Presja

Poproszono mnie o komentarz w sprawie sensacyjnych doniesień „New York Timesa” dotyczących okoliczności śmierci Darii Duginy. Niezorientowanym pokrótce zrekapituluję: otóż z ustaleń amerykańskich dziennikarzy wynika, że za sierpniowym zamachem stoją ukraińskie służby specjalne. Rzeczywistym celem miał być Aleksander Dugin, ale zbieg okoliczności sprawił, że to nie on, a jego córka wsiadła do auta, w którym podłożono bombę. Waszyngton nie miał pojęcia o tej operacji, gdyby znał plany, byłby jej przeciwny, nie akceptuje bowiem takich działań – relacjonuje rozmowy z przedstawicielami administracji i wywiadu NYT. Kijów miał zostać przez Biały Dom „upomniany”, choć cytowany w tekście Mychajło Podolak – bliski współpracownik Wołodymyra Zełenskiego – obstaje przy twierdzeniu, że Ukraina nie ma ze sprawą nic wspólnego.

– Chcę jeszcze raz podkreślić, że każde zabójstwo podczas wojny w danym kraju musi mieć jakiś praktyczny wymiar. Musi służyć określonemu celowi – taktycznemu lub strategicznemu. Osoba taka jak Dugina nie mogła być strategicznym ani taktycznym celem dla Ukrainy – odpowiedział reporterom Podolak. Zapytany, o jakie cele w rosji chodzi, odparł: – Mam na myśli współpracowników i przedstawicieli rosyjskiego dowództwa.

„Od początku wojny Ukraina wielokrotnie udowadniała, że ​​jest zdolna do sabotażu na terenie Rosji, ale zabójstwo Duginy, jeśli informacje się potwierdzą, można uznać za najśmielszą operację tego typu. Pokazuje, jak blisko ukraińskie agencje wywiadowcze mogą zbliżyć się do rosyjskich osobistości”, pisze renomowany dziennik.

I jeszcze jedna uwaga tytułem wprowadzenia – de facto metodyczna. W wydanej przed trzema laty powieści pt.: „Międzyrzecze”, poświęconej hipotetycznej wojnie polsko-rosyjskiej, zawarłem istotny fragment dotyczący terroryzmu państwowego. Nie wszyscy tu obecni książkę znają, zatem by nie zdradzać suspensu napiszę tylko, iż chodzi o serię działań podjętych przez polskie służby na terytorium rosji, w efekcie których następuje zawieszenie broni, a później wycofanie się rosyjskiej armii z zajętych regionów Rzeczpospolitej. Nie jest to „czysta” operacja, przeciwnie. Gdy wpadłem na ów fabularny pomysł, wydał mi się nie tylko logiczny (w sensie, mogący poskutkować opisanym finałem), ale i czułem, że jest on zgodny z moim sumieniem. Uważam bowiem, że z etycznego punktu widzenia, zaatakowane przez znacząco silniejszego wroga państwo ma prawo sięgać po ekstraordynaryjne rozwiązania, także terrorystyczne (z wyczuciem rzecz jasna, by sobie bardziej przez to nie zaszkodzić). Temu przekonaniu dałem wyraz w podtytule „Międzyrzecza”, który brzmi następująco: „Cena przetrwania”. Wyraźnie to podkreślę: gdy na szali jest wolność czy wręcz biologiczne przetrwanie wspólnoty, nie oburzą mnie „niehonorowe” metody. I bazując na takim przekonaniu podchodzę do sprawy śmierci Duginy oraz ustaleń amerykańskiego dziennika.

NYT to solidna firma – teksty tej gazety są rzetelne, oparte o wiele źródeł poddanych krytycznej analizie i krzyżowym weryfikacjom. Jeśli NYT coś ustala, zwykle nie odbiega to od prawdy. Przyjmuję zatem za bardzo prawdopodobne, że Ukraińcy chcieli zabić Dugina, ale wyszło, jak wyszło. Przyznam, iż dla mnie był to trzeci w kolejności możliwy scenariusz – bardziej prawdopodobne wydawało mi się, że putinowskiego ideologa „odwalić” chcieli sami rosjanie, by po zrzuceniu winy na Ukraińców zdobyć pretekst dla bardziej zdecydowanych działań na froncie. Nieco tylko mniej prawdopodobna opcja zakładała, że wybuch na podmoskiewskiej autostradzie to efekt wewnętrznych porachunków między rosyjskimi nacjonalistami; to środowisko na poły przestępcze, z rozmaitymi biznesami – Dugin mógł kogoś mocno zdenerwować/wejść komuś w szyki. Chciano go więc zabić albo nastraszyć zabijając mu córkę. Wątek ukraiński był dla mnie czysto teoretyczną możliwością.

Tym niemniej zakładałem, że może to być sygnał wysłany przez Kijów Moskwie (który byłby bardziej czytelny, gdyby zabito ojca, nie córkę). Moskwie rozumianej jako rosyjska elita państwowa i wojskowa. „Uważajcie, bo mamy długie ręce”. Może była to akcja w odpowiedzi na powtarzające się próby zamachu na prezydenta Zełenskiego, a może element szerzej rozumianej wojny psychologicznej, zorientowanej na paraliż rosyjskich ośrodków władzy. A może jedno i drugie.

Od końca sierpnia sytuacja rosyjskich wojsk uległa dramatycznemu pogorszeniu. Gdzie nie spojrzeć są w odwrocie, a w najlepszym razie w defensywie. Staje się coraz oczywistsze, że konwencjonalnymi środkami walki rosja tej wojny nie wygra, a najprawdopodobniej sromotnie ją przegra. Pojawiają się zatem elementy atomowego szantażu, skierowanego zarówno do Ukrainy (z przesłaniem „przestańcie walczyć, bo…”) oraz do Zachodu („przestańcie ich wspierać, bo…”). Moskwa uruchomiła całą kampanię dezinformacyjną, której celem jest wywołanie powszechnego lęku przed skutkami atomowej eskalacji – aktywność (por)rosyjskich trolli, wieszczących rychłą zagładę, gdy „durny Zachód sprowokuje rosję”, obserwowana jest i w naszej infosferze. Wszystko rzecz jasna po to, by poprzez wywołanie społecznego niepokoju, wpłynąć na decyzje zachodnich rządów.

Te jednak pozostają nieugięte, co największe znaczenie ma w przypadku władz Stanów Zjednoczonych. Waszyngton, w odpowiedzi na rosyjski blef, wysyła jednoznaczne sygnały. Nie znamy szczegółów depesz, które trafiły do Moskwy, ale… Ale jeśli były szef CIA (gen. David Petraeus) mówi w wywiadzie prasowym, że odpowiedzią USA na użycie broni jądrowej w Ukrainie będzie zniszczenie rosyjskiej armii ekspedycyjnej i floty czarnomorskiej, to nie są to spekulacje emeryta, a wyraźny sygnał. Jeśli informatorzy amerykańskiego „Newsweeka” z wysokich szczebli administracji zapowiadają w odwecie fizyczną eliminację władz rosji, to nie jest to niekontrolowany przeciek. Jeśli rozmówcy NYT sugerują, że Ukraińcy mogą dosięgnąć rosyjskie VIP-y – z których część może wziąć udział w ewentualnym procesie decyzyjnym dotyczącym użycia broni A – to nie jest to przypadek. Zostawienie czytelnika z przekonaniem, że we współpracy na linii Waszyngton-Kijów coś zgrzyta pozostaje niewielką ceną w porównaniu z zyskiem, jakim jest lęk rosyjskich elit.

Presja idzie z różnych kierunków – media (świadomie lub nie) czasem stają się tej presji narzędziem. I gitara – jak mawia klasyk – bo strach zabije w końcu ten reżim. Wystarczy świadomość u części wpływowych rosjan, że łatwiej pozbyć się putlera niż nieustannie drżeć o własne życie.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Drogi

Zauważyliście pewnie, jak zasuwają ostatnio Ukraińcy. Co ich tak gna, poza oczywistą potrzebą wyzwolenia własnych terytoriów?

Najpierw trochę historii.

Zachodnio-centryczna wizja zmagań z lat 1914-18 zdominowała refleksję historyczną i w naszej części Europy. Wielka Wojna to i dla nas, Polaków, nade wszystko okopowa rzeź na polach Flandrii, w błotnym anturażu odpowiedzialnym za śmiercionośne warunki sanitarne. Ale przecież i na froncie wschodnim maź zatruwała żołnierzom życie. W zapiskach dokumentujących szlaki bojowe niemieckich i austro-węgierskich pułków wielokrotnie wspomina się o błocie (niekiedy, w zależności od rejonu działań, towarzyszy temu przymiotnik „polskie”). Hamowało one ofensywę na Warszawę z wczesnej jesieni 1914 roku, solidnie krzyżowało szyki podczas zmagań nad jeziorami mazurskimi w lutym 1915 roku. Wówczas to gwałtowna odwilż i rzęsiste deszcze przemieniły pole bitwy w rozlewisko, a szlaki komunikacyjne w bagna i potoki. A potem przyszedł mróz, skuwając wszystko lodem, rosjanom utrudniając ucieczkę, nie na tyle skutecznie jednak, co Niemcom pościg.

Pomni tych doświadczeń dowódcy Wehrmachtu kampanię w Polsce zaplanowali na późne lato 1939 roku. Suchy wrzesień nie zawiódł ich oczekiwań, pomagając w przeprowadzaniu błyskawicznych uderzeń. Dwa lata później ów czynnik pogodowy wzięto pod uwagę, projektując założenia operacji Barbarossa. Przewidując, że im dalej na wschód, tym gorsze drogi, a więc i większe problemy. Wielu amatorów historii podziela dziś mylne przekonanie, że niemiecki atak na ZSRR został opóźniony o kilka tygodni, z uwagi na nieplanowane wcześniej zaangażowanie sił zbrojnych III Rzeszy na Bałkanach (co miało zadecydować o niemieckiej klęsce pod Moskwą, do której najeźdźcy podeszli za późno). Tymczasem jeszcze na początku czerwca 1941 roku na rozległych obszarach rosji, Białorusi i Ukrainy deszcz „produkował” nieprzebrane masy błota, w którym utknęłyby nie tylko zmotoryzowane oddziały armii niemieckiej, ale i jej wciąż oparta o transport konny logistyka. Wiedział o tym Hitler, wiedzieli jego generałowie, stąd końcówka czerwca świadomie wybrana jako moment ataku. Stąd podjęcie kolejnej operacji zaczepnej dopiero w lipcu następnego roku…

Wracam do tematu rasputnicy, bo za kilkanaście dni powinna nastąpić jej jesienna odsłona. Co w mojej ocenie przełoży się na dynamikę działań wojennych w Ukrainie. Gdy podjąłem temat dwa tygodnie temu, kilka osób napisało mi, że współczesne armie są już w wysokim stopniu uniezależnione od kaprysów pogody – w związku z tym front „nie ostygnie”. Też nie twierdzę, że ostygnie – po prostu przewiduję wyhamowanie dużych, manewrowych operacji do czasu aż nastaną pierwsze mrozy. Współczesne czołgi wciąż pozostają niezgrabnymi kolosami – i przy odpowiednim nagromadzeniu błota zwyczajnie w nim utkną (zauważyliście, że na północy Ukraińcy używają już teraz przede wszystkim lżejszych wozów?). Obserwowaliśmy to w marcu, z satysfakcją kontemplując podtopione ruskie tanki; wtedy to orki były w natarciu i to im bardziej zależało na przejezdności pokonywanych terenów. Dziś inicjatywa jest po ukraińskiej stronie, a front przesuwa się w rejony Donbasu, gdzie nie ma za wielu przyzwoitych dróg.

W tym miejscu pozwolę sobie na pewną anegdotę. Latem 2016 roku podróżowałem samochodem z Charkowa do Siewierodoniecka. Dość szybko zjechaliśmy z porządnej szosy i… przepadliśmy. To znaczy takie wrażenie odniósł towarzyszący mi fotoreporter, dla którego był to pierwszy wyjazd do Ukrainy. „Kiedy wskoczymy na jakąś główną drogę?”, zapytał, umęczony jazdą po wertepach, przy których najgorsza polska droga z połowy lat 90. wyglądała jak autostrada. „Paweł”, odparłem. „Ale my jedziemy główną drogą…”.

Donbas do 2014 roku i bez wojny był miejscem zapomnianym przez boga. Po upadku sowietu państwo niemal przestało tam istnieć i świadczyć wiele z podstawowych usług. Publiczna infrastruktura popadała w ruinę, remonty przeprowadzano rzadko i byle jak. Prowincja, zarządzana niczym udzielne księstewko przez złodziei i prorosyjskich politycznych baronów (co zwykle oznaczało te same osoby), miała oczywiście swoje „okna wystawowe” – Donieck i kilka innych większych miast – lecz generalnie tkwiła w materialnym rozkładzie, w którym trudno się żyło i trudno przemieszczało.

A teraz te drogi porozjeżdżały jeszcze czołgi.

Oczywiście, pogoda może nas zaskoczyć. Zmiana klimatu jest faktem, zaburzenia naturalnych dotąd cyklów stają się coraz powszechniejszym zjawiskiem. W efekcie jesiennej rasputnicy może nie być, może okazać się nie tak dokuczliwa; na tym etapie to wróżenie z fusów (mniej uprawnione niż wnioski z historycznych doświadczeń). Przyjmijmy jednak, że wszystko potoczy się „po staremu”. Nie sądzę, by Ukraińcy zawiesili wówczas działania zaczepne. Po prostu, nie będą one tak spektakularne. Nastąpi ciąg dalszy grillowania rosjan przy użyciu precyzyjnej artylerii, czemu będą towarzyszyć lokalne kontrataki – nie tyle dla kolejnych korekt terytorialnych, co dla nękania przeciwnika.

Bo rosjanie – ten zamysł wydaje się coraz bardziej oczywisty – inicjatywy operacyjnej woleliby nie podejmować. Nie spodziewam się rosyjskich ofensyw, wieszczonych przez niektórych po ogłoszeniu przez Kreml mobilizacji. Moim zdaniem, najeźdźcy zamierzają się przegrupować – odpocząć, odbudować na ile się da potencjał bojowy poharatanych oddziałów – i w takim „stanie skupienia” przeczekać zimę.

Aby stało się to możliwe, na północy muszą ustabilizować front, na południu rozbudować obronę. Pytanie, czy Ukraińcy pozwolą, nie jest jedynym, jakie muszą sobie teraz zadać dowódcy „operacji specjalnej”. W rosyjskiej infosferze (mam świadomość ograniczonej reprezentatywności środowiska internetowego) następuje bowiem coś nieprawdopodobnego – rozlewa się fala krytyki dowództwa i armii (choć jeszcze nie putina). Padają najcięższe zarzuty – głupoty, tchórzostwa, nepotyzmu – pojawia się refleksja (jakże trafna…), że wojsko jest nic niewarte. Ten chór wzmagają opinie Kadyrowa i Prigożyna (szefa Wagnera), którzy wprost domagają się dymisji szojgu. Ów „pręgierz” można potraktować jako medialny szum, ale jak potraktuje go putin? Jeśli dostrzeże w nim oznaki buntu/rozkładu dyscypliny trzymającej w ryzach reżim, i on może zażądać głów. Przede wszystkim zaś działania. Gotowi (wyszkoleni, uzbrojeni) czy nie, rosyjscy żołnierze mogą wówczas zostać pchnięci do szaleńczych ataków. Byle tylko wykazać, że to Moskwa znów rozdaje karty…

PS. A ja mam dziś urodziny, w związku z czym życzę sobie sromotnej porażki armii rosyjskiej i międzynarodowego trybunału dla putina. Najpierw jednak chciałbym, żeby w jednym z ostatnich dekretów posłał putler Kadyrowa na front. Wiele bym dał, by zobaczyć tego tik-tokowego bohatera z gruzem w nogawkach…

—–

Zdjęcie ilustracyjne – wykonałem je w Afganistanie zimą 2012 roku/fot. własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Granice

Pamiętacie ponury dowcip z 2014 roku – w obiegu po aneksji Krymu – o rosyjskich granicach? Było kilka wersji, za chwilę zacytuję jedną z najpopularniejszych – z odpowiednią, świeżutką korektą. No więc tak:

– Gdzie ma swoje granice rosja?/- Gdzie tego chce!

Oto oryginał. W poprawionej przez życie wersji jest ciąg dalszy:

– Gdzie tego chce… Ukraina

Do wpisu załączam stosowną grafikę (za Natalia Panchenko) – z reklamą najlepszego dostawcy kotłów w Ukrainie (a pewnie i całej Europie).

Ps. Mój ulubiony rodzimy „(pro)rosyjski głos w twoim domu” pozwolił sobie na krytykę przywództwa roSSji, które zabroniło żołnierzom wycofać się z Łymania. Może to kolejny dowód, że media-mobiki na odcinku polskim wyczuły pismo nosem (putinowskiego trupa znaczy), ale nie przywiązuję się zbytnio do tej myśli. W tej krytyce jest bowiem refleksja o drugo- czy wręcz trzeciorzędności kierunku łymańskiego – teza absurdalna, biorąc pod uwagę skutki dalszego rozcinania rosyjskich ugrupowań w Donbasie. Idzie więc raczej – w tym przypadku pod płaszczykiem humanitaryzmu – o deprecjonowanie ukraińskich sukcesów. Że niby bezsensowne te ofiary „niezwykle krwawych walk”, z których poza PR-em nic nie wynika. Jest ból…

—–

Nz. To ukraińscy żołnierze ustalają dziś rosyjskie granice…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Riposta

Pojawiły się prośby, bym napisał, jak wyglądałoby użycie przez rosjan broni jądrowej – w odpowiedzi na porażki w Ukrainie. Szanowni, właśnie o to tym gamoniom chodzi – byśmy nieustannie rozważali najdziksze scenariusze, od których włos jeży się na głowie. Które rozbudzą w nas choćby tylko podskórne lęki. W użyciu „atomówek” nie chodzi jedynie o materialny wymiar destrukcji, ale też o spustoszenia natury psychicznej/psychologicznej. Efekt mrożący, czyli pożądaną przez atakujących zmianę – w tym przypadku złamanie woli ukraińskiego oporu oraz powstrzymanie zachodniej pomocy z obawy przed eskalacją. Tyle że ów efekt (nie od razu i nie w całości) może wywołać sama groźba użycia takiej broni. Atomowy blef, którym usiłuje grać putin, a którego skuteczność zwiększają medialne dywagacje.

No więc nie, nie zagram w tej orkiestrze.

Dodam jednak – bo mam świadomość, że ziarna niepokoju zostały już zasiane, a potoczne wyobrażenia niosą szkodliwe skutki – że:

Po pierwsze, aktywność sił zbrojnych federacji jest monitorowana przez całą dobę, putinowska armia pozostaje w istotnej mierze transparentna dla zachodnich wywiadów, głównie amerykańskiego; to zasługa imponującego zaplecza technologicznego, wielkości i jakości agentury oraz rosyjskiej bylejakości i podatności na korupcję. Dzięki temu wiemy, że nie dzieje się nic, co wskazywałoby na rosyjskie przygotowania do użycia głowic jądrowych.

Po drugie, odpalenie głowic nie następuje „z automatu”. Przycisk w słynnej walizce nie posyła rakiet „w świat”, a jedynie rozkaz ich użycia. Ostateczne decyzje podejmują dowódcy wyrzutni. Wykorzystanie broni strategicznej (dużych głowic przenoszonych przez międzykontynentalne rakiety) poprzedza proces decyzyjny, który nie jest ograniczony do jednej osoby – putina. Tyle wiemy na pewno – klarownej wiedzy na temat szczegółów tego procesu nie mamy. Zdaniem wielu analityków, inicjacja na poziomie strategicznym wymaga jednoczesnej zgody prezydenta, ministra obrony i szefa sztabu generalnego. Z kolei sięgnięcie po broń taktyczną (małe głowice) leży w kompetencjach dowódcy teatru działań, choć z jednej strony wymagana jest zgoda (polityczna) naczelnego dowódcy, z drugiej, rozkaz wędruje przez kolejne szczeble aż do operatora nośnika – pilota czy dowódcy działonu (który musi wiedzieć, co zrzuca/czym strzela). Innymi słowy, mamy do czynienia z długim łańcuchem zależności i reakcji, co pozwala wierzyć, że gdzieś/ktoś w końcu się opamięta.

Bo ryzyka, patrząc z perspektywy Kremla, są ogromne. Pomijam oczywiste stwierdzenie, że w razie eskalacji i wciągnięcia NATO w wymianę nuklearnych ciosów, nikt takiej wojny nie wygra. Gwarantowane Wzajemne Zniszczenie chroni nas przed wielkim nuklearnym konfliktem.

Co zaś się tyczy pomniejszych scenariuszy – zrzucenie taktycznego ładunku w Ukrainie nie pozostanie bez reakcji Zachodu. Ta wojskowa ma być druzgocąca – mówią to wprost przedstawiciele amerykańskiej administracji. Zapowiedzi pozostają bardzo ogólne, a szczegóły – na przykład dotyczące zniszczenia floty czarnomorskiej przy użyciu amerykańskich pocisków samosterujących – to medialne spekulacje. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że generał Mark Milley, przewodniczący połączonych szefów sztabów (najważniejszy żołnierz w USA), jesienią ubiegłego roku tak zdefiniował zasady postępowania z rosją („krajem o nadzwyczajnych zdolnościach nuklearnych”):

1: „Nie miej konfliktu kinetycznego między wojskami USA i NATO a Rosją”.

2: „Zatrzymaj wojnę w granicach geograficznych Ukrainy”.

3: „Wzmacniaj i utrzymuj jedność NATO”.

4: „Umocnij Ukrainę i daj jej środki do walki”.

Jeśli ekstraordynaryjne posunięcie – jakim byłoby odpalenie głowicy atomowej – nie zmieniłoby tych zasad, militarna odpowiedź Zachodu miałaby charakter pośredni i odbyłaby się ukraińskimi rękoma. Ponieważ istotna w tym kontekście byłaby szybkość odpowiedzi, przeprowadzono by ją w oparciu o potencjał, którym Ukraina już dysponuje – acz „na szybkości doładowany”. W mojej ocenie mielibyśmy do czynienia z serią ataków rakietowych na bazy rosyjskiej floty na Krymie, na rosyjskie centra dowodzenia, lotniska i na inne elementy kluczowej wojskowej infrastruktury. Nihil novi, ale… Ale Himarsy strzelałby także pociskami o największym zasięgu (300 km), z natężeniem dotąd nieobserwowanym. Rakiety przeciwokrętowe, w oparciu o precyzyjne koordynaty pochodzące z natowskich samolotów, zafundowałyby rosjanom powtórkę z „Moskwy” do potęgi entej. Ogłoszona wczoraj (a pewnie już zrealizowana) wysyłka do Ukrainy kolejnych kilkunastu Himarsów (co w praktyce oznacza podwojenie ich liczby) daje obrońcom odpowiednią paletę możliwości.

Dekapitacja dowództwa polowego, paraliż lotnictwa oraz utrata floty (a więc również koszmarny prestiżowy cios) przyniosłyby dalszą degradację możliwości rosji – i to w ekspresowym tempie. A przecież cały czas mówimy o scenariuszu, w którym wojska USA i NATO nie angażują się w konflikt kinetyczny. Na „drabinie eskalacyjnej” to wciąż jeden z pierwszych szczebli.

C.d.n.

PS. Rzecznik Kremla poinformował, że w piątek dojdzie do „ceremonii podpisania umów o przyłączeniu nowych terytoriów do Rosji” – tzw.: DRL, ŁRL, części zajętego obwodu chersońskiego i zaporoskiego. Uważam, że ten krok ma wymiar przede wszystkim propagandowy i jest skierowany do swoich. Wszystko się sypie, obywatele zaczynają wątpić w siłę i skuteczność armii i państwa. No więc pokażmy im – kalkulują kremliny – żeśmy silni, zwarci, gotowi. Że rosja bierze, co chce. A że nasze groźby ochrony „własnego” terytorium nie odstraszą Ukraińców? Załatwimy im tyle roboty, że nie będą mieli sposobności buszować po „naszym”. Tę masę świeżo zmobilizowanego mięsa armatniego ktoś będzie musiał przerobić. A to zajęcie na całą jesień i zimę. A po zimie, kto wie, może Zachód zmięknie…

—–

Nz. Zniszczymy je w trzy dni – taki los ukraińskiemu lotnictwu zapowiedzieli rosjanie. Z dużym dystansem – tak trzeba traktować rosyjskie groźby/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Mordor

„Czy Amerykanie mają źródła osobowe w rosyjskich centralach wojskowych?”, pytał Piotra Niemczyka, byłego wiceszefa UOP dziennikarz Tygodnika „Przegląd”. „Na pewno jakieś mają, ale tym się nie pochwalą. Wiemy więc niewiele, ale możemy się domyślać. Popatrzmy np. na historię lotniska w Hostomelu. Tam miała zacząć się wojna, miał wylądować rosyjski desant i zająć obiekty rządowe, telewizję, parlament. Wokół Kijowa jest sześć lotnisk, a Ukraińcy nie mieli wystarczających sił, by wszystkich pilnować. Ale Hostomela pilnowali. Jeżeli mieli przygotowane siły do obrony tego lotniska, to znaczy, że prawidłowo wytypowali miejsce, gdzie desant nastąpi. Wiedzieli to. Prawdopodobnie na podstawie informacji wywiadowczych”, usłyszał w odpowiedzi.

Rozmowa została opublikowana na początku sierpnia, dwa tygodnie później „Washington Post” wypuścił doskonały tekst pt.: „Droga ku wojnie”, rekonstruujący zdarzenia, jakie miały miejsce od późnego lata 2021 roku, aż po pierwsze chwile rosyjskiej inwazji. Dziennikarze rozmawiali z przedstawicielami dyplomacji i służb specjalnych, przede wszystkim z USA, ale też z innych zachodnich krajów. No i z Ukrainy. Kreml spotkań z reporterami odmówił, co w sumie nie dziwi, zważywszy na fakt, że tekst po całości obnaża cyniczną grę rosji, której władze tylko udawały, że chciałyby rozwiązań dyplomatycznych. Moskwa parła ku wojnie, wbrew swoim intencjom – i to jest istota tego tekstu – pozostając niemal całkowicie transparentna dla amerykańskiego wywiadu. Waszyngton wiedział, co się dzieje, czerpiąc informacje zarówno z samych szczytów rosyjskiej władzy, jak i z poziomu pojedynczych oddziałów skoncentrowanych przy granicy z Ukrainą.

Ta przejrzystość rosji to absolutny fenomen w dziejach zakulisowych rozgrywek. Temat warty oddzielnego postu, dziś bowiem chciałbym się skupić na czym innym.

„(…) 12 stycznia Burns (dyrektor CIA William Burns – dop. MO) spotkał się w Kijowie z Zełenskim i przedstawił szczerą ocenę sytuacji. Obraz wywiadowczy wyklarował się do tego stopnia, że było już oczywiste, iż Rosja planowała uderzyć na Kijów i zdekapitować rząd centralny. Stany Zjednoczone znały kluczowe elementy planowanej bitwy: Rosja zamierzała desantować swoje siły na lotnisku w Hostomelu, na przedmieściach stolicy, gdzie pasy startowe mogły pomieścić ogromne transportowce przewożące żołnierzy i broń. Tam miał się rozpocząć atak na Kijów”, czytamy we wspomnianym tekście w „Washington Post”.

Dyplomacja USA dawała rosjanom do zrozumienia, że zna ich zamiary (oczywiście, bez szczegółów, ale w takiej sytuacji należy założyć, że przeciwnik wie dużo). Ukraińcy przerzucili pod Hostomel część swoich sił, co nie mogło ujść uwadze rosyjskiemu rozpoznaniu. A mimo to rankiem 24 lutego elitarne oddziały wojsk powietrznodesantowych (WDW) rzucono do walki o lotnisko. Ukraińcy zgotowali desantnikom krwawą łaźnię – dziesiątkując tym samym elitę rosyjskiej armii. Operacja, która miała dowieść kunsztu atakujących, skończyła się spektakularną klapą. Niewykluczone, że przesądziła o porażce rosjan na tym etapie wojny. A przecież wcale tak być nie musiało. Istnieje dość przesłanek, by sądzić, że komuś na Kremlu powinny zapalić się wszystkie czerwone lampki. W obliczu podejrzenia infiltracji plany inwazji należało skorygować, tymczasem – wiele na to wskazuje – rosjanie albo tego nie zrobili, albo postanowili zagrać va banque. Zdaje się, że wojsku nie dano możliwości wyboru. „(…) Wywiad USA ustalił, że plany wojenne Kremla nie trafiały do dowódców na polu bitwy, którzy mieli je zrealizować. Oficerowie nie znali rozkazów. Żołnierze pojawiali się na granicy, nie rozumiejąc, że idą na wojnę. Niektórzy analitycy rządu USA byli zdezorientowani tym brakiem komunikacji w rosyjskim wojsku”, piszą autorzy „Drogi ku wojnie”.

Gdy rozkazy już dotarły, skończyło się, jak skończyło. „(…) Przedstawiciele zachodnich wywiadów – patrząc wstecz na to, co okazało się chaotycznym atakiem na Kijów – przyznają, że przecenili skuteczność rosyjskiego wojska. ‘Założyliśmy, że zaatakują kraj w taki sam sposób, w jaki my byśmy to zrobili’ – powiedział jeden z brytyjskich urzędników”, cytuje „Washington Post”.

A teraz do sedna.

W weekend ze stanowiskiem wiceministra obrony federacji rosyjskiej pożegnał się odpowiedzialny za logistykę gen. Dmitrij Bułhakow. Zastąpił go gen. Michaił Mizincew, znany jako „Rzeźnik Mariupola”. Trudno powiedzieć, czy Mizincew spełni się na nowej posadzie, w każdym razie jego poprzednik poleciał za nieumiejętnie przeprowadzoną mobilizację. Po trzech dniach widać, że chaos mobilizacyjny trwa w najlepsze, a Bułhakow został rzucony na pożarcie w roli kozła ofiarnego.

Jest bowiem tak źle, że nawet w kraju, w którym kanały komunikacji zostały mocno ograniczone i poddane ostrej cenzurze, nie sposób ukryć toczącego się dramatu.

Oto kilka jego aktów (w oparciu o ogólnodostępne filmiki):

– „Armia rosyjska daje mundur i uzbrojenie, a resztę musicie załatwić sobie sami: śpiwór, matę turystyczną, podstawowe medykamenty, opaskę uciskową. Tę ostatnia znajdziecie w apteczce samochodowej. W torebce dziewczyny z kolei będą damskie podpaski i tampony. Bierzcie, bo przydadzą się wam do butów, gdy zamokną, i do zatykania ran postrzałowych”, mówi świeżo przybyłym poborowym rosyjska pani sierżant.

– Z tym uzbrojeniem bywa kłopot, bo do rąk żołnierzy trafiają pordzewiałe (źle przechowywane), rozklekotane kałasze. „Po co ci karabin, jesteś czołgistą”, relacjonuje słowa magazyniera świeżo obdarzony sprzętem żołnierz. A na zdjęciach wykonanych na węźle kolejowym w Irkucku oglądamy eszelon z 60-letnimi ciężarówkami, jadącymi na front. „Siła rdzy”, drwią internauci.

– Od czasu ogłoszenia częściowej mobilizacji z Rosji wyjechało ponad 261 tys. osób, podaje „Nowaja Gazieta”, powołując się na źródła w administracji putina. Jak dodaje, rosyjskie władze rozważają zamknięcie granic. Opublikowane dziś zdjęcia satelitarne pokazują sznury samochodów i nieprzebrane tłumy rosjan przy przejściach granicznych z Gruzją i Mongolią; exodus trwa w najlepsze.

– W obwodzie swierdłowskim na Uralu na wojnę z Ukrainą zmobilizowano 59-letniego chirurga. Lekarz Wiktor Djaczok nie widzi na jedno oko, ma problemy ze słuchem i cierpi na raka skóry. Choroby mężczyzny czynią go niezdolnym do służby, ale komisja wojskowa to zignorowała. „Sztuka jest sztuka”, cytat z „Krola” sam ciśnie się na usta.

– Osoby, które zmobilizowano w Rosji na wojnę z Ukrainą omyłkowo, mają wrócić do domów, oświadczył Ajsen Nikołajew, przywódca leżącej na wschodzie Syberii Jakucji. Dodał, że dotyczy to np. wielodzietnych ojców. „Są przypadki mobilizacji obywateli, którzy nie powinni być wcielani do wojska. Na przykład przypadki wezwań wielodzietnych ojców, którzy mają czworo i więcej dzieci poniżej 16. roku życia”, napisał na Telegramie. „Wszyscy, którzy zostali zmobilizowani przez pomyłkę, powinni wrócić. Te działania już się zaczęły”, zaznaczył.

– „A ja mobilizacji przeprowadzał nie będę”, zapewnia Razman Kadyrow. „Czeczenia wypełniła plan poboru w 254 procentach”, wylicza.

– W sąsiednim Dagestanie zaczęły się siłowe przepychanki, po tym, jak tysiące ludzi – przede wszystkim kobiet – wyszło protestować przeciw mobilizacji. Protest się rozkręca, a ktoś tam w federalnej administracji wpadł na pomysł, by do jego zduszenia posłać Rosgwardię z Czeczenii. Jak się Czeczeni z Dagestańczykami wezmą za łby, to Kaukaz znów zapłonie – zdaje się, że tego scenariusza nie wzięto pod uwagę (a może wzięto?).

– Wczoraj w komisji poborowej w Ust-Ilimsku 25-letni Rusłan Zinin zastrzelił dowódcę wojenkomatu. „Wolę iść do więzienia niż na wojnę”, przyznał tuż po zatrzymaniu.

– W sieci co rusz pojawiają się kolejne filmiki, z których wynika, że docierający do jednostek poborowi zwykle są zalani w sztok. Wódka ma tu funkcjonalny charakter; na trzeźwo chłopcy pewnie by tak chętnie nie pakowali się do koszar. „Zabawa się skończyła, od teraz jesteście żołnierzami!”, drze się na potężnie skacowanych mężczyzn jakiś podoficer. Ot, sedno całej sytuacji.

– Na innym filmiku widzimy budynek koszarowy wytrzebiony z wszystkich instalacji. Wygląda to jak obiekt w rozbiórce albo budynek przeznaczony do generalnego remontu. „Tak nas zakwaterowali”, śmieje się mężczyzna, autor materiału.

– Uśmiecha się gen. Walery Załużny, dowódca naczelny Ukraińskich Sił Zbrojny. „Zniszczyliśmy zawodową armię rosyjską, zniszczymy i tę z poboru”, zapowiada.

– Proces niszczenia już się zaczął. Wbrew twierdzeniom putina i szojgu, nowo powołani żołnierze nie przechodzą żadnych szkoleń przygotowawczych/zgrywających. Od razu wysyłani są na front jako uzupełnienie wykrwawionych oddziałów. W ostatnich dniach rosyjskie straty wzrosły 2-3-krotnie i sięgają 500-600 zabitych dziennie. To już nie jest wojna, to zbiorowe samobójstwo.

Przykładów obnażających prawdziwe oblicze mobilizacji jest oczywiście co niemiara – bez trudu je znajdziecie. Pozwoliłem sobie wymienić kilka, by tym sposobem zilustrować wnioski, o jakich mówią rozmówcy „Washington Post”. A jakie należy rozciągnąć nie tylko na wydarzenia już historyczne, ale i na to, co dzieje się obecnie, i co jeszcze się wydarzy. Na armię rosyjską nie wolno patrzeć tak, jak na armie zachodnie. A na rosję tak, jak na inne kraje. To odmienny świat, odmienna filozofia funkcjonowania. Istny Mordor – obdarty z humanitaryzmu, choć funkcjonalnie niewydolny, to silny masą. Pchany bezwzględnością dowództwa i władzy – do czasu aż rozpieprzy się na jakimś murze. Oby ten ukraiński nie skruszał.

—–

Nz. Zwycięstwo „Z”eków? Na tak postawione pytanie może być tylko jedna odpowiedź…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to