Ekosystemy

Na szybko, dziś bowiem piszę „do papieru”, a popołudniu mam spotkanie autorskie. Postaram się rozwinąć temat przy innej okazji.

Idzie o czołgi; pytacie, czy leopardy, a najpewniej i abramsy, zmienią sytuację na froncie? Kilkadziesiąt sztuk z pewnością nie. Taka liczba pozwoli co najwyżej na lokalne sukcesy (których wymiar propagandowy może być znacznie większy – lecz to już nieco inna kwestia). Sto czy dwieście sztuk to istotne wzmocnienie. Z takim komponentem można poprowadzić operację ofensywną o wymiarze regionalnym (coś jak wrześniowy kontratak w charkowszczyźnie), przy bardzo dużej dozie szczęścia skutkującą kaskadowym posypaniem się rosyjskiego frontu. Dopiero 400-500 czołgów klasy leopard czy abrams pozwoli Ukraińcom na zadanie siłom inwazyjnym śmiertelnego ciosu. Przy czym 400-500 w linii, co oznacza znacznie większe dostawy, sprzęt się bowiem zużywa, zostaje zniszczony, trapią go usterki.

No i jest jeszcze jedno zasadnicze „ale”.

Najeźdźcy, mimo ogromnych wojennych doświadczeń, nie bardzo radzą sobie z zagadnieniem współpracy różnych rodzajów wojsk. Powody tego imposybilizmu są różnorakie, od kulturowych, po technologiczne – to kwestia na odrębny, solidny tekst. Na tym etapie poprzestańmy na diagnozie, wskazując konkretne objawy. O ile rosyjska artyleria potrafi działać w sposób w miarę skoordynowany z piechotą (zmechanizowaną), o tyle kompletnie leży u ruskich zgrywanie działań lądowych i lotniczych. Rosyjskiego lotnictwa frontowego w zasadzie nie ma, i to od początku inwazji. Rosyjscy piechurzy nie mogą spoglądać w górę z przekonaniem, że „lotcziki” wywalczyły dla nich „bezpieczne niebo”. Kolejne szturmy nie są poprzedzane precyzyjnymi uderzeniami samolotów i śmigłowców – ataki zza linii frontu, strzelanymi na oślep rakietami, lecącymi następnie torem balistycznym, to z perspektywy lotniczej taktyki „śmiech na sali”. Dużo huku, mało efektów.

Równie nieefektywne są rosyjskie wojska pancerne – nawet najlepszy czołg, pozbawiony osłony, staje się łatwym celem. Zdawać by się mogło, że po doświadczeniach z pierwszych tygodni wojny – kiedy Ukraińcy urządzali sobie spektakularne polowania na wrogie tanki – rosjanie musieli pójść po rozum do głowy. Jedni poszli, inni nie – na linii frontu (tam, gdzie działania nie mają statycznego charakteru), nadal raczej standardem niż wyjątkiem są czołgi operujące przy niedostatecznym wsparciu wozów bojowych i piechoty. A to przepis na przyśpieszone wytracanie potencjału.

Koordynacja działań, uzyskanie maksymalnego efektu synergii („odpowiedniego jebnięcia”, jak mówi się w potocznym wojskowym języku), to podstawa zachodniej sztuki wojennej. Tak szkoli się ludzi, tak projektuje i wykorzystuje broń. Tworzenie wojennych ekosystemów to proces o wzrastającej efektywności. Niegdyś ułomne, bo oparte o zawodną łączność radiową, dziś – za sprawą satelitów, internetu – funkcjonują w realiach sieciocentryczności, bieżącej wymiany danych między poszczególnymi komponentami, do pojedynczego wozu włącznie. Tak buduje się wysoką świadomość sytuacyjną, która w połączeniu z jakością wykonania broni, jej precyzją oraz odpowiednią kulturą techniczną użytkowników, daje zachodnim armiom przewagę nad wszystkim, co na tej planecie nosi mundur.

Pojedynczy leopard czy abrams zniszczy kilka rosyjskich czołgów nim sam padnie ich ofiarą. Lepsza armata, amunicja i pancerz „zrobią robotę”. Ale większą robotę zrobią leopardy w towarzystwie marderów, abramsy w parze z bradleyami. Operujące w terenie przygotowanym wcześniej przez dalekonośną artylerię – lufową (na przykład kraby), czy rakietową (himarsy). Spreparowanym także przez lotnictwo i jego precyzyjne uderzenia w stanowiące zagrożenie cele. Wielozadaniowy F-16 byłyby jak znalazł na takie okoliczności. Pospinane to wszystko w sieć, wymieniające dane w czasie rzeczywistym, stałoby się ukraińskim game changerem.

Nie fetyszyzujmy czołgów, bo choć bardzo ważne, stanowią zaledwie część ekosystemu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Centrum Bachmutu. Dostawy amerykańskiego sprzętu, uruchomione jeszcze w 2015 roku, początkowo obejmowały lekki sprzęt, w tym terenowe wozy. Dziś jesteśmy na zupełnie innym etapie…/fot. Marcin Ogdowski

Biznesplan

Wielu z nas zastanawia się obecnie, o co chodzi Niemcom, skąd ich kunktatorstwo, niechęć do poważnego zaangażowania się w pomoc Ukrainie. Kuglarskie sztuczki – sumujące wsparcie militarne i humanitarne, to, co już poszło, z tym, co zostało dopiero zadeklarowane – na papierze czynią z Republiki Federalnej jednego z wiodących darczyńców. Fakty zaś są takie, że Niemcom łatwiej zarzuć sabotowanie niż podziękować za wspieranie wysiłków na rzecz budowania ukraińskich możliwości obronnych. Sprawa leopardów najlepszym tego przykładem.

Nie trafia do mnie opinia o rozbudowanej rosyjskiej agenturze na szczytach władzy w Berlinie, która paraliżuje działania Niemiec. Opiera się ona na błędnym przekonaniu o jakości rosyjskich służb specjalnych. Konflikt w Ukrainie sfalsyfikował nie tylko mit „drugiej armii świata”, ale i obnażył niekompetencje agencji (kontr)wywiadowczych rosji. To nieco ułomna metoda wnioskowania dedukcyjnego, ale w mojej ocenie właściwa – nie wierzę, by gamonie, którzy tak dramatycznie pomylili się w ocenie ukraińskiego potencjału, mając na miejscu stada współpracowników, byli zdolni do rozbudowania i utrzymania siatki wpływowych agentów na terenie Niemiec.

Moskwa ma na Berlin argumenty, ale nie są one wynikiem zakulisowych rozgrywek.

Rzecz w tym, że powojenni Niemcy – wytrzebieni z militaryzmu – przekształcili swoje państwo-armię w państwo-przedsiębiorstwo, po 1990 roku rozszerzając ów wzór zachowań na wschodnie landy. Spółka o nazwie RFN działała i działa w oparciu o kalkulacje biznesowe. W relacjach międzynarodowych tak dobierając partnerów, by przynosiło to przede wszystkim ekonomiczne zyski. Ta strategia – jakkolwiek uwzględnia również rację stanu (wszak dobrobyt obywateli to jeden z nadrzędnych celów powoływania państwa) – nie jest z nią w pełni tożsama. Niespójności czy wręcz sprzeczności pojawiają się wszędzie tam, gdzie wysiłek finansowy nie przynosi szybkich zysków i przekłada się na nieco abstrakcyjne wartości, jak na przykład bezpieczeństwo sojuszników (które ostatecznie jest związane z bezpieczeństwem Niemców, ale widać to dopiero w dłuższej perspektywie czasowej, wymykającej się bieżącym „biznesplanom”; pokonana Ukraina to rosja na granicy z Polską, co nadal nie stanowi śmiertelnego zagrożenia dla Niemiec, ale je do niego przybliża). Mięta, jaką Berlin czuje do Moskwy, bierze się przede wszystkim z ekonomicznej atrakcyjności tej drugiej. I wcale nie chodzi o ogromny rynek zbytu, gdyż większość rosjan żyje na poziomie typowym dla krajów trzeciego świata, a o tanią energię, głównie gaz, która płynęła ze wschodu na zachód, pozwalając niemieckiemu przemysłowi na redukcję kosztów i utrzymywanie konkurencyjności.

Sankcje, jakie kolektywny Zachód wprowadził na rosję, postawiły ten model gospodarczy przed nie lada wyzwaniem. Niemieckie państwo i niemiecki biznes zakumulowały dość oszczędności, by trudny okres przeczekać bez większych perturbacji, ale przy założeniu, że wojna w Ukrainie nie potrwa długo. Niestety – patrząc z punkty widzenia Berlina – rosja okazała się słabo-silna: za słaba, by pokonać Ukrainę, za silna, by przegrać i zakończyć konflikt. Ten sam dualizm – choć w odwróconym porządku – jest też udziałem Ukrainy, co stawia niemiecki „biznesplan” przed perspektywą niewykonalności. Dla dobra wyniku finansowego „Deutschland GmbH” wojnę na wschodzie należy niezwłocznie zakończyć. Z analiz potencjałów obu stron wynika, że więcej atutów ma rosja i choć można ją pokonać, szybciej będzie pozwolić przegrać Ukrainie. Nie totalnie; Berlin nie chce rosyjskiej aneksji całej Ukrainy, ale na utratę wschodnich obszarów kraju chętnie przystanie. Byleby wrócić do „business as usual”.

—–

Ale analogia z przedsiębiorstwem nie wyjaśnia całej złożoności problemu. Mimo „ubiznesowienia” państwa, Niemcy przez dekady prowadziły coś na wzór działalności dobroczynnej. To sformułowanie nie jest zbyt fortunne, lecz narzuca je wspomniana analogia, bo mówimy o aktywności niezorientowanej na zysk. Powojennym Niemcom udało się zaszczepić poczucie winy za zbrodnię Holocaustu, którego konsekwencją były i są nadzwyczajne stosunki z Izraelem. Oparte w istotnej mierze o współpracę wojskową, której początek sięga 1957 roku. To wówczas doszło do potajemnego spotkania Szymona Peresa, odpowiedzialnego za zakupy broni dla Izraela, z Franzem Josefem Straussem, ministrem obrony RFN. Młode żydowskie państwo na gwałt potrzebowało broni i wyposażenia wojskowego – kolejna wojna z arabskimi sąsiadami, zapowiadającymi „wrzucenie syjonistów do morza”, wisiała na włosku. Żydom tymczasem brakowało gotówki, a stosunki z Ameryką Eisenhowera znajdowały się w krytycznym momencie. Peres poprosił więc Straussa o darmowe dostawy sprzętu z zasobów Bundeswehry. I Niemiec się zgodził – przy pełnym, choć nieformalnym poparciu całego rządu. Odtąd, przez kilka lat, do Izraela trafiały statki po brzegi wyładowane czołgami, samolotami, działami, amunicją i częściami zamiennymi (głównie amerykańskimi, zakupionymi wcześniej na potrzeby Bundeswehry). Gdyby nie te dostawy, Izraelczycy prawdopodobnie przegraliby wojnę sześciodniową z 1967 roku.

Z czasem współpraca wojskowa Niemiec i Izraela stała się jawna, choć – z uwagi na rosnące zagrożenie palestyńskim terroryzmem – raczej dyskretna. Pomogło temu nawiązanie stosunków dyplomatycznych między oboma krajami w 1965 roku. Obecnie w arsenale armii izraelskiej znajduje się sporo broni rodzimej konstrukcji, mnóstwo amerykańskiej, ale nie brakuje też produktów made in Germany. To w niemieckich stoczniach zbudowano okręty podwodne klasy Dolphin i Dolphin II. Jedne z najlepszych na świecie (jeśli nie najlepsze) czołgi Merkawa Mk IV napędzane są niemieckimi silnikami i strzelają z armat Rheinmetall, produkowanych na niemieckiej licencji. Izraelskie ministerstwo obrony wybrało niedawno amerykańsko-niemiecką przekładnię automatyczną dla nowego kołowego transportera piechoty Eitan. Przykładów można by mnożyć, choć żaden system uzbrojenia i rozwiązanie technologiczne nie będą tak istotne, jak wspomniane okręty Dolphin. Pierwszy z nich trafił do służby w 1999 roku, ostatni, szósty, w 2019. Budowę dwóch pierwszych jednostek sfinansowali Niemcy, kosztami trzeciej oba kraje podzieliły się po połowie. W 2006 roku Izrael zamówił dwa okręty Dolphin II warte po około 500 mln euro każdy, z czego Niemcy zapłaciły 1/3 tej kwoty. Pięć lat później podpisano kontrakt na szósty okręt, w ramach którego niemiecka subwencja zamknęła się w kwocie 135 mln euro. Kilka lat temu rząd Angeli Merkel zgodził się na sprzedaż kolejnych trzech okrętów (mają wejść do linii do końca bieżącej dekady). Tym razem Niemcy pokryją 30 proc. kosztów, wyliczonych na 540 mln euro.

Co istotne, mówimy o okrętach dostosowanych do przenoszenia pocisków manewrujących, uzbrojonych w głowice jądrowe o mocy 200 kT (dla porównania, moc bomby zrzuconej na Hiroszimę wynosiła 16 kT). Izrael nigdy oficjalnie nie potwierdził, że posiada broń jądrową, ale zakulisowo wielokrotnie dawał do zrozumienia swoim wrogom, że próba zniszczenia państwa żydowskiego spotka się ze srogą ripostą. Najważniejszym elementem tej strategii odstraszania są dziś dyżury „stalowych delfinów”, z których każdorazowo dwa przebywają gdzieś w morzu, gotowe do śmiercionośnego kontrataku. Dodajmy, że rozwijanie izraelskich technologii atomowych również odbyło się za pieniądze z RFN. W 1960 roku jeden z zachodnioniemieckich banków w większości kontrolowanych przez państwo, przekazał 2 mld marek na humanitarny projekt przekształcenia pustyni Negew w grunty rolne. Pieniądze trafiły tam, gdzie zapowiadano, ale – za zgodą Niemców – użyto ich do zgoła innego celu – rozbudowy Nuklearnego Centrum Badawczego.

Tych pieniędzy i tego wsparcia z pewnością by nie było, gdyby nie niemieckie poczucie winy.

Mówiła o nim w 2008 roku, podczas słynnego przemówienia w Knesecie, poruszona Angela Merkel. „Właśnie w tym miejscu chcę wyraźnie podkreślić: każdy rząd Niemiec i każdy kanclerz przede mną, byli świadomi historycznej odpowiedzialności Niemiec za bezpieczeństwo Izraela. Ta odpowiedzialność jest elementem racji stanu naszego państwa. (…) bezpieczeństwo Izraela jest dla mnie, jako niemieckiej kanclerz, czymś niepodlegającym dyskusji”, zapewniała polityczka, która podczas 16 lat urzędowania odwiedziła Izrael aż siedem razy.

—–

Poczucie winy wynikające ze zbrodni popełnionych podczas II wojny światowej miało, i nadal ma, wpływ również na relacje niemiecko-sowieckie i niemiecko-rosyjskie. Berlin wybaczał Moskwie masę niegodziwości, tłumacząc, że mu „nie wypada” łajać, karać, pouczać. Problem w tym, że po 1991 roku rosja zawłaszczyła sobie historię ZSRR (przy obojętności części dawnych republik, w tym Ukrainy, które chciały zerwać z sowieckim dziedzictwem), a wielka wojna ojczyźniana stała się jej „własnością”. Jej zwycięstwem, ale i jej koszmarnym doświadczeniem, wynikłym z niemieckich zbrodni. A Zachód kupił tę narrację, tym łatwiej, że już wcześniej – w czasach zimnej wojny – w językach potocznych obywateli wolnego świata „sowieci” funkcjonowali zamiennie z „rosjanami”, a „Związek Radziecki” z „rosją”.

Skutek? Niemcy nie czują dziś żadnych moralnych zobowiązań wobec Ukrainy. A powinny, na co rok temu – jeszcze przed rosyjską inwazją – zwrócił uwagę ówczesny ambasador Ukrainy w RFN Andrij Melnyk. Powiedział on wprost, że Niemcy „ponoszą za Ukrainę taką samą historyczną odpowiedzialność, jak za Izrael”. W efekcie działań wojennych z lat 1941-45 i niemieckiej okupacji ukraińskich terenów ZSRR, śmierć poniosło co najmniej 7 mln Ukraińców, co szósta osoba o takim etnicznym pochodzeniu. To więcej niż 6 mln ofiar Holocaustu, który stał się podstawą dla specyficznych kontaktów między RFN a Izraelem.

Polityka to cynizm, ale i powinności, na które jest miejsce także w państwie przerobionym w przedsiębiorstwo. Należy to Niemcom przypominać na każdym możliwym kroku. Wybijając wielkimi literami, że wsparcie dla Ukrainy to ich psi obowiązek.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bachmut i budynek o symbolicznej nazwie…/fot. Marcin Ogdowski

Wsparcie

Pod Bachmutem ukraińskie pozycje można podzielić na trzy różne strefy. Pierwszą stanowi frontowa linia umocnień; świadomy uproszczenia, określę ją mianem okopów. Trzecia – oddalona o kilkanaście kilometrów – to domena artylerii. Dziś nie są to już statyczne stanowiska, nawet na tych odcinkach, gdzie trwają pozycyjne starcia. Drony i radary artyleryjskie – dramatycznie zwiększające ryzyko wykrycia, a więc i porażenia ogniem kontrbateryjnym – wymuszają mobilność, co dotyczy nie tylko dział samobieżnych, ale i holowanych armat. Między tymi dwiema składowymi frontu znajdują się centra operacyjne „droniarzy” – tych, którzy sterują małymi bezpilotowcami, przeznaczonymi do wykrywania oraz niszczenia rosyjskich pododdziałów. Niszczenia bezpośredniego – przy użyciu ładunków podczepianych pod aparaty – oraz pośredniego, poprzez wskazywanie dokładnych koordynatów artylerii.

Kilka dni temu byłem w jednym z takich centrów pod Bachmutem.

Z przyczyn oczywistych nie mogę wskazać dokładnej lokalizacji. Poprzestańmy na stwierdzeniu, że jest to solidnie zamaskowana, częściowo ulokowana pod ziemią baza. Jej „mózgiem” jest pomieszczenie, gdzie znajdują się dwa duże i kilka mniejszych monitorów; reszta obiektu to część magazynowa i socjalna. Centrum zarządza pracą kilkunastu operatorów dronów (rzecz w tym, by wysyłani na pierwszą linię „droniarze” nie dublowali zadań). Spięty w sieć system działa dzięki starlinkom, satelitom telekomunikacyjnym firmy SpaceX.

Drony rozpoznawcze przeczesują teren w poszukiwaniu „godnych” celów dla artylerii – większych skupisk piechoty, wozów bojowych, czołgów. Mniejsze, czterowirnikowce, polują na rozproszone grupki żołnierzy i ich stanowiska. Zmodyfikowane tak, by przenosić na przykład 750-gramowe ładunki termobaryczne, stanowią niezwykle skuteczną, śmiercionośną broń.

„Minus dwadzieścia dwa”, napisał kilka dni temu Swietosław, operator, którego poznałem podczas tej wizyty. Ta informacja znalazła się na profilu społecznościowym wojskowego, z następującym zastrzeżeniem: „nie, nie chodzi o pogodę”.

Chodzi o zabitych rosjan i dzienny „urobek” grupy. Weryfikowany (w miarę możliwości) wtórnymi nalotami bezpilotników nad porażone cele – o czym warto wspomnieć w kontekście rozważań na temat jakości danych dotyczących strat rosjan, podawanych przez Ukraińców. „Droniarze” dokumentują filmowo efekty swojej pracy.

– Dziennie potrafimy wyeliminować nawet czterdziestu rosjan – mówi Swietosław, demonstrując sposób montażu niewielkiej bomby termobarycznej. Wypala ona tlen z obszaru objętego eksplozją, powodując poważne oparzenia i urazy wewnętrzne („termobaryki” zabijają ogniem i skokiem ciśnienia; jest on niższy niż w przypadku tradycyjnych ładunków, ale trwa znacznie dłużej – stąd te urazy). – Oczywiście, rosjanie starają się nam przeszkadzać, zakłócać pracę dronów. Czasem tylko je oślepią, czasem strącą. Dbamy o nasze „ptaszki”, ale wiele z nich szybko odchodzi.

Jednostka Swietosława co rusz otrzymuje nowe aparaty – w minionym tygodniu 17 sztuk dostarczył konwój, jaki zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog. Co ciekawe, to cywilne urządzenia, dostępne na światowych rynkach także dla rosjan. Dronowa wojna ma więc i taki wymiar – rywalizacji wolontariuszy pracujących na rzecz obu stron, wykupujących sprzęt od producentów i dystrybutorów.

—–

Ale samymi dronami tej wojny Ukraina nie wygra. Sporo w ostatnich dniach napisano o konieczności dostarczenia armii ukraińskiej jak największej ilości sprzętu ciężkiego, z czołgami włącznie. Swoistym fetyszem w tych dyskusjach stały się niemieckie leopardy, co w mojej ocenie przesłania nam istotę sprawy. Dlaczego?

Nie licząc okolic Bachmutu, a od kilku dni również wąskiego odcinka frontu w obwodzie zaporoskim, rosjanie w Ukrainie weszli w tryb przetrwania. Na nic więcej ich nie stać. Ich artyleria strzela dziesięć razy mniej niż latem zeszłego roku – bo i owszem, zapasy wyszły, armatnie lufy się zużyły. Lecz to nie jest cała prawda – spadek dynamiki rosyjskich działań wynika również z tego, że Moskwa przygotowuje się do kolejnej ofensywy. W tym celu chomikuje amunicję i inne niezbędne zapasy (co skądinąd jest dowodem słabości i niewydolności zarówno rosyjskiej armii, jak i przemysłu).

Z drugiej strony, wojsko ukraińskie nie ma dość sił, by rozpocząć jakiekolwiek operacje wyprzedzające, które miałyby szanse powodzenia. Ukraińcom pozostaje obecnie dobrze przygotować się na rosyjskie uderzenie.

Gdy patrzymy z boku, zachodnia pomoc wydaje nam się nie tylko spóźniona, ale i chaotyczna. Ci dadzą to, tamci tamto; w dyskusji nieustannie przeplata się argument koszmaru logistycznego, jaki Zachód funduje ukraińskiej armii, obdarowując ja systemami „od Sasa do lasa”. Trudno zaprzeczyć, że donatorzy zawalili sprawę, jeśli idzie o terminarz dostaw. Gdyby to, co trafiło do Ukrainy przez ostatnie 11 miesięcy, znalazło się tam przed 24 lutego, rosjanie ponieśliby dużo dotkliwsze straty, a ich zdobycze terytorialne najprawdopodobniej byłby dużo mniejsze. Skutkiem czego wojna mogłaby się już zakończyć. No ale – mleko się rozlało. Zachodni przywódcy musieli najpierw przekonać się o woli ukraińskiego oporu, sile i kondycji ukraińskich wojsk, o słabościach armii rosyjskiej i jej bestialstwie. Zmierzyć się z wyzwaniami, jakie rodziły pacyfizmy i egoizmy własnych społeczeństw. Pożenić wolę wsparcia z możliwościami budżetów i przemysłów. Ów proces (dochodzenia do spektakularnych transz wsparcia wojskowego) miał jeszcze wiele innych zmiennych – wśród nich szacowanie ryzyka biznesowego, sprowadzające się do pytania, czy opłaca się walczyć z rosją? Kunktatorstwo Niemiec jest w ostatecznym rozrachunku efektem takiej właśnie kalkulacji. Ale…

Ale nad tym wszystkim cały czas czuwali wojskowi. Eksperci od właściwego dawkowania pomocy w ramach warunków brzegowych wyznaczanych przez polityków. To oni dbali o to, by nic nie działo się „na rympał”. Dziś również dbają. Ostatnie trzy pakiety pomocy – które zostaną sfinalizowane w ciągu najbliższych tygodni – zmierzają do uzupełniania strat, jakie poniosła jesienią armia ukraińska oraz do zbudowania „straży pożarnej”. Mniej więcej trzybrygadowego komponentu o wysokiej mobilności i zarazem relatywnie dużej sile ognia, który posłuży do łatania dziur wszędzie tam, gdzie rosjanom uda się ukruszyć front.

Wróg uderzy wiosną, czasu na absorpcję właśnie pozyskanego sprzętu jest więc mało – ale powinno wystarczyć. Jednak nadal kluczowe znaczenie ma broń sowieckiej proweniencji – „na dziś” ukraińscy pancerniacy więcej pożytku będą mieli z czeskich T-72/polskich T-72/PT-91 niż z leopardów. Decyzja rządu RP o wyekwipowaniu całej ukraińskiej brygady zmechanizowanej to krok w najwłaściwszą stronę. Taką brygadę da się przygotować znacznie szybciej niż jej odpowiednik „sklecony” z leopardów pochodzących z kilku różnych krajów. Czołgi niemieckiej produkcji to opcja na czas po ofensywie rosjan. Na rekonkwistę, która winna się opierać na technologicznej przewadze Ukraińców (zatem nie tylko czołgi winny wejść wówczas do akcji…).

Oczywiście, zdolności do takiego uderzenia należy budować już dziś – im szybciej zatem uda się „docisnąć” Berlin, tym lepiej.

PS. W zeszłym tygodniu w Bachmucie było pięciu polskich posłów z opozycyjnych partii – Hanna Gil-Piątek, Adam Szłapka, Piotr Borys, Witold Zembaczyński i Paweł Krutul. Jedyni zachodni politycy, którym udało się dojechać tak daleko (kolejnych zapewne jakiś czas nie będzie, bo w weekend rosjanie zyskali kontrolę ogniową nad drogą łączącą Konstantynówkę z Bachmutem). Wraz z nimi na miejsce dotarł konwój z pomocą (dla cywilów i wojska), i przeświadczenie o ponadpartyjnym konsensusie w sprawie wsparcia dla Ukrainy – istotne dla Ukraińców, gdy w Polsce mamy rok wyborczy. Ale wspominam o tym z innego powodu. Wiem (mniej więcej), co usłyszeli i zobaczyli nasi politycy w Bachmucie. I jestem pewien, że huk kanonady zostanie w ich głowach na zawsze, mając wpływ na decyzje dotyczące bezpieczeństwa i obronności. Kanclerz Scholz odwiedził Buczę, bezpieczną, długo po wyzwoleniu. Gdyby tak zafundować mu podróż do Bachmutu – czy gdziekolwiek indziej, gdzie usłyszałby to, co słyszało pokolenie jego rodziców, owo niepokojące dudnienie zapowiadające nadejście rosjan – zapewne spojrzałby na rosję z właściwej perspektywy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Pawłowi Ostojskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi. A także: Maxowi Maksimovičowi, Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Aleksejowi Asajewiczowi i Bartoszowi Królikowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Dron przygotowany do przenoszenia ładunku termobarycznego/fot. Marcin Ogdowski

Konwój

Zlały mi się ostatnie dni w jeden i wciąż się gubię ze wskazaniem, kiedy co się wydarzyło. Czy w poniedziałek, czy w środę – jeden czort. Między niedzielą rano a wczorajszym wieczorem spałem w łóżku zaledwie 3,5 godziny, większość czasu spędzając w aucie na trasie Kraków-Kijów-Charków-Bachmut i z powrotem (plus kilka drzemek na siedzeniu pasażera; dość, by dalej funkcjonować, za mało, by odpocząć). O czym wspominam z prośbą o zrozumienie. Podzielę się niemal wszystkim, co zobaczyłem i usłyszałem podczas tego wyjazdu – ale na raty.

Dla porządku dodam, że konwój, z którym jechałem, dowiózł do Bachmutu 15 ton pomocy humanitarnej. Wojsko z kolei otrzymało drony i generatory. Wyjazd zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog, od dawna zaangażowana w pomoc Ukrainie.

Pytacie mnie, jak jest w Bachmucie – i tym zajmę się na początek, zwłaszcza że kilka spraw wymaga wyjaśnienia.

Zacznijmy od tego, że miasto – wbrew pojawiającym się informacjom – nie jest kompletnie zrujnowane. Nam, Polakom, takie określenie kojarzy się ze zgładzoną przez Niemców Warszawą. Zrównaną z ziemią, szczególnie na terenie dawnego getta. Przedmieścia Bachmutu od wschodniej i północnej strony rzeczywiście wyglądają fatalnie, ale nawet tam nie sposób mówić o totalnej destrukcji. Niewiele jest całkiem rozbitych domów, choć sporo zostało na tyle poważnie uszkodzonych, że nie nadają się już do zamieszkania. Przykładem niech będzie rozdzielony detonacją blok ze zdjęcia. W centrum i pozostałej części miasta wiele budynków stoi nietkniętych, pośród nich wielkogabarytowe wieżowce. Mniej więcej jedna trzecia całej zabudowy nosi wyraźne ślady ostrzałów: wypalone mieszkania – czasem całe piętra – zarwane dachy, usiane dziurami od odłamków fasady, pozbawione szyb okna. Główne drogi – mimo iż zryte gąsienicami – pozostają przejezdne; powalone drzewa, lampy i słupy energetyczne na bieżąco usuwa z jezdni wojsko. Gdzieniegdzie widać leje, których liczba (wraz z opisanymi zniszczeniami) potwierdza, że Bachmut nie jest zasadniczym celem artyleryjskiego ostrzału. Bitwa toczy się pod miastem i nad nim.

Odgłosy przelatujących nad miejscowością pocisków często zlewają się w jeden nieprzerwany grzmot. Nasłuchując z pozycji „w środku miasta”, składają się nań przede wszystkim dźwięki wystrzałów, z rzadka eksplozji. „Bo biją nasi”, zapewniali mnie żołnierze. Jeden z nich, Jurij (poświęcę mu więcej uwagi w innym wpisie, gdyż to arcyciekawa postać) stwierdził wręcz: „jak zaczynały się boje o Bachmut, rosjanie mieli dziesięć razy więcej luf niż my. Teraz jest jeden do jednego”. Nie wiem, czy rzeczywiście tak się sprawy mają – z miejsc, w których byłem, miałem bliżej do pozycji ukraińskiej artylerii, a ta waliła gęsto.

„Są pięć kilometrów stąd”, mówił Jurij, gdy zatrzymaliśmy się na północno-wschodnich obrzeżach miasta. I wskazał przestrzeń u wylotu drogi prowadzącej do Sołedaru. „Na razie za daleko, by sięgnął nas ogień z broni ręcznej, ale cały czas próbują podchodzić bliżej”.

Nie, nie ludzką falą – jak często podaje się w mediach. Morska analogia jest o tyle zasadna, że rosjanie raz za razem atakują ukraińskie linie, ale nie masą. Wróg wysyła w bój kilku-kilkunastoosobowe grupy, które operują jednocześnie w wielu miejscach. „Kłują” ukraińską obronę z zamiarem zmęczenia obrońców. Wiele takich pododdziałów zostaje unicestwionych, te, którym udaje się zająć choć trochę nowego terenu, natychmiast się okopują. Determinacja i konsekwencja wsparta precyzyjnym jak na rosjan ogniem oraz umiejętnościami żołnierzy desantu. Jest ich pod Bachmutem coraz więcej, stopniowo zastępują wagnerowców. Nie chcę z tego wyciągać żadnych ogólnych wniosków, ale z tego, co usłyszałem, wynika, że w podbachmuckich bojach rosjanie przestają używać zmobilizowanych jesienią rezerwistów.

Napiszę o tym więcej w kolejnym materiale, a teraz wrócę jeszcze do miasta i jego mieszkańców. Zostało ich kilka tysięcy (taki rząd wielkości podają ukraińscy żołnierze). Starcy, którzy ani myślą opuszczać swoich domów, oraz ci, którzy nie mają gdzie, do kogo i za co uciekać. Spotkałem się z opinią, że sporo tam żulików – alkoholików, narkomanów, bezdomnych – z oburzającą jak dla mnie sugestią, że takim ludziom nie warto pomagać. Ani myślę brać udział w żenującej dyskusji, tym niemniej chciałbym zwrócić uwagę, że Bachmut pozbawiony jest prądu, gazu, ogrzewania. Że ludzie – jak mężczyzna na zdjęciu – nie zawsze mają dostęp do wody innej niż ta z kałuż. Spróbujcie przeżyć w takich warunkach, zimą, kilka tygodni – nawet najzdrowsza, rumiana buźka zmieni się w nieco żulikowate, opuchnięte oblicze, a najbardziej wyszukaną garderobę zastąpi wielowarstwowa „cebulka”.

Nie wiem, ilu spośród tych, którzy zostali, czeka na „wyzwolenie” przez armię rosyjską. Spotkałem we wtorek jedną taką osobę – starszego mężczyznę. „Będzie co będzie”, powiedział mi do kamery, wcześniej opowiadając o żonie i dzieciach, którzy jeszcze przed wojną wyemigrowali do rosji. „Chciałbym do nich, bo tu nic mnie nie trzyma”, przyznał, w rosyjskich żołnierzach widząc swój „pomost” do bliskich. Ot, donbaska rzeczywistość – w wydaniu, które słuszny gniew na rosjan często nam przesłania…

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Zetka”

Służba ojczyźnie? Tak, ale… Polacy nie chcą przymusowego poboru, co nie musi oznaczać, że mają gdzieś powinności obywatelskie związane z obronnością.

W grudnia ub.r. sporo emocji wzbudziły informacje o planach MON, które chciałoby w bieżącym roku powołać na ćwiczenia rezerwy do 200 tys. osób. „Czemu to ja miałbym iść do woja na miesiąc!? Mam rodzinę, pracę, zobowiązania…”, głosy tego typu zdawały się dominować dyskusję, cytowane w mediach i wygłaszane w serwisach społecznościowych. „Przecież mamy zawodową armię!”, podnoszono. W reakcji pojawiał się lament nad „społeczeństwem mięczaków, wygodnickich i defetystów”.

Wróciła też kwestia obowiązkowej służby wojskowej, a „Super Express” zlecił sondaż Instytutowi Badań Pollster. „Większość Polaków jest przeciwna obowiązkowej służbie!”, oznajmił tabloid. Czyli jej powrotowi, bo „zetka” została zawieszona w 2008 r. Na „nie” było 47% pytanych, za przywróceniem 37%. Aż 16% badanych wybrało odpowiedź „trudno powiedzieć/nie mam zdania”.

Wcześniej, w październiku ub.r., badania wykonane na zlecenie „Rzeczpospolitej” zaprezentował IBRiS. Za przywróceniem poboru było 35,7% badanych, przeciwko – aż 57,1%. „(…) w ostatnich miesiącach, już po wybuchu wojny w Ukrainie, odsetek osób akceptujących przywrócenie obowiązkowej służby wojskowej spadł”, alarmował dziennik. W kwietniu 2022 r. wynosił on 54,2% – co także wynikało z badań IBRiS-u.

Szczegóły październikowego sondażu prezentowały się następująco. Niechętne poborowi były głównie osoby młode, w wieku 18-29 lat (77% badanych w tej grupie wiekowej), osoby 50 plus (78%) oraz mieszkańcy wsi (62%).

Skąd w nas niechęć do obowiązkowej służby, rozumianej także jako szkolenia rezerwy?

Modele obywatelskości

– Mści się pamięć o realiach „zetki” lat 90. – wyjaśnia dr Michał Piekarski z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego. – Upływ czasu nie wymazał świadomości patologii, takich jak „fala” czy braku środków na szkolenie, skutkujący nic nierobieniem. Oczywiście, wspomnienia potrafią być wybiórcze, mamy zatem wiele nostalgicznych opowieści mężczyzn, którzy 30 lat temu dobrze się w wojsku bawili. Czy później, podczas szkoleń rezerwy. Ale mamy też wojnę za wschodnią granicą, która w brutalnych okolicznościach pokazuje, jak wielkie znaczenie ma sprzęt i wyszkolenie. Stąd bierze się rosnąca ostatnio popularność argumentu, że wojna powinna być domeną zawodowej armii. Co innego być słabo wyszkolonym i przymusowym żołnierzem, co innego dobrze przygotowanym do walki zawodowcem.

W relacjach z Ukrainy często pojawiają się wątki dotyczące „mobików”, rosyjskich rezerwistów. „Jednorazowych żołnierzy”, pchanych do walki bez należytego przygotowania i wyposażenia. Większość z nich ginie zanim zdoła użyć broni. Nikt nie chciałby dzielić losu „armatniego mięsa”, a tym przecież byłby „niczego nienauczony” adept obowiązkowej służby.

No i jest jeszcze kwestia towarzyszącej przymusowi asymetrii.

– Państwo może ograniczyć obywatelom wolność, zamykając ich w koszarach, gdy samo daje w zamian niewiele – rekonstruuje społeczne wyobrażenia dr Piekarski. – Przykłady? Proszę bardzo: dostęp do opieki zdrowotnej, do edukacji, do zasobu mieszkaniowego – wymienia politolog. – Wszystkie te zagwarantowane konstytucyjnie prawa, z których realizacją przeciętny Kowalski ma spore problemy. Bo państwo w tych obszarach źle działa albo nie działa w ogóle.

– To rzecz jasna uproszenie, ale zasadniczo możemy wyróżnić dwa modele obywatelskości – mówi dr Weronika Grzebalska z Instytutu Studiów Politycznych PAN. – Jeden wspólnotowy, republikański, jak się okazuje, podzielany głównie przez osoby o prawicowych poglądach. Drugi, który można określić mianem transakcyjnego, bliższy osobom deklarującym się jako lewicowe. W pierwszym powinności związane z wysiłkiem obronnym są mniej niedyskutowalne, prawie oczywiste, w drugim stają się przedmiotem wymiany. Ja ci służbę w wojsku, ty mi sprawnie działającą ochronę zdrowia.

Na stosunek do służby wojskowej wpływają także inne zmienne – kosmopolityzm i nierówności społeczne. Widzieliśmy to w Rosji po ogłoszeniu częściowej mobilizacji, która pchnęła ponad 350 tys. bardziej zamożnych, wielkomiejskich Rosjan ku emigracji. A plany rekrutacyjne z nawiązką realizowała „głubinka”, biedna prowincja. Etnicznie zresztą głównie nierosyjska, co jest istotnym rysem klasowych nierówności występujących w największym kraju świata. W Polsce gotowość do pójścia „w kamasze” również wiąże się z portfelem, miejscem zamieszkania oraz światopoglądem (w badaniach IBRiS z października za przywróceniem poboru najmocniej opowiadał się elektorat Zjednoczonej Prawicy – 56% wszystkich wskazań na „tak”). Co może przywieść nas do niepokojącego wniosku, że lepiej nie integrować się ze światem i zaniechać rozwoju ekonomicznego – skoro zamknięcie i bieda służą „napędzaniu” rekruta.

– Nic bardziej mylnego – uśmiecha się dr Grzebalska. – Spędziłam ostatnio trochę czasu w Finlandii, gdzie powszechna służba wojskowa to nieodzowna część obywatelskiego etosu. A mówimy o zamożnym kraju, którego mieszkańcy czerpią garściami z przywilejów wolnego świata. Dlaczego godzą się na przymus poboru? „Rosja naszego bogactwa i naszej wolności nam nie zagwarantuje”, słyszałam w odpowiedzi.

W reakcji na zagrożenie

Historia od dekad warunkuje politykę obronną Helsinek. U podstaw której leży przekonanie, że liczne rezerwy są najlepszą gwarancją bezpieczeństwa w obliczu agresywnego sąsiada. Rosji, której poczynania mobilizują nie tylko Finów. Tuż przed inwazją – w lutym u.br. – jedynie 37% Ukraińców deklarowało bezwzględną chęć walki w razie rosyjskiej agresji. Między końcem lutego a połową czerwca 2022 r. 430 tys. mężczyzn w wieku 18-60 lat wjechało do Polski, a kolejne kilkadziesiąt tysięcy uciekło do Słowacji i Rumunii. W dużej mierze dzięki łapówkom, bo poborowi (poza nielicznymi wyjątkami), nie mają prawa opuszczać Ukrainy. W tym samym czasie Kijów powiększył siły zbrojne z 200 do 700 tys., a jesienią zrezygnował z rutynowego poboru. Do kraju wróciło też 600 tys. mężczyzn, przedwojennych emigrantów zarobkowych. I jakkolwiek łączna liczba pół miliona uciekinierów robi wrażenie, stanowi 3% męskiej populacji we wskazanym przedziale wieku. Lecz nie to ma największe znaczenie, a fakt, że obecnie dziewięciu na dziesięciu Ukraińców chce toczyć wojnę do zwycięskiego końca, a komisje rekrutacyjne odsyłają rzesze ochotników, dla których nie starcza broni. Co się wydarzyło po drodze? Bucza, Mariupol, Izjum, bestialska wojna z cywilami, jaką podjęła rosyjska armia. Konkludując, czym innym są deklaracje o (nie)gotowości do służby składane w cieplarnianych, pokojowych warunkach, czym innym decyzje podejmowane w reakcji na egzystencjalne zagrożenie.

– Ślad tego dostrzegamy w sondażach – mówi Weronika Grzebalska. – Mieszkańcy wschodniej Polski przejawiają bardziej proobronnościowe postawy niż ci z zachodu, którzy w razie czego będą mieli lepsze możliwości, by ewakuować siebie i część majątku. – Ale nie siejmy paniki – apeluje socjolożka. – Nie gruntujmy narracji, w myśl której Polacy jakoś szczególnie unikają obowiązków związanych z obronnością. Bo to wcale tak nie wygląda.

Grzebalska zwraca uwagę na kwestie metodologiczne – sondaże dotyczące przywrócenia służby zasadniczej realizują różne pracownie. Inaczej zadają pytania, ale przede wszystkim zajmują się zagadnieniem bez należytej konsekwencji. CBOS jako jedyna agencja bada zjawisko od lat, a z dostarczanych danych wynika, że po 2008 r. poparcie dla idei powrotu „zetki” rośnie (w sierpniu ub.r. wynosiło 54%).

Co więcej, wielu Polaków chciałoby jakoś partycypować w wysiłku obronnym. W sierpniowych badaniach CBOS-u w zdecydowanej większości opowiedzieli się za „ideą szkoleń zwykłych obywateli w zakresie obrony na wypadek agresji obcych wojsk na nasz kraj”. Łącznie poparło ten pomysł 78% ankietowanych.

– Niestety, oferta państwa ma wybitnie militarny charakter – ubolewa dr Grzebalska. – Wymyślono kilka rodzajów służby w armii, a każda wiąże się z noszeniem broni. Nie ma nic z „niższym progiem wejścia”, obarczonego mniejszymi dylematami etycznymi. Nie każdy nadaje się do zabijania, co nie oznacza przecież, że jest nieprzydatny. Gdyby w Polsce istniała obrona cywilna z prawdziwego zdarzenia, więcej osób miałoby pojęcie, co może, co powinno zrobić w sytuacji zagrożenia. Niewiedza, brak kompetencji, skutkują wycofaniem, automatycznym „nie” dla poważnych zobowiązań. O tym również trzeba pamiętać, gdy analizujemy sondaże.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Pawłowi Ostojskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Czytelniczce o nicku MartaP, Ireneuszowi Honkiszowi, Krzysztofowi Ryłko i Marcinowi Wasilewiczowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Archaiczny sprzęt, którego w wojsku nie brakuje, ma również wpływ na postrzeganie służby. To stąd m.in. bierze się przekonanie o „traceniu czasu”/fot. Marcin Ogdowski