Wyczerpywanie

„No to Ukraina już przegrała”, napisał jeden z moich Czytelników w reakcji na tekst, który opublikowałem w TVP Info. Dotyczył on przewidywań na 2026 rok i opisywał trudną sytuację władz w Kijowie. O niczym w artykule nie przesądzałem, ale materiał istotnie nie był hurra-optymistyczny (bo być nie mógł…), ponieważ jednak pisałem głównie z perspektywy ukraińskiej, rzeczywiście można było odnieść wrażenie pewnej „asymetrii pesymizmu”. Nie było moją intencją przekonanie Czytelnika, że rosja jest w wyjątkowo lepszej sytuacji niż Ukraina. Bo nie jest, o czym pisałem wielokrotnie, ale najwyraźniej muszę napisać raz jeszcze, w kontrze do defetystycznych nastrojów.

Zatem nie, rosja nie wygrała (już) wojny z Ukrainą. Teza o rosyjskim zwycięstwie jest nieprawdziwa nie w myśl zasady „zależy, jak spojrzeć”, tylko w sensie elementarnym – nie zgadza się ani z logiką wojny, ani z faktami, ani z tym, jak w historii kończą się konflikty zbrojne.

—–

Problem zaczyna się już na poziomie definicji zwycięstwa. Jeśli zwycięstwo ma oznaczać realizację celów politycznych i wojskowych, to rosja tych celów nie osiągnęła. Wojna nie miała być długotrwałym konfliktem pozycyjnym, lecz operacją zmieniającą układ sił w regionie. Ukraina miała zostać złamana, jej elity zastąpione, a państwowość podporządkowana rosyjskiej woli. Tymczasem Ukraina nie tylko przetrwała, ale zbudowała armię zdolną do zadawania rosji realnych, bolesnych strat. Państwo, które po prawie czterech latach pełnoskalowej wojny nadal walczy, zachowuje ciągłość władzy i zdolność mobilizacyjną, nie jest dowodem czyjejś wygranej – jest dowodem porażki planowania agresora.

W wymiarze czysto wojskowym rosja nie osiągnęła rozstrzygnięcia: nie zdobyła przewagi strategicznej, nie zniszczyła sił przeciwnika i nie narzuciła tempa działań. Linia frontu, tak często przywoływana jako dowód „faktów dokonanych”, jest miarą impasu okupionego ogromnym kosztem ludzkim, zużyciem sprzętu i koniecznością permanentnej mobilizacji. Państwo, które musi rok po roku dosypywać ludzi i zasobów tylko po to, by utrzymać stan posiadania, nie znajduje się w fazie zwycięstwa, lecz w fazie strategicznego wyczerpywania.

Jeszcze wyraźniej widać to na poziomie politycznym. Wojny wygrywa się wtedy, gdy przeciwnik uznaje porażkę, a otoczenie międzynarodowe akceptuje nowy stan rzeczy. Tego nie ma. rosja nie uzyskała legitymizacji swoich zdobyczy, nie stworzyła nowego ładu bezpieczeństwa i nie zmusiła Zachodu do powrotu do „business as usual”. Wręcz przeciwnie: wojna doprowadziła do trwałego wypchnięcia Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów i do wzmocnienia zachodnich struktur bezpieczeństwa. Narracja o „zmęczonym Zachodzie” funkcjonuje dobrze w mediach społecznościowych, ale słabo radzi sobie z faktami. Pomoc bywa wolniejsza, bardziej targowana i mniej entuzjastyczna niż na początku wojny, lecz nie została cofnięta – mimo częściowej obstrukcji USA – a kluczowe decyzje – dotyczące produkcji amunicji, szkolenia czy przekazywania coraz bardziej zaawansowanych systemów – zapadły i są realizowane.

—–

Argument gospodarczy również nie wytrzymuje krytyki. Owszem, rosyjska gospodarka funkcjonuje, a wskaźniki wzrostu można pokazać na wykresach. Tyle że jest to wzrost charakterystyczny dla państwa w trybie wojennym, opartego na masowej produkcji zbrojeniowej i wydatkach publicznych podporządkowanych frontowi. To nie jest historia o sukcesie, lecz o przestawieniu całego organizmu na jeden cel. Kosztem inwestycji cywilnych, elastyczności i długofalowego rozwoju rosja stała się państwem coraz bardziej uzależnionym od wojny – bo bez niej model ten zaczyna się chwiać. Trudno uznać to za wygraną; to raczej opis sytuacji, w której konflikt staje się warunkiem stabilności systemu.

Co więcej, fabryki pracują, broń schodzi z taśm, ale efektywność produkcji maleje, koszty rosną szybciej niż zdolność państwa do ich absorpcji, a brak rąk do pracy i inflacja stają się problemami strukturalnymi. Nad rosją cały czas wisi widmo załamania importu krytycznych komponentów, bez których zbrojeniówka i przemysł wydobywczy sobie nie poradzą. To nie jest pozycja siły, lecz kruchej równowagi.

Idźmy dalej, rosja ma większą populację niż Ukraina, ale ponosi też wielokrotnie wyższe straty. Wojna wyciąga z rynku pracy setki tysięcy mężczyzn w wieku produkcyjnym, zwiększa presję demograficzną i pogłębia nierównowagi regionalne. Każda kolejna fala mobilizacji jest droższa niż poprzednia, a mechanizmy zachęty finansowej wymagają sięgania do topniejących oszczędności. Na 2026 rok jeszcze ich wystarczy, ale co będzie dalej?

Skąd więc w ogóle bierze się przekonanie, że rosja „już wygrała”? Z przesunięcia znaczeń. Dla wielu obserwatorów zwycięstwo nie oznacza dziś jednoznacznego rozstrzygnięcia, lecz sam fakt, że wojna trwa, że jest kosztowna, że wspierający Ukrainę Zachód nie potrafi jej szybko zakończyć. Tyle że zmęczenie wojną nie jest jej przegraniem, a brak szybkiego sukcesu jednego z przeciwników nie oznacza automatycznie triumfu drugiego. Wojna, w której jedna ze stron nie potrafi ani wygrać, ani się wycofać bez strategicznej i symbolicznej porażki, rzadko bywa zapamiętana jako zwycięska. I żadna propaganda tego nie zmieni.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, za SzG ZSU

Logika

Kończy się kolejny rok kryzysowych czasów, które pozbawiły wielu z nas przekonania, że „będzie tylko lepiej”. Z większym pesymizmem patrzymy w przyszłość, niektórzy – bardzo liczni – spodziewają się najgorszego. Na przykład wojny z rosją, której nieuchronność zaczyna być postrzegana jako coś oczywistego. Nie ma we mnie zgody na takie myślenie; pisałem o tym wielokrotnie, napiszę znów, „ku pokrzepieniu serc”. Bawcie się dziś dobrze, nie ze świadomością, że to bal na Titanicu. Bo jakkolwiek świat wokół kolorowy nie będzie, wielka katastrofa na nas, Polaków, nie czyha. Chyba że sami sobie tutaj coś skręcimy – ale to już inna historia…

W 2026 roku nie dojdzie do wojny między NATO a rosją (później też nie, ale sylwestrowa perspektywa narzuca rozważania krótkoterminowe). Nie dlatego, że „wszyscy chcą pokoju”, ani dlatego, że nie ma napięć. Nie dojdzie do niej dlatego, że taka wojna nie leży w interesie żadnej ze stron, a zwłaszcza nie leży w interesie rosji, która dziś ledwie dźwiga konflikt o znacznie mniejszej skali.

Strach przed wojną NATO–rosja bierze się z uproszczeń. Ludzie widzą eskalację języka, rosnące wydatki na zbrojenia, ćwiczenia wojskowe, rosyjskie prowokacje poniżej progu wojny, no i rzecz jasna konflikt w Ukrainie, po czym składają to w prostą narrację: skoro napięcie rośnie, to „następny krok” musi być wojną światową. Tymczasem w realnej polityce i realnej strategii wojskowej eskalacja bardzo często służy właśnie temu, by wojny uniknąć, a nie ją rozpocząć.

rosja nie ma dziś zdolności do prowadzenia wojny z NATO. Nie w sensie moralnym czy politycznym, tylko czysto wojskowym. Od 2022 roku jej armia zużywa ogromne zasoby na froncie ukraińskim, ponosi straty w sprzęcie, ludziach i kadrze dowódczej, a jej potencjał konwencjonalny jest odbudowywany wolniej, niż jest konsumowany. Wojna z NATO oznaczałaby dla Moskwy konflikt wielokrotnie większy niż ten, z którym ma problem od niemal czterech lat – i to bez żadnej realnej perspektywy zwycięstwa.

Z drugiej strony NATO nie ma żadnego interesu w inicjowaniu wojny z rosją – to taka uwaga a propos prorosyjskich aktywistów medialnych, wypisujących dyrdymały o agresywnych działaniach Sojuszu. Ten został zaprojektowany jako mechanizm odstraszania i obrony, nie jako narzędzie ofensywnej zmiany porządku w Eurazji. Wszystkie kluczowe decyzje – od wsparcia Ukrainy po rozmieszczenie sił na wschodniej flance – są podporządkowane jednej logice: utrzymać konflikt poniżej progu wojny bezpośredniej. To nie jest słabość ani brak determinacji, tylko chłodna kalkulacja kosztów i ryzyk.

Najważniejsze jest jednak coś innego: wszyscy główni gracze wiedzą, gdzie przebiega granica nieodwracalnej eskalacji. Wojna NATO–rosja nie byłaby „kolejnym etapem” obecnego kryzysu, lecz jakościowym skokiem w zupełnie inną rzeczywistość – z ryzykiem użycia broni jądrowej, załamaniem globalnej gospodarki i utratą kontroli nad przebiegiem wydarzeń. Tego typu ryzyka nie są dziś akceptowalne ani w Moskwie, ani w Waszyngtonie, ani w europejskich stolicach.

Lęk przed wojną jest zrozumiały, bo żyjemy w epoce niepewności i agresywnej komunikacji. Ale strach nie jest analizą, a historia ostatnich lat pokazuje raczej coś odwrotnego: im bliżej granicy otwartego starcia, tym więcej wysiłku wkłada się w to, by jej nie przekroczyć. Dlatego właśnie wojna NATO–rosja w 2026 roku nie jest „mało prawdopodobna”. Jest nieracjonalna, a w polityce międzynarodowej to wciąż jeden z najmocniejszych hamulców.

—–

No dobrze, ale przecież „rosja nie jest racjonalna”, twierdzi wielu z nas. To mocno brzmiący argument, ale tylko na pierwszy rzut ucha. W praktyce miesza irracjonalność narracji z irracjonalnością decyzji strategicznych. rosja może być brutalna, cyniczna, skłonna do ryzyka i obojętna na koszty społeczne, ale nie jest aktorem samobójczym. A wojna z NATO byłaby dla niej właśnie takim aktem: konfliktem, którego nie da się wygrać, kontrolować ani „sprzedać” własnemu społeczeństwu w kategoriach sukcesu.

Jeśli ktoś mówi, że Kreml działa irracjonalnie, warto zapytać: względem czego? Względem norm prawa międzynarodowego – tak. Względem zachodnich oczekiwań – często. Ale względem własnej logiki przetrwania reżimu rosja jest konsekwentna. Każda jej eskalacja od 2022 roku była eskalacją poniżej progu wojny z NATO: brutalną, kosztowną, ale starannie kalibrowaną. Groźby nuklearne? Tak. Faktyczne użycie? Nie. Incydenty na granicy Sojuszu? Nic, co byłoby casus belli. To nie przypadek, tylko dowód, że granica jest znana i pilnowana.

—–

A co, jeśli wojna w Ukrainie się skończy? Czy rosja, uwolniona od frontu, nie zwróci się wtedy przeciwko NATO? To rozumowanie zakłada, że zakończenie wojny w Ukrainie automatycznie przełoży się na odbudowę rosyjskiej siły i rozbudzenie apetytu na kolejną wojnę. Tymczasem każdy realistyczny scenariusz zakończenia konfliktu w Ukrainie oznacza dla Moskwy coś przeciwnego: państwo wyczerpane, z armią wymagającą lat odbudowy, gospodarką trwale podporządkowaną wojnie i reżimem, który po raz pierwszy od dekad będzie musiał zarządzać rozczarowaniem, a nie mobilizacją.

Co więcej, koniec wojny w Ukrainie nie obniży napięcia między rosją a NATO – on je zamrozi w nowej konfiguracji odstraszania. rosja po tej wojnie będzie słabsza militarnie, a NATO silniejsze, bardziej obecne na wschodniej flance i mniej skłonne do strategicznych złudzeń. To jest dokładnie ten układ, w którym wojny się nie zaczyna, bo ryzyko porażki jest oczywiste od pierwszego dnia.

Wreszcie najważniejsze: wojna NATO–rosja nie jest „kolejnym konfliktem”, który można przetestować i ewentualnie wygasić. To konflikt o charakterze egzystencjalnym, z bardzo krótką ścieżką eskalacji do poziomu, nad którym nikt nie ma pełnej kontroli. Rosyjskie elity – niezależnie od propagandy – doskonale to rozumieją. I właśnie dlatego, mimo całej brutalności wobec Ukrainy, nie zdecydowały się na krok, który uruchomiłby art. 5.

Ludzie boją się wojny, bo widzą chaos, przemoc i coraz ostrzejszy język. Ale język to nie strategia, a strach nie jest prognozą. Wojna NATO–rosja w 2026 roku nie jest powstrzymywana przez „dobrą wolę”. Jest powstrzymywana przez zimną świadomość, że byłaby końcem wszystkiego, co którakolwiek ze stron próbuje jeszcze kontrolować.

—–

Załóżmy jeszcze scenariusz pesymistyczny: Stany Zjednoczone ograniczają swoje zaangażowanie w Europie, wycofują część sił, przestają być „pierwszym gwarantem” bezpieczeństwa w sensie politycznym i wojskowym. Czy to automatycznie otwiera drogę do wojny NATO–rosja? Nie. Co najwyżej zmienia charakter odstraszania, ale go nie znosi.

Po pierwsze, nieobecność USA nie oznacza braku NATO. Sojusz bez Amerykanów byłby słabszy, mniej spójny i bardziej nerwowy – ale nadal dysponowałby potencjałem konwencjonalnym i nuklearnym, który czyni wojnę z nim skrajnie ryzykowną. Francja i Wielka Brytania pozostają państwami nuklearnymi. Europa jako całość ma dziś większe budżety obronne, większe siły lądowe i większą świadomość zagrożeń niż dekadę temu. To nie jest próżnia strategiczna, w którą można po prostu wejść.

Po drugie, rosja nie patrzy na Europę jak na łatwą ofiarę, nawet bez USA. Patrzy na nią jak na przestrzeń o wysokim ryzyku eskalacji i niskiej przewidywalności. Wojna z europejskim NATO – nawet „okrojonym” – oznaczałaby konflikt z wieloma państwami jednocześnie, bez jednego centrum decyzyjnego, z ogromnym ryzykiem niekontrolowanego rozszerzenia działań. Dla Kremla to nie jest scenariusz „łatwiejszy” niż wojna z USA. To scenariusz bardziej chaotyczny, a więc mniej atrakcyjny.

Po trzecie, kluczowe pytanie brzmi nie „czy rosja by mogła”, tylko czy miałaby po co. Brak USA nie daje rosji automatycznie strategicznej nagrody. Nie rozwiązuje jej problemów wewnętrznych, nie odbudowuje armii, nie zmienia bilansu demograficznego ani gospodarczego. Co więcej, próba wykorzystania „okna nieobecności” USA najpewniej wymusiłaby europejską konsolidację wojskową szybciej i ostrzej, niż życzyłby sobie Kreml. Paradoksalnie więc taki ruch przyspieszyłby dokładnie to, czego rosja od lat chce uniknąć: realną autonomię obronną Europy.

I wreszcie rzecz najważniejsza: nawet jeśli USA wycofują się częściowo, nie znikają z planszy. Amerykańska „nieobecność” w Europie oznacza zwykle zmianę formy zaangażowania, nie jego całkowite zerwanie. Wywiad, logistyka, technologie, odstraszanie nuklearne – te elementy zapewne pozostaną, bo są wpisane w interesy Waszyngtonu niezależnie od administracji.

Dlatego brak USA w tej układance nie prowadzi automatycznie do wojny. Prowadzi do bardziej niekomfortowego, mniej stabilnego, ale nadal odstraszającego porządku. A rosja, nawet jeśli bywa brutalna i cyniczna, wciąż działa w ramach logiki, w której wojna bez realnej nagrody jest błędem, nie szansą.

—–

Szanowni, to tyle w tym roku. Dziękuję, że byliście, i że jesteście. Szczególnie dziękuję swoim Subskrybentom i Kawoszom za każdą przeznaczoną na mój raport złotówkę. I proszę o więcej, wszak działamy dalej. Stosowne linki znajdziecie poniżej.

Zdrówka Wam życzę w nowym roku. Mnie moje zawiodło (ale już jest lepiej), tym bardziej więc doceniam i szczerze polecam (zdrowy styl życia).

Do zobaczenia na łączach w 2026-tym!

—–

Więc gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Wizyty

Wojna od zawsze przyciągała ludzi władzy, symbolu i rozpoznawalności. Jedni przyjeżdżali, by dowodzić, inni, by podtrzymywać morale, jeszcze inni – by zaświadczyć, że świat nie odwrócił wzroku. Zmieniały się formy konfliktów i środki przekazu, lecz sama logika obecności pozostała zaskakująco trwała: wizyty w strefach konfliktów – zarówno polityków, jak i celebrytów – to elementy szerszej gry narracyjnej, prowadzonej równolegle do operacji zbrojnych. Niekiedy są równie istotne, co twarde, kinetyczne działania.

Był początek marca 2012 roku, pracowałem wówczas w Afganistanie. Kilka dni wcześniej trafiłem do bazy Warrior na południu tzw. polskiej prowincji. „Rakietowe miasteczko” leżało jakieś 60 km od głównego obozowiska naszych żołnierzy, znajdującego się w mieście Ghazni. Banalny dystans, w czasach pokoju do pokonania w godzinę, w realiach wojny już zdecydowanie nie. Highway 1 – główna droga Afganistanu, wiodąca od Kandaharu do Kabulu – naszpikowana była „ajdikami” (minami-pułapkami). A inaczej jechać się nie dało.

W Warriorze wieści rozchodziły się szybko. „Pojutrze do Ghazni przyleci prezydent Komorowski”, zdradził mi jeden z oficerów. Nadałem cynk redakcji, w odpowiedzi dostając pytanie: „Dasz radę się tam dostać i obsłużyć wizytę?”. „Spróbuję”, odparłem. Jazda „ajdisztrase” zajęła mi kilkadziesiąt godzin. Zdążyłem, ale co się przy tym najadłem strachu, to moje.

Bronisław Komorowski przyleciał do „Gazowni” – jak nazywano naszą główną bazę – z lotniska w Bagram koło Kabulu (gdzie dotarł samolotem) na pokładzie potężnego amerykańskiego Chinooka i w asyście kilku należących do US Army Apaczy. Dlaczego akurat tak, skoro polski kontyngent miał własne śmigłowce transportowe Mi-17 i szturmowe Mi-24? Chinook był większy, a delegacja spora, Apacze zaś doszły „w pakiecie” – tak mi to wtedy tłumaczono. Zapewne nie bez znaczenia był również fakt, że amerykańskie maszyny gwarantowały wyższy poziom bezpieczeństwa, przede wszystkim ich pasywne i aktywne systemy obronne. Co by bowiem nie mówić, prezydent RP wlatywał w paszę lwa. Afgańskim rebeliantom z rzadka się takie akcje udawały, jednak od czasu do czasu potrafili „zdjąć z nieba” koalicyjny helikopter. Tym razem nic takiego się nie wydarzyło…

—–

Przenieśmy się w czasie o kilkanaście lat do przodu. 20 lutego 2023 roku świat przecierał oczy ze zdumienia, po tym, jak prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden objawił się w Kijowie. Było to wydarzenie bez precedensu w najnowszej historii dyplomacji. Biden przybył do stolicy państwa prowadzącego pełnoskalową wojnę obronną z rosją, bez obecności amerykańskich wojsk bojowych na miejscu, bez kontroli przestrzeni powietrznej, w warunkach realnego zagrożenia atakiem rakietowym. W przeciwieństwie do wizyt jego poprzedników w Iraku czy Afganistanie, nie był to przyjazd do strefy kontrolowanej przez USA, lecz wejście w obszar wojny, nad którą Waszyngton nie miał bezpośredniej kontroli.

rosja została poinformowana o wizycie kilka godzin wcześniej, w ramach kanałów deeskalacyjnych. Nikt Moskwy o zgodę nie pytał – szło o to, by zminimalizować ryzyko przypadkowego incydentu między mocarstwami nuklearnymi.

Choć zabezpieczenie prezydenta nie polegało na widocznej obecności wojska, Amerykanie zagonili do roboty masę ludzi i sprzętu. Satelity, samoloty rozpoznawcze (które operowały wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy), najlepsze oddziały specjalne. Te ostatnie, wraz z maszynami typu V-22 Osprey, rozlokowano na jednym z lotnisk w Polsce, utrzymując w stanie najwyższej gotowości. Samą ich obecność – niewidoczną dla opinii publicznej i nigdy oficjalnie niepotwierdzoną – można uznać za symbol tego, jak niestandardowa była to operacja. A Joe Biden zaskoczył wówczas nie tylko polityczną zuchwałością, ale i osobistą odwagą.

Błyszczy nią, niezwykle często, prezydent Wołodymyr Zełenski, co kilkanaście dni temu przybrało spektakularną postać. Prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, tym razem w Kupiańsku. Niespełna dwa kilometry od rosyjskich pozycji nagrał wystąpienie, w którym odniósł się do kłamliwych kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta. Zagrał na nosie całemu rosyjskiemu aparatowi propagandowemu – budującemu wokół Kupiańska narrację o kolejnej wielkiej, zwycięskiej bitwie – ale i swojemu głównemu adwersarzowi. Putin, jak wiemy, niespecjalnie grzeszy odwagą – po wybuchu pełnoskalowej wojny długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów.

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że tego typu „wygłupy” nie przystojną politykowi, głowie państwa na wojnie. Czyżby? Zełenski w Kupiańsku – spokojnie nagrywający swój „spicz” – to nie tylko komunikat skierowany do Putina i oszukujących szefa rosyjskich generałów. To także przesłanie do Donalda Trumpa, w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, lecz gotowy jestem zaryzykować własne życie”. Tak również (obok szeregu innych działań!), po trosze chłopięcym zuchwalstwem, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną i doniesienia z połowy grudnia. Prezydencki gest był tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczył i dawał powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń. I w tym właśnie zawiera się podstawowa funkcja takich wizyt – są konsolidujące.

Podróż Joe Bidena była gestem solidarności z walczącym krajem, wyrażonym w imieniu całej zachodniej wspólnoty. W ten sam wzorzec (choć oczywiście skala oddziaływania była tu inna), wpisuje się wizyta Bronisława Komorowskiego u polskich wojskowych w Ghazni – miała ona podtrzymać morale, potwierdzić sens misji, pokazać więzi między państwem a armią. Adresatem byli przede wszystkim żołnierze, ale i wyborcy w kraju, a warunki podwyższonego ryzyka podbijały wagę tej deklaracji.

—–

Współczesny sznyt takich wizyt ukształtował się w XX wieku, wraz z nastaniem wojen masowych i rozwojem mediów. Przywódcy państw odwiedzający własnych żołnierzy na froncie mieli ucieleśniać ciągłość władzy i sens poświęcenia. W czasie II wojny światowej Winston Churchill pojawiał się w bombardowanym Londynie, świadomie ryzykując, by pokazać, że rząd dzieli los obywateli. Ten gest, powielany później w różnych konfiguracjach, stał się archetypem politycznej odwagi – choć z czasem coraz częściej był też starannie reżyserowanym elementem przekazu.

W epoce wojen ekspedycyjnych, takich jak Wietnam, Irak czy Afganistan, wizyty przywódców w strefach działań bojowych nabrały bardziej zinstytucjonalizowanego charakteru. Prezydenci USA, premierzy i ministrowie obrony przylatywali do baz wojskowych, lądowali nocą, w tajemnicy, by po kilku godzinach odlecieć z powrotem. Ryzyko istniało, lecz było ono zarządzane – państwo wysyłające kontrolowało przestrzeń powietrzną, dysponowało własnymi wojskami, systemami obrony i zapleczem logistycznym. Były to wizyty „u swoich”, odbywane w ramach znanej, przewidywalnej architektury bezpieczeństwa. Ich głównym adresatem była opinia publiczna w kraju: stanowiły sygnał, że władza panuje nad sytuacją, że żołnierze nie zostali zapomniani, że wojna – jakkolwiek kosztowna – ma sens.

Równolegle do polityków na wojnach zaczęli pojawiać się artyści i celebryci. Podczas wojny w Wietnamie amerykańscy muzycy i aktorzy przyjeżdżali zarówno po to, by występować dla żołnierzy, jak i po to, by dokumentować grozę konfliktu. Koncerty organizowane dla armii miały podnosić morale, tworzyć iluzję normalności w nienormalnych warunkach. Jednocześnie kultura masowa stała się nośnikiem sprzeciwu wobec wojny – obrazy, piosenki i relacje artystów miały często większy wpływ na nastroje społeczne niż oficjalne komunikaty rządu. Już wtedy ujawniła się różnica między obecnością władzy a obecnością symbolu: polityk reprezentował decyzję, artysta – emocję.

Po zakończeniu zimnej wojny i wraz z rozwojem globalnych mediów wizyty celebrytów w strefach konfliktów zaczęły pełnić coraz wyraźniej funkcję humanitarną i komunikacyjną. O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Przylot prezydenta Bronisława Komorowskiego do Ghazni, marzec 2012 roku/fot. własne

2025

2025 rok ma się ku końcowi, ale końca rosyjsko-ukraińskiej wojny nadal nie widać. Minione dwanaście miesięcy nie przyniosło przełomu – wbrew buńczucznym zapowiedziom Kremla, armii rosyjskiej nie udało się rozstrzygnąć konfliktu na polu bitwy. Te zaś drastycznie się przeobraziło, choć jedna jego cecha pozostaje niezmienna – front to nadal „maszynka do mielenia mięsa”, głównie rosyjskiego. Mijający rok rosjanie zamkną ze stratą kolejnych 400 tys. żołnierzy – zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli – niewiele mniejszą niż w najkrwawszym 2024 roku.

Na początku mijającego roku ukraińska armia wciąż utrzymywała pozycje w rosyjskim obwodzie kurskim. Kontrolowany przez Ukraińców obszar znacząco się skurczył w porównaniu ze zdobyczami z początku wyprawy do rosji (z lata 2024 roku), niemniej wciąż mieliśmy do czynienia z sytuacją przeniesienia działań zbrojnych na terytorium agresora. Kreml nie mógł tej zniewagi znieść, stąd desperackie próby wyparcia wojsk ukraińskich, w kwietniu 2025 roku zwieńczone sukcesem. Zapracowali na niego nie tylko rosjanie, ale i wydatnie wspierający ich północni Koreańczycy. Trup ścielił się gęsto – odzyskanie obszaru o wielkości przeciętnego polskiego powiatu (nieco ponad 1000 km kw.) kosztowało rosjan i ich sojuszników życie i zdrowie 40 tys. ludzi. Lecz w ostatecznym rozrachunku, po ośmiu miesiącach walk, obwód kurski został odbity – i jeśli idzie o osiągnięcia na froncie jest to jedyne bezapelacyjne zwycięstwo Moskwy w 2025 roku. Warto wszak dodać, że po sukcesie militarnym Kreml „zapominał” o konieczności odbudowy zniszczonych podczas działań wojennych miejscowości – ma wszak inne priorytety, związane z kontynuowaniem napaści – ale to temat na odrębny komentarz.

—–

Jeśliby porównać mapy z oznaczonymi rosyjskimi zdobyczami z grudnia 2023 roku, z grudnia 2024 roku i obecne – na pierwszy rzut oka nie zobaczymy żadnych zmian. Dopiero w dużym powiększeniu i po uważnym przestudiowaniu poszczególnych odcinków frontu dostrzeżemy symboliczne korekty. Po wejściu rosyjsko-ukraińskich zmagań w fazę wojny pozycyjnej – co nastąpiło jesienią 2023 roku – rosjanie zajęli zaledwie 1,5 proc. powierzchni Ukrainy. W tym czasie szeregi ich armii uszczupliły się o milion (!) żołnierzy – taki jest ludzki wymiar tego sukcesu. Co należy podkreślać w obliczu coraz popularniejszych – także w Polsce – narracji, wedle których rosjanie niepowstrzymanie prą na zachód. W przypadku niektórych prorosyjskich przekazów, owo parcie przyrównywane jest do uporu i determinacji armii czerwonej z lat 1943-45 – co jest wybitnie absurdalną analogią. Sowieci wszak w dwa lata przesunęli front o 2 tys. km, żołnierzom putina w podobnym czasie udało się odeprzeć Ukraińców na głębokość do 50 km. Punktowo, w kilku szerokich na kilkanaście kilometrów pasach natarcia. Gieorgij Żukow pewnie przewraca się w grobie na dźwięk porównań jego wyczynów z osiągnięciami walerija gierasimowa, dowódcy putinowskiej armii.

„Ale to nie jest wojna o teren!”, słyszymy co jakiś czas. Tego rodzaju opinie mają usprawiedliwiać brak rosyjskich zdobyczy oraz rzucić światło na rzeczywiste intencje Moskwy. Ta mianowicie ma dążyć do złamania kręgosłupa ukraińskiej armii, poprzez narzucenie jej wojny na wyniszczenie – ludzi i zasobów, których w rosji jest więcej niż w Ukrainie. W stosowanym momencie – gdy Ukraińcy wreszcie nie będą już mieli kim i czym walczyć – Moskwa przymusi Kijów do odpowiednich ustępstw, także terytorialnych. W takim ujęciu koszmarne rosyjskie straty są rodzajem inwestycji – „na dziś” wydaje się ona przepłacona, ale efekt docelowy ją uzasadni.

Nie da się wykluczyć, że putin tak właśnie kalkuluje i oczyma wyobraźni widzi już Zadnieprze jako część federacji, oddaną przez Kijów po druzgocącej klęsce. Rzecz w tym, że rozmiar owej klęski musiałby być przeogromny, by Ukraina udzieliła rosji takich koncesji. A takiego rezultatu – totalnego rzucenia Ukrainy na kolana – rosjanie bez użycia broni jądrowej nie wywalczą. Nie w perspektywie najbliższych kilkunastu miesięcy, w trakcie których sami muszą zakończyć wojnę, bo zaczyna ona drastycznie przerastać ich możliwości. I kończąc ów wątek terenowy – w rozmowach pokojowych obszar znajdujący się pod kontrolą ma zawsze istotne znacznie. Jest atutem pokonanego czy słabszego przeciwnika – w najgorszym razie towarem, którym można kupczyć, redukując skalę porażki. Obie strony o tym wiedzą i choćby już z tego powodu to JEST wojna o teren.

—–

W dalszej części tekstu przyglądam się obszarowi, gdzie jest ona toczona. Opisuję realia frontu oraz konsekwencje bezwzględnej dominacji dronów na polu bitwy. Wspominam o rozszerzeniu strefy walk na głębokie zaplecze obu stron. Materiał ten znajdziecie w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński artylerzysta/fot. SzG ZSU.

Piątka

21 grudnia 2011 roku Rawza, maleńka wioska tuż przy głównej drodze Afganistanu Highway 1, stała się miejscem największego dramatu w historii misji zagranicznych Wojska Polskiego.

Tego dnia, w eksplozji miny-pułapki, zginęło pięciu polskich żołnierzy. Najmłodszy z nich miał 22,  najstarszy 33 lata. Jechali jednym wozem – pojazdem M-ATV, popularnym „mrapem”. Nie brali udziału w operacji bojowej, ochraniali pracowników PRT (Provincial Reconstruction Team), zespołu odbudowy prowincji; cywilno-wojskowej struktury zajmującej się projektami pomocowymi.

Szokujące meldunki medyków

Nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Konwój czterech mrapów dotarł do wioski bez problemów, sama wizyta przebiegła sprawnie. Gdy się zakończyła, specjaliści i ochraniający ich żołnierze wrócili do pojazdów. Kolumna ruszyła i wówczas nastąpiła eksplozja co najmniej kilkudziesięciokilogramowego IED. Plac spowiły tumany kurzu, kamienie i odłamki tłukły w pancerze wozów. Minę „wyłapał” czwarty w kolumnie „mrap”. Medycy, którzy dotarli do wraku jako pierwsi, podali dramatyczną ocenę stanu załogi…

Tysiące kilometrów dalej, w Warszawie, rozdzwoniły się telefony. Jeden z nich na biurku ówczesnego ppłk. Mirosława Ochyry, rzecznika Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych. „Skontaktował się ze mną oficer z dyżurnej służby operacyjnej”, opowiada Ochyra. „Pierwszy komunikat mówił o trzech zabitych i kilku rannych; takie informacje spłynęły od zaatakowanych do centrum dowodzenia w Afganistanie. Zaraz potem zadzwonił do mnie dowódca operacyjny, wtedy był nim gen. Edward Gruszka. »Przyjdź, mamy poważną sprawę«, powiedział krótko. Już u szefa dowiedziałem się, że wszyscy polegli byli z tej samej 20 Bartoszyckiej Brygady Zmechanizowanej”, wspomina.

Szczęściem w nieszczęściu nie doszło też do eskalacji napięcia po ataku. Zaraz po wybuchu trzy pozostałe wozy zajęły pozycje obronne, a niebawem do Polaków dołączył patrol ANA (Afghan National, czyli armii afgańskiej). Wkrótce na miejsce dotarły też polskie Rosomaki. W Afganistanie eksplozja IED zwykle była wstępem do kolejnych działań. Napady często miały postać zasadzek kombinowanych, w trakcie których używano również broni ręcznej, a niekiedy moździerzy i dział bezodrzutowych. W tym przypadku prawdopodobnie wiadomość o zbliżającym się wsparciu odstraszyła napastników. Zaczęła się ewakuacja – zabitych i żywych. Ciała poległych zabrały śmigłowce i wozy ewakuacji medycznej, a reszta patrolu, osłaniana przez Rosomaki, wróciła do Ghazni.

Najsmutniejsza wigilia w życiu

Gdy zdziesiątkowany patrol dotarł do bazy, jego uczestnicy uformowali pieszą kolumnę za WEM-em wiozącym ciało Piotra Ciesielskiego, dowódcy, odprowadzając je do dyżurnego punktu medycznego. „Potem były oficjalne pożegnania i wigilia… najsmutniejsza w życiu”, przyznaje Przemysław Kapuściński, w 2011 roku specjalista w PRT.

A jeszcze potem były pogrzeby w Polsce. Wszyscy polegli zostali pośmiertnie awansowani. Spoczęli w swoich rodzinnych miejscowościach. Pogrzeb mł. chor. Piotra Ciesielskiego odbył się w Ostródzie. Sierż. Marcin Szczurowski został pochowany w Morągu, sierż. Krystian Banach w Pieckach koło Mrągowa, sierż. Marek Tomala w Borowie koło Annopola, a sierż. Łukasz Krawiec w Jelnie koło Nowej Sarzyny.

Ale to wcale nie był koniec tej historii. W połowie listopada 2012 roku, w prowincji Ghazni, w starciu z sojuszniczymi siłami specjalnymi został zabity Hafiz Sardar. Jego śmierć stanowiła zwieńczenie kilkumiesięcznej operacji wywiadowczej, rozpoczętej po zamachu w Rawzie. „Zabity talibski dowódca odpowiedzialny był m.in. za organizację i przeprowadzenie (…) ataku na patrol z 21 grudnia 2011 roku, w wyniku którego zginęło pięciu polskich żołnierzy”, podano w komunikacie Dowództwa Operacyjnego RSZ. „Sardar był nierozważny”, mówi Mirosław Ochyra. „Po takich atakach ich organizatorzy zwykle uciekali z Afganistanu, on został. Kilka razy wymknął się komandosom, ale ci ostatecznie go dopadli”.

Rozmiar tragedii nie przeszedł w Polsce bez echa. „Mam wrażenie, że po 21 grudnia Polacy zaczęli trochę inaczej myśleć o naszym udziale w misjach zagranicznych”, dzieli się swoim spostrzeżeniem Przemysław Kapuściński. „Zaczęło to bardziej przypominać postawę charakterystyczną dla Amerykanów, ujętą w haśle »szacunek i wsparcie«”. Społecznym nastrojom poszli w sukurs politycy, „szacunkowi i wsparciu” nadając zinstytucjonalizowanej formy. By uczcić zabitych, w 2015 roku ustanowiono 21 grudnia Dniem Pamięci o Poległych na Misjach. „Cieszy mnie to upamiętnienie”, przyznaje Kapuściński. „Chłopaki na to zasłużyły”, dodaje. „To nie byli zwykli wojskowi”, napisała w swojej książce „Jej Afganistan…” Magdalena Pilor, która w 2011 roku również pracowała w PRT. „To byli przyjaciele, koledzy. Mieli rodziny, marzenia, mieliśmy wspólny cel – wrócić”.

Piątce z czwartego wozu się nie udało…

Rozszerzoną wersję tego reportażu opublikowałem w „Polsce Zbrojnej” – oto link do tego materiału.

—–

PS. Doniesienie o ataku pojawiło się w depeszy Reutersa już kilkanaście minut po fakcie. Do dziś nie wiadomo, skąd agencja miała tak szybko informację o wydarzeniach z 21 grudnia 2011 roku. Jest to o tyle istotne, że depeszę zilustrowano wykonanym na miejscu zdjęciem, przedstawiającym zniszczonego „mrapa”. Agencja zasłoniła się niejawnością źródeł, podkreślając, że dane pochodziły od współpracowników na miejscu, ale nie od dziennikarzy.

Nz. Świąteczny stół upamiętniający poległych, przygotowany w Ghazni, podczas wigilii w 2011 roku, trzy dni po tragedii/fot. archiwum blogu zAfganistanu.pl