Pancerz

W połowie czerwca br. w Paryżu odbyły się Eurosatory 2022, targi zbrojeniowe poświęcone wyposażeniu wojsk lądowych, druga co do wielkości tego rodzaju impreza na świecie. Z powodu sankcji w halach wystawienniczych zabrakło przedsiębiorstw z Rosji, co wykorzystały zbrojeniówki z Chin i Indii, prezentując sporo sprzętu o poradzieckiej i rosyjskiej proweniencji. Był także inny, trochę nietypowy „rosyjski” akcent w postaci… nadmuchiwanego zestawu rakietowo-artyleryjskiego Pancyr-S1. Gumowa makieta – wyprodukowana przez Amerykanów z firmy i2k Defense – to oferta całkiem serio, skierowana do użytkowników rosyjskiej broni. O tym, że realistycznie odwzorowane systemy uzbrojenia nadal wykorzystywane są w działaniach pozoracyjno-maskujących, świadczą chociażby drewniane czołgi stawianie przez Białorusinów przy granicy z Ukrainą. W tym przypadku „maskirowka” się nie powiodła – Ukraińcy zdobyli szereg zdjęć ilustrujących powstawanie rzekomego odwodu pancernego – niemniej solidnie wykonane makiety wciąż pozostają w cenie. Poza myleniem przeciwnika służą też do działań szkoleniowych dla własnych wojsk. Wspomniany Pancyr mógłby przydać się lotnikom trenującym wykrywanie wrogich systemów rakietowych.

Wracając do targów – zorganizowano je w cieniu wojny rosyjsko-ukraińskiej, pierwszego od dekad tak poważnego konfliktu w Europie. W mediach z miejsca pojawiły się opinie, wedle których sytuacja w Ukrainie wprost przełożyła się na ofertę wystawienniczą. „Europa znów pokochała czołgi”, zawyrokował jeden z największych na kontynencie portali, sugerując, że producenci zdołali już wyciągnąć wnioski z bitew stoczonych po 24 lutego. Trudno zgodzić się z taką oceną, bowiem czołgów nie projektuje się z tygodnia na tydzień czy nawet z miesiąca na miesiąc. Powierzchowne modernizacje da się przygotować w tak krótkim terminie, te zaawansowane już nie. Co wcale nie oznacza, że kolejna pancerna fiksacja Europy nie ma swych źródeł w działaniach Moskwy. Tyle że nie chodzi tu o najnowszą odsłonę prób znokautowania Ukrainy, a o wysiłki z przełomu 2014-2015 r. – z fazy najintensywniejszych, manewrowych starć w Donbasie, gdzie czołgi istotnie wykazały, że nadal liczą się na polu walki. Pełnoskalowa inwazja potwierdziła zjawisko pancernej dominacji, z zastrzeżeniem, że pojazdy nie przetrwają bez należytej aktywnej ochrony – że sam pancerz to za mało. Wystawcy uwzględnili ów czynnik, choć miejmy świadomość, że zachodni producenci czołgów już od dawna udoskonalają systemy, przewidziane do unieszkodliwiania nadlatujących pocisków.

Cyfrowa Panthera

Co znamienne, ale i niezaskakujące, w kwestii pancernych kolosów najwięcej w Paryżu mieli do powiedzenia Niemcy. Media skupiły się szczególnie na ofercie koncernu Rheinmetall – czołgu Panthera KF-51. Poza kwestiami merytorycznymi zadecydowała o tym symbolika – nazwa wprost nawiązująca do wozu produkowanego w czasach III Rzeszy. Nad Renem istnieje tradycja, zgodnie z którą czołgom (i innym ciężkim wozom bojowym) nadaje się „imiona” dzikich kotów (Tygrys, Leopard, Gepard itp.), lecz ta konkretna konotacja wydaje się szczególnie niefortunna. Być może dlatego Niemcy zastrzegli, że KF-51 nie jest i nie będzie pojazdem oferowanym armii niemieckiej, a zagranicznym użytkownikom, obecnie eksploatującym wozy z rodziny Leopard. Futurystycznie wyglądającą Pantherę wyposażono w uzbrojenie główne o większym kalibrze – zamiast dotychczas najpopularniejszej 120 mm armaty, działo użyte w KF-51 ma 130 mm. Zdaniem konstruktorów, pozwoli to na zwiększenie siły ognia o 50%. Proces ładowania jest w Pantherze całkowicie zautomatyzowany, armata może strzelać zarówno tradycyjną amunicją, jak pociskami typu airburst, eksplodującymi nad wybranym celem (co okazuje się morderczo skuteczne w rażeniu piechoty). Czołg wyposażono w zaawansowane systemy samoobrony oraz w masę cyfrowych udogodnień (w tym sensorów), zwiększających świadomość sytuacyjną załogi. Ma również wyrzutnię amunicji krążącej, zdolnej do atakowania celów na odległość do 60 km. Przypomnijmy, do tej pory o klasie czołgu decydował skuteczny zasięg armaty, nieprzekraczający 2-3 km.

Inny niemiecki kolos na gąsienicach zaprezentowany w Paryżu, to Leopard 2A7 – najnowsza odmiana popularnego czołgu, używanego także przez Wojsko Polskie. „Leo” w najświeższej odsłonie otrzymał m.in. nową armatę dostosowaną do strzelania pociskami o zwiększonej energii kinetycznej, nowe przyrządy obserwacyjne oraz wzmocnioną ochronę balistyczną i przeciwminową. System aktywnej ochrony EuroTrophy wraz ze zdalnie sterowanym stanowiskiem strzeleckim, znacząco podniosły parametry tzw.: przeżywalności załogi. Niemniej jednak wciąż mówimy o maszynie, której początki sięgają lat 80. ub.w. – i która w perspektywie najbliższych kilkunastu lat zmuszona będzie „zejść ze sceny”. Niemcy – tym razem do spółki z Francuzami – solidnie się do tego scenariusza przygotowują. Przemysłowa kooperacja obu krajów odbywa się w oparciu o dwa programy – EMBT (ang. Enhanced Main Battle Tank – Europejski/Ulepszony Czołg Podstawowy) oraz MGSC (ang. Main Ground Combat System – Podstawowy Lądowy System Bojowy). W przypadku tego drugiego mówimy o produkcie, który ma być gotowy w połowie lat 30. Póki co w Paryżu pokazano prawdopodobne uzbrojenie francusko-niemieckiego czołgu przyszłości – armatę o kalibrze 140 mm. Konstruktorzy działający w ramach EMBT zaprezentowali z kolei wóz z nietypowym dla współczesnych czołgów składem załogi. Choć maszynę wyposażono w automat do ładowania, nadal wymaga ona 4-osobowej obsługi. Znakiem czasów, w których czołgi staną się „nosicielami” całej masy wyspecjalizowanych urządzeń, jest załogant-operator systemów. W EMBT odpowiedzialny za obsługę systemu zarządzania walką, drona i dodatkowego stanowiska strzeleckiego z 30-mm armatą.

Potencjał modernizacyjny

Lecz nie samymi czołgami Eurosatory stały – sporo powierzchni i uwagi poświęcono artylerii. W przeciwieństwie do wojsk pancernych, które po 1989 r. miały w zachodnich armiach pod górkę, z „boga wojny” nikt rezygnować nie zamierzał. Wiadomo było jednak, że należy artylerię „usamobieżnić”, zwiększyć jej precyzję i zasięg rażenia. Oparte o takie założenia koncepcje w całości sprawdziły się w Ukrainie. Nie dziwi zatem spore zainteresowanie, jakie towarzyszyło francuskiej armatohaubicy Caesar, używanej w boju przez armię ukraińską. Wnioski z tej eksploatacji są na tyle obiecujące, że w Paryżu podpisano dwie umowy (z Litwą i Belgią) na dostawy systemów, do tej pory – poza krajem producenta – używanych przez „egzotyczne” armie: saudyjską, indonezyjską i tajlandzką. A propos umów – podczas Eurosatorów Polska Grupa Zbrojeniowa zawarła porozumienie o współpracy z koreańskim koncernem Hyundai Rotem. Tak naprawdę nie bardzo wiadomo, co ma z tego wynikać. Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak zapewnia, że chodzi o „współpracę w rozwoju czołgów i transporterów opancerzonych”. Koreańczycy już od jakiegoś czasu zabiegają, by Polska kupiła od nich czołgi K2 Black Panther, oferując możliwość licencyjnej produkcji i głębokiej „polonizacji” wozu i jego następców. Szczegółów na razie brak.

Gdyby rzeczywiście K2/K2PL weszły na uzbrojenie Wojska Polskiego – i towarzyszyłoby temu uruchomienie linii produkcyjnej w kraju – byłaby to dobra wiadomość. Także w kontekście obserwowanego w Europie „powrotu do czołgu”. Los poradzieckich maszyn w Polsce jest już przesądzony – wszystkie trafią do Ukrainy. Niemieckie leopardy jeszcze posłużą, ale polityczne zatargi na linii Warszawa-Berlin i nieumiejętny lobbing na rzecz pozyskania kolejnych maszyn dla WP, każą widzieć w produktach made in Germany co najwyżej zapas mobilizacyjny (w perspektywie najbliższych kilku lat). O sile wojsk pancernych będą zapewne decydować amerykańskie abramsy – które niebawem zaczną trafiać nad Wisłę – oraz ewentualnie koreańskie, a docelowo polsko-koreańskie maszyny. K2 to zupełnie świeży czołg, abramsy w wersji oferowanej Polsce to właściwie również nowa konstrukcja. Obie będą miały zatem bardzo wysoki potencjał modernizacyjny, co sprawi, że nawet za 20-30 lat pozostaną konkurencyjne wobec kolejnych pojawiających się typów uzbrojenia. Jeśli zaś idzie o artylerię samobieżną – gąsienicowe Kraby ze Stalowej Woli (udany owoc polsko-koreańskiej współpracy!) właśnie dowodzą swojej skuteczności w Ukrainie. A i w tym przypadku mówimy o stosunkowo „młodym” systemie uzbrojenia.

—–

Nz. Czołg Panthera KF-51/fot. Rheinmetall

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 28/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Metry…

Ukraińcy zaatakowali dziś w nocy wyrzutnie rakiet Iskander, rozmieszczone na obrzeżach Biełgorodu (na terytorium Rosji, 40 km od granicy z Ukrainą). To stamtąd Rosjanie ostrzeliwali regularnie m.in. Charków. Rosyjskie władze o tym fakcie nie wspominają, choć nalotowi poświęcają sporo uwagi. Przy okazji bowiem ucierpiała infrastruktura w samym mieście – lokalne władze mówią o uszkodzeniu 11 bloków i 39 domów, w których zginąć miało 5 osób, a 11 zostało rannych.

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że Ukraińcy nie celowali w obiekty cywilne (tu nawet nie chodzi o to, że są bardziej humanitarni niż Rosjanie – choć są! – a o racjonalną kalkulację, że świat nie będzie im pomagał, jeśli okażą się tacy sami jak ci barbarzyńcy). Cywile to zapewne efekt „pracy” rosyjskiej obrony przeciwlotniczej, której udało się zdjąć jakąś część nadlatujących rakiet, rzecz w tym, że nad miastem. O świadomym „ładowaniu” w swoich – by zrzucić winę na przeciwnika – wspomnę tylko jako o możliwości; nie mam bowiem żadnych dowodów, że tak się stało. Ale w przeszłości działo się już nie raz – dość wspomnieć zamachy w Moskwie i regularne ostrzały Doniecka będącego już w rękach separatystów.

Niemniej, dla ulokowania spraw we właściwym kontekście, chciałbym zwrócić Waszą uwagę, że do tej pory (dane na ostatni dzień czerwca) swoje domy straciło 800 tys. Ukraińców, a łączna powierzchnia zniszczonych mieszkań to 15 mln metrów kwadratowych.

—–

Nz. Płonące cele ataku na obrzeżach Biełgorodu/fot. za Euromaidan Press

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Życiochłonność

W czerwcu obszar terenów okupowanych w Ukrainie zwiększył się o 1500 km2. To wielkość odpowiadająca powierzchni 3 Warszaw, ewentualnie 5 Szczecinów bądź Wrocławiów. Daję dla porównania, z zastrzeżeniem, że to, co wzięli Rosjanie, w 80 proc. nie było terenem wysoce zurbanizowanym (a tam, gdzie było, wzięli gruzy…).

Te 1500 km2 to 0,25 proc. przedwojennej powierzchni Ukrainy. Cena? 5000 zabitych i rannych żołnierzy, 3,3 na każdy kilometr. Przy takiej „życiochłonności” zajęcie całej Ukrainy oznaczałoby utratę… 2 mln wojskowych.

Ps. Obecnie pod okupacją znajduje się 19,2 proc. powierzchni Ukrainy. Tydzień po rozpoczęciu inwazji Rosja okupowała 22 proc. terytorium (włącznie z DRL i ŁRL). Jest progres…

—–

Nz. Rosyjskie zdobycze w Ukrainie/graf. Ukraine War Map

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podmiotowość

Pięć lat temu popełniłem na Facebooku następujący post:

„Latem zeszłego roku, gdy wracałem z Kijowa do Warszawy, usiadła obok mnie starsza o kilka lat Ukrainka rosyjskiego pochodzenia. Nasza stolica była dla niej jedynie miejscem tranzytowym – z Okęcia miała lecieć dalej, do Holandii. Zdawkowa wymiana uprzejmości szybko zmieniła się w rozmowę na temat sytuacji w Ukrainie. Moja rozmówczyni krytycznie wypowiadała się na temat rządu w Kijowie i jego poczynań na wschodzie. Których nie akceptowała do tego stopnia, że postanowiła na dłużej opuścić rodzinny Dniepropietrowsk (dziś Dnipro – dop. red.). Mniejsza o szczegóły – istotna jest konkluzja. A ta była taka, że Putin to dla Ukrainy „mąż opatrznościowy”. I że da bóg, a „kijowska junta wreszcie upadnie i władze w kraju obejmą prorosyjscy politycy”, co przyniesie naszemu sąsiadowi spokój, a ludziom dobrobyt. Że będzie „tak dobrze, jak w Rosji”.

Ostatnie stwierdzenie zaintrygowało mnie do tego stopnia, że zapytałem:

– Dlaczego więc, skoro w tej Rosji jest tak dobrze, emigrujesz do Holandii? Do Rosji masz bliżej, łatwiej byś się w niej odnalazła.

– Bo na Zachodzie jest lepiej – usłyszałem w odpowiedzi. (…)”.

Ano właśnie. Myśmy, Polacy, przez niemal pół wieku tęsknili do Zachodu, a gdy tylko pojawiła się okazja – w 1989 roku – zaczęliśmy nasz marsz ku integracji z lepszym światem. Korzystając z geopolitycznego zamieszania, daliśmy nogę i dziś jesteśmy po właściwej stronie barykady. Zachodnie uniwersum ma mnóstwo wad i sporo brzydkich obliczy. Imperializm i dominacja wielkiego kapitału to tylko niektóre z nich. Gdzie im jednak do zniewolenia, bylejakości, biedy, technicznej i organizacyjnej niewydolności, złodziejstwa i rozkładu więzi społecznych? A tym był, jest i zapewne pozostanie ruski mir. Także zresztą imperialny, bo dążący do narzucenia swych zasad i kontroli innym etnosom. Dziwi Was, że i Ukraińcy chcą się z tego przeklętego kręgu wyrwać? Mnie nie.

Mieli pod górkę znacznie bardziej niż my – ponad 300 lat rusyfikacji i 70 lat sowietyzacji zrobiły swoje. Kulturowe złogi i gospodarcze zależności sprawiły, że Ukraina po 1991 roku stanęła w rozkroku – chciała i nie mogła zerwać z przeszłością. Aż wyrosły kolejne pokolenia, wyzbyte nostalgii do tego, co w ruskim mirze mogło pociągać (iluzji, że choć wszyscy mamy mało, to jednak po równo, a i tak gdzie indziej jest gorzej). I nastały Majdany, i zaczęła się społeczno-polityczna rewolucja. „Idą w łapska amerykańskich imperialistów”, konkludują autorytety skrajnej lewicy i prawicy, wielu z naukowymi tytułami. Jest w tym niby troska o Ukraińców i ich kraj, a tak naprawdę mamy do czynienia z kolejną odsłoną prorosyjskich sympatii; pół biedy, jeśli opartych o naiwność, kulturową fascynację, gorzej, jeśli stoi za tym wyrachowana gra na rzecz Moskwy, w zamian za jakieś profity. No idą – wracam do wspomnianej argumentacji – no i co z tego? Myśmy też poszli i jakkolwiek wciąż „grają nam w duszy” rusko-mirskie rytmy (przede wszystkim zgoda na różne odmiany zamordyzmu), co do zasady nie żałujemy obranego kierunku. I wciąż, regularnie, potwierdzamy zasadność prozachodniego kursu. Dość wspomnieć o wynikach badań poparcia dla członkostwa w Unii Europejskiej i NATO.

No więc poszliśmy, bo realnie innego wyboru nie było. Mówienie, że istniała alternatywa dla integracji z Zachodem, to mrzonki. Zwłaszcza bajdurzenie o jakimś „polskim świecie” – Międzymorzu czy innych głupotach. Nie ten soft power, nie ten hard power, nie ta gospodarka, nauka, potencjał ludnościowy itp., itd. W naszym położeniu geograficznym wybór był/jest ograniczony do dwóch opcji – Zachód lub Wschód. I tak samo jest w przypadku Ukrainy.

Ukraińcy wybrali Zachód. Wybrali gremialnie; idiotyczne są te wszystkie narracje o spisku elit, o tym, że rząd w Kijowie działa(ł) na przekór społeczeństwu. W 1991 roku Ukraina miała PKB nieznacznie wyższe od Polski, 30 lat później nasze było ponad czterokrotnie większe – bo my postawiliśmy na radykalne zmiany, na wspomnianą integrację. Ukraińcy to widzą – widziała ich zarobkowa emigracja, na przestrzeni tych lat liczona przecież w miliony. Otwarte granice otwierały oczy – „my też tak chcemy” było naturalną konsekwencją tej otwartości. Oczywiście, chęci pójścia polskim tropem z rzadka towarzyszy świadomość „ciemnych stron” transformacji – tylko czy one naprawdę mogą mieć znacznie, gdy przeciętny Ukrainiec widzi, że Polakom generalnie żyje się o wiele lepiej?

„Wschód Ukrainy nie chciał tych zmian”, czytam w lewicowo-rusofilskiej i prawackiej banieczce. Naprawdę? Tych zmian nie chciała Rosja – i stąd siłowe próby zmiany kursu. Ale czy wschodnia, rosyjskojęzyczna Ukraina masowo poparła ingerencje Moskwy? W 2014 roku z wyrwanych Ukrainie skrawków powstały dwie niby-republiki, ufundowane przez rosyjskie wojsko, miejscowych kryminalistów i nielicznych zwolenników secesji Donbasu. Pomysł budowy Noworosji aż po Dniepr szybko spalił na panewce, a stało się to przede wszystkim dzięki masowemu ruchowi społecznemu, który przybrał także militarną postać batalionów ochotniczych. To „swoi”, „tutejsi” – w dużej mierze Ukraińcy rosyjskiego pochodzenia – pognali „separatystów” ze wschodnio ukraińskich miast. Pojawienie się w Donbasie regularnej ukraińskiej armii tylko umocniło efekt „antyrosyjskiej wiosny” (w kontrze do kremlowskiego hasła „rosyjskiej wiosny” – rzekomego „przebudzenia” mieszkańców Zadnieprza).

Moskwa nie odpuściła (co w mojej ocenie każe założyć, że w przyszłości – jeśli dać jej szansę – także nie odpuści) – i w lutym już otwarcie zaatakowała sąsiedni kraj. I gdzie te kwiaty dla rosyjskich żołnierzy, których, wraz z wódką, spodziewano się na wschodzie? A które byłyby symbolicznym dowodem na uznanie idei wchłonięcia przez ruski mir. Zamiast tego najeźdźcy dostali wciry w Charkowie, utknęli w środkowym Donbasie (by po czterech miesiącach wojny móc pochwalić się zajęciem miasta powiatowego Siewierodonieck), przez trzy miesiące męczyli się w bojach o Mariupol. Zajęli kawał południa, w sumie – z wcześniejszymi zdobyczami – ponad 20 proc. terytorium Ukrainy, ale za cenę ogromnych strat. Strat zadanych im przez Ukraińców z całego kraju (i ochotników z całego świata), walczących w szeregach regularnej armii, ale też strat, do których wybitnie przyczynili się „tutejsi” z Gwardii Narodowej i oddziałów obrony terytorialnej.

„Nacjonaliści trzymają społeczeństwo w garści”, czytam o powodach twardego oporu, terrorze zaprowadzonym przez rząd w Kijowie (rząd oczywiście nielegalny, bo mówimy o władzy, której korzenie sięgają zamachu stanu z 2014 roku). I co, rzeczeni „nacjonaliści” stawiają, niczym sowieci podczas II wojny światowej, oddziały zaporowe na tyłach swoich wojsk, by strzelać do potencjalnych dezerterów i maruderów? Wolne żarty… Prześladują ludność, wysyłając nieprawomyślnych i niewłaściwo-języcznych do obozów filtracyjnych? Oh wait, tak robią Rosjanie z mieszkańcami zajętych miast. „Gdzie jest ruch oporu!?”, zastanawiała się moskiewska „Prawda” w marcu tego roku, a chodziło jej o partyzantów, którzy wspieraliby działania rosyjskich sił inwazyjnych. Ukraińców, chcących obalić „kijowską juntę”. No właśnie, gdzie? Owszem, ruch oporu działa prężnie – w obwodzie chersońskim i samym mieście, tyle że to partyzantka wymierzona w Rosjan i (wciąż nielicznych!) kolaborantów. Co z „perłą rosyjskich miast”, Odessą? Jak to się stało, że dotąd nie wybuchło tam prorosyjskie powstanie, które ułatwiłoby lądowanie morskiego desantu? Co z masowymi ucieczkami przed poborem (uciekło przed nim za granicę 4 proc. męskiej populacji w odpowiednim wieku…)? Co z zamachami na komisje poborowe/punkty werbunkowe? No są, w Rosji, której młodzież nie garnie się, by ginąć w Ukrainie. I mógłbym tak dużo i długo, by wykazać, że perspektywa ruskiego miru nie jest tym, o czym marzą Ukraińcy, także ci ze wschodu.

I od dawna nie chodzi tylko o kwestie ekonomiczne. Ukraińskie „tak” dla integracji z Zachodem to także efekt kalkulacji – przekonania, że tym sposobem uda się zachować własną tożsamość narodową. Rosjanie już z otwartą przyłbicą mówią o „deukrainizacji”, w tym o fizycznej eksterminacji elit. Mierzi ich odrębność Ukraińców, pragną dla nich pełnej rusyfikacji. W istocie mamy tu do czynienia z zapowiedzią zbrodni przeciwko ludzkości [1], co powinno zamknąć wszelkie dyskusje na temat sensowności czy etyczności (sic!) ukraińskiego oporu. Marzenie ściętej głowy… Miast zamknąć ryje, piszą wszelkiej maści „autorytety” (także akademickie), że wojnę trzeba jak najszybciej zakończyć, bo szkoda ludzi – z czym trudno się nie zgodzić, ale… – ale ów koniec winien być efektem ukraińskiej kapitulacji, bo przecież „Rosja nie ustąpi”. Tak legitymizuje się bandycką politykę Kremla i zarazem stygmatyzuje winą ukraińskie władze, stawiając świat na głowie, bo to przecież nie Ukraina zaczęła tę wojnę. Czytam, że należy zmusić Ukraińców do dogadania się z Rosjanami, „bo Rosja to naturalny dla Ukrainy wybór; wspólna historia, więzi społeczne, powiązania gospodarcze”. Tak odbiera się Ukraińcom podmiotowość, „zapomina” o tym, że oni już podjęli decyzję o kierunku zmian cywilizacyjnych i że są gotowi za to walczyć i umierać. Niezależnie od tego, czy ich opór jest na rękę „wielkim tego świata” w ich geopolitycznej grze. To, że Ameryka pragnie osłabić Rosję, to dla Ukraińców zrządzenie losu, a nie przekleństwo. Nie są więc „przeklęte” państwa dostarczające Ukrainie broń, bo nie robią niczego wbrew Ukraińcom. Nikt im czołgów czy wyrzutni na siłę nie wpycha – Ukraińcy sami o nie proszą. I są to prośby formułowane na wszystkich szczeblach społecznej drabiny – żadne tam „chciejstwo niechcianych władz”.

Niełatwo mi o tym pisać, bo to sprawy oczywiste, a oczywistości wyjaśnia się najtrudniej. Pozwolę więc sobie na pewien myślowy eksperyment, z zastrzeżeniem, że nie kieruję go do zdeklarowanych sowieciarzy i ukrainofobów (ci są straceni – na rubelki i chorobę nie znajdę argumentów). Spójrzmy na Polskę z lat 1918-21 – jak próbowała wyszarpać dla siebie niezależność. I zastosujmy wobec niej myślenie, jakiemu poświęciłem ów post. Że przecież Polski nie było i było dobrze, że się Polakom w dupach poprzewracało z ich dążeniem do niepodległości, że po co walczyć z Rosją, skoro ona ma i tak większe zasoby, że cała ta Polska to wymysł elit, a zwykłym ludziom i tak wszystko jedno, że Polacy to durnie, bo bijąc się z bolszewią pomagają w geopolitycznych interesach Francji i Wielkiej Brytanii, że przecież Słowianin nie powinien strzelać do Słowianina, itp., itd. Brzmi znajomo, prawda? – zwracam się do sceptyków w kwestii sensowności ukraińskiego oporu. Z nadzieją, że może coś to w paru głowach zmieni.

—–

[1] ZpL: przestępcze zachowania skierowane przeciwko określonej grupie społecznej, np. narodowościowej, rasowej, etnicznej, wiekowej, religijnej lub światopoglądowej. Zalicza się tu m.in. morderstwa, obracanie ludzi w niewolników, deportacje.

Nz. Strażak po dzisiejszej akcji ratunkowej w Odessie. Rosjanie, najpewniej w zemście za Wężową Wyspę, ostrzelali w nocy miasto pociskami manewrującymi. Celując, a jakże, w cywilne obiekty…/fot. Сергій Крук

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zrzutka!

No ludziska, można zrobić coś dobrego!

Jestem lewicowcem i pacyfistą, w dodatku dziennikarzem, ale to wojna Dobra ze Złem, więc odkładam na bok etyczne i zawodowe rozterki. Szczególnie, że wspieranie Ukraińców to dziś powinność patriotyczna, bo oni walczą także i za naszą wolność.

Dajmy im zatem jak najwięcej narzędzi!

Zrzućmy się na Bayraktara – oto link do zbiórki.

Jak pisze Sławomir Sierakowski, inicjator akcji: „(…) Litwini zebrali środki błyskawicznie i firma produkująca Bayraktary postanowiła przekazać drona Ukrainie za darmo, a zebrane pieniądze przeznaczyć na pomoc ludności. Później to samo stało się z kolejną zbiórką na trzy Bayraktary! Czas na nas. Pamiętacie Buczę, Irpień, Mariupol? Weźmy udział w tej walce. Kupmy polskiego Bayraktara.

Suma jest wyjątkowo ambitna, ale zrzutka idzie doskonale! Jeśli zbierzemy mniej, przekażemy wszystko na fundusz Sił Zbrojnych Ukrainy w Narodowym Banku Ukrainy. To samo zrobimy z nadwyżką. Działamy!”.