Prorosyjski?

„Czas nie działa na korzyść najeźdźców, bo armia ukraińska znów krzepnie. Bo Zachód otrząsnął się z letargu i wziął na poważniej za wspieranie Ukrainy. Bo zaciska się sankcyjna pętla. Co prawda gdzieś tam czai się widmo Trumpa, ale i on może okazać się dla Kremla koszmarnym zmartwieniem…” – napisałem kilka dni temu. W potocznym przekonaniu powrót byłego amerykańskiego prezydenta do władzy niechybnie oznacza „sprzedanie” Ukrainy. Sugestia, że niekoniecznie tak być musi, zdumiała wielu Czytelników, stąd potrzeba rozwinięcia tego wątku. Dziś tylko częściowo, jestem bowiem w drodze; drugą część tekstu obiecuję jutro.

Najpierw jednak ważne zastrzeżenie – nadal nie uważam ponownej prezydentury Trumpa za oczywistość. Badania Ipsos USA przeprowadzone po ostatniej debacie dają Joe Bidenowi 46.7% głosów, Donald Trump ma ich 43.9%. Uwzględniając inne sondaże zasadnym jest wniosek, że kandydaci idą obecnie łeb w łeb, a patrząc z perspektywy kilku ostatnich miesięcy, to urzędujący prezydent zyskuje w rankingach. Przytłoczeni przebiegiem telewizyjnego pojedynku – podczas którego Trump okazał się retorycznie sprawniejszy, a Biden wykazał oznaki demencji – nie dostrzegamy istoty politycznego starcia za oceanem. Nadchodzące wybory to de facto plebiscyt, w którym obywatele USA mają się opowiedzieć, czy są „za” czy „przeciw” Trumpowi. Nie czas i miejsce na rozważania o przyczynach takiego stanu rzeczy – na potrzeby tego tekstu dość stwierdzić, że osobiste cechy Joe Bidena mają wtórne znacznie. Fakt, iż przegrana debata nie zaszkodziła jego sondażowym wynikom, najlepszym tego dowodem.

Trump nie ma zatem zwycięstwa w kieszeni, ale prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest wysokie. I czyni zasadnym rozważania typu „co by było gdyby”, także w ukraińskim kontekście.

Źródłem czarnych scenariuszy dotyczących przyszłości Ukrainy jest przekonanie, że kontrowersyjny polityk „siedzi w kieszeni Kremla”. Wiemy, że Moskwa – za sprawą hackerskich sztuczek i kampanii dezinformacyjnej – wpłynęła na wyniki wyborów w USA w 2016 roku. Zyskał na tym Trump, co z miejsca czyni go podejrzanym. Rzecz w tym, że nie ma dowodów, które wskazywałyby na deal między republikańskim liderem a Kremlem, a już zwłaszcza na istnienie agenturalnych powiązań. Skądinąd to absurdalne założenie, że na czele USA miałby przez cztery lata stać działający na rzecz rosji agent – i że dziś ponownie, w poczuciu bezkarności, ubiega się on o urząd. Takie myślenie totalnie ignoruje istnienie amerykańskiego deep state – struktur administracyjnych realnie zarządzających państwem, które zwyczajnie by do takiej sytuacji nie dopuściły. Amerykańskie elity polityczne drążą wirusy populizmu, intelektualnej słabości i prywaty. Skutkiem jest okresowy instytucjonalny bezwład, ale co do zasady państwo trwa i potrafi zadbać o swoje interesy.

Czy w ramach tego dbania mogłoby się pozbyć Trumpa? Stawiam to pytanie, gdyż w polskiej debacie czasem pada sugestia, że amerykańskie służby mogłyby kontrowersyjnego polityka usunąć, w domyśle wręcz zabić, skoro jest tak szkodliwy. Przy okazji takich oczekiwań wychodzi z nas wschodniactwo, z jego prymatem brutalnej siły nad zasadami praworządności. Tymczasem USA nie są rosją – jakkolwiek dalece niedoskonałe, Stany pozostają państwem prawa. Próby wyrugowania Trumpa są podejmowane, ale mają postać procedur sądowych, opartych o niewyssane z palca zarzuty fiskalne i kryminalne – i innych mieć nie będą. Prorosyjskość zaś – jeśli pozbawiona wątku agenturalnego – za oceanem nie jest żadnym deliktem (tak jak i u nas); skazać za to nie sposób (zabić tym bardziej).

Ale czy Trump rzeczywiście jest prorosyjski? Zauważmy, że w sprawie rosji i perspektyw rozwiązania konfliktu w Ukrainie w bardziej szczegółowy sposób wypowiadają się ludzie z nim kojarzeni. On sam nie autoryzuje tych głosów, a z tego, co mówi, trudno wywieść wniosek, że ma jakiś konkretny plan (który premiowałby rosję). Zapowiada, że „rozwiąże problem w 24 godziny”, będąc jeszcze prezydentem-elektem – i to w zasadzie tyle. A weźmy pod uwagę, że wiece wyborcze cechuje wysoka emocjonalność. Trump zaś potrafi i lubi „rozgrzewać” publikę – ma dość charyzmy i oratorskich umiejętności. I nawet jeśli bredzi, często spotyka się z entuzjastycznymi reakcjami, które napędzają kolejne brednie. Kompetencje poznawcze i intelektualne elektoratu mają tu kluczowe znacznie. Najogólniej rzecz ujmując, na Trumpa nie głosuje „inteligencka Ameryka”, zdolna do krytycznej analizy deklaracji. To sprawia, że padające podczas wystąpień kampanijnych hasła mogą oznaczać tyle, co nic; w żaden sposób nie przełożyć się na realne działania w przyszłości (bądź ich brak). O czym nie piszę „czysto teoretycznie”, bo dobrze wiemy, że podczas swojej pierwszej kadencji Trump w wielu kwestiach zrobił w balona swoich wyborców.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Zdjęcie ilustracyjne. Trump Trumpem, wybory wyborami, ale rozważając przyszłość Ukrainy nie zapominajmy, że ma ona armię, która nawet w realiach potężnych niedoborów wynikłych z amerykańskiej obstrukcji okazała się dla rosjan nie do pokonania…/fot. ZSU

Wsad

Na początku kwietnia br. pozycje ukraińskie na przedpolach Siewierska stały się celem specyficznego ataku. Zaczęło się prawilnie, od przygotowania artyleryjskiego, po którym jednak – miast pancernych pojazdów wspartych piechotą – do natarcia przystąpił oddział składający się z kilkunastu motocykli. Każdy jednoślad zabierał dwie osoby, uderzenie wykonano zatem w sile plutonu. Motocykliści przedarli się do ukraińskich okopów, gdzie wywiązała się krótka walka. Zaskoczeni Ukraińcy opuścili pozycje; szalona taktyka okazała się skuteczna.

W takich okolicznościach na froncie wschodnim zadebiutowały oddziały motocyklowe. Jakość wedle (pro)rosyjskich entuzjastów pomysłu porównywalna do niemieckich Sturmtruppen z czasów I wojny światowej. Czy słusznie? I tak, i nie, o czym w dalszej części tekstu, najpierw bowiem przyjrzyjmy się rzekomym protoplastom z kajzerowskiej armii.

W alianckich okopach Sturmtruppen cieszyły się złą i ponurą sławą – Francuzi nazywali ich członków „egzekutorami”, Brytyjczycy używali mniej wyszukanych określeń typu „diabły” czy „demony”. Zadaniem szturmowców było bowiem skryte przedostanie się przez ziemię niczyją, by zlikwidować wysunięte stanowiska karabinów maszynowych, wziąć jeńca czy po prostu zdezorganizować obronę przeciwnika w konkretnym miejscu. Często chodziło o odpowiednie przygotowanie gruntu (np. poprzez zniszczenie przeszkód terenowych) pod mający nastąpić atak piechoty.

Co do środków – subtelne nie były; efekty uzyskiwano poprzez zarzucenie przeciwnika granatami ręcznymi, których każdy szturmowiec zabierał ze sobą po kilkanaście. To żołnierze Sturmtruppen jako pierwsi otrzymali charakterystyczne stalowe hełmy, które przez jakiś czas – obok krótkich kawaleryjskich karabinków – stanowiły ich wyróżnik (Stahlhelmy z nakarczkiem z biegiem lat stały się standardem całej armii niemieckiej, a ich kształt wyznaczył trwający do dziś trend w projektowaniu sprzętu ochronnego).

Szturmowcy działali w małych grupach – 8-12-osobowych – wcześniej przechodzili żmudne szkolenie. W jego trakcie odsiewano niezdolnych do pełnienia służby, w której liczyła się siła, wytrzymałość i ponadprzeciętna zręczność. Trening miał też za cel maksymalne zgranie żołnierzy – tak, by w walce cały poddział funkcjonował niczym jedna sprawna maszyna. Wtórny efektem tego zgrywania (wtórnym, ale jak najbardziej pożądanym!) były silne więzi/poczucie braterstwa między członkami Sturmtruppen.

Ten model rekrutacji i przysposobienia znacząco odbiegał od standardu całej armii (nie tylko niemieckiej, ale wszystkich biorących udział w Wielkiej Wojnie). Skala zaangażowania wojska oraz wymogi frontu sprawiały, że zawieszono pokojowe normy „obróbki rekruta” – poborowi po krótkim, podstawowym szkoleniu trafiali w rejon walk. Reszty mieli się nauczyć od okopowych wiarusów – szczęściarzy, którym dane było przetrwać jatki. Uczyli się nieliczni (dołączając tym samym do grona starych, gdzie oczywiście również dochodziło do krwawej fluktuacji) – większość ginęła w ciągu kilku pierwszych dni.

Szturmowcy nie zmienili losu wojny – w ostatecznym rozrachunku było ich za mało. No i górę wzięły nawyki ujęte w czymś, co dziś ładnie nazywamy „kulturą strategiczną”. Dowódcy pierwszowojennych armii aż do samego końca nadrzędną skuteczność przypisywali masowym atakom piechoty i artyleryjskim nawałom. Niemcy się na tym przejechali, alianci mieli bowiem większe ludzkie zasoby.

Dość historii, wracamy do Ukrainy. Armia rosyjska już w początkowej fazie wojny wytraciła dużą część najlepszego personelu (pisałem o tym wielokrotnie, więc poprzestanę na tym stwierdzeniu). A uzupełnienia traktowano tak, jak w czasach I wojny (czy bliższej rosjanom „wielkiej wojny ojczyźnianej”) – krótkie szkolenie (albo i nie…) i hyc na front. Takie ad hoc formowane jednostki nie nadawały się do niczego innego, jak do frontalnych ataków. Pożytek z „jednorazowych żołnierzy” był taki, że wróg za ich sprawą ujawniał swe pozycje, zużywał zasoby, wreszcie sam się zużywał. Choć stosy trupów rosły – nadal rosną, a ostatnie dwa miesiące są w tym zakresie rekordowe – wielkich korzyści z tego nie ma. Front, nie licząc lokalnych korekt, stoi od jesieni 2022 roku.

Od tego czasu rosjanie chwytają się rozmaitych sposobów na przełamanie impasu, oddziały motocyklowe są jednym z nich.

Gwoli uczciwości zauważyć należy, że motocykle (w tym pojazdy elektryczne), nie są w armii rosyjskiej jakimś novum – co najmniej od  2017 roku jednośladów używają jednostki specjalne. Specnazowcy szkolą się w motocyklowym rozpoznaniu, w osłanianiu kolumn szturmowych czy w rajdach na tyły przeciwnika. Ba, jako pierwsi podczas tej wojny po jednoślady sięgnęli Ukraińcy – wiosną 2022 roku kilka oddziałów wyposażonych w elektryczne (a więc ciche w marszu) Delfasty wyspecjalizowało się w polowaniach na rosyjskie czołgi (do tego stopnia, że rosjanie oferowali „swoim” nagrody za schwytanie „mad-maksów”).

W takim szarpaniu przeciwnika łatwo dostrzec podobieństwo do tego, co robili niemieccy sturmtruppersi. Ale frontalne ataki to zupełnie inna historia, dziś – gdy element zaskoczenia bezpowrotnie minął – przywodząca skojarzenia z szalonymi szarżami kawaleryjskimi. Atut prędkości nie ma już znaczenia, Ukraińcy z brutalną skutecznością masakrują „mad-maksów” artylerią, coraz większą wprawę w zabijaniu załóg jednośladów mają droniarze. Odziały motocyklowe stały się więc koleiną odmianą armatniego mięsa…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Łysiakowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Nz. Skutki ataku motocyklowego pod Wuhłedarem/fot. ZSU

Masa

Często słyszę pytanie, skąd we mnie wiara w to, że rosja wojny w Ukrainie nie wygra (nie zajmie dużej części kraju, nie zwasalizuje jego reszty)? Czy nie jest to przypadkiem hurraoptymizm, bo przecież „sam pan widzi, jak jest”.

Widzę, jak jest. Zerkam też w przeszłość i dziś chciałbym się z Wami podzielić wnioskami wywiedzionymi z historycznego oglądu. Otóż wynika z niego jasno, że rosyjskie/sowieckie zwycięstwa były efektem ilościowej przewagi. Zwykle miażdżącej. I towarzyszącego jej okrucieństwa wobec własnych żołnierzy, żołnierzy przeciwnika oraz ludności cywilnej, tak rodzimej, jak i wrogiej. To brutalna masa zmiażdżyła hitlerowskie Niemcy, masą pokonano w 1940 roku Finlandię. Rzeki czołgów wjechały w 1956 roku na Węgry, 12 lat później sterroryzowały Czechosłowację. W 1990 roku Związek Sowiecki miał w linii 55 tysięcy (!) tanków, a we łbach generalicji noszącej czerwone gwiazdy na mundurach nie było cienia złudzeń, że większość z nich spłonie w walce. Ale – kalkulowano – kilka, może kilkanaście tysięcy dojedzie do Kanału La Manche. „Ludzi u nas dużo”, mawiał Stalin, dezawuując alianckie wysiłki na Zachodzie. Dla dyktatora nie było problemu – poświęciłby życie jeszcze kilku milionów czerwonoarmistów, gdyby jednak nie otwarto drugiego frontu, a pokonanie Rzeszy wiązało się z koniecznością pójścia dalej za Wezerę i Ren.

Oczywiście, masy nie zawsze wystarczały. Liczna armia rosyjska z czasów I wojny i tak dostała wciry od Niemców. Bolszewicka nawała w 1920 roku wlała się aż pod Warszawę, ale ostatecznie popędzono ją daleko na wschód.

Gdy siły były bardziej wyrównane, rosjanom zdarzało się wygrać – wtedy jednak do głosu dochodził inny atut w postaci ogromnych przestrzeni i pogody, czego najdonioślejszym przykładem jest porażka kampanii napoleońskiej z 1812 roku. Gdy walka koncentrowała się na relatywnie małym obszarze – jak podczas wojny z Japonią w 1905 roku – kończyła się porażką.

Trudno bowiem doszukiwać się w rosyjskiej/sowieckiej sztuce wojowania jakiegoś wyjątkowego kunsztu. Wiem, wiem, są tacy, których właśnie zjeżyłem. Swego czasu obserwowałem niby dziennikarza, przekonującego czytelników do opinii o wyjątkowej rosyjskiej biegłości strategicznej, operacyjnej i taktycznej. Niegdyś opiewał on sowieckiego marszałka Koniewa, którego rzekomo wybitny manewr z 1945 roku uratował przed zniszczeniem Kraków. Od kilkunastu lat mieszkam w Krakowie, dlatego o tym wspominam – my tu dobrze wiemy, czym ów manewr był. Wymysłem komunistycznej propagandy, nijak mającym się do rzeczywistości. Miasto przetrwało, bo Niemcy nie zamierzali go bronić, a za sprawą sowieckiego nieogaru udało im się z niego uciec. Ot i cały manewr.

Tacy jak rzeczony piewca rosyjskiej myśli wojennej wchodzą teraz na wyżyny retorycznych zdolności, by wykazać, że to, co dzieje się w Ukrainie po rosyjskiej stronie, zasługuje na miano czegoś więcej niż prymitywne młotkowanie. Znać w tym sznyt literatury propagandowej czasów komuny – a piszę to jako jej „dziecko”, wychowanek popularnej serii Tygrysów, zatem z pełnej autopsji. Radzieccy, których wynoszono na piedestały za wyzwolenie Polski spod hitlerowskiego jarzma, nic nie robili bez pomyślunku, gruntownego przygotowania, doskonałego rozpoznania i doskonałej anałoga-w-miru-niet broni w arsenale („najlepsze” czołgi II wojny T-34, „najlepsza” artyleria w postaci katiusz czy „najlepsze” szturmowce Ił-2; od podkreślania tej najlepszości puchły książki). Tylko skąd brały się te miliony zabitych krasnoarmiejców i dziesiątki tysięcy sztuk spalonego sprzętu?

Podczas bitwy kurskiej – uchodzącej za największe starcie pancerne w dziejach – w zmaganiach pod Prochorowką sowieci stracili kilkaset czołgów, Niemcy… kilkanaście. Zmagania na łuku kurskim ostatecznie wygrała armia sowiecka, tak liczna, że hitlerowcy nie mieli szans przedrzeć się przez jej pozycje.

Gdy zaraz po wojnie jednostki Wojska Polskiego, tego ze Wschodu, przeniosły się do miejsc stałego stacjonowania, okazało się, że sprzęt, który trafił do oddziałów jeszcze podczas działań zbrojnych, nie wytrzymuje realiów czasu pokoju. Silniki stawały, lufy „kwitły”, spawy nie trzymały – czołgi, działa samobieżne czy samochody masowo się rozsypywały. Tak fatalnie zostały wykonane – na szybkości, byle były, w końcu i tak nie przewidziano dla nich (i dla załóg…) długiej żywotności. Liczyła się masa (podczas II wojny światowej z sowieckich fabryk wyjechało ponad 50 tysięcy czołgów T-34).

Wróćmy do teraźniejszości. O jakości rosyjskiego sprzętu napisałem już sporo – na potrzeby tego wpisu wystarczy stwierdzenie, że jest ona niska. Względnie niezłe typy broni – jak na przykład samoloty czy śmigłowce – tracą dużo swych atutów na skutek nieumiejętnego wykorzystania. Co przywodzi nas do kwestii jakości materiału ludzkiego, także jego kompetencji. Po ponad dwóch latach widać jak na dłoni, że rosjanie nie potrafią w nowoczesną wojnę. Uczą się, zmieniają, ale w tempie, dla którego nie starczy jednego pełnego życia, by przełożyło się to na zwycięstwo w Ukrainie. Źle rozpoznali przeciwnika, nadal nie mają trwałych zdolności do precyzyjnych uderzeń, z trudem przeprowadzają kombinowane (z jednoczesnym użyciem różnych komponentów sił zbrojnych) operacje wojskowe. Wyszkolenie taktyczne jest lepsze niż w 2022 roku, ale wciąż dalekie od przyzwoitych standardów, bardziej niż kuleje medycyna pola walki. O terytorialnych sukcesach zadecydowały pierwsze momenty wojny, przy czym czynnik zaskoczenia wzmocniony został, a jakże, skoncentrowanym na kilku kierunkach masowym uderzeniem kolumn pancernych. Zatem znów masa, tym razem żelastwa.

Niemal wszystkie rosyjskie operacje, o których można by powiedzieć, że prezentowały coś więcej niż uderzenia brutalnej masy, skończyły się niepowodzeniem. Nieudany rajd wojsk powietrznodesantowych na lotnisko w Hostomelu najlepszym tego przykładem.

Dziś – przy zastrzeżeniu, że nadal istnieje kilka „gorących punktów” – można już orzec, że obserwujemy ostatnie akordy trwającej od jesieni ub.r. rosyjskiej ofensywy. Nieudanej i okupionej ogromnymi stratami – ludzkimi i przede wszystkim sprzętowymi – z powodu których potencjał bojowy wojsk inwazyjnych uległ znaczącemu obniżeniu. Zarazem – na co zwracałem uwagę kilka dni temu – putin nadal rozbudowuje ilościowo swój ukraiński kontyngent. W połowie czerwca br. w „specjalną operację wojskową” zaangażowanych było 700 tys. rosyjskich żołnierzy, 3,5 razy więcej niż w lutym 2022 roku. Temu przyrostowi nie towarzyszy odpowiedni poziom usprzętowienia, co poza katastrofalnymi stratami wynika z jeszcze dwóch powodów. Po pierwsze, nominalnie potężny rosyjski przemysł zbrojeniowy nie radzi sobie „z obsługą” pełnoskalowej wojny, po drugie, kończy się już „renta po ZSRR”, czyli pokaźne sowieckie zapasy, gromadzone na okoliczność wojny z NATO. Innymi słowy, rosyjski przywódca – niczym jego radzieccy poprzednicy – usiłuje niedostatki jakości zniwelować ludzką masą.

Teoretycznie 140-milionowa rosja mogłaby zalać przeciwnika „ludzkim mięsem”. 200-milionowy ZSRR rzucił do walki podczas II wojny ponad 40 mln ludzi (13 mln poległo, 7 mln służyło w maju 1945 roku, reszta to jeńcy i ranni odesłani do domów). Stalin traktował żołnierzy jak bydło, racje poborowych nie miały znaczenia, sprzeciw wobec wcielenia każdorazowo spotykał się z brutalną reakcją. putin nie ma nawet połowy narzędzi opresji, jakimi dysponował jego idol. Stąd wabienie ochotników wysokimi pensjami (motywacja finansowa to najważniejszy element strategii rekrutacyjnej), stąd lęk Kremla przed masową mobilizacją, która zapewne zakończyłaby się masową obstrukcją. Bo rosjanie za „rosyjską Ukrainę” umierać nie chcą.

Ale nawet gdyby chcieli i gdyby jakimś cudem putinowi udało się zbudować półtoramilionowe siły inwazyjne (co dałoby rosjanom istotną przewagę) – w coś trzeba byłoby je wyposażyć. Niesamowita skuteczność Ukraińców pozbawiła rosjan ogromnej części ich najlepszej broni. A jako się rzekło, wielkie zapasy dramatycznie się skurczyły.

A rozwińmy jeszcze kwestię możliwości przemysłu zbrojeniowego. Niemiecka produkcja zbrojeniowa osiągnęła swój szczyt we wrześniu 1944 roku – nieco ponad pół roku przed upadkiem III Rzeszy. W realiach niezwykle destrukcyjnej kampanii bombowej aliantów, potężnych braków surowcowych i kadrowych. A jednak Albert Speer dokonał cudu, a skoro jemu się udało, to dlaczego miałoby się nie udać rosjanom. Ostatecznie „czym są sankcje wobec nalotów?”. Zewsząd słyszymy, że putin przestawił już rosyjską gospodarkę na wojenne tory. I co z tego? Kilka lat temu w fabryce, która produkowała (trochę za mocne słowo, wiem…) czołgi T-14 Armata, na wiele miesięcy wstrzymano pracę części załogi, gdy wyszło na jaw, że dyrektor sprzedał za granicę suwnicę używaną w jednej z kluczowych hal. Sprzedał, by poprawić wynik finansowy. Dziś w tym samym przedsiębiorstwie nie pracuje 90 proc. nowoczesnych obrabiarek, bo są z Zachodu, nie są serwisowane, brakuje do nich części zamiennych, a software mówi „niet” przy próbach odpalenia. Praca na starych urządzeniach jest zaś skrajnie nieefektywna. Słabość „niemieckiej analogii” wynika choćby z faktu, że większość maszyn hitlerowskiej zbrojeniówki była w 1944 roku nowa, zaś rdzennie rosyjski park maszynowy pamięta czasu sowietu.

A przecież to nie wszystko. Pisałem już wielokrotnie o zachodnich komponentach używanych w najlepszych rosyjskich rodzajach broni. Sankcje sprawiły, że rosjanie nie mają do nich łatwego dostępu, w efekcie nie są w stanie wyprodukować dostatecznej ilości nowoczesnej i precyzyjnej amunicji.

I mógłbym tak dużo i długo, ale – sądzę – wystarczy. Nie ma masy i nie ma kunsztu, który mógłby jej brak skompensować. Jest bezwzględność wobec ukraińskich cywilów, lecz pozostaje – z perspektywy rosjan – kontrproduktywna, bo tylko nasila wolę oporu. Czas zaś nie działa na korzyść najeźdźców, bo armia ukraińska znów krzepnie. Bo Zachód otrząsnął się z letargu i wziął na poważniej za wspieranie Ukrainy. Bo zaciska się sankcyjna pętla. Co prawda gdzieś tam w oddali czai się widmo Trumpa, ale i on może okazać się dla Kremla koszmarnym zmartwieniem…

…o czym więcej w kolejnym wpisie.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Czekamy na potwierdzenie doniesień z ukraińskich źródeł. Wynika z nich, że obrońcom udało się zniszczyć radar systemu S-500, najbardziej hiper-super spośród rosyjskich broni. Byłoby to znamienne i doskonale wpisujące się w przesłanie mojego tekstu…/fot. MOFR

(Nie)odpowiedzialność

„Szczęki, epizod ukraiński”, zaśmiałem się pod nosem. Skąd skojarzenie z oscarowym hitem Stevena Spielberga? Ano stąd, że w jednej chwili pluskałem się w wodzie, by za moment wiać z niej jak oparzony; jakbym uciekał przed nadpływającym rekinem-ludojadem.

– K…y! – klął ukraiński żołnierz, czemu towarzyszył rechot jego dwóch kolegów. Niemal równocześnie zgarnęliśmy z plaży tobołki i wpadliśmy do najbliższego domu; okazałej niegdyś nadmorskiej rezydencji, mocno przeczochranej przez wojnę. Tak skończyła się nasza kąpiel w Morzu Azowskim, przerwana przez (pro)ruskich moździerzystów.

Nie wiem, czy tamci strzelali do nas intencjonalnie (ich pozycje były za wzgórzem). Wiem, że usłyszałem głośny plusk, potem drugi, i że w trakcie sprintu co najmniej trzy razy doszedł mnie charakterystyczny świst nadlatującego stromotorowo granatu.

Nikomu włos z głowy nie spadł, wojskowi obrócili sprawę w żart, lecz i tak było mi głupio. Miałem ochotę wejść do wody kilka godzin wcześniej, gdy po raz pierwszy zobaczyłem oszałamiająco piękną plażę w Szyrokino. Ale nie było chętnych i skończyło się na zwiedzaniu marniejących resztek urokliwego niegdyś kurortu. Wieczorem chętni się znaleźli, a świadomość, że wykąpię się na samym krańcu linii frontu (wtedy, latem 2015 roku nazywanej linią rozgraniczenia), stanowiła nie lada gratkę. Wiem jak to brzmi i nie bez powodu obnażam własną niemądrość i nieracjonalność. Chcę podkreślić, że piszę jako ten, który sam mógłby „pierwszy rzucić kamieniem”.

Do rzeczy.

Od wczoraj w rosyjskim Internecie panuje wielkie oburzenie, rezonujące również u nas. Bo Ukraińcy ostrzelali Sewastopol, a jedna z rakiet spadła na „plażę pełną turystów”. Zginąć miało pięć osób, ponad setka odnieść rany. „To zbrodnia!”, orzekł Kreml, a za nim wszelkiej maści propagandyści i sympatycy „ruskiego mira”. Winny jest nie tylko „kijowski reżim”, ale i Stany Zjednoczone, które dostarczają Ukrainie pocisków ATACMS oraz „każdorazowo planują ich wykorzystanie”. Moskwa zapowiada odwet, a zarazem zapewnia, że krymska obrona przeciwlotnicza zadziałała sprawnie, bo „cztery z pięciu rakiet zostały przechwycone”.

Nad skutecznością rosjan rozwodzić się nie będę, bo wiadomo, że zwykle kłamią. Faktem jest, że coś na plażę spadło i że w wyniku tego zdarzenia sporo osób zostało poszkodowanych, w tym dzieci. Co z czysto humanistycznego punktu widzenia jest smutną wiadomością, bo najmłodsi (i generalnie cywile) przy okazji wojen ginąć i odnosić ran nie powinni. Dla mnie to niepodważalny imperatyw, którego nie zamierzam poddawać dyskusji.

Dyskutować za to zamierzam nad kwestią odpowiedzialności, zwłaszcza że sprawy mają się nieco inaczej niż wynikałoby to z rosyjskiej narracji.

Nie wiemy, do czego strzelali Ukraińcy (choć możemy się domyśleć, że szło im o dalsze pognębienie krymskiej OPL). Zdaniem rosjan, atakujący znów użyli ATACMS-ów z ładunkami kasetowymi; to najefektywniejszy sposób wykorzystania tego rodzaju broni, więc zakładam, że rzeczywiście tak było. Ale gdyby na plażę spadła chmara subamunicji, doszłoby tam do rzeźni na ogromną skalę. Ani do niej nie doszło, sądząc po liczbie poszkodowanych, ani nie widać tego na dostępnym materiale filmowym. Za to materiał zdjęciowy, opublikowany przez rosjan, ilustrujący rzekome pozostałości ATACMS-a, przedstawia szczątki rakiety przechwytującej systemu TOR; rosyjskiego, dodajmy dla porządku. Znaczy to tyle, że moskale „załatwili się sami”; usiłowali przechwycić nadlatujący pocisk nad wypełnioną cywilami plażą. Przechwycili – na ziemię spadły odłamki antyrakiety i być może rakiety (być może, bo dowodów nie ma). Nie przechwycili – antyrakieta uległa samozniszczeniu; możliwe że nad plażą, skoro tam wykonano zdjęcia szczątków. Inny scenariusz nie wchodzi w grę.

Odłamki spadających rakiet i antyrakiet wywołały mnóstwo zniszczeń i pożarów, które z kolei odpowiadają za dużą część ukraińskich strat cywilnych; to smutny standard tej wojny. Ukraińska OPL strzela, strąca, ale co jakiś czas w wyniku tych strąceń giną ukraińscy cywile. Ktoś gotów mi zarzucić hipokryzję, bo w takich sytuacjach zawsze podkreślam ostateczną winę rosjan, pisząc, że gdyby nie oni, ich ataki, armia ukraińska nie musiałby strzelać i narażać swoich. Dlaczego więc nie podchodzę symetrycznie do sytuacji na Krymie? Przecież rosyjska OPL nie musiałby ryzykować życia i zdrowia plażowiczów, gdyby Ukraińcy nie próbowali uderzać w cele na półwyspie. No dobra, tylko kto tu jest agresorem? Kto niesprowokowany (!) zaczął wojnę, ukradł terytorium? Ukraińcy nie musieliby niczego na Krymie atakować, gdyby dalej należał do nich. W ogóle nie musieliby do rosjan strzelać, gdyby ci łaskawie zostali u sobie.

No ale putin chciał inaczej, a poddani mu przyklasnęli – i mamy trzeci rok pełnoskalowej wojny. Trzeci sezon urlopowy na Krymie, odbywający się w cieniu ukraińskich ataków. Już nie pojedynczych, istotnie oddalonych czasowo, a regularnych i częstych, czyniących półwysep de facto rejonem bardzo wysokiego ryzyka. Po kiego grzyba pchają się tam turyści?

Rozumiem, że do wypranych ideologią „Krym-nasz” mózgownic nie dociera argument natury etycznej – taki mianowicie, że przyzwoitemu człowiekowi nie wypada jechać na terytorium okupowane, by szukać tam rozrywki. Mam też świadomość, że władza nie mówi rosjanom całej prawdy – bo jeśliby to zrobiła, próbowała odwieść ludzi od wyjazdów na półwysep, dowiodłaby swojej słabości. Ale wiem zarazem, że rosyjskie społeczeństwo nie żyje w warunkach totalnej cenzury – kto chce, ten wie, co dzieje się na Krymie. Kto tam dotrze, ten widzi stojące przy plaży systemy OPL. Wie zatem (albo szybko się dowie), że wakacje wiążą się z „dodatkowymi atrakcjami”. I pal licho fanów turystyki wojennej – póki mowa o dorosłych osobach. Ale ciągnąć w takie miejsce dzieci? Te poranione na plaży zawdzięczają swój los władzy, która traktuje obywateli przedmiotowo, oraz nieodpowiedzialnym rodzicom. Koniec-kropka.

Dla lepszego zobrazowania załóżmy że do okupowanej Warszawy przyjechała wycieczka szkolna z Berlina. Stało się to w dniu, w którym nasi usiłowali wyeliminować wyjątkową kreaturę – wysokiego rangą oficera odpowiedzialnego za terror w mieście. W trakcie strzelaniny między AK a Wehrmachtem jeden z dzieciaków został przypadkiem ranny. Oberwał od swojego, choć w sumie to wtórna sprawa. Hitlerowska prasa i gadzinówki orzekłyby, że cierpienie chłopaka to wina „bandytów z AK”. Czy podzielilibyśmy taką wizę?

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Łysiakowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Łukaszowi Podsiadle, Kamilowi Zemlakowi i Dariuszowi Wołosiańskiemu.

Nz. Fragmenty antyrakiety TOR/fot. źródła rosyjskie

Zapasy

I weszliśmy w trzecie lato pełnoskalowej rosyjsko-ukraińskiej wojny. Pod koniec czerwca 2022 roku toczyła się bitwa o Donbas, a inicjatywę posiadali rosjanie. Kilkanaście tygodni później ze zdumieniem i podziwem obserwowaliśmy postępy ukraińskiej kontrofensywy na Charkowszczyźnie. Z kolei przed rokiem trwała już inna operacja zaczepna sił zbrojnych Ukrainy – na Zaporożu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że zakończy się porażką; pośród Ukraińców i obserwatorów konfliktu dominowały optymizm i nadzieja.

A co nam przyniesie obecne lato? Szerzej piszę o tym w felietonie dla „Polski Zbrojnej”, który ukaże się w przyszłym tygodniu (oczywiście udostępnię link). Na potrzeby dzisiejszego tekstu dość stwierdzić, że upalne miesiące upłyną najpewniej w realiach wojny pozycyjnej, w której stroną bardziej aktywną pozostaną rosjanie.

Dlaczego tak uważam? Ano widzę, że moskale się „wypstrykali”. Nadal nie brakuje im ludzi, ale sprzętu ciężkiego już tak. Większość jednostek frontowych ma do dyspozycji najwyżej 40-50 proc. etatowo przewidzianych czołgów, dramatycznie brakuje wozów bojowych, coraz częściej zastępowanych przez… motocykle i niewielkie czterokołowce (umownie nazywane wózkami golfowymi).

—–

Zapyta ktoś, jakim cudem rosja – „leżąca na czołgach” – ma problem z wyekwipowaniem liniowych oddziałów. Ano pamiętajmy, że miażdżąca większość z około 15 tys. maszyn – używanych i zmagazynowanych w 2022 roku – to sprzęt wyprodukowany w czasach ZSRR. Po 1991 roku powstało niewiele nowych czołgów – to, co trafiało do jednostek, było zwykle starą skorupą, odświeżoną i wyposażoną w nowsze, zmodernizowane elementy. Co do zasady – nie ma w tym nic zdrożnego. Do mniej więcej tego samego sprowadza się apgrejt amerykańskich Abramsów. Oba procesy różni jakość wykonania; jak niska była ona (i nadal jest) w przypadku maszyn z rodziny T, przekonujemy się każdego dnia w Ukrainie.

W latach 2011-2020 rosyjska zbrojeniówka dostarczała armii rocznie 160-170 sztuk zmodernizowanych wozów T-72 oraz około 50 w wersji T-80. W 2021 roku było to już tylko kilkadziesiąt maszyn. Łącznie w całym tym okresie do jednostek bojowych trafiło około 2 tys. czołgów o względnie wysokiej wartości bojowej. Wszystkie one poszły już z dymem.

—–

(Pro)rosyjscy propagandyści co rusz przekonują, że rosja masowo produkuje nowe czołgi. Na poparcie tej tezy otrzymujemy bogaty materiał filmowy i zdjęciowy, ilustrujący hale fabryczne czy ładowane na eszelony maszyny. Te multimedia nie są sfabrykowane, lecz i tak nie oddają prawdy. W trzecim roku pełnoskalowej wojny rosyjski przemysł nadal wytwarza nowe czołgi ś l a d o w o. To raptem 20-30 maszyn typu T-90 Proryw. T-72 i T-80 nie są produkowane od 1998 roku, ostatnio udało się rosjanom uruchomić ograniczoną produkcję silników do T-80. Tyle z zapowiadanych przez propagandę sukcesów…

Mimo administracyjnych wybiegów, których celem jest militaryzacja rosyjskiej gospodarki, moce produkcyjne dwóch fabryk zajmujących się produkcją i modernizacją czołgów nie wzrosły. Cóż bowiem z tego, że załoga ma pracować w reżimie trzyzmianowym, skoro brakuje elektronicznych komponentów zachodniego pochodzenia (niezbędnych na przykład w systemach celowniczych)? Skoro część parku maszynowego nie nadaje się do użytku – poradziecka z uwagi na zużycie, nowoczesna z powodu sankcji (brak części zamiennych, niedziałający soft itp.). Można mieć kupę stali, ale bez obrabiarek ani rusz. Brak tych ostatnich usiłują rosjanie obejść w desperacki sposób – kupując od Chińczyków używane, wycofane z linii produkcyjnych urządzenia made in Japan.

A to nie jest ich jedyny problem. Jak wylicza Aleksander Kowalenko, ukraiński analityk militarny, do produkcji T-72 potrzeba 6,5 tys. form prasowych, a czołg składa się z 20 tys. części, z których większość nie jest od lat wytwarzana. Brakuje nie tylko narzędzi, ale też dokumentacji i kadry (w rosyjskim przemyśle zbrojeniowym są etaty, na produkcji, gdzie jest aż 47 proc. wakatów). Więc owszem, zakłady i warsztaty pracują w trybie trzyzmianowym, ale mogą co najwyżej remontować.

—–

Jaka jest skala tych remontów? W najlepszym dla siebie momencie, wiosną ub.r., rosjanie byli w stanie „udrożnić” do służby około 200 czołgów miesięcznie (nie mam na myśli napraw w przyfrontowych warsztatach), średnia z wojennych miesięcy nie przekracza 150 sztuk. Oczywiście to sporo, ale są dni, kiedy armia rosyjska traci po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt czołgów, rzadko kiedy jest to mniej niż pięć sztuk. Zatem bieżąca „produkcja” nie zapewnia nawet pełnej kompensacji poniesionych strat. A rezerwuar stosunkowo nowych maszyn – nadających się do remontu – nieskończony nie jest. To dlatego moskale odbudowują swój potencjał pancerny sięgając do coraz głębszych zapasów. Nie byłoby potrzeby przywracania do służby 50-letnich T-62, gdyby inne zmagazynowane wozy, młodsze o 10-20 lat T-72, do czegokolwiek się jeszcze nadawały. Wiele się nie nadaje, więc jest jak jest – kilkanaście dni temu podziwialiśmy zdjęcie T-54 wysłanego do Ukrainy. Maszyny tego typu liczą sobie… 70 lat.

—–

Oczywiście, „nowość” nie jest decydującym atrybutem, zwłaszcza że czołg po remoncie może być wyposażony w generacyjne nowsze komponenty, które podnoszą jego wartość.

Ale przywracane do służby wozy, nawet te najmłodsze, nie są „bogato” udoskonalane (pomijam wszelkie wariacje na temat ochrony antydronowej). Nie pakuje się do nich masowo najnowszej opto-elektroniki, bo jej brakuje. Rosyjska nie jest tak dobra jak zachodnia, a sankcje – choć łamane na różne sposoby – nie pozwalają na pozyskiwanie podzespołów w pożądanej liczbie. Tak naprawdę wychwalane przez rosyjską propagandę „najnowsze” T-90, to bieda-czołgi w porównaniu z przedwojennymi egzemplarzami.

No i rosjanom czkawką odbija się niska jakość wykonania. Silniki do czołgów T-72/90 wymagają remontu po tysiącu godzin użytkowania. Wozy, które wjechały do Ukrainy na początku roku – a nie zostały zniszczone – i tak nie są dziś zdatne do użycia. A owe 1000 km to i tak dobry wynik – najstarsze „klamoty” (T-62/55/54) często psują się po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów. Teoretycznie mogłyby pełnić role statycznych punktów obrony. Z uwagi na wysoką awaryjność armat produkowanych w latach 60. i 70., nawet w tym zakresie nie spisują się zbyt dobrze.

—–

Ukraińcy twierdzą, że zniszczyli już osiem tysięcy wrogich czołgów. Dostępny materiał zdjęciowy i filmowy pozwala przyjąć, że z całą pewnością z walki wyeliminowanych zostało niemal trzy tysiące rosyjskich tanków. Część z nich dałoby się wyremontować, ale tu zaczynają się kolejne schody. Mimo prób ukrócenia tych praktyk, wycofywane z frontu maszyny są po drodze okradane z każdego elementu, który da się sprzedać. Rosyjscy żołnierze handlują głównie za wódkę – ów rys kulturowy moskiewskiej armii nadal pozostaje silny i niezmienny. Ogołocone skorupy często nie nadają się do żadnego remontu – w ich miejsce lepiej wyciągnąć coś z głębokiego magazynu. Ale dotychczasowy „przerób” oraz fatalna jakość głębokiego magazynowania – zwykle pod chmurką – mocno ów rezerwuar uszczupliły.

A z pustego i Salomon nie naleje…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. T-62 po apgrejdzie; tyleż to ciekawa, co żałosna przeróbka czołgu-dziadka/fot. anonimowe źródło rosyjskie