Wyparcie

– Wyparliśmy epidemię ze świadomości – mówi mi znajoma psychiatra. – Traktujemy ją jak film, który oglądamy, ale który nie dotyczy nas bezpośrednio. Bo to przecież tylko film… – tak doktor tłumaczy mi fakt drastycznego wzrostu liczby zachorowań na Covid-19.

– Pogoda ma tu niebagatelne znaczenie – dodaje. – Jest piękne lato, a ono sprzyja wyparciu. W tak cudownych okolicznościach przyrody nic złego nam przytrafić się nie może… – rekonstruuje ów sposób myślenia, a ja przypominam sobie załączone do postu zdjęcie.

Wykonano je w lipcu 1941 roku, w Warszawie, na nadwiślańskiej plaży. Trzy piękne, młode dziewczyny – Polki – zażywają właśnie słonecznych kąpieli. W tle widać innych, wyluzowanych plażowiczów. Najtrudniejsze chwile niemieckiej okupacji jeszcze nie nastąpiły (gdy przyjdą, plażowanie będzie zakazane), ale i tak nie jest lekko; każdego dnia Niemcy zabijają z byle powodu setki Polaków, w tym warszawiaków. To jakby z zasady wyklucza uchwycony na fotografii czilałt. A mimo to lato i słońce robią swoje…

Boże broń, nie porównuję skali zagrożeń kowidowych do tych z czasów wojny. Dostrzegam jedynie ten sam mechanizm – intencyjnego niedostrzegania zagrożenia. Warto o tym czasami pomyśleć…

—–

Fot. NAC

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Łup

Rozmowa z generałem broni Waldemarem Skrzypczakiem, byłym Dowódcą Wojsk Lądowych.

– Podczas ostatniej kampanii wyborczej niewiele mówiło się o wojsku i jego potrzebach.

– Nic nadzwyczajnego. Minęło ponad 30 lat od zmiany systemu, ale na dobrą sprawę niewiele dla armii w tym czasie zrobiono. Generalnie wojsko służy politykom do tego, do czego aktorzy używają ścianki.

– Ma stanowić tło, przy którym warto się zaprezentować.

– Dokładnie tak. Proszę zauważyć, że choć było już kilka planów rozwoju sił zbrojnych, to żaden rząd nie wykazał się tu konsekwencją. Każdy chciał robić po swojemu, psuł i dewastował to, co zrobili poprzednicy. W efekcie, zamiast kompleksowych zmian, mamy w Polsce szereg programów wyspowych. Dziś kupujemy Patrioty, jutro HIMARS-y, a pojutrze wrzucimy sobie jakiś nowy temat. Bierzemy po trochu, bo drogie, i co gorsza, w oderwaniu od realnych potrzeb armii.

– Warunki gry dyktują lobbyści?

– To oni przekonują polityków do zakupów. Ci z kolei wydają dyspozycje wojskowym, by znaleźli uzasadnienie dla konkretnych wydatków. Doskonale to widać po niektórych ważnych politykach , którzy wręcz chodzili i nadal chodzą na pasku lobbystów. Nie są przy tym zupełnie bezwolni, bo godzą się na takie warunki świadomi propagandowych korzyści, jakie da się uzyskać na zakupach. Niech pan sobie przypomni, jak ograno medialnie zakup dwóch baterii Patriotów.

– Jakbyśmy nagle skoczyli do militarnej ekstraklasy…

– A nic się nie zmieniło, bo wyrzutnie otrzymamy za kilka lat, w takiej liczbie, że będą one mogły bronić co najwyżej same siebie. Rozwój sił zbrojnych winien być podporządkowany planom wojennym. Narodowym i sojuszniczym. Opartym o wiedzę i doświadczenie wojskowych, nie polityków.

– Ten polski, i dla Polski, zakłada, że największym zagrożeniem jest dla nas Rosja. I że w razie ataku mamy wytrzymać rosyjski napór do czasu rozwinięcia głównych sił NATO. To realistyczne zadanie?

– Nie lubię słowa „wytrzymać” w tym kontekście, za bardzo przypomina mi 1939 rok. Wtedy też mieliśmy wytrzymać pierwsze uderzenie niemieckie i czekać na operację zaczepną sił francusko-brytyjskich…

– …która nigdy nie nastąpiła.

– Cóż, zdradzono nas. Świadomi tych doświadczeń, winniśmy mieć potencjał zdolny nie tylko przyjąć pierwsze uderzenie. Nie mamy zginąć między Bugiem a Wisłą. Mamy przetrwać, czyli zachować istotną część armii dla prowadzenia dalszych operacji. Oczywistym jest, że dziś – w przypadku zaskakującego uderzenia – nie sprostamy tej roli. Wojsko Polskie jest za słabe, no i nie stacjonują u nas znaczące komponenty innych armii NATO. Amerykańska obecność jest w tej chwili symboliczna…

– To odpowiednik jednej brygady.

– Czyli nic, co mogłoby Rosjan odstraszyć i zatrzymać. Rosjanie dojdą do Wisły w ciągu 2-3 dób, Odrę osiągną po 9-10. Tymczasem Amerykanie potrzebują 60 dni, by przerzucić do Europy odpowiednio silny kontyngent. A na dziś ani Niemcy, ani Francuzi, Hiszpanie czy Włosi, nie są w stanie poderwać w trybie alarmowym i przesunąć do Polski przed upływem tych 10 dób, wojsk o wystarczającym potencjale. Ktoś powie: „no dobra, ale NATO dysponuje rakietami, ma bomby jądrowe i samoloty”. Prawda, tylko wiemy, czym skończyłoby się użycie broni atomowej.

– Strach pomyśleć…

– Zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, że natowscy wojskowi nie posługują się w ćwiczeniach doktrynami rosyjskimi. Jednostki grające w manewrach Rosjan, rozwijają działania w oparciu o strategie i taktyki NATO. A przecież to droga donikąd.

– Amerykanie nie znają rosyjskich doktryn?

– Znają je słabo. My też, czego dowodem demonizacja Przesmyku Suwalskiego. W efekcie, jako Sojusz, źle uczymy sztaby i dowódców. Istotą działań rosyjskich wojsk lądowych są operacje zaczepne. Szybkie uderzenia, których celem jest rozbicie przeciwnika i wyjście na określoną rubież. Blitzkrieg, którego Rosjanie nauczyli się od Niemców.

– W tej sytuacji łatwo o argument, że nie warto nic robić, bo i tak przegramy…

– Warto, ale najpierw NATO musi się otrząsnąć z okresu miłości do Władimira Putina…

– Nie otrząsnęło się jeszcze?

– Nie, co widać po kolejnych redukcjach sił zbrojnych. U nas, za ministra Bogdana Klicha, zmniejszono wojska operacyjne o blisko 30 proc. Gdyby politycy na serio myśleli o bezpieczeństwie państwa, zadbaliby o rozwój armii i przemysłu zbrojeniowego.

– Zbrojeniówka po 2015 roku stała się obiektem ciągłych restrukturyzacji. Co rusz zmieniały się zarządy poszczególnych firm i całej Polskiej Grupy Zbrojeniowej…

-To relikt z poprzedniej epoki. Scentralizowany i zależny od polityków. Tylko ekipy się wymieniają, traktując zbrojeniówkę jak „ujeżdżalnię”, z której doi się pieniądze. Bez prawdziwej i głębokiej restrukturyzacji wciąż będziemy mieli przemysł, któremu zrobienie karabinu zajęło kilkanaście lat, a samobieżnej armatohaubicy niemal ćwierć wieku.

– Zastanawiam się na powodami nonszalancji polityków. Czy aby nie chodzi o przekonanie, że przecież Amerykanie nas obronią, a samo ryzyko wojny jest niewielkie?

– Atlantyku nie da się zasypać, trzeba go przepłynąć – co byłoby nie lada wyzwaniem. Dlatego byłbym ostrożny z tym optymizmem, że Stany nam pomogą. A wiara w to, że wojny nie będzie, jest nieuzasadniona. W ciągu dekady musimy się liczyć z konfrontacją chińsko-amerykańską.

– To chyba nie nasze zmartwienie.

– Jak najbardziej nasze. To Chińczycy trzymają w ryzach Putina, nie pozwalają mu na wywołanie kolejnych konfliktów, bo naraziłoby to stabilność ładu gospodarczego. Ale gdy USA na serio zagrożą chińskim interesom w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej, Pekin zwolni hamulce.

– Peryferyjność nas nie uratuje?

– Nie, bo Moskwa chce odzyskać dawne strefy wpływów w Europie Wschodniej.

Z Donaldem Trumpem, jako prezydentem USA, może być jej łatwiej.

– Polityka Trumpa jest za bardzo konfrontacyjna w stosunku do Unii Europejskiej, najbliższego sojusznika. Ten człowiek błądzi, bo w pewnym momencie Niemcy i Francuzi przestaną z nim rozmawiać. A jak z nim, to i z nami, bo powiedzieć o naszej polityce zagranicznej, że jest proamerykańska, to jakby nic nie powiedzieć.

Trump chyba nie wygra listopadowych wyborów…

– Ma poważne kłopoty. Widać to po reakcji Pentagonu na groźby prezydenta, że użyje wojska do tłumienia demonstracji. „Nie ma takiej opcji” – usłyszał od sekretarza obrony. Przeczy to politycznej charyzmie Trumpa i pokazuje siłę amerykańskiej demokracji.

– No właśnie, Amerykanie przetrwają Trumpa, a czy my przetrwamy Jarosława Kaczyńskiego?

– Młodzież nie da się zbałamucić – jestem tego pewien.

– A armia? Coś złego stało się w ostatnich latach z jej morale…

– W zbyt dużym stopniu zależy ono od tego, czy żołnierze dostaną podwyżki, czy nie. Wojskowi zarabiają dziś bardzo dobrze – i to nie jest złe. Lecz gdy zestawimy ich pensje z innymi sektorami budżetówki, widać jak na dłoni intencje polityków. Ci, po prostu, kupują sobie lojalność wojska.

– Rządy PiS pokazały, że w armii jest wiele giętkich kręgosłupów. Warto przypomnieć Bartłomieja Misiewicza.

– Za obrzydliwą służalczość, z jaką zachowywali się wobec niego niektórzy oficerowie, powinno się wyrzucać z wojska. Ale czy to znaczy, że armia stanie przy władzy i zwróci się przeciwko narodowi? Wielokrotnie mówiłem kolegom-generałom: „nie wolno powtórzyć sytuacji z 1981 roku. Jeśli ktokolwiek chciałby użyć wojska w taki sposób, to macie powiedzieć ‘nie’ i zostać w koszarach”.

– Zostaną?

– Wszystko może się zdarzyć. Rządzą nami ludzie o zapędach autorytarnych, a tacy łatwo stołków nie oddają. No i w wielu z nas, Polakach – a więc i również w wojskowych – wciąż tkwi ta paskudna uległość wobec władzy. Pozostałość chyba jeszcze z epoki rozbiorów.

– Raczej efekt tego, że 90 proc. społeczeństwa ma chłopskie korzenie, a chłop – właściwie aż do nastania PRL-u – traktowany był niczym niewolnik. Jednak dziedziczony społecznie rys osobowościowy to za mało – muszą być jeszcze ludzie władzy w samych szeregach.

– Pełno ich w wojskowych służbach – wychowanków Antoniego Macierewicza.

– Czym się zajmują? Bo łapanie szpiegów nie bardzo im wychodzi…

– Rosyjski szpieg jest sto razy mądrzejszy od polskiego kontrwywiadowca. Ci panowie od Macierewicza to amatorzy, bez dostępu do najważniejszych tajemnic NATO. Nie ufano Macierewiczowi, nie ufa się też im. I nie tylko o profesjonalizm tu chodzi. Za dużo dziwnych historii się wokół tego towarzystwa wydarzyło. Afganistan jest klinicznym przykładem zdrady polskiej racji stanu. Macierewicz w sposób zamierzony doprowadził tam do osłabienia odporności naszych oddziałów na zagrożenia (kontr)wywiadowcze. Efektem było Nangar Khel, skandaliczne śledztwo w tej sprawie, oraz późniejsze straty w ludziach, które poniósł nasz kontyngent.

– Użyteczny idiota, agent…?

– …albo amator. Kim był Macierewicz, zanim został szefem SKW, a później ministrem obrony? Co wiedział o wojsku? Albo ludzie, którymi się otoczył? Nic. Wciąż za to płacimy. Od lat powtarzam, że w Polsce działają rozległe sieci wywiadowcze, które penetrują nasz przemysł i scenę polityczną. Swoboda, z jaką agenci rosyjscy poruszają się wśród elit politycznych i biznesowych, to dla nas obecnie największe niebezpieczeństwo.

– Kandydat na prezydenta RP, Rafał Trzaskowski, chciał Macierewicza postawić przed Trybunałem Stanu.

– Boże broń! Żaden polityczny trybunał ani sąd. Nic, czego decyzje można podważyć w sejmie, co daje możliwość kupczenia podczas politycznych targów. Wszystkich, którzy szkodzili Polsce i armii, trzeba postawić przed czymś w rodzaju sądu narodowego, niezależnego od kaprysów i gierek polityków. Mam nadzieję, że kiedyś do tego dojdzie. To jeden z warunków odpolitycznienia armii. I przywrócenia jej szacunku.

– Polacy cenią sobie wojsko.

– Ale ich polityczni przedstawiciele nie. Pamiętam ministra Jerzego Szmajdzińskiego – to, z jakim szacunkiem odnosił się do wojskowych. Z jaką uwagą wysłuchiwał ich opinii. W czasach Aleksandra Szczygły było podobnie. To za Klicha pojawiła się arogancja w stosunku do mundurowych, dzielenie ich na „swoich” i „nie-swoich”. A wojskowi dali się wciągnąć w te personalno-polityczne gierki, co jest największą tragedią Wojska Polskiego po 1989 roku. Rozerwano bowiem spoistości armii, zawodową lojalność ludzi, którzy jadą na tym samym wózku. Zaczęło się budowanie koterii – krakowskiej, warszawskiej – co później przeniosło się na niższe poziomy. Dziś łatwiej zastanie pan lokalnego dowódcę na kawie u starosty, niż na poligonie z wojskiem.

– I łatwo znajdę generała bez należytego przygotowania.

– Dowódcami są często ludzie, którzy nigdy nie wyprowadzili całej brygady czy dywizji w pole. Nie przeszli żmudnej ścieżki kariery, od dowódcy plutonu, kompani, batalionu i pułku. Dziś generałem zostaje się z automatu, bez ćwiczeń, testów, doświadczenia. Trzeba przywrócić właściwą rangę temu stopniowi.

– I skończyć dwuwładzę – mamy w tej chwili w armii dwóch czterogwiazdowych generałów – „prezydenckiego” i „ministerialnego” – których kompetencje w wielu obszarach się pokrywają.

– Radziłbym szefowi sztabu generalnego i dowódcy generalnemu, by spotkali się przy wódce i między sobą rozwiązali patową sytuację, w jaką wpakowali ich politycy. Bo wojsko na dole patrzy i się demoralizuje. Ale rozumiem intencje polityków.

– Walczą o wpływy w wojsku.

– …i celowo generują konflikty, bo skłóconymi koteriami łatwiej się steruje.

– Dlaczego USA i NATO pozwalają na taki stan rzeczy?

– Znam Amerykanów, chociażby z Iraku, i dobrze wiem, że oni Wojsko Polskie obserwują. I wyciągają często srogie dla nas wnioski. Ale niczego nie narzucają, bo oczywistym jest dla nich, że sprawy narodowe układamy sobie po swojemu. NATO z kolei powinno rozliczać Polskę za poziom zdolności do realizacji wspólnych zadań. I jakkolwiek jest on niski, nic nam z tego powodu nie grozi. Sojusz znajduje się bowiem w głębokim kryzysie, zawłaszczony przez polityków, trawiony przez zbytni pacyfizm, a od kilku lat regularnie turbowany przez Trumpa, który kompletnie nie rozumie idei NATO. Jako struktura wojskowa, Sojusz za długo nie brał udziału w wojnie z prawdziwego zdarzenia.

– Zardzewiał.

– Tak, jak rdzewiejący, poradziecki sprzęt w naszej armii.

– Potrzeba nam zatem wojny?

– Wojny, albo determinacji, z jaką działają nasi sąsiedzi z basenu Morza Bałtyckiego – Szwedzi, Norwegowie i Finowie. Którzy sukcesywnie rozbudowują potencjał sił zbrojnych, na przekór zachodnioeuropejskim tendencjom. Wzorem – chyba niedościgłym – jest tu Finlandia. Tam nie dość, że wciąż inwestuje się w wojsko, to jeszcze nie ma zmiłuj dla polityka, który popełnia rażące błędy w obszarach dotyczących zbrojeń i bezpieczeństwa. Taki ktoś wylatuje ze stołka z dnia na dzień.

– W Rosji nieudolność nie jest kryterium, z którego jakoś szczególnie rozlicza się polityków, co nie zmienia faktu, że Moskwie determinacji w budowaniu potencjału militarnego nie brakuje.

– Putin szkoli, modernizuje, stawia przed wojskiem trudne zadania. A do dyspozycji ma twardego żołnierza. W dawnych czasach, podczas wspólnych ćwiczeń, przeprowadzałem kolumnę czołgów koło rosyjskiej regulacji ruchu. Radzieccy czekali na swoje pułki, które miały wziąć udział w manewrach. W nocy wracaliśmy tą samą drogą – a tam wciąż stali ci sami żołnierze. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Zaintrygowany zatrzymałem kolumnę, podchodzę i pytam: „jak długo tu jesteście?”. A oni, że trzy dni. „A co jedliście?” – zaciekawiło mnie. „Mieliśmy jedną tuszonkę na dwóch, na trzy dni” – usłyszałem. Zebrałem trochę prowiantu od moich żołnierzy i daliśmy go tym chłopakom. Nie było w tym żadnej polityki – ot, zwyczajny żołnierski gest.

– Dziś walczylibyśmy z synami tych chłopców.

– Ale byliby to tacy sami twardziele. Jakiś czas temu obejrzałem rosyjski film instruktażowy, zdobyty pewnie przez sojuszników, w którym brygada pancerna forsowała Don lub Dniestr. Szeroką jak diabli rzekę. Czołgi się zatrzymały, załogi przygotowały wozy do przeprawy po dnie. 45 minut później wszystkie trzy bataliony były już na drugim brzegu.

– A ile zajęłaby to nam bądź Amerykanom?

– I my, i oni, czekalibyśmy na most, który następnie trzeba byłoby rozwinąć. Przypuszczam, że przeprawa potrwałaby dwa dni.

– No to nie mam więcej pytań. Dziękuję za rozmowę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Cios

Trump, póki co, dopina swego – Pentagon ogłosił już oficjalnie, że redukuje amerykański kontyngent w Niemczech o jedną trzecią, czyli 12 tysięcy żołnierzy. Przy tej okazji ujawniając, że żaden z tych wojskowych nie trafi do Polski. Nie zyskamy zatem kosztem Niemiec, na co liczyli politycy PiS. Większość wycofywanych oddziałów wróci do domu, część zostanie przeniesiona na południe Europy.

To kolejny bolesny cios w NATO, zadany mu przez Trumpa. Nie ma on bowiem racji, zarzucając Berlinowi wykorzystywanie USA. Jego podwładni w Niemczech realizują zadania znacznie wykraczające poza ewentualną obronę RFN. W istocie tworzą logistyczną matrycę, która po uzupełnieniu posiłkami zza oceanu pozwoli na realizację zobowiązań wobec całej sojuszniczej wspólnoty, będąc jednocześnie gwarantem amerykańskiej obecności w Europie. Jej osłabienie oznacza de facto wejście na ścieżkę izolacjonizmu i marginalizacji kraju mającego ambicje globalnego mocarstwa.

Słynący z powściągliwości amerykańscy wojskowi nie komentują decyzji przełożonego. Ich głosem są oficerowie najwyższych rang, będący już poza służbą. Ben Hodges, były dowódca sił lądowych USA na kontynencie europejskim, nie bawi się w konwenanse. Już wiele tygodni temu uznał zamiary Trumpa za „prezent dla Kremla”. Tego typu opinie wyrażają również inni emerytowani generałowie, wśród których znalazł się sam Colin Powell – dawny szef Kolegium Połączonych Sztabów, najwyższy rangą dowódca US Army. Powell, sekretarz stanu z czasów pierwszej prezydentury republikanina Busha Juniora, zapowiedział wręcz małą woltę. Zarzucając Trumpowi rujnowanie polityki zagranicznej USA, wyznał, że w nadchodzących wyborach zagłosuje na kandydata Partii Demokratycznej, Joe Bidena. Za tymi słowami kryje się nadzieja na przegraną ubiegającego się o reelekcję prezydenta. Wówczas bowiem – wobec sprzeciwu demokratów na wyjście Amerykanów z Niemiec – sprawa sama się rozwiąże.

Tymczasem sondaże nie dają Trumpowi wielkich szans na zwycięstwo. Biden ma nad nim co najmniej 9, a w niektórych badaniach nawet 14 procent przewagi. Co więcej, dominacja demokraty utrzymuje się już od jesieni ubiegłego roku. Donald Trump-Przywódca nie sprostał wyzwaniu, jakim okazał się COVID-19, który do tej pory zabił niemal 150 tysięcy Amerykanów, a kilkanaście milionów – na skutek zamrożenia gospodarki – odesłał na bezrobocie. Nie przysłużyły mu się także nonszalanckie reakcje na masowe protesty po zabójstwie George’a Floyda, a zwłaszcza groźby użycia wobec cywilów armii. Amerykański prezydent podpadł też wojskowym swoją bezczynnością. Kilka tygodni temu „New York Times” ujawnił proceder, jakiego dopuszczały się rosyjskie specsłużby w Afganistanie. Rosjanie opłacali talibów, by ci atakowali i zabijali Amerykanów. Zdaniem gazety Trump wiedział o wszystkim od wiosny zeszłego roku – i nic nie zrobił. Biały Dom zaprzeczył prezydenckiej obstrukcji, co nie zmienia faktu, że na forach militarnych za oceanem o głowie państwa zaczęto pisać per „zdrajca”.

Amerykańskie wybory odbędą się w listopadzie. Tysięcy ludzi – żołnierzy i ich rodzin – nie da się wyprowadzić z Niemiec z miesiąca na miesiąc. Zwłaszcza że Pentagon – co jest sytuacją chyba dotąd niespotykaną w historii USA – jak tylko może, dystansuje się od głównodowodzącego. Z lekka torpedując rozmaite jego zalecenia.

Byle do jesieni.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Relokacja

Przygotowując się do napisania „Międzyrzecza” rozmawiałem z wieloma osobami. Jedną z nich był dawno emerytowany generał, który szlify oficerskie otrzymał w środkowym PRL-u, a do grona wyższych dowódców WP dostał się w latach 80. Poruszaliśmy różne kwestie związane ze współczesną wojną manewrową i przy tej okazji zeszliśmy na temat hipotetycznego konfliktu „Układ Warszawski – NATO”. Usłyszałem wówczas bardzo wiele ciekawych informacji – część z nich pewnie wykorzystam w przyszłości (kusi mnie alternatywna historia, której tłem byłaby taka wojna…). Mniejsza jednak o to – patrząc z dzisiejszej perspektywy, istotą tego spotkania było następujące stwierdzenie mojego rozmówcy: te nasze plany ataku na Zachód to o kant dupy można było rozbić. Było w nich naiwne założenie, że stosunkowo łatwo uda się pokonać Amerykanów w Niemczech.

Dziś wiemy już znacznie więcej o tym, jak miała wyglądać amerykańska reakcja na ewentualny atak ze strony armii bloku wschodniego. Pomijam wcześniejsze koncepcje z lat 60. i 70., kiedy istotą obrony miało być zmasowane użycie broni nuklearnej (istotą ataku zresztą też). Najbardziej interesuje mnie ostatni okres zimnej wojny, kiedy to nad Europą wisiało widmo potężnego konfliktu konwencjonalnego (z warunkowym, ograniczonym użyciem taktycznych systemów broni A). Otóż Stany Zjednoczone ani myślały dopuścić do głębokiej penetracji terytoriów swoich europejskich sojuszników. Zachodnie Niemcy miały być twardo bronione, to po pierwsze. Po drugie, działania zbrojne miały zostać możliwie najszybciej przeniesione na tereny przeciwnika. Teatrem rozstrzygających pojedynków zostałyby wówczas Wschodnie Niemcy i Polska (w mniejszym stopniu ówczesna Czechosłowacja) – pójścia dalej na wschód ówczesne NATO nie rozważało, zakładając, że naruszenie „rdzennych” radzieckich terytoriów sprowokowałoby Moskwę do niepohamowanego nuklearnego odwetu.

Strach pomyśleć, co by to dla nas oznaczało. Ale ja nie o tym.

Pod plany obrony i kontrataku szkolono wówczas całe NATO. Tym też zajmowały się siły stacjonujące w Niemczech – amerykańskie, brytyjskie, no i rzec jasna miejscowa Bundeswehra (która, niezależnie od natowskich planów, miała jeszcze własne, związane z „uporczywą obroną”). I pod to szykowana była cała militarna i około militarna infrastruktura, której imponujący fragment – w postaci bazy Ramstein – widziałem kiedyś na własne oczy, wracając „naokoło” z Afganistanu. Za sto lat nie wybudujemy w Polsce takiego „fortu” (inna sprawa, że i po co? Są w kraju pilniejsze potrzeby).

Zimna wojna się skończyła, świat się zmienił, zagrożenia w Europie również. Dziś amerykański kontyngent w Niemczech jest znacznie mniejszy niż 40 lat temu. A żołnierze US Army – niemal pięć tysięcy osób – stacjonują rotacyjnie w Polsce. Polska bowiem jest członkiem NATO i ma sojusznicze gwarancje, ujęte w tak zwane plany ewentualnościowe. Zakładają one, że w razie rosyjskiego zagrożenia, na terytorium Rzeczpospolitej wysłanych zostanie pięć dodatkowych dywizji Sojuszu (tyle wiadomo z części jawnej). Bo choć ZSRR już nie ma, to po rosyjskiej agresji na Ukrainę jasnym stało się, że Moskwa dąży do odbudowy wcześniejszych stref wpływów. I jakkolwiek ryzyko – z uwagi na słabość gospodarczą Rosji – duże nie jest, warto dmuchać na zimne.

Rząd PiS, i realizujący jego politykę prezydent, zakłada, że zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce, połączone z zakupami sprzętu w USA, jeszcze bardziej zredukuje ryzyko rosyjskiej agresji. Założenie skądinąd słuszne, ale…

No właśnie. Nie dajcie sobie wmówić, że relokacja amerykańskich oddziałów z Niemiec do Polski, to krok w dobrą stronę. Europejskie zaplecze logistyczne armii amerykańskiej, zdolne obsłużyć poważny konflikt zbrojny, znajduje się w Niemczech. Mimo przesunięcia NATO na wschód, niewiele się w tym zakresie zmieniło przez ostatnie 40 lat. Redukcja amerykańskiej obecności w RFN jest więc de facto działaniem na szkodę Rzeczpospolitej. Mówiąc wprost, możemy pomarzyć o sprawnej realizacji planów ewentualnościowych, jeśli za Odrą nie będzie odpowiedniej infrastruktury, zdolnej obsłużyć idące nam na odsiecz wojska. Jej zbudowanie w Polsce wiązałoby się z gigantycznymi nakładami, na które nas nie stać. I w których nikt, włącznie z Amerykanami, nie zamierza partycypować.

Inna sprawa to zasadność takich inwestycji w kraju frontowym; przykre to, ale niezależnie od aliansów, głębią operacyjną dla wojsk sojuszniczych może być w najlepszym razie tylko połowa naszego kraju. W obecnym układzie ta położona na zachód od Wisły. Reszta (jeśli nie całość…), posłuży do łomotania się z wrogiem.

Całą sytuację można porównać do rozbiórki szpitala położonego w sąsiedniej miejscowości. Co z tego, że weźmiemy do siebie trochę sprzętu i kilka osób personelu? Per saldo nasze zdrowotne bezpieczeństwo na tym utraci. Bo choć nasza przychodnia zyska sposobność gipsowania prostych złamań, z udarem czy rozległym zawałem i tak sobie nie poradzi.

—–

Amerykanie nie zbudują w Polsce potężnej bazy logistycznej. Nz. lotnisko w Bagram/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Koronawariactwo

Praca w Iraku czy w Afganistanie do bezpiecznych nie należała. Wojsko, jakkolwiek redukowało różne zagrożenia, inne przyciągało. Teoretycznie nie miałem do rebeliantów nic, oni za to – nie raz i nie dwa – ładowali w moją stronę z wszystkiego, co mieli pod ręką. Przy czym nie chodziło im konkretnie o moją osobę; strzelali w wojsko, ja byłem narażony niejako przy okazji.

Lecz bez względu na to, co by się działo, zawsze towarzyszyła mi pewna myśl: jak się zesra, w try miga załadują mnie do śmigłowca i wywiozą do szpitala. Dobrego szpitala – daj boziu światu, całemu światu, takie szpitale, jak zbudowano do obsługi sił sprzymierzonych w Iraku i Afganistanie. Wiedziałem, że gdziekolwiek z tym wojskiem pojadę, zawsze będzie to dystans, który pozwoli dostarczyć mnie na stół operacyjny w ciągu tak zwanej złotej godziny. W taki sposób budowano (budowali Amerykanie, gwoli rzetelności) zabezpieczenie medyczne na obu wojnach. I nie były to tylko teoretyczne rozważania, bo na własne oczy zobaczyłem, że system działał.

I „wychowany” w takiej bańce, pojechałem na wojnę ukraińsko-rosyjską. A był to czas, kiedy armia ukraińska była jeszcze w opłakanym stanie. Dotyczyło to również ratownictwa pola walki, o czym przekonałem się w tak zwanym kotle debalcewskim zimą 2015 roku. Nie wiem, co mi strzeliło do łba, ale zapytałem żołnierzy, czym, w razie czego, będą ewakuować rannych. Pokazali mi tak zdezelowany ambulans, że bałbym się go poprowadzić z prędkością większą niż 40 kilometrów na godzinę.

Zdaje się, że następnego dnia odwiedziłem z kolegami szpital, do którego mieli trafiać ranni, gdy zacznie się rosyjsko-rebeliancka ofensywa (ruszyła kilka dni później). Do końca życia nie zapomnę widoku ukraińskiego lekarza, który opowiadał mi, jakimi środkami dysponuje placówka. I jego przygnębienia, gdy mówił, że zebrane przez wolontariuszy pieniądze na zakup urządzeń do defibrylacji, ktoś zwyczajnie podpierdolił. Człowiek ów pracował kiedyś w Afganistanie, w polskim szpitalu w Ghazni (był taki czas, kiedy naszych lekarzy zastępowali Bułgarzy i Ukraińcy…) – i z rozrzewnieniem wspominał, czego to wówczas nie miał do dyspozycji.

Podrapałem się po głowie, pomyślałem – od tej pory nie miałem wątpliwości, że dobrze to już było. Że trzeba trochę bardziej uważać, bo w razie czego szanse na uratowanie tyłka nie są już tak duże. Co więcej, jakiś czas później poszedłem za ciosem i zaliczyłem kurs ratownictwa taktycznego, by w razie „cuś” nie umrzeć z byle powodu.

—–

Od dziecka miałem kłopot z podejściem do wszelkiej maści zarazków. Brzydziły mnie różne rzeczy do tego stopnia, że mamy moich kolegów z podwórka nazywały mnie z przekąsem „czyścioszkiem”.

Nie wyzbywszy się tych cech, zacząłem jeździć na wojny, a później w miejsca humanitarnych kryzysów, gdzie zarazki czyhały na mnie z różnych stron. Swojskie pluskwy i grzyby czy egzotyczne choróbska; kilka razy siłowały się z moim układem odpornościowym (a raz nawet z przestarzałymi antybiotykami). Jakoś tam dawałem radę, wchodzą w tryb misyjny, cechujący się ograniczoną wrażliwością na jęki własnego ciała i ducha. Raz tylko miałem ochotę się rozpłakać, gdy mina-pułapka rozwaliła szambiarkę, a ja utonąłem – dosłownie – po kolana w gównie.

Było minęło. Bardziej już zahartowany, trafiłem jakiś czas temu do szpitala w północnej Ugandzie. Placówki, której część pacjentów cierpiała na malarię, a sposób ich izolowania sprowadzał się do oznaczenia łóżek. I w tymże szpitalu rozmawiam z jego wicedyrektorem, gdy stojąca za mną kobieta wydała z siebie ciche jęknięcie, a zaraz potem nastąpiło głośne „chlup!”. I poczułem na nogach sporą ilość jej wód płodowych, które odeszły akurat w tym momencie.

Patrick, mój rozmówca, uśmiechnął się przepraszająco, pielęgniarki zabrały pacjentkę na porodówkę, a ja… cóż miałem robić, wróciłem do rozmowy. W tym szpitalu brakowało wszystkiego, łącznie z bieżącą wodą. Obmycie się w takiej sytuacji byłoby koszmarnym marnotrawstwem – tak wówczas pomyślałem. Ale wyobraźnia nie dawała spokoju i podsuwała często absurdalne scenariusze. Na przykład widok chmary zarazków na moich poobcieranych wcześniej łydkach. „Stop” – powiedziałem sobie, wiedząc, że wieczorem dokonam doustnej dezynfekcji. I tym sposobem znów skupiłem się na robocie.

—–

A po co o tym piszę? Bo z lekkim zażenowaniem obserwuję to, co w ojczyźnie kochanej dzieje się za sprawą koronowirusa. Wiem, objawów paniki nie ma, ale niektórym ewidentnie odbiła szajba, czego najlepszą ilustracją maseczki-gate. Przede wszystkim jednak odwaliło mediom, które rzuciły się na temat niczym Reks na szynkę i szarpią, szarpią, szarpią – aż do zrzygania. Tworząc atmosferę gigantycznego zagrożenia, co przecież może nabrać takiej dynamiki, że wszyscy pożałujemy, że kiedyś nauczono nas mówić i czytać. A wszystko w imię podbijania słupków oglądalności. Dla mnie to jedna z tych sytuacji, kiedy wstydzę się, że pracuję w mediach (i fakt, że jestem na urlopie, wcale nie łagodzi objawów mojego zniesmaczenia).

Tymczasem koronawirus hula sobie po Polsce, noszony w ciałach pewnie i setek ludzi. Z których większość nie ma pojęcia, że właśnie „śmiertelnie zaciążyła” – i nigdy się o tym nie dowie, bo organizmy tych osób poradzą sobie z chorobą. Tak, jak radzą sobie z wieloma innymi zarazkami.

Nie warto przejmować się sprawami, na które nie ma się wpływu. Warto za to do zagrożeń podejść racjonalnie – taki wniosek płynie z przytoczonych przeze mnie historii. Idealnie pasujący do całej tej gówno-burzy z koronawirusem. Wiemy, jak minimalizować ryzyko – stosujmy się więc do zasad. I tyle. Czyste ręce wyjdą nam tylko na dobre.

Zdjęcie nr 1 ma przyciągnąć uwagę (haha). Zdjęcie nr 2 przedstawia sytuację, której byłem świadkiem w Prypeci (tej Prypeci). Pan w kombinezonie to Włoch - pod tym białym czymś ma jeszcze jakieś niebieskie wdzianko (byłem świadkiem, gdy je zakładał). Pani na drugim planie, to młoda ukraińska przewodniczka, która do czarnobylskiej zony przyjechała z grupą zagranicznych fizyków jądrowych. Proszę sobie porównać te dwie osoby i zapytać się w duchu: w stosunku do koronowirusowej napinki jestem wyluzowaną Ukrainką czy zdyganym Włochem?
Zdjęcie nr 1 ma przyciągnąć uwagę (haha). Zdjęcie nr 2 przedstawia sytuację, której byłem świadkiem w Prypeci (tej Prypeci). Pan w kombinezonie to Włoch – pod tym białym czymś ma jeszcze jakieś niebieskie wdzianko (byłem świadkiem, gdy je zakładał). Pani na drugim planie, to młoda ukraińska przewodniczka, która do czarnobylskiej zony przyjechała z grupą zagranicznych fizyków jądrowych. Proszę sobie porównać te dwie osoby i zapytać się w duchu: w stosunku do koronowirusowej napinki jestem wyluzowaną Ukrainką czy zdyganym Włochem?

—–

Nz. Ewakuacja medyczna rannego amerykańskiego żołnierza. Prowincja Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Wójcik.
Zdjęcie pochodzi z albumu „Polski Afganistan”, który wydaliśmy z Marcinem jesienią 2014 roku

Postaw mi kawę na buycoffee.to