy tym, że rzeczywista liczba poszkodowanych jest mniejsza, ponieważ niektórzy wojskowi odnieśli kilka ran w „oddzielnych incydentach”.

To ostatnie stwierdzenie odnosi się przede wszystkim do żołnierzy, których po rekonwalescencji przywrócono do służby. Z wcześniejszych deklaracji Zełenskiego wynika, że dotyczy to około połowy wszystkich rannych. Taka sytuacja nie jest niczym nadzwyczajnym w realiach rozciągniętego w czasie konfliktu zbrojnego – rehabilitacja trwa zwykle kilka tygodni, czasem miesięcy, front zatem „zaczeka”. Dla porządku dodajmy, że wielu kontuzjowanych – choć ich urazy zostały odnotowane w statystykach – nigdy nie trafiło na tyły (o czym prezydent już nie wspominał). To skutek osobistych motywacji („ledwo mnie drasnęło, wciąż mogę walczyć”), ale i decyzji przełożonych, podejmowanych w warunkach niedoboru personelu. Mówiąc wprost, lżej poturbowanych nie obejmował i nie obejmuje luksus nawet czasowego zwolnienia ze służby.

Wracając do Zełenskiego – to już druga w ostatnim czasie jego wypowiedź na temat strat. W grudniu 2024 roku prezydent przyznał, że Ukraina straciła 43 tys. żołnierzy, oraz że odnotowano „370 tys. przypadków pomocy medycznej dla rannych”.

Mamy początek lutego, w 7 tygodni deklarowane straty wzrosły o 2 tys. zabitych i 20 tys. rannych.

Moskwa rzecz jasna milczy na temat własnych strat. Niezależni dziennikarze ustalili jak dotąd nazwiska ponad 90 tys. poległych rosjan. Z kolei kilka tygodni temu urzędniczka ministerstwa obrony zdradziła, że do tej pory wpłynęło 48 tys. próśb o ustalenie losu zaginionych żołnierzy.

Według Sztabu Generalnego ZSU, całościowe rosyjskie straty wynoszą 840 tys. „wyeliminowanych z walki”. To dane tożsame z szacunkami zachodnich źródeł wywiadowczych – amerykańskich, brytyjskich, ale i estońskich (o których wspominam, bo Estończycy wielokrotnie udowodnili, że rosyjska machina wojenna – jej cele, możliwości i plany – jest dla nich wyjątkowo transparentna). Ta liczba obejmuje zarówno zabitych, rannych, zaginionych i schwytanych rosjan (a od niedawna także Koreańczyków).

W oparciu o zaprezentowane informacje wychodzi nam, że rosjanie mają dwa razy wyższe straty od Ukraińców. Jest dla mnie oczywiste, że moskale giną i zostają ranni częściej (wielokrotnie pisałem dlaczego, więc poprzestanę na tym stwierdzeniu), ale ostrożność i rzetelność każą z pewnym dystansem podchodzić do słów Wołodymyra Zełenskiego. Nie twierdzę, że prezydent Ukrainy kłamie – jego deklaracje oparte są o urzędowe statystyki, w tym przypadku – w odniesieniu do zabitych – dotyczące wypłat odszkodowań. Istnieje jednak „szara strefa”.

Według stanu na luty 2025 roku w Ukrainie poszukiwanych jest 62948 osób, zaginionych w „szczególnych okolicznościach”. Taki status przyznawany jest obywatelom, którzy przepadli w związku z działaniami wojennymi, czasową okupacją części terytorium, na skutek kryzysów naturalnych oraz niebezpiecznych zjawisk wywołanych przez człowieka. Rejestr zaginionych w szczególnych okolicznościach obejmuje cywili i wojskowych, w miażdżącej większości takich, z którymi utracono kontakt w strefie walk lub na okupowanych terytoriach Ukrainy.

W porównaniu z okresem przedwojennym, liczba poszukiwanych osób wzrosła pięciokrotnie. Od września 2023 roku we wspomnianym rejestrze przybyło ponad 26 tys. nazwisk – w tej grupie 15 tys. osób to personel wojskowy. Część zaginionych żołnierzy – także tych, którzy „zniknęli” przed wrześniem 2023 roku – zapewne trafiła do rosyjskiej niewoli – co trudno ustalić, bo rosjanie wyjątkowo opornie w tej kwestii współpracują, zarówno z Ukrainą, jak i z ONZ. Część to dezerterzy – zatem w obu przypadkach mówimy o osobach, które nadal żyją. Ale bez wątpienia w gronie zaginionych są też wojskowi, którzy polegli, a których ciał dotąd nie odnaleziono. Zapewne jest to kilka, jeśli nie kilkanaście tysięcy żołnierzy ZSU.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Adzie Bogackiej i Grzegorzowi Zgnilcowi.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Nowa kwatera dla poległych żołnierzy ZSU na cmentarzu w Charkowie; wcześniejsze są już pełne grobów… Zdjęcie z listopada 2024 rok/fot. własne

„Atamanizacja”

Ta historia – mimo oczywistych różnic – mogłaby skończyć się tak, jak potoczyły się losy naszej „Błękitnej Armii”. Na zawsze pozostać pozytywnym przykładem międzynarodowej współpracy wojskowej. A czy tak się zakończy? Nie wiem; na razie mamy międzynarodowy skandal, serię śledztw i wielką niewiadomą co do przyszłości ambitnego projektu. O czym piszę? O zamieszaniu wokół ukraińskiej 155 brygady zmechanizowanej im. Anny Kijowskiej.

Nim przejdę do sedna, pozwólcie że dokończę historyczną analogię. W kwietniu 1919 roku do Polski zaczęły docierać pierwsze jednostki dowodzonej przez gen. Józefa Hallera formacji. Utworzone we Francji oddziały stanowiły najlepiej wyszkoloną, uzbrojoną i wyposażoną część niedawno odtworzonego Wojska Polskiego. Niemal z marszu weszły do walki na polsko-bolszewickim froncie, walnie przyczyniając się do pokonania wroga i ugruntowania świeżo odzyskanej niepodległości.

Nie wiem, czy prezydent Zełenski poznał historię „Błękitnej Armii”, ale zamiar, do którego przekonał sojuszników, nosił istotne podobieństwa. Chodziło w nim o to, by nie tylko wyszkolić, ale i wyposażyć na Zachodzie 14 brygad. Gdyby to się powiodło, mielibyśmy do czynienia z poważnym wzmocnieniem ukraińskiej armii. Przy zachowaniu możliwości „starych” brygad i umiejętnym wykorzystaniu potencjału nowych, dałoby się przełamać impas na froncie. Pomysł zyskał akceptację partnerów Kijowa wiosną 2024 roku, „na pierwszy ogień” poszła 155 brygada ZSU.

Sformowana w marcu ub.r. jednostka, w październiku trafia do Francji. I zaczęły się „schody”. W ciągu kilku dni z ośrodka szkoleniowego oddaliło się pięćdziesięciu mundurowych. Wydawało się, że to nic nadzwyczajnego – od 2022 roku Ukraina wyszkoliła w Europie niemal sto tysięcy żołnierzy, w przypadku każdej jednostki ułamek wojskowych korzystał z okazji i dezerterował. Jednak fala dezercji i oddaleń nasiliła się dramatycznie, gdy brygada wróciła do kraju. Jak wynika z ustaleń dziennikarskiego śledztwa (prowadzonego przez Jurija Butusowa), nim jednostka oddała pierwszy strzał na froncie, jej szeregi samowolnie opuściło 1700 żołnierzy. Jedna trzecia ludzi przy uwzględnieniu najwyższych stanów osobowych.

Gdy pierwsze informacje na ten temat zaczęły docierać do ukraińskiej opinii publicznej, ta przecierała oczy ze zdumienia. „Anna Kijowska” była forpocztą nowej jakości, miała mieć „wszystko”. We Francji wizytował ją prezydent Macron, służby prasowe ZSU wielokrotnie publikowały materiały ze szkoleń, w trakcie których używano na przykład doskonałych francuskich haubic samobieżnych Caesar. Elitarna w założeniu brygada, a tu taki klops? Aż zaczęły wychodzić „kwiatki” o rzeczywistej kondycji jednostki oraz o tym, jak potraktowano ją po powrocie do Ukrainy.

Nim brygada pojechała nad Sekwanę, straciła dowództwo, niemal całą kadrę i większość żołnierzy. Wojskowi ci zostali przeniesieni do innych jednostek. Na Zachód wysłano „świeżaków” – oficerów i personel bez doświadczenia bojowego, ba, część szeregowców stanowili ludzie, którzy nie przeszli podstawowego przeszkolenia. Nieopierzeni rekruci, jeszcze kilka dni wcześniej cywile; to z tej grupy pochodzili dezerterzy, którzy dali nogę we Francji. Innymi słowy, na zaawansowany trening udała się zbieranina bez podstawowych nawyków, niezgrana, nieznająca się, dowodzona przez ludzi, którzy nie mieli czasu, by wypracować sobie posłuch, oraz podstaw – jak frontowa przeszłość – by zyskać autorytet. Co mogło pójść źle?

Oczywiście, motywacją można wiele nadrobić – i tak też działo się ze 155-tą we Francji. Rzecz w tym, że przyzwoity trening dla dwóch tysięcy osób został zaprzepaszczony w Ukrainie. Po ośmiu tygodniach brygada wróciła do kraju i z miejsca wpadła w kadrowo-rotacyjny młyn. Zabrano jej artylerię (wspomniane Caesary), większość czołgów (Leopardów 2), najlepiej wyszkolone bataliony, ba, pojedyncze kompanie, porozdzielano po innych jednostkach, jako bieżące uzupełnienie strat ponoszonych przez „obce” brygady. Wypracowane we Francji elementarne zgranie trafił szlag, a „Anna Kijowska” została bez „kłów” i „pięści”. Jakby tego było mało, w szeregi „skanibalizowanej” brygady wcielono 4 tys. ludzi – kolejnych „świeżaków” bez doświadczenia – i po skandalicznie krótkim szkoleniu, w grudniu ub.r., posłano na front. Co istotne, do okopów trafiła nie tylko „goła” (pozbawiona sprzętu ciężkiego) jednostka – 155-tej nie zapewniono odpowiedniej liczby dronów i wyposażenia do walki radioelektronicznej (co wedle założeń jest powinnością strony ukraińskiej, nie zachodnich partnerów). To wtedy miała miejsce największa fala dezercji.

Dziś „Anna Kijowska” – wzmocniona po ujawnionym skandalu – dzielnie walczy pod Pokrowskiem, a jej perypetie studiują prokuratorzy pod nadzorem samego prezydenta. Paryż dyplomatycznie milczy, ale nietrudno zgadnąć, co myślą nad Sekwaną i w innych sojuszniczych stolicach. Sam uważam – o czym piszę na prośbę Czytelników – że Ukraińcy winni z tej historii wyciągnąć krytyczne wnioski dotyczące organizacji swojej armii i całej operacji obronnej. W przeciwnym razie wzmocnią i tak już silną na Zachodzie refleksję, wedle której wsparcie dla Ukrainy jest niczym krew przelewana w piach.

—–

Jakie problemy ZSU obnaża historia 155 brygady?

Nade wszystko fakt, iż w odtwarzaniu zdolności bojowych armii zbyt duży prym wiedzie propaganda. Po co w ogóle powoływano 155-tą brygadę? Ano po to, by sugerować, że istnieje wiele innych jednostek tej wielkości. Niekoniecznie 154, bo proces tworzenia nowych brygad reguluje nieco więcej czynników niż tylko porządek wynikający z kolejności, tym niemniej poprawnym jest założenie, że tak wysoki numer musi oznaczać istnienie co najmniej setki podobnych formacji. A wiadomo, „w kupie siła”, co jest przesłaniem zarówno do przeciwnika, jak i – chyba głównie – do „swoich”, celem podbudowania ich morale.

Tyle że w praktyce tego typu podejście przekłada się na stopniowe „rozwadnianie” możliwości armii jako całości. Uzupełnienia osobowe i sprzętowe nie trafiają do uszczuplonych na skutek działań bojowych, doświadczonych jednostek, gdzie mogłyby zostać odpowiednio szybko zaabsorbowane. Te brygady, mniejsze o połowę, często nawet o dwie trzecie, dalej tkwią na froncie, realizując zadania ponad własne możliwości. W tym samym czasie na zapleczu powstaje kolejna jednostka z wysokim numerem. I pal licho, gdyby udało się ją przyzwoicie wyposażyć i wyszkolić, rzucić do walki jako pełnowartościową formację. Ale tak się zwykle nie dzieje. Stare brygady „pękają”, bądź „tylko” stają przed taką perspektywą – i wtedy zaczyna się wspomniany młyn. Ad hoc organizowane uzupełniania, klejenie obrony na froncie z oddziałów, które nigdy ze sobą nie współpracowały, ba, których personel jest w minimalnym lub żadnym stopniu ostrzelany. Wszak weterani potrzebni są na froncie, a nowe oddziały formuje się z kompletnie zielonych rekrutów i kadry wyciąganej z „lamusa”.

Konkludując ów wątek – Ukraina nie potrzebuje 150 czy 200 brygad, poza nazwami mających niewiele wspólnego z takimi związkami taktycznymi. Niech będzie ich o połowę mniej, za to nie szkieletowych i nie „gołych”; rosjanie, jakkolwiek w tej wojnie nieudolni, i tak znają wartość kolejnych nowoformowanych jednostek, na tyle ogarnięci wywiadowczo byli, są i będą.

Oczywiście, takie „redukcyjne” podejście wymaga od dowództwa ZSU szeregu innych działań, jak choćby sensownego planowania rotacji zaangażowanych w walkę oddziałów.

—–

Wymaga też zmierzenia się z inną słabością ukraińskich sił zbrojnych – na własny użytek określam ją mianem „atamanizacji”, od słowa „ataman”, czyli kozacki dowódca.

Dla lepszego zrozumienia sytuacji najpierw posłużę się ideą próżni socjologicznej, sformułowaną  w 1979 roku przez profesora Stefana Nowaka. Pokrótce mówi ona o tym, że my, Polacy, silnie identyfikujemy się z grupami pierwotnymi (rodziną, rówieśnikami czy sąsiadami) i z narodem jako takim, przy jednocześnie niskiej identyfikacji z grupami poziomu pośredniego. To jedna z częściej przywoływanych koncepcji, która nadal pozwala wyjaśnić fenomen niskiego zaufania społecznego oraz relatywną słabość społeczeństwa obywatelskiego nad Wisłą.

Tylko jak to się ma do problemów ukraińskiej armii? Ano tak, że dla zwykłego żołnierza brygada jest „wszystkim”. To ta rodzina czy grupa sąsiedzka z konceptu prof. Nowaka. Po niej długo nie ma nic – jest próżnia – i na końcu są ZSU, postrzegane w kategoriach symbolicznych, wszak wszystko co realne i tak dzieje się na poziomie brygady. To „spojrzenie z dołu” wzmacniające „spojrzenie z góry” – percepcje dowódców brygad, którzy traktują „swoje” jednostki niczym atamani sotnie. W tej perspektywie – którą formułuję w oparciu o własne obserwacje, wieloletnie, ale niepoparte profesjonalnymi badaniami, obciążone więc ryzykiem nietrafności – brygady są jak udzielne księstewka. Państwa w państwie, armie w armii, z własnym zapleczem w postaci organizacji wolontariackich, z daleko posuniętą samodzielnością w zakresie rekrutacji i polityki informacyjnej. Nie wiem, dlaczego tak jest – być może to współczesny przejaw kozaczyzny (specyficznie godzący niezależność z logiką instytucji), oraz sposób na przeciwdziałanie endemicznej korupcji (zaopatrywanie się brygad z pominięciem MON zapewne zmniejsza wielkość korupcyjnych premii).

Niezależnie od przyczyn „atamanizacji”, do pełnego obrazu realiów ukraińskiej armii musimy dorzucić złogi sowieckiej mentalności – „umiłowanie” do działań masą, organizacyjne bałaganiarstwo i pogardę dla ludzkiego życia. Gdy zderzymy to z wymaganiami wielkiego konfliktu o wysokiej intensywności, dostrzeżemy sporo wewnętrznych napięć obniżających efektywność sił zbrojnych. Pojedyncze brygady umieją znakomicie walczyć, ale współdziałanie kilku jednostek niespecjalnie Ukraińcom wychodzi. Stawka (naczelne dowództwo) potrafi uderzyć ręką w stół i przywołać do porządku co bardziej niesfornych dowódców brygad, bądź ich odwołać, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że nie do końca nad „tym towarzystwem” panuje. Często miota się, nie w pełni doinformowana; po trzech latach pełnoskalówki trudno nie dostrzec, że solidna wymiana danych i budowanie wysokiej świadomości sytuacyjnej to nie są atuty ZSU. „Każdy sobie rzepkę skrobie”, można by zacytować popularne powiedzenie.

Deficyt wiedzy (na najwyższym szczeblu) przekłada się na nerwowe, desperackie ruchy. Czasem po prostu trzeba ugasić kolejny „nieoczekiwany” pożar na froncie, czasem kadrowo-rotacyjny młyn wynika z czegoś innego. Nie wszystkie brygady są „atamańskie”, wiele z nich to wydmuszki, co w połączeniu z „brygadowym egoizmem” tych najsilniejszych graczy skutkuje „kanibalizacją” tych słabszych. Zabieraniem co cenniejszych aktywów, bo „to mnie się należy i to ja potrzebuję”. Taki los stał się udziałem „Anny Kijowskiej”, potraktowanej jako rezerwuar ludzi i sprzętu.

Problem w tym, że 155-ta była częścią większego międzynarodowego projektu.

Problem w tym, że pośpiesznie i byle jak odbudowana, widniejąca na stanie jako pełnowartościowa jednostka, trafiła na jeden z najcięższych odcinków frontu.

I się zesrało…, jak mawia o dramatycznych sytuacjach mój dobry kolega.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Borysowi Sz., Darijo Dąb-Rozwadowskiemu (za „wiadro” kawy), Grzegorzowi Kozakiewiczowi i Radkowi Gajdzie.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Szkolenie innej brygady z wysokim numerem – 128-ej/fot. SzG ZSU

Rozdźwięk

A dziś zapraszam Was do lektury tekstu, który podsumowuje mój ostatni wyjazd do Ukrainy, jest też autorską konkluzją kilkudziesięciu rozmów, które odbyłem na przestrzeni ostatnich tygodni. Znajdziecie w nim kilka powtórzeń z poprzednich, krótszych materiałów; ten zabieg wynikał z konieczności zachowania ciągłości narracji. Ufam, że czeka Was satysfakcjonująca lektura.

Chersoń jest niczym Sarajewo z czasów serbskiego oblężenia (z lat 1992-1996). Podobnie jak w bośniackiej stolicy, w ukraińskim mieście żyje liczna populacja, tak jak wtedy, tak i dziś nękana selektywnym ostrzałem artylerii. Każdego dnia na chersońskiej tkance przybywają nowe blizny – kolejne zniszczone domy i obiekty publiczne – i tak jak w przypadku sarajewskiej rzeczywistości i tu nie ma mowy o poważnych remontach czy odbudowie. Miasto popada w ruinę…

Normalne życie zamarło (lub zeszło do podziemi), chersonianie do minimum ograniczają aktywność poza domem. W Sarajewie, obok armat i moździerzy, ryzyko dla mieszkańców stwarzali polujący snajperzy, w Chersoniu na miano najpodlejszych bandytów – atakujących kobiety, dzieci i starców, na ulicach, przystankach czy przed sklepami – pracują droniarze. „Ludzie ludziom zgotowali ten los”; znamienne, że w obu dramatach w role tych złych wcielili się Serbowie i rosjanie, przedstawiciele kulturowo blisko ze sobą związanych narodów. Nie wiem czy to przypadek.

Jedno z wielu chersońskich „dzieł” rosyjskich agresorów/fot. własne

Chersoń na mapie współczesnej Ukrainy jest miejscem wyjątkowym, doświadczenia jego mieszkańców istotnie odmienne. rosjanie stoją za wąską na tym odcinku wstęgą Dniepru. Wystarczy im zatem byle moździerz, by narobić szkód na drugim brzegu, drony zaś mogą posyłać rojami – te o najkrótszym zasięgu i tak dotrą na najgłębsze przedmieścia.

Innym miastom Ukrainy – w centrum i na zachodzie kraju – szkodzą „co najwyżej” rakiety i pociski manewrujące oraz irańskie Szahidy; amunicja kosztowna i stosunkowo nieliczna, używana więc przez rosjan w ograniczonym zakresie. I z ograniczoną skutecznością, bo ukraińska obrona przeciwlotnicza potrafi z tym zagrożeniem walczyć. Gdy zdamy sobie sprawę z tych uwarunkowań, łatwiej pojmiemy, dlaczego w Chersoniu – i szerzej, na całym poharatanym walkami i ostrzałami wschodzie – myślą inaczej niż w Kijowie czy Lwowie.

Inaczej, czyli jak? Z badań Instytutu Gallupa wynika, że wśród Ukraińców ze wschodu odsetek pragnących niezwłocznego końca wojny jest ponad dwa razy większy niż osób, które chciałyby kontynuacji walki (63 proc. vs. 27 proc.). W skali kraju już „tylko” 52 proc. obywateli życzy sobie, by Ukraina jak najszybciej wynegocjowała zakończenie wojny, a 38 proc. uważa, że państwo powinno walczyć do zwycięstwa. „Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, głosi popularne powiedzenie. W nakreślonych realiach ów punkt to niewygodny fotel bądź krzesło elektryczne.

—–

Czymkolwiek jest, pozostaje sprzętem w ciemnym i zimnym pokoju. Ukraińcy do przerw w dostawach prądu przywykli, ale coś w ich postawach zaczyna się zmieniać. Kilka dni temu – po niemal tygodniowym blackoucie – na ulice wyszli mieszkańcy Odesy, w sumie kilkaset osób. Był to pierwszy tak otwarty i tak liczny protest zmęczonych obywateli, domagających się od władzy przywrócenia stałych dostaw energii. Rosnącą irytację widać też w Charkowie, gdzie normą są 6-10-godzinne wyłączenia – dość poczytać lokalne fora internetowe. Ba, narzeka nawet Kijów, gdzie prąd „być musi” przynajmniej kilkanaście godzin na dobę. „Jak tak dalej pójdzie, nie przetrwam zimy”, zwierza mi się znajomy, właściciel niewielkiego bistro. Kijowianin – skądinąd weteran, zwolniony ze służby z powodu trwałego kalectwa – wykosztował się na zakup generatora, w którym przepala teraz znaczną część przychodów.

Ukraiński system energetyczny „wisi na włosku”. Przed ostatnim dużym atakiem lotniczo-rakietowym z 28 listopada br. zapotrzebowanie na moc realizowano w 40 procentach. Najświeższych danych brak, ale z dużym prawdopodobieństwem kolejne zniszczenia elektrowni i sieci przesyłowych pogorszyły sprawę. A to może oznaczać, że rosjanom wystarczą dwa do czterech uderzeń z jednoczesnym użyciem kilkudziesięciu rakiet i pocisków manewrujących, by udało im się „wyłączyć Ukrainę”.

Skutki humanitarne w warunkach zimy nietrudno przewidzieć (szacunki mówią o fali kolejnych 4-6 mln uchodźców), a jest jeszcze kwestia energochłonnej produkcji zbrojeniowej. Prądu potrzebują duże państwowe zakłady wytwarzające pociski artyleryjskie i liczne wolontariackie manufaktury, drukujące na drukarkach 3D plastikowe elementy ładunków wybuchowych podczepianych pod drony. Jeśli to wszystko „padnie”, możliwości odtwarzania potencjału bojowego armii zostaną dramatycznie zredukowane.

Podczas ostatniego wyjazdu odwiedziłem jedną z wolontariackich manufaktur, drukujących w 3D elementy ładunków wybuchowych dla dronów/fot. własne

Tak mają się sprawy z perspektywy ogólnej i wielkomiejskiej, ale wróćmy na prowincję. Pierwsze akapity tekstu poświęciłem Chersoniowi, jednak źle jest też na pozostałych obszarach wyzwolonych spod rosyjskiej okupacji. Niedawno minęły dwa lata od spektakularnych sukcesów armii ukraińskiej, a zmian na lepsze – poza oswobodzeniem – zwykle nie widać. Wiele wsi wygląda niczym plan filmu postapo. Zarwane dachy, wybite okna, przestrzelone ściany. Powalone płoty, wraki aut, rozorane drogi. I często ani śladu żywej istotny, choćby zdziczałych psów, które na wschodzie kręcą się hordami. Wiele osad jest dosłownie martwych, w innych – w otoczeniu ruin domów dawnych sąsiadów – gnieżdżą się ukraińscy Robinsonowie.

Nawet „pokazuchy” – wsie przewidziane do odbudowy w pilotażowym programie pod patronatem Wołodymyra Zełenskiego – nie mają się czym (i jak) pochwalić. Do podcharkowskich Cyrkunów nie sposób wjechać, bo znów stały się strefą przyfrontową, a w podchersońskim Posad-Pokrowsku z zaplanowanych kilkudziesięciu domów udało się zbudować pięć. Reszta wioski pozostaje rumowiskiem, otoczonym za to solidnym metalowym płotem, na którym wymalowano sielskie obrazki osiedla przyszłości.

Brak wody, minimalnie przyzwoitej drogi, sklepu, lokalnego miejsca pracy – przedsiębiorstwa, które po zniszczeniu/rozszabrowaniu przez rosjan nie ponowiło działalności – takie są realia wyzwolonych terytoriów. Abdykacja państwa? Raczej dowód jego dramatycznej sytuacji. Bo jednak w niektórych miejscach odbudowano mosty, rozminowanie idzie pełną parą, a niewielkie, ale zawsze jakieś!, świadczenia są regularnie wypłacane. Trzy czwarte ukraińskiego budżetu pochłania prowadzenie wojny – takie są priorytety. Tuż za Posad Pokrowskiem (w stronę Chersonia) koparki, miast kopać doły pod fundamenty dla kolejnych domów, „robią przy okopach”. Miejscowi to rozumieją, ale i tak czują się porzuceni i oszukani. I coraz bardziej zmęczeni tym, jak żyją, zwłaszcza gdy znów nie ma prądu…

Posad-Pokrowskie/fot. własne

Tymczasem wojsko chce się bić dalej – co stwierdzam w oparciu o rozmowy toczone już od wielu tygodni, z wieloma mundurowymi różnego szczebla i specjalności. Nie jest to w każdym razie wniosek wywiedziony z ostatniego krótkiego wyjazdu do Ukrainy.

No więc armia chce się bić, choć po tym stwierdzeniu potrzebnych jest kilka zastrzeżeń.

Po pierwsze, w Ukrainie próżno szukać śladów patriotycznego wzmożenia z pierwszych miesięcy pełnoskalowej wojny. Obecnie istotą rekrutacji pozostaje przymusowy pobór, z którego wielu ukraińskich mężczyzn usiłuje się wykręcić, zabiegając o „odsroczki” (odroczenia).

Po drugie, armia nadal cieszy się wielkim społecznym szacunkiem. A zarazem nikt już nie ma złudzeń, że front to także dla Ukraińców „maszynka do mielenia mięsa”. Dodajmy do tego powszechne rozczarowanie, że „wróciło stare” – korupcja, prywata ludzi władzy – i towarzyszące mu przekonanie, że wojnę toczy się rękoma najbiedniejszych; innymi słowy, czynniki zdecydowanie niesprzyjające rekrutacji. W efekcie mamy sytuację, w której żołnierze są w oczach rodaków niczym gladiatorzy. Herosi, a jednocześnie życiowi pechowcy, wepchnięci w tryby śmiercionośnej maszynerii. Można darzyć ich uznaniem, szacunkiem czy nawet miłością, ale lepiej nie być na ich miejscu.

—–

Po trzecie, armia jest zmęczona i coraz bardziej sfrustrowana. Według danych ukraińskiej Prokuratury Generalnej, od stycznia do października 2024 roku wszczęto 40 tys. postępowań karnych dotyczących samowolnego opuszczenia oddziału oraz 20 tys. spraw o dezercję. To dwa i pół raza więcej niż w całym 2023 roku. Rzeczywista skala zjawiska może być większa, z drugiej strony musimy pamiętać, że miażdżąca większość łamiących prawo dobrowolnie wraca do jednostek. Nie chcą uciekać, tylko spotkać się z bliskimi, których często nie widzieli od miesięcy. Dramatyczne straty i problemy z mobilizacją z minionych miesięcy skutkowały „nadeksploatacją” żołnierzy w linii. Polityka „zero urlopów” musiała skończyć się masową niesubordynacją.

Ale do „rozkładu morale armii” wciąż droga daleka.

Choć z pewnością skraca ją wspomniana frustracja. Jak to ujął jeden z moich wojskowych rozmówców: „milion walczy, pięć milionów grzeje łóżka na tyłach; tak dłużej być nie może”. To uproszczone i często krzywdzące postrzeganie rzeczywistości – bo ktoś na ten milion i jego narzędzia musi pracować – tym niemniej nierównomierność rozłożenia wysiłku obronnego jest w Ukrainie faktem.

I po czwarte, dojrzeć należy charakterystyczną zmianę percepcji, do jakiej dochodzi, gdy cywil zostaje wcielony do wojska. Znikają wówczas wątpliwości co do sensowności prowadzenia wojny, górę bierze „logika armii” i lojalność wobec kolegów w mundurze. Zresztą więzi, szczególnie te okopowe, mają niebagatelne znaczenie dla trwałości struktury; to często one, a nie patriotyczne wzmożenie czy poczucie obowiązku, stoją za decyzjami o powrocie z samowolnego oddalenia. Cementujące armię koleżeństwo to nihil novi – historycznie obserwujemy je przy okazji innych wojen. Narastający rozdźwięk między oczekiwaniami społeczeństwa i wojska też nie jest czymś, czego byśmy nie znali z przeszłości. Mnie Ukraina coraz bardziej przypomina kajzerowskie Niemcy z ostatnich miesięcy I wojny światowej. Z czasów, kiedy wojsko ani myślało o rozejmie, ale zaplecze miało już dość ponoszonych kosztów.

—–

Nz. głównym – skwer w centrum Kehicziwki (obwód charkowski), poświęcony pamięci poległych mieszkańców miasteczka/fot. własne

Osoby zainteresowane nabyciem mojej najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku wcześniejszych pozycji (również z „bonusem”), zapraszam tu.

Niniejszy tekst zawiera fragmenty materiałów, które opublikowałem w portalach „Polska Zbrojna” i Interia.

Postapo

Jak wiecie, ostatnie dni spędziłem na Charkowszczyźnie i Chersońszczyźnie, sporo czasu w miejscach wyzwolonych spod rosyjskiej okupacji. Mijają właśnie dwa lata od spektakularnych sukcesów armii ukraińskiej, a zmian na lepsze – poza samym wyzwoleniem – nie widać. Wiele wsi w obu regionach wygląda niczym plan filmu postapo.

Na wojenne zniszczenia nakładają się kolejne, wynikłe z porzucenia. Nie wiem, które z obrazków bardziej mnie przygnębiły – czy te zarejestrowane w całkowicie opuszczonych osadach, czy te, które widziałem w poharatanych, ale wciąż zamieszkałych siołach. We wsi Ukrainka na Charkowszczyźnie do dziś nie działa uszkodzony podczas okupacji wodociąg. Sklepu brak, obwoźny nie dojeżdża, bo fatalny stan dróg czyni prywatną inicjatywę nieopłacalną. Mieszkańcy to osoby w mocno średnim i podeszłym wieku – młodzi wyjechali, służą w armii, albo nie ma ich już pośród żywych. Gdyby nie organizacje pomocowe (pośród nich Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej), Ukrainka byłaby zdana sama na siebie. Rząd ma bowiem inne priorytety.

W pełnej okazałości zobaczyłem je na Chersońszczyźnie – to ciągnące się kilometrami umocnienia i okopy, powstające na wypadek rosyjskiej kontrofensywy. Jej prawdopodobieństwo pozostaje niskie (co piszę w oparciu o rozmowy ze źródłami w ukraińskiej armii, na przekór alarmistycznym doniesieniom mediów), tym niemniej w Ukrainie wiedzą, że należy „dmuchać na zimne”. Podobne inwestycje realizowane są na Zaporożu, choć tam buduje się szybciej i z większym rozmachem. Bo i ryzyko, że rosjanie spróbują uderzyć jest większe – wolną część Chersońszczyzny chroni wstęga Dniepru, a forsowanie rzeki to koszmarny wysiłek. Tymczasem na Zaporożu tak poważnych przeszkód terenowych nie ma. Więc jako się rzekło, lepiej „dmuchać na zimne”.

Praktyczne skutki tej strategii da się obejrzeć w Posad Pokrowskie, wsi w obwodzie chersońskim wytypowanej swego czasu do pilotażowego programu odbudowy. Ów program objął cztery osady, patronował mu Wołodymyr Zełenski, który Posad Pokrowskie odwiedził wiosną 2023 roku. Wbito wówczas pierwszą łopatę w miejscu, gdzie miało powstać kilkadziesiąt jednorodzinnych domów. Do dziś powstało pięć, i kilka fundamentów. Koparki „robią przy okopach”, miejscowi to rozumieją, ale i tak czują się porzuceni i oszukani. No i coraz bardziej zmęczeni tym, jak żyją, zwłaszcza gdy znów nie ma prądu…

—–

Piszę o tym więcej w tekście dla „Polski Zbrojnej”, napiszę w materiale dla portalu Interia – oczywiście podrzucę Wam linki. Gonią mnie dziś inne obowiązki, z konieczności więc poprzestanę na tym krótkim wpisie. Dziękuję za lekturę i udostępnienia. Z wdzięcznością przyjmę „kawy” i subskrypcje, bo to dzięki nim możliwe jest moje pisanie, zwłaszcza to bezpośrednie z Ukrainy. Zainteresowanych wsparciem mojego raportu odsyłam poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A jeśli zechcielibyście nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Dystrybucja pomocy humanitarnej we wsi Ukrainka/fot. własne