B-52

Poleciał wczoraj putin do Kaliningradu. Obecność führera na odebranej Niemcom prowincji, w rosyjskiej eksklawie pośród unijnych ziem, na „lotniskowcu” rus-armii, w rocznicę wybuchu wojny, w czasie trwania kolejnej, która jest również starciem Zachodu z rosją, nie była li tylko zwykłą wizytą głowy państwa. Chciał car w starym stylu pogrozić, ponapinać mięśnie. Gdyby mógł, dałby się sfotografować podczas wizyty w pułku Iskanderów, ale skądinąd wiadomo, że rakietowe jednostki już dawno temu przerzucono na Białoruś – gdy okazało się, że to, co pierwotnie zadysponowano „na Ukrainę”, nie wystarcza. Kolejne baterie Iskanderów też Ukraińców nie złamały, a wystrzelawszy zapasy, czekają teraz na dostawy. Które może przyjdą, a raczej nie, bo przemysłowi brakuje (zachodnich) komponentów do produkcji.

Ptaszki ćwierkają, że miał putler w zamian pojawić się na lotnisku, gdzie stacjonują MiG-i-31. O których przybyciu do obwodu rozpisywały się dwa tygodnie temu rosyjskie media, hurrapatriotycznie zaznaczając, że myśliwce przenoszą hipersoniczne pociski Kindżał. I że teraz to dopiero NATO narobi w majtki. No więc nie narobiło, o czym później. Najpierw jednak o putinie, który ostatecznie na żadnym lotnisku się nie pojawił. Chyba prawdą jest, że unika on od jakiegoś czasu otwartych przestrzeni; ostatni raz widać go było w takim miejscu 9 maja, z okazji dnia pabiedy. Stanęło więc na tym, że putin w Kaliningradzie spotkał się ze szkolną młodzieżą. W jakiej to piwnicy było, nie wiadomo.

Wiadomo za to, że NATO postanowiło zrobić show of force co się zowie. I dziś koło południa trzy B-52 przefrunęły sobie nad państwami nadbałtyckimi, momentami ledwie 50 km od sowieckiej granicy. W rygorach wojennej sztuki to taniec na nosie, wyraz pogardy dla możliwości kacapskiego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej. Oj musiało się gotować w orczych centrach dowodzenia, gdy „anioły zagłady” muskały skrzydłami ukochany przez wodza Petersburg, a później ten sam „rzut beretem” dzielił je od Kaliningradu. Nie wiem, co niosły boeingi, ale pamiętajmy, że to bombowce strategiczne. W czasach sprzed 1989 roku ich pojawienie się w okolicy wieszczyło drugą część (po pierwszej fazie rakietowego ataku) atomowego armagedonu. Tym ważniejsze zatem jest to, co wydarzyło się później – dwie maszyny poleciały w stronę Szwecji, a potem na zachód (do Wielkiej Brytanii), jedna zaś usiadła w Polsce, w Powidzu. Po raz pierwszy w historii na polskiej ziemi wylądował legendarny B-52.

O czym donoszę Wam w nieco piąteczkowym stylu, choć wciąż jak najbardziej na serio.

—–

Nz. B-52 w Powidzu/fot. MON

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Niedyskrecja

Przywołana w jednym z wcześniejszych wpisów wpadka w Berdiańsku niczego Rosjan nie nauczyła. 2S4 Tulipan to 240-milimetrowy moździerz, niemający odpowiednika w zachodnich armiach. Zainstalowany na gąsienicowym podwoziu, poza wielką siłą rażenia cechuje się też wysoką mobilnością. Niezwykle niebezpieczna broń, gdyby używać jej zgodnie z przeznaczeniem i… z dala od mediów. Pod koniec maja br. jeden z moździerzy trafił na front na przemysłowych przedmieściach Rubiżne w obwodzie ługańskim. Aleksander Kots – reporter „Komsomolskiej Prawdy” i bloger – umieścił na swoim kanale na Telegramie filmik ilustrujący pracę artylerzystów. Materiał poszedł „na żywca”, bez wizualnej obróbki. Efekt? Niespełna dobę później tulipan – wciąż na tej samej pozycji – został trafiony bombą z drona, a ukraińskie dowództwo zwróciło się do autora reportażu na jednym z oficjalnych profili. „Dzięki za cynk!”, napisano, załączając do wpisu wideo z zarejestrowanym atakiem na moździerz.

W połowie sierpnia br. dotkliwe straty poniosła tzw. Grupa Wagnera, firma najemnicza działająca w Ukrainie na zlecenie Kremla. W pojedynczym ataku ukraińskiej artylerii zginęła setka najemników, przez wiele godzin wydawało się, że był wśród nich założyciel przedsiębiorstwa Jewgienij Prigożyn, bliski współpracownik prezydenta Rosji. „Kucharz Putina” przeżył, ale to jego zdjęcie w towarzystwie współpracowników – umieszczone na propagandowym kanale Grey Zone na Telegramie – posłużyło Ukraińcom do identyfikacji miejsca skoszarowania wagnerowców. Resztę roboty wykonała wyrzutnia Himars, rażąc precyzyjnie zamieszkały do niedawna przez cywilów blok w okupowanej Popasnej.

Pokora i zrozumienie

Nie zamierzam bynajmniej zostawić czytelnika z przekonaniem, że błędy tego typu są charakterystyczne dla konkretnej nacji. Kilkanaście lat temu opublikowałem fotografię spadochroniarzy z 6. Brygady Desantowo-Szturmowej, wykonaną podczas patrolu w Afganistanie. Żołnierze nie nosili na głowach hełmów, co podczas spuszczania migawki nie wydawało mi się niczym nadzwyczajnym (sam unikałem kłopotliwego „garnka”). Gdy tekst ukazał się na prowadzonym przeze mnie blogu, pod „moim” kampem ustawiła się kolejka „petentów”. Okazało się, że popełniłem potencjalnie szkodliwe faux pas. „Jeśli zginę, ubezpieczyciel będzie miał dowód, że nie zawsze postępowałem zgodnie z zasadami BHP. A każdy pretekst do odmowy wypłaty odszkodowania jest dobry…”, wyjaśnił mi jeden z wojskowych. Jakiś czas później poproszono mnie, bym nie informował internautów na bieżąco, gdzie przebywam. W oczach opinii publicznej śmierć żołnierzy nie była już wówczas niczym wyjątkowym, ale zabicie dziennikarza zapewne odbiłoby się szerokim echem – na czym bardzo zależało talibom. „Ruch oporu ma wyspecjalizowane komórki białego wywiadu, czytają też i ciebie”, przekonywał mundurowy ze służb. Troszczył się o swoich, którym towarzyszyłem, a którzy mogliby zginąć przy próbie zabicia reportera. W patrolu przestrzeganie tej zasady nie było trudne – niewidzialny parasol zakłóceń, uniemożliwiający zdalne odpalanie min-pułapek, pozbawiał łącza i mój telefon. Ale z dala od wozów i w bazach, pojawiała się pokusa „bycia on-line”. Skłamałbym, deklarując, że pokora i zrozumienie dla wymogów wojska przyszły automatycznie.

„Pierwszego polskiego Kraba widzę dobre 300 km przed Donbasem. To chyba dobra wróżba”, zatweetował w połowie lipca br. reporter Onetu Marcin Wyrwał. Ów krótki wpis wywołał burzę, łącznie z sugestiami szpiegostwa na rzecz Rosji, w czym celowali medialni funkcjonariusze „dobrej zmiany”. Lecz niesprawiedliwe oskarżenia nie zmieniają faktu, że dziennikarz popełnił błąd. Na zdjęciu widać sporo szczegółów ułatwiających lokalizację. Co więcej, przedstawia ono jedną z podarowanych Ukrainie armato-haubic na lawecie, unieważniając późniejszy argument reportera, że fotografię osadził w sieci kilka dni po wykonaniu. Kilkudziesięciotonowy zestaw ma mobilność ograniczoną przez nośność mostów; informacja, że sprzęt jedzie na front „asfaltem”, a nie koleją (na wschodzie eszelon to nadal domyślny sposób przerzutu wojska i uzbrojenia), pozwala wytypować ograniczoną liczbę możliwych dróg. Potem wystarczy się przyczaić w oczekiwaniu na kolejną okazję. Rosjanom nie powiodły się polowania na kraby ani na froncie, ani na tyłach, co świadczy o słabości ich lotnictwa i niemożności penetracji zaplecza nieprzyjaciela przy użyciu grup dywersyjnych. Ale to może się zmienić.

Źródło i narzędzie

Od zawsze jednym z elementów decydujących o zwycięstwie w wojnie był dostęp do informacji. Wygrywała zwykle ta strona, która więcej wiedziała o przeciwniku – jego planach, uzbrojeniu, miejscach dyslokacji wojsk. Dziś – jakkolwiek większość takich informacji jest niejawna i ma charakter rozproszonej wiedzy – nie trzeba „siedzieć w głowach” wrogich dowódców czy cieszyć się dostępem do supertajnych baz. Mnóstwo użytecznych danych pozostaje „na wyciągnięcie ręki”, za sprawą sieci komórkowych i Internetu, będących zarazem źródłem wiedzy i narzędziem jej pozyskiwania. Zajmują się tym komórki OSINT (ang. Open-Source Intelligence; rozpoznanie na podstawie ogólnodostępnych źródeł), działające jako formalne struktury sił zbrojnych, zajmują też detektywi-amatorzy, często skupiający wokół siebie liczne sieci współpracowników. Pojedyncze zdjęcie wykonane dla ilustracji jakiegoś zdarzenia najczęściej zawiera dodatkowy pakiet danych. Elementy zabudowy mieszkalnej, w tym wnętrza domów i uchwycone didaskalia, miejska infrastruktura – od znaków drogowych po wielkie konstrukcje jak mosty – obiekty przyrodnicze, budowle symboliczne i wiele innych szczegółów pozwalają zidentyfikować miejsce i czas wykonania fotografii. W geolokalizacji pomocne okazują się kąty padania światła czy charakter chmur. Przy dostępie do baz danych meteo – gdzie odnotowuje się rodzaje zachmurzeń dla danych regionów – niewinne tło w postaci obłoków na niebie może zadecydować o trafności wskazania.

Oczywiście, bez odpowiednich mocy obliczeniowych i właściwej przepustowości łącza, zawiodą najlepsze algorytmy zaprojektowane do szukania podobieństw w zbiorach obrazów. Wymogi sprzętowe i techniczne (oraz dostęp do zasobów różnych instytucji) premiują więc legalnych osintowców, ale ci nieformalni czerpią ze społecznościowego charakteru swoich przedsięwzięć. Justin Peden, Amerykanin posługujący się nickiem „Intel Crab”, weryfikuje przypuszczenia w gronie 255 tys. użytkowników. Większość to Europejczycy, co ma ogromne znaczenie, Peden bowiem śledzi postępy rosyjskich wojsk w Ukrainie. „Tak, to moja okolica!”, „to z pewnością punkt X, byłem tam, proszę, mam takie zdjęcia” – reakcje społeczności są niczym rekordy w wyszukiwarce. Parający się białym wywiadem amatorzy i zawodowcy to dwa różne światy, działające w oparciu o inne motywacje. Gdy pierwszym chodzi o zaspakajanie ciekawości, drudzy idą dalej i robią bojowy użytek ze zdobytych informacji. Jednym z oblicz wojny w Ukrainie jest inwigilacja środowisk osintowych przez wyspecjalizowane służby i związany z tym transfer wiedzy. Po prawdzie, wielu detektywów-amatorów ochoczo na taki układ przystaje, wykorzystywanie własnych ustaleń przez ukraińską armię traktując jako wkład w wojenny wysiłek. Po drugiej stronie działa to tak samo, czego przykładem może być społeczność skupiona wokół kanału Rybar na Telegramie. Na motywacji patriotycznej bazuje także mechanizm stosowany w aplikacji telefonicznej Diia. Jej użytkownicy wysyłają dane na temat obserwowanych przez siebie ruchów rosyjskich wojsk. Z dostępnych informacji wynika, że Dii użyło w tym celu co najmniej ćwierć miliona osób.

Fotka z wakacji

Sieciowa niedyskrecja, która tworzy obfite łowiska dla speców od OSINT-u, nie jest oczywiście skutkiem działalności li tylko mediów. Przydatne ślady zostawiają – bądź mogą zostawiać – w zasadzie wszyscy przebywający w rejonie konfliktu, podłączeni do globalnego systemu wymiany informacji. 27 lutego br. – trzy dni po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji – firma Google wyłączyła na swoich mapach dla Ukrainy warstwę natężenia ruchu drogowego. Stało się to na prośbę ukraińskich władz, które argumentowały, że ogólnodostępne dane o zatorach mogą stanowić dla Rosjan pośrednią informację o ruchach ukraińskiej armii. Casus już istniał, co więcej, był „świeżutki” i pochodził z okresu tuż przed atakiem, kiedy światowe media informowały o koncentracji rosyjskich wojsk. Część doniesień oparta była o googlowskie mapy, które rejestrowały poważne zatory w Rosji i Białorusi przy granicy z Ukrainą. Występowanie korków wielokrotnie pokrywało się z obserwowanymi na inne sposoby ruchami rosyjskich kolumn pancernych i transportowych – co pozwoliło uznać „czytanie Googla” za pełnoprawną metodę OSINT. Gwoli wyjaśnienia, Google Maps wykorzystuje do monitorowania natężenia ruchu dane lokalizacyjne smartfonów używanych przez okolicznych kierowców. „Wyłączcie geolokalizację w telefonach”, prosiło obywateli ukraińskie MSW. Gdy padły pierwsze strzały, Ukraińcy z zagrożonych rejonów zniszczyli znaki na drogach i budynkach. „Rosjanie zaczynają orientować się na intensywność mobilnego ruchu, nie ułatwiajmy im zadania”, apelowano. Przy tej okazji wyszło na jaw, że rosyjski system nawigacji satelitarnej Glonass – w założeniu pełnoprawny odpowiednik GPS – jest zbyt „dziurawy” i niewydolny. Do tego stopnia, że wojska inwazyjnie albo były ślepe, albo ratowały się cywilnymi urządzeniami GPS (co wyjaśnia, dlaczego Rosjanie – mimo posiadania odpowiedniej technologii – nie zagłuszają tego rodzaju sygnałów i nie niszczą naziemnych urządzeń odbiorczych; po prostu, są na nie skazani).

Cyfrowy ślad zostawiany przez wojskowych ma też bardziej prozaiczną postać i wynika z codziennych nawyków czasu pokoju. Dmitrij Kartaszow ze 175. Brygady Dowodzenia Południowego Okręgu Wojskowego regularnie aktualizował swój profil na Vkontakte, rosyjskim Facebooku. W maju 2015 r. wrzucił do ogólnodostępnego serwisu selfie, nie zadbał jednak o usunięcie metadanych, dodanych przez smartfon, które zdradziły miejsce wykonania fotografii. Przeoczył również specyficzną „drobnostkę” – znajdujące się za plecami anteny systemu walki radioelektronicznej Rtuć-BM, będącego na wyposażeniu wyłącznie rosyjskiej armii. W tamtym czasie Kreml stanowczo odżegnywał się od udziału swoich żołnierzy w wojnie na Donbasie. Twierdził, że to wewnątrz ukraiński konflikt, z którym Rosja nie ma nic wspólnego. Zdjęcie – jedno z wielu, które wówczas namierzono i spopularyzowano – dowodziło kłamstw Moskwy. Nieznane są dalsze losy Dmitrija Kartaszowa, tak jak nie wiemy, co stało się z rosyjskim turystą, który kilkanaście dni temu postanowił zrobić sobie pamiątkę z wakacji. I podzielić się nią z użytkownikami Vkontakte. Zdjęcie opalonego 60-parolatka na krymskiej plaży nie byłoby niczym godnym uwagi, gdyby nie tło – zestaw obrony przeciwlotniczej S-400 Triumf. Plaża okazała się bardzo charakterystycznym miejscem, fotografię z cyfrowego morza danych wyłowił ukraiński wywiad. Reszty łatwo się domyśleć, co przywodzi do wniosku, że dla świętego spokoju lepiej nie fotografować wojskowych instalacji. O czym mówi się także w Polsce przy okazji każdych większych ćwiczeń, a ostatnio w kontekście licznych transportów uzbrojenia, zmierzających naszymi drogami i torami do Ukrainy.

Nz. 2S4 Tulipan z materiału Aleksandra Kotsa

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 36/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Ropuchy”

24 marca br. dowódca okupacyjnego garnizonu w Berdiańsku przecierał oczy ze zdumienia. W normalnych okolicznościach z położonej na wzniesieniu komendantury rozpościerał się doskonały widok na port. Tego ranka nadbrzeżne instalacje spowiły potężne kłęby dymu, co rusz rozlegał się dźwięk eksplodującej amunicji. Chwilę wcześniej duży okręt desantowy Floty Czarnomorskiej wyleciał w powietrze, a dwie inne jednostki (swoją drogą, zamówione i zbudowane w Polsce „ropuchy”) właśnie salwowały się ucieczką. Do dziś nie ma jasności, czego konkretnie użyli Ukraińcy – czy był to atak dywersantów czy uderzenie precyzyjnymi pociskami (rakietami Neptun, które kilka tygodni później posłały na dno flagowy krążownik „Moskwa”). Pewne jest, że w dniu poprzedzającym spektakularny pożar, w jednej z rosyjskich telewizji nadano krótki materiał z Berdiańska. Autor przechadzał się po placu składowym i z przejęciem opowiadał o masie wojskowego sprzętu, który na pokładach wspomnianych okrętów przypłynął właśnie z Krymu. Równie dobrze mógłby podświetlić zacumowane jednostki znacznikiem laserowym, używanym przy naprowadzaniu „inteligentnych” bomb…

Taki akapit popełniłem wczoraj. To wstęp do większego tekstu, którego obszerny fragment ukaże się w poniedziałek w papierze, a całość – jako jeden z rozdziałów – zawrę w swojej najnowszej książce. Przy okazji – jeśli chcecie pomóc w jej powstaniu, polecam Wam przycisk buycoffee.to u dołu wpisu.

Wracając do Berdiańska i ataku na rus-flotę – dziś rano doszły do mnie echa tamtego zdarzenia. Najpierw jednak – tytułem wprowadzenia – chciałbym zwrócić Waszą uwagę na nie najlepszą kondycję rosyjskiego przemysłu stoczniowego. Zaraz ktoś mi powie, że przecież wodują nowe jednostki. No tak, ale jakie? W jakich liczbach? I ile zajmuje ich budowa? No więc drobnicę i średniaki (w rosji nie powstaje nic o tonażu powyżej 10 tys. ton), niewiele, z opóźnieniami sięgającymi lat. O fatalnej terminowości i niskiej jakości napraw stoczniowych piszą nawet otwarcie branżowe rosyjskie media. Jako przykład degradacji możliwości niech posłuży ciężki krążownik rakietowy „Admirał Nachimow”, remontowany i modernizowany od… 23 lat. Z najświeższych doniesień wynika, że okręt ma wrócić do służby w przyszłym roku. Podobna sytuacja ma miejsce z krążownikiem lotniczym „Admirał Kuzniecow” – to ten dymiący „lotniskowiec”, który swego czasu można było oglądać na Morzu Śródziemnym, gdy próbował – wzorem amerykańskich jednostek – zabezpieczać lotniczo kontyngent lądowy w Syrii. Skończyło się na kilku katastrofach samolotów i powrotem na kolejny remont, który trwa od czterech lat. I którego końca nie widać. Przy okazji okręt przeszedł pożar (ahh te zaprószenia…), zatonął też dok pływający, w którym go umieszczono.

I mógłbym tak dużo i długo, ale nie w tym rzecz. 24 marca ogień strawił duży okręt desantowy „Saratow”, a uszkodzeniu uległy dwie mniejsze jednostki – „Kunikow” i „Nowoczerkawsk”, wspomniane „ropuchy”. Pięć miesięcy później okazuje się, że oba desantowce jednak nie wrócą do służby. I tu zaczyna się ciekawie, winę bowiem przypisują rosjanie… Polakom. Problemem nie są rzekomo zniszczenia wywołane pożarem (i nieumiejętność ich usunięcia), a wadliwe dysze silników wysokoprężnych, które rosyjska marynarka zakupiła w Polsce w 2019 roku. Diesle obnażyły swe słabości dopiero teraz, akurat na dwóch jednostkach poturbowanych w Berdiańsku. Inne „ropuchy”, wyposażone w te same podzespoły, pozostają sprawne. Z powodu sankcji nie ma możliwości zakupu jednostek napędowych w Polsce – skarżą się rosjanie.

Cóż, w tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak oba desantowce zalać betonem i posadzić na dnie. Najlepiej koło „Moskwy”, będzie im raźniej.

—–

Nz. Berdiańsk w momencie ataku. Na pierwszym planie jedna z „ropuch”, w tle płonący „Saratow”.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przesmyk

O „przesmyku suwalskim” mówi już nawet Al-Jazeera (swoją drogą, polecam śledzenie profilu na FB – narracja redakcyjna jest subtelnie prorosyjska, ale już lektura komentarzy to podróż bez trzymanki poza naszą, zachodnią bańkę informacyjną; Arabowie modlą się za Putina i trzymają kciuki za Rosję, Polska zaś… głoduje).

Ale wrócimy na przesmyk, o którym ostatnio znów jest tak głośno, także w zagranicznych mediach. Nie wiem, co za geniusz geopolityki wymyślił to określenie. Komu wyszło, że Rosjanie będą dążyć do zajęcia kawałka Suwalszczyzny, by tym samym odciąć kraje nadbałtyckie od lądowego połączenia z NATO.

Zerkając na mapę, sprawa wydaje się oczywista. Ale… Ale wojskowi nie patrzą na mapy polityczne, bo z nich niewiele wynika. Kto zna tę część Polski (a ja znam bardzo dobrze), ten wie, jak koszmarnie ukształtowany jest tam teren. Jeziora, rzeki, bagna, lasy; cudowna przyroda to wróg każdej nacierającej armii.

Rosjanie o tym wiedzą, wiedzieli zanim brutalnie zdarzyli się z rzeczywistością w środkowej części Donbasu. Gdzie podobna topografia obnażyła ich niemoc w pokonywaniu przeszkód terenowych. Gdzie błyskawiczna w założeniu ofensywa wyhamowała niemal do zera przez rzeki i lasy.

Rosjanie nie oponowali, gdy swego czasu – parę lat wstecz, gdzieś u początków rządów PiS-u – wybuchła u nas przesmyko-suwalsko-histeria. Bo i po co mieliby to robić? Nasze polskie lęki były im na rękę, pozwalały bowiem pielęgnować mit groźnej Rosji, z którą trzeba się liczyć, bo uderzy tak, że zaboli.

Ale dajcie już spokój – zwracam się do domorosłych strategów i geopolityków. Przestańcie pierd…ć o tym przesmyku, bo to się kupy nie trzyma. Rosja nie zaatakuje teraz natowskiego kraju, a gdyby już – z jakichś absolutnie nieracjonalnych powodów – miała to uczynić, po co jej odcinać państwa nadbałtyckie, skoro mogłaby zająć je w 2-3 doby (patrz: podpis pod zdjęciem)? W sytuacji, w której „rąbanie” korytarza z Białorusi do obwodu kaliningradzkiego zajęłoby duuuuużo więcej czasu i wiązało się z przeniesieniem działań zbrojnych na teren jeszcze kolejnego kraju?

—–

Litwa, Łotwa i Estonia nie obronią się same, a zgromadzone tam siły NATO – wśród których, w ramach misji Air Policing, jest także komponent lotniczy – nie wystarczą do powstrzymania rosyjskiej agresji. Obecna doktryna Sojuszu zakłada, że państwa nadbałtyckie wpadną w łapy Rosjan – i że trzeba będzie je odbić (na co alianci, wedle jawnych dokumentów, dają sobie 180 dni). Nz. jeden z polskich F-16, które regularnie biorą udział w misjach AP/fot. Bartek Bera

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Hasła

A gdyby tak książka? – zapytałem Was miesiąc temu. Zawierająca to, co robię na blogu i profilu FB od 24 lutego, znacząco poszerzone, uporządkowane, zredagowane. Na wzór mojego debiutu literackiego sprzed 11 (!) laty („zAfganistanu.pl. Alfabet polskiej misji”). O wojnie w Ukrainie, wszak z licznymi nawiązaniami do innych wojen, które dane mi było oglądać na własne oczy.

Pomysł zyskał społeczny akcept, więc postanowiłem wziąć się do roboty. Do dziś tylko z doskoku, planując poszczególne hasła, ale od jutra już na całego. By skończyć książkę przed upływem lata.

Ponieważ cieszy mnie Wasza aktywność – wszystkie te komentarze, wiadomości, udostępnienia i datki – postanowiłem „uinteraktywnić” proces twórczy. Meldować postęp prac, konsultować wątki, od czasu do czasu podrzucić coś właśnie stworzonego. Chciałbym, abyście mieli poczucie współtworzenia, świadomość bycia częścią projektu pod roboczym tytułem „Opowiem Wam o wojnie”.

Jako się rzekło, oś relacji wyznaczy alfabet, a każda z liter da początek konkretnemu hasłu. Zjawisku, procesowi, historii, które w mojej ocenie mają kluczowy charakter dla zrozumienia istoty rosyjsko-ukraińskiej wojny. W komplecie owe hasła dadzą, zapewne niedoskonały, ale w miarę pełny obraz konfliktu, pozostając przy tym oddzielnymi narracjami, które można czytać w dowolnej kolejności.

Oto, jak je widzę:

A – Analogia – to rodzaj wstępu, w którym pozwolę sobie na eksperyment myślowy. By lepiej unaocznić Czytelnikom kwestie geograficzne, ekonomiczne, społeczne i polityczne, „podmienię” Ukrainę na Polskę; pokażę, jak wyglądałby ów konflikt w naszych realiach, przy zachowaniu głównych elementów ukraińskiej rzeczywistości (nie będzie więc członkostwa w NATO, artykułu V itp.).

B – Bestialstwo – skąd wzięła się Bucza, Borodzianka, Irpień, skąd zaciekłość w niszczeniu cywilnej infrastruktury? Zaproszę Was w podróż po rosyjskiej prowincji, gdzie bieda i kultura przemocy mają się lepiej niż wszystko inne. Opowiem Wam o rosyjskiej niemocy wobec władzy, fatalizmie, spaczonym kolektywizmie, „diedowszczyźnie” i „wojnie ras” w szeregach armii.

C – Cyberwojna – wojna w Ukrainie pokazuje, że „jeszcze czołgi nie zginęły”, że „artyleria wciąż jest bogiem”, ale też, że obok stali ważny jest i krzem. Sieć, moce obliczeniowe – bez nich trudno mówić o skutecznej walce. Ale to będzie również opowieść o „państwie w smartfonie”, o fenomenie ukraińskiej cybernetyzacji usług publicznych i skutkach tego procesu w dobie wojny.

D – Demografia – motywacje Kremla, by zaatakować sąsiedni kraj, miały nie tylko polityczny i wojskowy charakter. Rosja przeżywa potężny demograficzny kryzys, pandemia COVID-19 – która przybrała w tym kraju koszmarny wymiar – tylko spotęgowała negatywne procesy. Władza boi się „islamizacji” i wciąż kalkuluje w XIX-wiecznym stylu – w Ukrainie nie tyle idzie o ziemie i surowce, co o to, by posiąść jej mieszkańców.

E – Ekonomia – Putin zgromadził na okoliczność wojny spore zapasy waluty i kruszców, ale nie przewidział reakcji Zachodu. Jakimi sankcjami obłożono Rosję, jak ów proces postępował, na ile pozostaje skuteczny, zwłaszcza w odniesieniu do możliwości rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego? Co grozi Rosji na skutek izolacji, ale też – bo w końcu sankcje to broń obusieczna – co grozi nam?

F – Front – mieliśmy „fazę romantyczną” wojny, gdzie gros zadawanych najeźdźcom strat wynikał z operowania lekkich pododdziałów piechoty, wyposażonych w broń przeciwpancerną, mamy teraz klasyczne zmagania pozycyjne, z dominującą rolą artylerii. Mieliśmy i mamy działania sił specjalnych. Będzie tu zatem o zmieniającej się specyfice i dynamice pola walki. Plus statystyki ilustrujące skalę zmagań.

G – Generałowie – wysokie straty w rosyjskiej najwyższej kadrze dowódczej to absolutny fenomen tej wojny. Opiszę tu znane i potwierdzone przypadki śmierci generałów i zastanowię się nad socjologicznymi (w tym organizacyjnymi), psychologicznymi oraz historycznymi uwarunkowaniami, jakie stoją za tym zjawiskiem. Będzie to dopełnienie obrazu rosyjskiej armii, „malowanego” w rozdziale B.

H – Hołodomor – wielki głód; dziś są już oczywiste rosyjskie intencje stojące za presją gospodarczą na Ukrainę. Wywołanie głodu w Afryce i zwalenie winy na Kijów mają wzmóc jego międzynarodową izolację i zmusić do kapitulacji. Ale nie bez powodu odwołuję się do ukraińskiej pamięci historycznej. Oparta o nią percepcja tej wojny – nad którą chciałbym się pochylić – każe widzieć inwazję jako kolejny akt rosyjskiego imperializmu wymierzonego w naród ukriński.

I – Idioci – chodzi rzecz jasna o użytecznych idiotów, intencjonalnych i nieświadomych propagatorów rosyjskiej wizji wojny i szerzej – geopolityki. Przede wszystkim w Polsce, ale i z „nóżką” europejską. To w istocie będzie rozdział poświęcony tzw. infowar (to coś innego niż cyberwar) – jej założeniach, przebiegu, możliwościach wyplątania się z sieci rosyjskich agentów wpływu i rusofilskich mentalnych złogów.

J – Język – w jakiejś mierze będzie to uzupełnienie poprzedniego rozdziału. Język, narracja, sposób definiowania rzeczywistości to integralna część infowojny. Ale zamierzam również pochylić się nad semantycznymi aspektami polityki informacyjnej prowadzonej przez Ukraińców oraz przeanalizować pod tym kątem publiczny dyskurs na temat wojny prowadzony w Polsce.

K – Korytarze – sytuacja na południu Ukrainy oraz na Morzu Czarnym wymaga oddzielnego rozdziału. Choćby dlatego, że w pierwotnych rosyjskich planach chodziło „tylko” o wyrąbanie korytarzy z Krymu do separatystycznych republik – Donieckiej z jednej strony i Naddniestrza z drugiej, czyli de facto o odcięcie kraju od morza. Wyszło jak wyszło, o okolicznościach czego chciałbym tu napisać.

L – Lend-Lease – nazwa amerykańskiej ustawy to jedynie pretekst do opisania zachodniej pomocy wojskowej dla Ukrainy, rzecz jasna z bardzo rozbudowaną polską „nóżką”. Kulisy, dynamika, intencje, także w kontekście zaniechań części zachodnich państw w tym zakresie. I trochę historii, bo wsparcie zaczęło się na długo przed inwazją.

M – Mity – jeszcze w lutym mówiło się o „Ukrainie dwóch narodów”, dziś z kolei mówi się o jednym „ukraińskim narodzie politycznym”. W obu przypadkach mamy do czynienia z mitami, za tworzenie których odpowiadają różne podmioty, z różnymi intencjami. Luty okazał się końcem innego mitu – „drugiej armii świata”, rzekomo sprawnego, nowoczesnego i świetnie dowodzonego rosyjskiego wojska.

N – Najemnicy – Wagnerowcy wymagają osobnego rozdziału, choćby z uwagi na postawione przed nimi na początku konfliktu zadanie zabicia prezydenta Ukrainy. Ale to też dobry przyczynek do rozważań o rosyjskich problemach mobilizacyjnych, zarówno w obszarze „zagranica” (kto dziś pamięta o nieudanych próbach skaptowania Syryjczyków?), jak i „kraj”, gdzie chętnych do służby dla rodiny dramatycznie brakuje.

O – Obrońcy – kim są ukraińscy żołnierze i żołnierki, jak wyglądają ich motywacje do walki? Jak wygląda kwestia dezercji/odmów służby/ucieczek? Jak zmieniła się ukraińska armia od 2014 roku, czym była wcześniej (ja po raz pierwszy spotkałem Ukraińców w Iraku w 2005 roku), czym jest dziś (kwestie sprzętowe, organizacyjne, odporności na rosyjską inwigilację)?

P – Poparcie – na zewnątrz wygląda to tak, że Rosjanie w miażdżącej większości popierają politykę Putina. Ale sprawa jest bardziej złożona, o czym świadczą liczne (choć w większości indywidualne) akcje protestacyjne, ataki na biura werbunkowe czy pożary w instytucjach i przedsiębiorstwach o militarnym przeznaczeniu. I stany osobowe armii inwazyjnej, w której brakuje żołnierzy z wielkich miast Rosji.

R – Rasizm – rosyjska armia weszła do Ukrainy z misją „denazyfikacji”, ale kto tak naprawdę kieruje się rasistowską polityką? O „deukrainizacji”, eksterminacji elit, obozach reedukacyjnych, rusyfikacji szkolnictwa – zarówno o planach, jak i ich realizacji na terytoriach okupowanych. A także o traktowaniu „separów” jako mięsa armatniego. Z drugiej strony, o początkach „Azowa” i ekstremistach w ukraińskiej armii i polityce.

S – Szantaż – to będzie rozdział o roli atomowego arsenału w toczonej wojnie. Bo choć bomby nie spadły – i najpewniej nigdy nie spadną – Rosjanie dość umiejętnie zastraszają zachodnich polityków i opinie publiczne, „korygując” skalę i dynamikę pomocy dla Ukrainy. Jak wpłynie to na proliferencję broni masowego rażenia? No i czy rzeczywiście jest się czego bać?

T – Trauma – do lutego 2014 roku prawie 80 tys. weteranów konfliktu w Donbasie zmagało się ze skutkami stresu pourazowego. Samobójstwa, przemoc w rodzinie, bezdomność, alkoholizm. Skala obecnej wojny każe założyć, że podobnych przypadków będzie znacznie więcej. A trauma dosięgnie także cywilów z rejonów walk. Co przeżywają ofiary, jaki czeka je los, jakie będą długofalowe skutki powszechnej traumy?

U – Uchodźcy – ukraiński exodus to zjawisko niespotykane w historii Europy po 1945 roku. Dla nas oczywiste poprzez skutki – obecność nawet 2,5 mln kobiet i dzieci. Ale Ukraińcy uciekali też gdzie indziej, czasami droga do bezpiecznej Europy wiodła przez… Daleki Wschód. Po kilku miesiącach wojny coraz więcej osób wraca. O dynamice procesu przez pryzmat indywidualnych historii, plus socjologiczny portret uchodźców i… nas, naszej na nich reakcji.

W – Wnioski – w pierwszym rzędzie chodzi o konkluzje dla Polski. Co wynika i powinno wynikać z przebiegu wojny w Ukrainie dla Wojska Polskiego, zwłaszcza w kontekście programów modernizacji? Co wiemy o naszych sojuszach, jak i o które winniśmy szczególnie dbać, które porzucić? Plus „nóżka” globalna – o tym, jakie będą długofalowe geopolityczne skutki ataku Rosji na Ukrainę.

Z – Zełenski – tu nie chodzi o biografię, nawet skrótową, prezydenta Ukrainy; są dostępne na rynku dwie ciekawe książki. Idzie o percepcję ukraińskiej głowy państwa – u nas, w innych krajach Europy, ale i w samej Ukrainie. Jak zmieniało się postrzeganie Zełenskiego, o ukraińsko-ukraińskiej wojnie politycznej z oligarchami i korupcją w tle, o kompetencjach prezydenta jako głównodowodzącego.

I co o tym sądzicie? Jestem rzecz jasna otwarty na sugestie.

A ponieważ będzie to projekt, który zaangażuje mnie na wiele tygodni – kosztem innych aktywności – liczę także na Wasze wsparcie. I polecam uwadze przycisk poniżej.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. A to ja, latem 2015 roku w Donbasie/fot. Darek Prosiński