Bucza

Trzy lata temu armia ukraińska wyzwoliła Buczę, a świat przekonał się, jak rosyjskie wojska postępują na okupowanych obszarach. O buczańskiej zbrodni napisano już wiele, nie będę więc przytaczał szczegółów. Nie zamierzam również polemizować z intelektualnymi i moralnymi miernotami, które zaprzeczają rosyjskiemu sprawstwu. Chcę Wam za to podrzucić króciutką opowiastkę o tym, jak niezłomni potrafią być ludzie.

Kilka razy zdarzyło mi się przejeżdżać przez Buczę w drodze na wschód. Ale nigdy nie było czasu, by się zatrzymać. Latem zeszłego roku decyzję podjął żołądek – i tak wylądowałem przy fast foodzie ze zdjęcia. Serwowano tam owoce morza; żaden ze mnie koneser tego typu kuchni, w Ukrainie szukam czegoś bardziej swojskiego, ale pal licho, uznałem.

Nie pamiętam już, co wjechało na ruszt, ale było dobre.

I generalnie było mi dobrze. Bucza to takie leśne miasto, wszędzie rosną piękne, pokaźne iglaki. Był środek lata, przyjemny wieczór, niedziela. W barowym ogródku siedziały całe rodziny; dźwięki przyjaznych rozmów zlewały się ze śpiewem ptaków.

Wokół nie było żadnych śladów zniszczeń.

Nie działo się NIC nadzwyczajnego, ot zwykła sielanka.

No ale to była Bucza, w której rosjanie zamordowali 600 mieszkańców. W której Ukraińcy zorganizowali zasadzkę na kolumnę agresorów i puścili z dymem i posłali w diabły ekwiwalent batalionu wojska.

Więc trudno było oprzeć się wrażeniu surrealizmu. I cudownie było zanurzyć się w tej normalności. Z ulgą uznać, że życie toczy się dalej…

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

„Oczko”

Ukraińcy zaatakowali w nocy bazę rosyjskich sił powietrznych w Engels. Lotnisko znajduje się w obwodzie saratowskim, 700 km od granicy z Ukrainą.

Do uderzenia wykorzystano drony, ale pojawiły się też doniesienia o użyciu „długiego Neptuna” – rakiety pierwotnie zaprojektowanej jako pocisk przeciw-okrętowy, po modyfikacji zdolnej razić cele naziemne na dystansie do tysiąca kilometrów. Ukraińskie dowództwo nie podaje szczegółów misji.

Na co dzień w Engels stacjonują bombowce dalekiego zasięgu Tu-95 i Tu-160, wykorzystywane do nalotów na ukraińskie miasta. Tuż przed atakiem na miejscu bazowały po trzy maszyny każdego typu.

Nie wiemy, czy któreś z nich zostały zniszczone lub uszkodzone, za to na pewno w powietrze wyleciał skład amunicji, uzupełniony 19 marca kolejną partią pocisków manewrujących Ch-101. Rano nad lotniskiem unosił się potężny słup dymu, mieszkańcy okolicznych miejscowości pisali w mediach społecznościowych o dużej liczbie eksplozji wtórnych. Siła pierwotnego wybuchu była tak duża, że fala uderzeniowa uszkodziła budynki w promieniu pięciu kilometrów.

Duże ognisko pożaru zarejestrował system nadzoru satelitarnego FIRMS, należący do amerykańskiej NASA.

Wojsko i lokalne władze zarządziły ewakuację bazy oraz kilku sąsiadujących z nią wiosek.

Na razie brakuje wiarygodnych doniesień o innych zniszczeniach i skali strat.

Samoloty Tu-95 i Tu-160 są częścią rosyjskiej jądrowej triady (obok okrętów podwodnych i naziemnych wyrzutni). Stanowią więc o potencjale odstraszania rosji i z tego powodu uchodzą za broń o kluczowym znaczeniu. W wojnie z Ukrainą bombowce używają konwencjonalnej amunicji. Co istotne, nie wykonują klasycznych rajdów bombowych – nadlatując nad cel i zrzucając bomby – a atakują znad terytorium rosji, strzelając dalekonośnymi rakietami i pociskami manewrującymi. Działają poza zasięgiem ukraińskiej obrony przeciwlotniczej, nie grozi im ukraińskie lotnictwo załogowe, zbyt szczupłe, by operować nad federacją. Patrząc z perspektywy Ukraińców, walka z Tupolewami ma głównie charakter pośredni i sprowadza się do zestrzeliwania wysłanych przez bombowce rakiet.

Fizyczne próby eliminacji samolotów – poprzez ataki na głębokie rosyjskie zaplecze – to nadal wyjątkowe sytuacje. Z uwagi na konsekwencje, bardzo dla rosjan niebezpieczne. Całe rosyjskie lotnictwo strategiczne to około 80 maszyn (Tu-95 i Tu-160). W stanie lotnym jest połowa tego sprzętu, co oznacza, że nawet pojedyncze straty mają dotkliwy wymiar.

Warto też zwrócić uwagę na aspekt prestiżowy – kluczowa infrastruktura i sprzęt winny być „oczkiem w głowie” rosjan. Nie istnieją systemy nie do pokonania, ale fakt, że ukraińskie drony (rakiety?) przebijają się nad strategiczne obiekty, źle świadczy o kondycji rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Przebijają regularnie, o czym więcej piszę w tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto link do tego materiału.

—–

Szanowni, mam też do Was prośbę. Moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Waszemu wsparciu. Kilkudniowa awaria platformy patronackiej sprawiła, że tego wsparcia jest ostatnio mniej. Damy radę nadrobić?

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane pozycje) znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Potężny słup dymu nad lotniskiem/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Rura

Weekend przyniósł dalsze pogorszenie sytuacji oddziałów ukraińskich w obwodzie kurskim. Mil-blogerzy prognozują, że Sudża – największa miejscowość zajęta przez Ukraińców – zostanie odbita w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin. To się jeszcze okaże, co nie zmienia faktu, że rosjanie próbują, sięgając w tym celu po desperackie kroki.

W nocy z 7 na 8 marca usiłowali przeniknąć za ukraińskie linie, wykorzystując w tym celu nitkę nieczynnego gazociągu „Przyjaźń”. Ukraińcy potwierdzają, że przeciwnik – w silne kompanii wojska – wyszedł na ich tyły, zaznaczają jednak, że doszło do tego na obrzeżach Sudży. I że zagrożenie zostało „szybko wyeliminowane”. Źródła rosyjskie rozpisują się z kolei o długiej i dramatycznej walce w centrum miasta. Choć obie strony różnią się w ocenie dynamiki zajść i wskazują inne lokalizacje, zgodnie przyznają, że „atak z rury” już się zakończył, że rosjanom nie udało się zdobyć przyczółku i doczekać do nadejścia większych sił.

Skąd pomysł na taką akcję? Wbrew doniesieniom części mediów, nie jest to pierwszy przypadek użycia nieczynnych rurociągów w tej wojnie. Kilkanaście miesięcy temu – podczas zmagań o Awdijiwkę – rosjanie również przedostali się w ten sposób za ukraińskie pozycje. Patrząc bardziej wstecz – w doskonałym filmie wojennym „Wróg u bram” jest scena, w której sowieccy snajperzy przechodzą nad pozycjami Niemców rurami służącymi do transportu pary. Ten element scenariusza zaczerpnięto z rzeczywistych wydarzeń – zmagań o Stalingradzką Fabrykę Traktorów z jesieni 1942 roku. Bitwa o Stalingrad ma wymiar ikoniczny, zwłaszcza w rosji; niektóre jej epizody mogą inspirować nie tylko filmowców.

Co jeszcze wiemy o „ataku z rury”? Większość z ponad setki ludzi, którzy wzięli w nim udział, stanowili byli najemnicy z Grupy Wagnera. Dziś służą oni w brygadzie o nazwie „Weterani”, będącej regularną jednostką rosyjskiej armii. Ten status nie zmienia faktu, że nadal są to ludzie do zadań szczególnie trudnych, wnioskując zaś po skutkach, po prostu samobójczych. „Weterani” mieli do pokonania ponad 12-kilometrowy odcinek gazociągu o średnicy140 centymetrów. Nie wiemy, ile czasu zajęło im przebycie tego dystansu, ale źródła po obu stronach podają, że wielu wojskowych opuściło instalację z objawami zatrucia metanem. Na ujawnionych przez Ukraińców filmikach – pochodzących z telefonów zabitych lub wziętych do niewoli rosjan – widać, że tylko część dywersantów wyposażono w maski przeciwgazowe. A podkreślmy raz jeszcze – mowa o gazociągu, który z uwagi na swą specyfikę musi być szczelny, oraz o instalacji, w której nie ma naturalnego przewiewu.

Niezależnie od tego, w jakiej faktycznie byli kondycji, „Weterani” przeszli na ukraińskie tyły. I tu wersje obu stron się rozjeżdżają. Ukraińcy twierdzą, że w porę zorientowali się o zagrożeniu i już na rosjan czekali. Na dowód przedstawiają dwa filmy z drona, gdzie widać opuszczających rurę mężczyzn, „witanych” salwami. Z kolei rosyjskie źródła przekonują, że udało im się przeciwnika zaskoczyć – i na tej podstawie budują narrację o „wielogodzinnym związaniu walką”.

Motyw „podtrutych, ale dzielnych wojowników” podchwyciło już wielu rosyjskich propagandystów. Hołubienie straceńczego bohaterstwa to „abecadło” rosyjskiej propagandy i polityki historycznej, nie ma w tym więc niczego dziwnego. Szczególnie, że takie przeniesienie akcentów pozwala odwrócić uwagę od porażki całego przedsięwzięcia.

Tym niemniej generalna sytuacja w obwodzie kurskim jest dla rosjan korzystna. O czym piszę w tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto aktywny link do tego materiału.

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. rosjanie w sudżańskiej rurze/fot. rosyjski profil propagandowy

Granada

„W drodze do Dnipro, kurnikiem, który kiedyś był autobusem. Obok mnie siedzi na oko 30-letnia dziewczyna z synem. Archetyp słowiańskiej urody w wiejskim wydaniu. Na tapecie telefonu ma swoje zdjęcie w skromnym stroju kąpielowym, w nieskromnej pozie. A gdy aparat dzwoni, rozlega się melodia radzieckiego/rosyjskiego hymnu. Jesteśmy na Ukrainie, która de facto znajduje się w stanie wojny z Rosją. Marszrutka pełna, także żołnierzy. Nikt nie reaguje…”

Napisałem te słowa dokładnie 10 lat temu, podczas swojej pierwszej wojenno-reporterskiej wyprawy do Donbasu (stąd „na” i rosja z wielkiej; zachowałem oryginalny zapis). Gdy przeglądam sporządzone wówczas notatki, niekiedy uśmiecham się pod nosem – zdumiewały mnie sytuacje, które dziś uchodzą za oczywiste. Drwię sobie nieco ze swojej niewiedzy i naiwności, choć z drugiej strony mam też świadomość ogromu roboty wykonanej „po drodze”. Ileż musiałem się tej Ukrainy nauczyć…

Ale ja nie o tym.

Opisana sytuacja nie była wyjątkowa. Kilkanaście dni wcześniej trafiłem do Kramatorska. W hotelu noszącym nazwę miasta rozlokowało się wojsko – zaledwie jedno z pięter udostępniono dla „normalnych” gości. Za opłatę plus łapówkę wynajęliśmy z kolegami 3-pokojowy „apartament”, który stał się naszą „bazą”. Za dnia wizytowaliśmy front, na noc wracaliśmy do hotelu. W jednym z pomieszczeń każdego wieczoru wyświetlano filmy – odgłosy ścieżki dźwiękowej dochodziły do baru, ale seans był wyłącznie dla żołnierzy. Drzwi do „sali kinowej” strzegła pani z obsługi, zacnych rozmiarów niewiasta. Dopiero trzeciego dnia, widząc znajome już gęby, „strażniczka” wpuściła nas do „kina”. Co zobaczyłem na zaimprowizowanym ekranie? Ano kadr z „9. Kompanii”, rosyjskiej superprodukcji, opowiadającej losy sowieckiego oddziału wysłanego w latach 80. do Afganistanu. Film ewidentnie „wessał” kilkunastu oglądających go żołnierzy. Fakt, był świetnie zrobiony, no ale był też rosyjski… „To także ich historia”, tłumaczyłem sobie zachowanie ukraińskich wojskowych.

Kilka miesięcy później popiłem z żołnierzami, którzy stali na wysuniętych pozycjach pod Mariupolem. Wódka to czy nawyk, nie mam pojęcia – w każdym razie w którymś momencie jeden z wojskowych zaintonował piosenkę grupy „Lube”. „A na wajnie kak na wajnie”, zaczął i poleciało. Utwór „Kombat”, potem inne; śpiewało w sumie kilka osób, sam się przyłączyłem. Znałem te strofy, bo gdy jesienią 2014 roku zaczynałem sobie odświeżać rosyjski, robiłem to m.in. słuchając muzyki. A na „Lube” natknąłem się kilka lat wcześniej, twórczość rosjan – ckliwie opiewająca żołnierski los – cieszyła się bowiem dużą popularnością pośród Polaków służących w Afganistanie. No więc śpiewałem i ja – na tyle jeszcze trzeźwy, by mieć poczucie surrealizmu. Ukraińscy żołnierze na co dzień strzelający do putinowców, wykonywali piosenkę ulubionego zespołu putina…

Ale, jak mawia klasyk, dawno to już i nieprawda.

Nie wiem, skąd u mnie notes z logo uniwersytetu w Granadzie – nigdy nie byłem w Hiszpanii. Tak czy inaczej mam zeszycik z dwugłowym orłem na niebieskiej okładce. I wziąłem go ostatnio do Ukrainy, wszak jestem z pokolenia, które notuje na kartkach, długopisem. I poszedłem z tą „granadą” na spotkanie do lokalnej administracji wojskowej. Przyznam bez bicia – nie dostrzegłem zainteresowania, jakie mój kajet wywołał u gospodarza, zarządcy jednego z miasteczek obwodu charkowskiego. Zorientowałem się post factum, gdy tenże podszedł do mnie i zastukał palcem po okładce. „Myślałem, że to rosyjski orzeł”, powiedział. „I w pierwszej chwili chciałem cię wyrzucić”, przyznał. „Uratował cię ten napis”, raz jeszcze stuknął palcem w napis pod orłem. „Universidad de Granada”, przeczytał na głos i klepnął mnie w ramię.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

A na zdjęciu ja, z tego pierwszego ukraińskiego wyjazdu. Gęba jakaś taka młodsza…/fot. Rafał Stańczyk

Kable

W latach 2008-2010 dwie trzecie spośród poległych zachodnich żołnierzy stacjonujących w Afganistanie padło ofiarą min-pułapek, określanych mianem IED (ang. Improvised Explosive Device). „Ajdiki” – jak nazywali je Polacy – stały się największą zmorą koalicjantów, a ich wyszukiwanie i niszczenie – jednym z głównych zadań ISAF (ang. International Security Assistance Force).

To w takich okolicznościach pod Hindukusz trafiły zestawy RCP (ang. Route Clearance Patrol) – każdy składający się z kilku pojazdów wyposażonych w sprzęt pozwalający wykryć i zneutralizować ukryty nawet kilka metrów pod ziemią ładunek. Tyle że RCP cudów nie czyniły. Zdarzało się, że georadar przeoczył bombę. Dlatego nawet sprawdzona droga nie dawała całkowitej gwarancji bezpieczeństwa. Ba, samo „ar-si-pi” wymagało wsparcia – pojazdy zestawów też wylatywały w powietrze.

Niedoskonałość technologii starali się niwelować saperzy – gdy patrol wjeżdżał w rejon wzmożonej aktywności „kopaczy”, to oczy i doświadczenie żołnierzy tej specjalności decydowały o życiu i śmierci pozostałych. Wyposażeni w ręczne wykrywacze i noże saperzy opuszczali wozy, sprawdzając przepusty pod jezdniami – gdzie najprościej było ukryć IED. A ponieważ szukali też odciągów – drutów łączących „ajdiki” z zapalnikami – o ich robocie mówiło się „chodzenie na wąsach”.

„Na wąsach” chodzili nie tylko saperzy (choć to oni zawsze oceniali znaleziska). Robotę wykonywali także zwykli piechurzy – im było ich więcej, tym lepiej. Szersza tyraliera pozwalała szukać odciągów również z dala od drogi. Zwykle zaś było tak, że im dalej od jezdni, tym gorzej „tamci” maskowali kable.

A słowo „kabel” nie najlepiej oddawało istotę rzeczy – odciągi to cieniusieńkie przewody; trzeba było naprawdę się wysilić, by je dostrzec. Z boku trochę przypominało to grzybobranie. Trochę, wszak grzybiarz co najwyżej wdepnie w ludzką czy zwierzęcą „minę” a tam… Cóż, rebelianci szybko zorientowali się, że „wąsiarze” krzyżują im szyki. Zaczęli więc na nich polować. Ostrzeliwując z broni ręcznej i upychając przy drogach miny-naciskówki. Zakopywane na chybił trafił, w miejscach, przez które – zakładano – przejdą zachodni żołnierze. A nuż któryś wdepnie.

Niestety, zdarzali się pechowcy…

—–

Powyższe notatki sporządziłem kilkanaście lat temu, po którychś ze swoich „wąsów”. Dlaczego do nich wracam? Ano historia lubi się powtarzać.

Kable nie były najszczęśliwszym rozwiązaniem dla afgańskich rebeliantów – fizycznie łączyły ładunek z osobą, która miała go zdetonować (lub z miejscem, gdzie taki operator miał wykonać zadanie). A to co najmniej potencjale kłopoty, choć po prawdzie, żołnierze ISAF z rzadka „szli po nitce do kłębka”. No ale ryzyko istniało, istniał też łatwy sposób, by go uniknąć – detonacja z wykorzystaniem sygnału radiowego czy sygnału GSM. Odpalane w tej sposób „ajdiki” przez jakiś czas „królowały” na afgańskim froncie, ale – akcja rodzi reakcję. Zachodnie wozy zaczęto wyposażać w zagłuszarki, tworzące „parasol” czy jak kto woli „bąbel antydostępowy”, chroniący pojazd i najbliższą okolicę. Skuteczność zagłuszania sygnałów bywała różna, ochrona wymagała ciągłych zmian w obrębie kolejnych częstotliwości, co do zasady jednak talibom trudno było się przebić. Chcieli więc czy nie, musieli wrócić do „tradycyjnego” kabla (i detonacji wywoływanej impulsem elektrycznym).

No to gdzie ta powtórka z historii? Już wyjaśniam.

Drony FPV od dawna są zmorą obu stron rosyjsko-ukraińskiego konfliktu. Początkowo służyły tylko do obserwacji, ale szybko zaczęto je dostosowywać do przenoszenia ładunków wybuchowych. Dziś obie armie używają tysięcy dronów dziennie i choć ich skuteczność procentowo nie jest wysoka – do celów dolatuje raptem kilka na sto aparatów – „w kupie siła”. I w precyzji, wszak dronem można razić pojedynczego człowieka; decydują o tym cechy motoryczne urządzeń oraz fakt, że da się nimi sterować w czasie rzeczywistym. Łatwo sterować – mimo zdalnego trybu pracy – gdyż mówimy o broni wyposażonej w kamerę.

Minusy? Działa toto w oparciu o sygnał GPS, a ten da się zakłócać. Co obie strony konsekwentnie próbują robić (stąd, m.in. tak niski odsetek „dolatujących” dronów).

Remedium? Światłowód, rzecz nieco inna niż ta służąca do odpalania „ajdików”, ale jednak kabel. Przewód, jak zwał, tak zwał (wiem, że fachowcy mnie za tę nonszalancję zjedzą, ale to nie jest specjalistyczny periodyk).

Jako pierwsi „drony na sznurku” zaczęli używać rosjanie – najwcześniejsze sprawdzone doniesienia pochodzą sprzed kilku miesięcy. Sterowane przy pomocy światłowodu urządzenia ze znacznie większą swobodą wlatywały i wlatują nad ukraińską „zerówkę” (linię frontu”) i jej bezpośrednie zaplecze. Kabel implikuje problemy – dron „na sznurku” może o coś zawadzić, zaplątać się i w efekcie też nie dolecieć do celu – ale nie sposób go zakłócić (zakłócić transmisję danych umożliwiających sterowanie).

Co oczywiste, Ukraińcy również sięgnęli po to rozwiązanie. A dziś czytam o dronie wyposażonym w szpulę, z której można rozwinąć… 40 km przewodu. Widziałem zdjęcia aparatu wyposażonego w dodatkowe silniczki (szpula swoje waży), ale nie jestem w stanie ocenić, czy to rzeczywiście działa. Dotychczasowy zasięg maszyn „na kablu” był znacznie niższy (poniżej 10 km), mielibyśmy zatem do czynienia z wielkim przeskokiem.

Na razie dla jednej ze stron, ale przecież druga nie śpi.

40 czy „tylko” 10 km, jedno jest pewne – aparaty sterowane światłowodem znów podbijają stawkę. Pewnie znajdzie się technologia/technika odpowiadająca „chodzeniu na wąsach”. Jaka? Nie mam pojęcia; może drony z nożyczkami?

—–

Na dziś to tyle, dziękuję za lekturę! Jutro spędzam czas w drodze, ale wrócę tu w piątek.

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Strzelanie z wyrzutni przeciwpancernej Fagot, ostatnie, jakie było udziałem żołnierzy 6 Brygady Powietrznodesantowej (odbyło się w 2010 roku i miało na celu zużycie zapasu amunicji do tego już wówczas archaicznego systemu). Dlaczego zamieszczam akurat takie zdjęcie? Ano co jakiś czas przypominam sobie, jak zasobne jest moje osobiste archiwum, ile w nim fajnych fotografii, którymi warto się podzielić. W tym przypadku idzie też o podstawowe podobieństwo do narzędzi opisanych w tekście. Układ kierowania pociskami Fagotów – co nie jest niczym nadzwyczajnym w przypadku wyrzutni ppk – także korzystał z przewodowego przesyłania sygnałów. Przy tej rozdzielczości zdjęcia nie zobaczycie „nitki”, ale ja ją widziałem, słowo!

Widziałem też, kilka strzałów później, jak jedna z rakiet – miast polecieć do przodu – pomknęła ku górze. „Zwariowała”. Nie mam tego na zdjęciu, bo zabrakło mi refleksu, a pewnie też i zimnej krwi, wszak przekonany, że pionowy lot skończy się powrotem w okolice miejsca startu, dałem nogę (nie że tylko ja…). Szczęśliwie pocisk się „rozmyślił” i wrócił do poziomej orientacji, ale – jak mawia klasyk – śmiechu było przy tym co niemiara. To już jednak zupełnie inna historia…/fot. własne