Rekonstruktorzy

Rosjanie zamierzają rozkonserwować i przywrócić do linii samoloty Su-17 i MiG-27. To staruszki (taki latający odpowiednik masowo już udrażnianych do służby czołgów T-62). Polskie lotnictwo dysponuje kilkunastoma Su-22, będącymi eksportową wersją siedemnastek. To maszyny o znikomej wartości bojowej, pozostawione w użyciu, by podtrzymać nawyki kadry i zabezpieczyć potrzeby szkoleniowe armii (ćwiczenia, w których zakłada się użycie lotnictwa; gdyby do wszystkich takich zadań delegować F-16, „zalatalibyśmy” flotyllę Jastrzębi na amen). Suchoje Sił Powietrznych RP mają schodzić ze stanów, gdy zaczną do nas trafiać F-35, choć wedle nieoficjalnych danych kres ich służby ma nastąpić do końca b.r. MiG-ów 27 nigdy w polskim lotnictwie nie było – dysponowaliśmy ich wcześniejszą wersją, oznaczoną jako MiG-23. W 1999 roku – po uznaniu maszyn za przestarzałe i nieperspektywiczne – zrezygnowaliśmy z eksploatacji dwudziestek trójek.

Rosjanie używali Su-17 i MiG-i 27 jeszcze podczas drugiej wojny w Czeczenii na początku tego wieku. W obu przypadkach mówimy o maszynach z „myśliwcem” w nazwie, ale de facto mamy do czynienia z samolotami szturmowymi, przeznaczonymi do wsparcia wojsk na lądzie – stąd ich główne uzbrojenie, czyli bomby i pociski rakietowe powietrze-ziemia.

A skąd pomysł na reaktywację i jakie wnioski można z tego wyciągnąć?

Na początek zauważmy, że rosyjskie lotnictwo od wielu tygodni nie zapuszcza się w głąb Ukrainy. Rosjanie boją się takich rajdów, co wynika z wysokiej skuteczności ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Co więcej, nic nie wskazuje na to, aby ta sytuacja miała ulec zmianie. Bo co prawda poradzieckie systemy rakietowe się zużywają, lecz Amerykanie już zapowiedzieli dostawy własnych, nawet lepszych od tego, czym w tej chwili dysponują Ukraińcy. Nie bez znaczenia jest też fakt dużego nasycenia ukraińskich oddziałów ręcznymi zestawami przeciwlotniczymi, takimi jak polskie Pioruny czy amerykańskie Stingery. W tym obszarze także nie należy spodziewać się istotnych zmian; dostawy dla Kijowa są i będą kontynuowane. Ale to nie znaczy, że Rosjan w powietrzu nie ma – nad miastami się nie pojawiają, ale często i gęsto wspierają oddziały frontowe. Mówi się o 200-300 takich operacjach dziennie, w których rolę konia roboczego spełniają klasyczne szturmowce Su-25. Obładowane bombami i rakietami, dolatują nad cele na niskich wysokościach i po przeprowadzonym ataku usiłują wydostać się z pola rażenia. Zwykle się udaje, lecz w ostatnich dniach Rosjanie odnotowali spore straty.

Tożsamość zestrzelonych pilotów i ich zeznania wskazują na istotne problemy rosyjskiego lotnictwa. Po pierwsze, w misjach bojowych biorą udział wysocy rangą oficerowie – pułkownicy, a nierzadko i generałowie. Po drugie, operacje delegowane są „na zewnątrz” armii – do firmy najemniczej Grupa Wagnera, której siły powietrzne użyczają samolotów. Dlaczego tak się dzieje? Ano takie są konsekwencje lipnego szkolenia kadr. Młodych rosyjskich pilotów od wielu lat uczono jedynie „latać po sznurku” – tak, by dali radę odpowiednio zaprezentować się na paradzie i przewidywalnych do bólu ćwiczeniach robionych pod VIP-ów i media. Taktyki lotniczej nie było tam niemal wcale, a gdy pojawiały się trudniejsze zadania, za sterami i tak siadali doświadczeni piloci. „Miało być dobrze, a my chcieliśmy mieć święty spokój”, zeznają ujęci przez Ukraińców oficerowie (tego rodzaju opinie pojawiają się też w zamkniętych grupach dyskusyjnych na rosyjskim Telegramie).

Wśród pojmanych jest Andriej Fiedorczukow, emerytowany major sił powietrznych, zestrzelony 17 czerwca nad Swietłodarskiem. Fiedorczukow – choć siedzi teraz w obozie – może mówić o szczęściu – żyje, w przeciwieństwie do 67-letniego pułkownika Mikołaja Markawa czy 63-letniego generała Kanamata Botaszewa, strąconych w maju. Ta dwójka także latała „u Wagnera”, w komponencie lotniczym, który w ostatnich tygodniach został naprędce rozbudowany, tak, by móc formalnie przejąć zadania regularnych pułków rosyjskiego lotnictwa. Młodzi nie muszą już latać – robotę wykonują za nich starzy wyjadacze u „prywaciarza”. Zresztą, nie bardzo mieliby czym, bo okazuje się, że po czterech miesiącach wojny większość maszyn – szczególnie tych nowszych typów – jest już znacząco zużyta i wymaga remontów. Rosjanie projektują niezłe samoloty, ale jakości wykonawstwa i kultury technicznej obsługi nie da się porównać z zachodnimi standardami. I nie chodzi tylko o kwestie mentalne, ale też ściśle technologiczne – duża część maszyn i urządzeń w przemyśle lotniczym lata świetności ma już dawno za sobą. Popularność Su-25 bierze się zatem nie tylko z faktu, że idealnie nadaje się do misji bezpośredniego wsparcia oddziałów na lądzie. Prostota jego konstrukcji oraz fakt, że używane egzemplarze wykonano w czasach, kiedy fabryczne urządzenia były w lepszej kondycji, mają tu równie istotne znaczenie.

Ale Su-25 nie pochodzą z nieskończonego zbioru. I też się zużywają. Stąd pomysł na przywrócenie do służby Su-17 i MiG-i 27 – wykonanych w „starych, dobrych czasach”, do obsługi których zapewne znajdą się doświadczeni (ale i wiekowi…) „wyjadacze”. Co istotne, oba typu maszyn powstały w czasach CoComu (ang. Coordinating Committee for Multilateral Export Controls), czyli ostrego embarga na wysokie technologie, obejmującego ZSRR i kraje bloku wschodniego. W ich przypadku nie ma zatem mowy o zachodniej elektronice (wykorzystywanej w awionice), której zastosowanie okazało się piętą achillesową najnowszych rosyjskich maszyn. Po prawdzie, częściowo „zalatanych” jeszcze zanim nastąpiła inwazja, w ustawkach dla mediów, w trakcie których budowano narrację o potężnych siłach powietrznych Federacji. Dorżnięte po inwazji, stoją teraz bezużyteczne z uwagi na brak odpowiednich podzespołów i oprzyrządowania.

Spodziewajmy się zatem kolejnej odsłony występów „grupy rekonstrukcyjnej armii radzieckiej”, jak z coraz większą zasadnością można mówić o siłach inwazyjnych. W lotnictwie widać to także po doborze rakiet wykorzystywanych do ataków na ukraińskie miasta. Rosjanie bardzo oszczędnie gospodarują najnowszymi pociskami, masowo używając tych z rodowodem ZSRR. Zwykle są to pociski Ch-22, konstrukcja z przełomu lat 50. i 60., wystrzeliwane z samolotów bombowych, które nie wlatują w przestrzeń powietrzną Ukrainy (ataki następują z terytorium Rosji i Białorusi). Wczorajsze uderzenie w centrum handlowe w Krzemieńczuku przeprowadzono właśnie przy użyciu Ch-22. Fakt, iż były to dwie rakiety (zaprojektowane do zatapiania największych amerykańskich okrętów…), unieważnia twierdzenia o przypadkowym trafieniu.

A co nam mówi o intencjach Rosjan?

Nalot miał wybitnie terrorystyczny zamiar – chodziło w nim o zabicie jak największej liczby cywilnych osób. Jak na razie mówimy o 70 zabitych i rannych, ale ekipy ratownicze wciąż przeszukują gruzy. Poza oczywistym przesłaniem dla Ukraińców: „nigdy i nigdzie nie możecie czuć się bezpieczni”, atak, wpisujący się w całą serię podobnych zdarzeń z ostatnich dni [1], ma też charakter zemsty. Przez cały weekend Ukraińcy bezlitośnie punktowali rosyjski system obronny, także przy użyciu nowo dostarczonych amerykańskich wyrzutni Himars. Po raz kolejny zniszczono instalacje wojskowe na Wężowej Wyspie – co ma ważne znaczenie symboliczne. Przede wszystkim jednak ostrzelano duże składy amunicyjne i punkty dowodzenia Rosjan (m.in. rosyjskiej 20. Armii). Agresorzy stracili mnóstwo sprzętu, sporo ludzi, w tym wielu oficerów (niebawem powinniśmy poznać bardziej szczegółowe dane), odwinęli się więc ostrzeliwując z rakiet Kijów, Odessę, Żytomierz, a wczoraj Krzemieńczuk. Mściwi zwyrodnialcy, niezdolni do honorowej walki…

[1] 4 dni temu Rosjanie wystrzelili na ukraińskie miasta 53 pociski manewrujące, 3 dni temu – 26 rakiet, 2 dni temu prawie 40, wczoraj – 12.

—–

Nz. Strażacy na gruzach centrum handlowego w Krzemieńczuku /fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Nie)regularni

– Tam – mężczyzna wskazał dłonią drugą stronę linii frontu. – Tam są twoi, dwie kompanie Polaków. Chcesz, możesz do nich iść. My ci w plecy nie strzelimy – zapewniał żołnierz samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej (DRL). Była wiosna 2015 r., relacjonowałem wówczas zmagania w Ukrainie ze stolicy separatystów.

– Jakie dwie kompanie, o czym wy mówicie!? – oponowałem. – Przed nami sami Ukraińcy, żadnych Polaków tam nie ma.

– Nie ma, nie ma… – na oko 50-latek nie dawał za wygraną. – Cała zgniła Europa tam siedzi, ja swoje wiem.

Równoległa rzeczywistość

Wspominam tę historię nie bez powodu – oto w rosyjskiej infosferze znów roi się od doniesień o „zagranicznych najemnikach, wspierających siły zbrojne Kijowa”. W ocenie Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej (MO FR), Polacy pozostają w tej dziedzinie niekwestionowanym liderem. Do połowy czerwca przez front miało się przewinąć 1830 obywateli RP. „378 najemników już zginęło, 272 wyjechało do ojczyzny”, raportował gen. Igor Konaszenkow, szef Wydziału Informacji i Komunikacji MO FR, cieszący się pośród wojskowych analityków opinią „narratora równoległej rzeczywistości”. „Ministerstwo monitoruje pobyt w Ukrainie każdego przedstawiciela zagranicznego”, zapewniał rzecznik. Z jego słów wynika, że od początku „specjalnej operacji wojskowej” do Ukrainy przyjechało 601 Kanadyjczyków (162 zginęło, 169 wróciło), 530 obywateli USA (odpowiednio 214 i 227), 504 najemników z Rumunii (102-98) oraz 422 Brytyjczyków (101-95). Konaszenkow wspominał też o 355 Gruzinach i niesprecyzowanej liczbie „bojowników grup terrorystycznych z kontrolowanych przez USA terytoriów Syrii”. W sumie, konkludował, „na dzień 17 czerwca 2022 r. na naszych listach znajdują się najemnicy z 64 krajów. Od 24 lutego przybyło 6956 osób, 1956 zostało już zabitych, a 1779 wyjechało”.

O jakości tych rewelacji najlepiej świadczy historia z połowy kwietnia, kiedy ten sam generał informował o śmierci 30 Polaków w obwodzie charkowskim, na co do tej pory nie przedstawiono żadnych dowodów. O pukaniu się w głowę przedstawicieli naszego MSZ wspomnę tylko z obowiązku.

Nie zmienia to faktu, że obcokrajowcy walczą po stronie Ukrainy. Zagraniczny zaciąg trudno nazwać masowym, ale w skali tej wojny jest liczny. Powstały pod koniec lutego Legion Międzynarodowy liczy dziś 20 tys. osób. Mógłby być większy, bo ochotników nie brakuje, lecz na przeszkodzie stają ograniczenia materiałowe i logistyczne, z jakimi mierzy się ukraińska armia. Rzecznik Legionu, Damien Magrou, ujawnia, że służą w nim obywatele 55 państw. Najwięcej jest Amerykanów i Brytyjczyków, w dalszej kolejności Polaków, Kanadyjczyków, Bałtów i Skandynawów. Żołnierze ci biorą aktywny udział w działaniach zbrojnych – zwykle na najtrudniejszych odcinkach frontu – jest więc oczywistym, że giną. Ale czy w skali podanej przez Rosjan? Odpowiedzialny za rekrutację Amerykanin Ryan Routh stworzył na kijowskim Placu Niepodległości miejsce pamięci dla poległych członków Legionu. Każdy oficjalnie potwierdzony zgon upamiętnia wbitą w ziemię małą flagą. Do połowy czerwca tych flag było w centrum ukraińskiej stolicy nieco ponad 300. Jedną z nich poświęcono Amerykaninowi Stephenowi Zabielskiemu, 52-latkowi z Nowego Jorku, o śmierci którego poinformował niedawno Departament Stanu (co było pierwszym tego rodzaju ruchem dyplomacji USA od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji).

Efekt mrożący procesu

Co istotne – zwłaszcza w kontekście słów gen. Konaszenkowa – legioniści nie są najemnikami. Ochotnicy podpisują 3-letni kontrakt z siłami zbrojnymi Ukrainy, formalnie stając się ich żołnierzami. Teoretycznie zapewniam im to ochronę prawną w przypadku dostania się do niewoli. Jako jeńców wojennych nie wolno ich zabijać, torturować, okradać, zmuszać do nadmiernej pracy. Lecz druga strona niespecjalnie przestrzega zasad. Zapewne dla wywołania efektu mrożącego pośród ochotników – z których większość stanowią byli wojskowi, znacznie lepiej wyszkoleni niż przeciętni rosyjscy żołnierze – władze DRL przeprowadziły ostatnio pokazowy proces trzech pojmanych obcokrajowców.

– Kolegium apelacyjne Sądu Najwyższego DRL rozpatrzyło dziś sprawę karną wobec obywateli Wielkiej Brytanii Shauna Pinnera, Aidena Aslina i poddanego Królestwa Maroko Brahima Saadouna oskarżonych o najemnictwo i popełnienie działań mających na celu przejęcie władzy i obalenie ustroju konstytucyjnego DRL – oświadczenie tej treści wygłosił 9 czerwca reprezentujący kolegium Aleksandr Nikulin. Cudzoziemców skazano na kary śmierci, żołnierze mają teraz miesiąc na złożenie apelacji. Władze DRL i Moskwa pozostały głuche na argumenty, że wszyscy trzej służyli w legalnej formacji zbrojnej, której członków można sądzić jedynie za zbrodnie wojenne (jak ma to miejsce w głośnych sprawach Rosjan odpowiadających przed ukraińskimi sądami), oraz że jeden z oskarżonych ma także obywatelstwo Ukrainy.

Na razie nie ma jasności, jaki los spotka innych cudzoziemców – 39-letniego Alexandra Drueke’a i 27-letniego Andy’ego Huynh’a, weteranów armii amerykańskiej, wziętych do niewoli przez Rosjan. Do zdarzenia doszło 9 czerwca w okolicach Charkowa. Władimir Sołowjow, czołowy kremlowski propagandysta, wieszczy Amerykanom proces i karę śmierci, ale bardziej prawdopodobne jest, że jeńcy posłużą jako karta przetargowa w negocjacjach, w których Moskwa będzie chciała przekonać Waszyngton do jakichś ustępstw, na przykład ograniczenia skali pomocy dla Ukrainy. Zapewne w taki sam sposób zostaną potraktowani wspomniani Brytyjczycy i Marokańczyk.

Rosjanie nie mogą za bardzo przeginać z rzekomą pryncypialnością, by nie zaszkodzić własnym ochotnikom. Nim to wyjaśnię, chciałbym zauważyć, że już od początku marca MO FR publikuje tysiące ofert pracy, zarówno w tradycyjnych mediach, jak i na popularnych portalach rekrutacyjnych. Przedmiotem oferty są krótkoterminowe kontrakty z armią rosyjską – bardzo atrakcyjne w regionach dotkniętych strukturalną biedą. Dla przykładu, wojskowy urząd rekrutacyjny w Niżniekamsku obiecuje ochotnikom 200 tys. rubli miesięcznie – jak wylicza rosyjska sekcja BBC, pięć razy więcej niż średnia pensja w tym mieście. Generalnie rosyjscy ochotnicy, chcący wziąć udział w wojnie z Ukrainą, mogą wstąpić w szeregi na kilka sposobów: podpisując krótkoterminową umowę z MO FR, zawierając trzymiesięczny kontrakt z czeczeńską Rosgwardią, mogą też zapisać się do wojsk DRL/ŁRL, co z uwagi na niskie uposażenia pozostaje rozwiązaniem czysto teoretycznym. Nieliczni – ci z doświadczeniem wojskowym – mają jeszcze jedną opcję nazywaną „wagnerowską”. Chodzi o podjęcie pracy w firmie znanej jako Grupa Wagnera. O ile jednak wcześniejsze metody gwarantują status jeńca wojennego, o tyle wagnerowcy – pracujący dla formacji nie będącej częścią rosyjskich sił zbrojnych – mają z tym kłopot. Najemnicy również są objęci gwarancjami prawnymi, ale… nie można być najemnikiem i jednocześnie walczyć w interesie i po stronie własnego kraju; to dwa wykluczające się statusy. Choć w GW nie brakuje przedstawicieli innych państw – czego przykładem były zastępca dowódcy białoruskiego lotnictwa gen. Alaksandr Kurau – miażdżąca większość wagnerowowców to Rosjanie. I jeśli nie są żołnierzami, nie mogą być najemnikami, to pozostaje im jedynie status… uzbrojonych bandytów.

Ukraińcy zaciekle zwalczają wagnerowców – i zwykle nie biorą jeńców – ale może się okazać, że pojmanym zechcą jednak urządzić pokazowy proces. A choćby i w ramach retorsji…

Ten wpis stanowi uzupełnienie artykuły pt.: „Najemnik”, który ukazał się na blogu 25 maja.

—–

Nz. gen. Igor Konaszenkow, „narrator równoległej rzeczywistości”/fot. MO FR

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Statystyki

W raportowaniu na temat strat osobowych często mierzymy się z fałszerstwami. Strony zaangażowane w konflikt najczęściej zaniżają ubytki własne, zawyżając jednocześnie straty nieprzyjaciela. Ma to rzecz jasna wymiar propagandowy – służy przede wszystkim podtrzymaniu wyobrażenia o skuteczności, bohaterstwie czy determinacji własnej armii, wpisując się tym samym w proces budowania morale. W historii najnowszych wojen z rzadka mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której straty własne byłyby zawyżane. W ten sposób postąpili sowieci po II wojnie światowej – po pierwsze, by jeszcze bardziej podkreślić skalę poświecenia „narodów radzieckich w wojnie z faszyzmem”, po drugie, by „statystyki się zgadzały”. Rzeczywiste straty ZSRR, poniesione na skutek konfliktu z Niemcami, nie pokrywały się w pełni z rozmiarami powojennego ubytku ludności. Wedle różnych relacji, sowieckim statystykom brakowało od kilku do kilkunastu milionów ludzi. Co się z nimi stało, skoro nie zabili ich Niemcy (nie zginęli/nie urodzili się w efekcie brutalnej hitlerowskiej okupacji)? Odpowiedzią była barbarzyńska polityka Józefa Stalina z lat 30. – wielki głód, masowe prześladowania, czystka w armii. Sytuacje, o których wszyscy wiedzieli, ale nikt nie mógł mówić. A już w żadnym razie oficjalnie raportować. I w takich okolicznościach „przyklepano” nazistom co najmniej kilka milionów dodatkowych ofiar, z których jedną trzecią stanowili żołnierze.

Dlaczego o tym wspominam? Ano czynię to w reakcji na działania władz tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej, które ujawniły dane o swoich ofiarach. W odróżnieniu od Rosjan, którzy raportowania zaprzestali (ostatnie oficjalne informacje pochodzą z 25 marca), „donieccy” – tak to przynajmniej wygląda – nie zaniżają poniesionych strat. Z czego wnioskuję? Według stanu na 16 czerwca, w 2022 roku poległo 2128 wojskowych, a 8897 zostało rannych (te dane obejmują również okres od 1 stycznia do 23 lutego, czyli nieliczne incydenty zbrojne sprzed pełnoskalowej inwazji), co odpowiada… 55 procentom całości sił DRL. Jeszcze raz to podkreślę – ponad połowie jednej z separatystycznych „armii”. Nazwać to „pogromem”, to jakby nic nie powiedzieć – stąd moje przypuszczenie, że nie doszło do celowego fałszerstwa „w dół”. Oczywiście, mogę się mylić – rzeczywiste straty mogą być na poziomie 70-80 procent, przy których 55 wydaje się „kompromisową” wielkością (na tyle dużą, by obywatele – świadomi zniknięcia i pogrzebania iluś tam bliskich i znajomych – uznali ją za prawdziwą, na tyle małą, by nie obnażać w pełni kompromitacji i nieudolności wojska, dowództwa, w tym rosyjskiej zwierzchności). Jednak moim zdaniem, te 55 procent to na tyle dużo, że podejrzewam ruch w drugą stronę – zawyżenia statystyk. W jakim celu? Kim są rzeczywiści adresaci takich działań?

Nim odpowiem na te pytania, warto podkreślić, że prorosyjscy separatyści w Donbasie to wojsko drugiej i trzeciej kategorii. Wyposażone zwykle w przestarzałą broń i sprzęt, źle wyszkolone, używane przez rosyjskie dowództwo jako mięso armatnie. Ci z Doniecka mocno wykrwawili się w Mariupolu, ci z Ługańska wciąż solidnie obrywają w Siewierodoniecku. Lektura pojawiających się i znikających (po interwencjach rosyjskich służb) profilów na Telegramie nie pozostawia złudzeń co do stanu i możliwości „separów”. Oraz ich dramatycznie pikującego morale. Jedno z moich źródeł twierdzi, że w kwaterze głównej NATO mówi się o separatystycznych milicjach (oraz o ochotnikach uzupełniających stany osobowe regularnych jednostek armii rosyjskiej) per bic-troops – od nazwy jednorazowych maszynek do golenia. „Jednorazowe wojsko (oddziały, żołnierze)”, których jedynym zadaniem jest pojawić się na linii frontu, zmusić obrońców do ujawnienia punktów oporu i… umrzeć. To ostatnie zresztą niekoniecznie od razu. Pisałem już o tym wcześniej, wczoraj pojawiły się „w temacie” kolejne doniesienia – „separy” mają opiekę medyczną jeszcze gorzej zorganizowaną niż Rosjanie, w związku z czym duża część zgonów następuje nie bezpośrednio w boju, a podczas niepotrzebnie wydłużonej i niefortunnie prowadzonej ewakuacji medycznej.

W Doniecku od początku inwazji trwają łapanki, których celem jest pozyskanie „ochotników”. Ale – sądząc po malejącej aktywności „poławiaczy dobrowolców” – możliwości w tym zakresie chyba się wyczerpują; rezerwuar zdolnych do wysłania na front mężczyzn nie jest przecież niewyczerpalny. Z pewnością trudno znaleźć prawdziwych ochotników, gotowych do narażania życia i zdrowia dla samozwańczej republiki (to samo dotyczy zresztą ŁNR). Co innego, gdy wojna w Donbasie miała „wygodny” pozycyjny charakter i niską intensywność – a za siedzenie w okopach można było otrzymywać przyzwoitą jak na lokalne warunki pensję. Co innego zaś, gdy front okazuje się piekłem. Denis Puszylin (premier DRL) i spółka mają tego świadomość i pewnie dlatego zdecydowali się na ujawnienie kompromitujących na pierwszy rzut oka danych o 55-procentowych stratach. „Staramy się, ale na więcej nas nie stać”, to sygnał przede wszystkim dla Moskwy, która wciąż domaga się kolejnych dostaw bic-troopsów. Sygnał, który ma dać kontrę zarzutom o nieudolność. Poza tym z perspektywy mafijnej kasty rządzącej DRL, trzeba zrównoważyć oczekiwania kremlowskiego protektora z własnymi potrzebami. Wydrenowanie republiki ze zdolnej do noszenia broni populacji niesie kilka ryzyk. Najważniejsze? Wolta w Moskwie, w wyniku której armia rosyjska wycofałaby się do domu, skazałaby DRL na łaskę Ukrainy, nie bez znaczenia jest też rola milicji w wewnątrz-donieckich stosunkach (kto ma wojsko, ten ma władzę).

Walka idzie zatem – w mojej ocenie – o zachowanie separatystycznej „armii” w skali niezbędnej dla utrzymania władzy w republice.

PS. Ukraińcy solidnie przeflancowali rosyjski garnizon na Wężowej Wyspie (wbrew twierdzeniom kremlowskiej propagandy, zgodnie z którymi wszystkie drony i rakiety udało się zestrzelić), a ich bezzałogowiec zaatakował dziś rafinerię Nowoszachtinskaja w obwodzie rostowskim (tak, tak, to już Rosja właściwa).

—–

Nz. Zdjęcie satelitarne pokazujące zniszczenia na Wężowej Wyspie/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kontekst

Rosyjscy żołnierze w Ukrainie kradną. Ma to systemowy charakter – na przykład wywózki zboża z elewatorów czy drogiego sprzętu medycznego ze szpitali na okupowanych terytoriach – jak i całej masy indywidualnych aktów. Kradną, bo wojna sprzyja rozluźnieniu obyczajów, ale też kradną, bo wpisuje się to w schemat zachowań typowych dla instytucji, w jakiej funkcjonują. Rosyjska armia stała, stoi i zapewne stać będzie nieprawdopodobną korupcją. Nie dalej jak wczoraj były dowódca wojsk radiotechnicznych Sił Powietrzno-Kosmicznych Rosji gen. Andriej Koban, został skazany na pięć lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. „Miał przyjąć pięć milionów rubli łapówki od kierownictwa instytutu badawczego w Niżnym Nowogrodzie w zamian za ‘pomoc’ w realizacji kontraktu obronnego. Dotyczył on prac nad sprzętem przeznaczonym do wykrywania celów aerodynamicznych i balistycznych”, czytam w depeszy poświęconej sprawie. Koban z jakichś powodów został pokazowo osądzony i skazany – najpewniej nie miał na tyle wpływowych wspólników, by zagwarantowali mu „dupochron”. Ale dziesiątki, jeśli nie setki rosyjskich dowódców, mają się dobrze mimo ewidentnych przewałów, których skala znacząco zaważyła na jakości wysłanej do Ukrainy armii.

A że ryba psuje się od głowy po ogon, własną armię okradają też pomniejsi oficerowie i zwykli żołnierze. Najczęściej „znika” paliwo, na które łatwo znaleźć kupców pośród cywilów. Ostatnio coraz częściej złodzieje biorą na cel wysyłany na remonty do Rosji uszkodzony sprzęt, ogołacając go z przydatnych „w cywilu” podzespołów. Skala procederu stała się na tyle powszechna, że dowództwo postanowiło wzmocnić ochronę składów kolejowych, którymi „technika” wywożona jest do kraju. Pojawiły się też doniesienia o nielegalnym handlu amunicją z drugą stroną konfliktu, co może się wydawać absurdalne, a z pewnością nieracjonalne (w końcu Ukraińcy tej amunicji użyją przeciwko Rosjanom). Tyle że nie ma w tym niczego nowego – do podobnych sytuacji dochodziło już w Czeczeni, podczas obu wojen; rosyjscy żołnierze „opychali” bojownikom nawet sprawne i załadowane „po korek” czołgi. Byleby mieć pieniądze na alkohol (to jedna z podstawowych motywacji), czy wykupne, rozumiane jako zdobycie zgody przełożonego/przełożonych na powrót do domu.

Ale czy z takich sytuacji można wysnuć wniosek o „całkowitym upadku rosyjskiej armii” – jak chce tego część komentatorów i ich czytelników? Byłbym bardzo ostrożny, bo po pierwsze, nie dzieje się nic, czego by rosyjska armia nie doświadczyła (a przecież dalej jakoś funkcjonuje), po drugie, występki przeciwko własności to „sól wojny”, element jej oczywistej-oczywistości. Pozostając na gruncie ukraińskim, dość przypomnieć kondycję sił zbrojnych Ukrainy latem 2014 roku. Historia elitarnej brygady pancernej, zaplanowanej do wysyłki na Donbas – która po otrzymaniu rozkazu nie mogła opuścić koszar, bo oficerowie wcześniej sprzedali cały zapas paliwa – jest tu symptomatyczna. I absolutnie niejednostkowa.

I wcale nie jest tak, że to „takie tam wschodnie konteksty”. Chcecie przykładu z polskiego podwórka? Proszę bardzo.

Tuż po powrocie do Polski V zmiany kontyngentu wojskowego w Afganistanie, w listopadzie 2009 roku, wybuchła afera związana z lipnymi patrolami. Prokuratura zajęła się wówczas kilkoma sztabowcami z bazy Warrior, którzy wedle prowadzonej przez siebie ewidencji wielokrotnie brali udział w operacjach poza bazą. Faktycznie w większości przypadków nie wystawili z niej nawet nogi. Twórcom kreatywnych raportów chodziło nie tyle o powody do chwały, co o pieniądze. Wyjaśniał mi to wówczas jeden z żołnierzy z pododdziału liniowego:

– Za każdy wyjazd należy się 50 złotych, a dodatkowo za trzy pierwsze (w danym miesiącu – dop. MO) po 250 złotych – mówił. – Całość to tak zwany minimaks. Więc jak widzisz, warto wyjechać chociaż trzy razy. I tak część panów ze sztabu, elementów logistycznych, pozostałych grup (którzy nie mają możliwości wyjazdu i nie jest konieczne, by wyjeżdżali), dopisują się na listy wyjazdowe i dorabiają, niekoniecznie wyjeżdżając.

Kilka miesięcy później, w czerwcu 2010 roku, inny żołnierz pisał w jednym z komentarzy na prowadzonym przeze mnie wówczas blogu zAfganistanu.pl: „W Ghazni zdarzały się przypadki, że oficerowie wpraszali się na patrol, po czym po przejechaniu określonego odcinka musieliśmy zawracać, żeby ich odstawić do bazy, następnie już sami jechaliśmy na właściwy patrol. Wiesz teraz, o co mi chodzi? Oni za odstawienie szopki i wyjechanie dwa kilosy za bazę mieli tyle samo co żołnierze jadący na pięciogodzinny patrol, tyle samo co ci, którzy wyjeżdżają dwa razy dziennie po cztery godziny”.

Jeszcze inny „misjonarz” wspominał o tak zwanych szybkich setkach, czyli nocnych patrolach od godziny 23.00 do 00:30, za które przysługiwało zwiększenie dodatku wojennego – dwa razy po 50 złotych, bo wyjeżdżający był poza bazą zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej doby…

Dowództwo próbowało takie praktyki eliminować, ale bywało z tym różnie – o czym donoszę nie dla stworzenia wrażenia, że polscy żołnierze są tacy sami, jak rosyjscy. Piszę, by poszerzyć Wam kontekst („kontekst jest wszystkim!”, mawiał jeden z moich dziennikarskich mentorów), co może ułatwić zrozumienie Rosjan.

—–

Nz. Rosyjski żołnierz – zdjęcie najpewniej inscenizowane, udostępnione przez wywiad wojskowy Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dziadki

Z danych wywiadów amerykańskiego i ukraińskiego wynika, że w wojnę z Ukrainą zaangażowanych jest 333 tys. członków personelu rosyjskich sił zbrojnych. 60 proc. wojskowych stacjonuje bezpośrednio w Ukrainie (bądź przy granicy, w trakcie rotacji i odpoczynku), reszta należy do oddziałów lądowych rozlokowanych w Białorusi oraz do jednostek lotniczych i marynarki wojennej, wspierających działania armii inwazyjnej. Tymczasem jeszcze przed weekendem straty Rosjan przekroczyły 33 tys. zabitych i rannych, co oznacza eliminację z walki 10 proc. stanów osobowych.

Oczywiście, w jednostkach liniowych – bezpośrednio zaangażowanych w działania bojowe – są one znacznie wyższe – zwykle przekraczają 30 proc. personelu, a w przypadku niektórych formacji nawet 60-70 proc. Lotnicy i marynarze giną znacznie rzadziej, zwłaszcza ci z obsługi naziemnej, choć nie tylko. Gros ataków rakietowych wykonywanych jest przez samoloty, które nie wlatują w przestrzeń powietrzną Ukrainy oraz przez okręty operujące z dala od ukraińskiego wybrzeża. Dlatego w pułkach bombowych czy pośród załóg okrętów podwodnych odsetek strat wynosi 0 proc.

A czy te 10 proc. to dużo? Dla porównania – Polska wysłała do Afganistanu w sumie 40 tys. żołnierzy. Przyjmując współczynnik rosyjskich strat, dałoby to 4 tys. zabitych i rannych. Straciliśmy tymczasem 44 żołnierzy, mniej niż 370 zostało rannych (było też około 500 kontuzji, ale w miażdżącej większości przypadków mówimy o sytuacji, w której żołnierz po kilku-kilkunastu dniach rekonwalescencji i odpoczynku wracał do służby). Takie straty ponieśliśmy przez 12 lat.

Jednorazowo a Afganistanie przebywało maksymalnie 2,6 tys. członków personelu sił zbrojnych, razem z odwodem w kraju i jednostkami wprost zaangażowanymi w „obsługę misji” (dowództwo, logistyka powietrzna, służby specjalne), dawało to mniej więcej 3,5 tys. ludzi. I teraz wyobraźmy sobie, że w ciągu jednej zmiany (trwały one pół roku, więc mówimy tu o nadal niezakończonej zmianie), polski kontyngent odnotował straty na poziomie 350 zabitych i rannych. Większość z nich to byliby żołnierze „bojówki”, która stanowiła zwykle 40 proc. całości kontyngentu. Czyli z tysiąca „Indian” co trzeci zostałby zabity lub poważnie ranny. Pogrom.

W Afganistanie nasze straty nigdy nie otarły się nawet o takie proporcje. W najgorętszych okresach (wiosny-lata 2009, 2010, 2011) ginęło po kilku żołnierzy, a setka zostawała ranna i kontuzjowana. A mimo to w kraju mówiło się o krwawej wojnie, a poparcie polskiej opinii publicznej dla misji spadło z 90 proc. (w 2002 roku) do 10 proc. (osiem lat później). Jakie byłyby reakcje przy takiej „kumulacji ofiar”? Pewnie mielibyśmy do czynienia z czymś, co jak dotąd wydaje się obce naszej kulturze – mam na myśli rozwinięty, wysoce zorganizowany ruch antywojenny (Afganistan, a także Irak, ujawnił rachityczne inicjatywy w tym zakresie – wspominam z obowiązku, ze świadomością ich społecznej nieistotności; Polacy sprzeciwiali się obu wojnom „prywatnie”). Zostawmy jednak to gdybanie i wróćmy do rosyjskich strat.

Rosyjskie dowództwo łatwa szeregi ochotnikami, zachęcanymi do służby w ramach krótkoterminowych umów. Płacą 4-5-ktotność średniej pensji, obiecują pomoc w umorzeniach kredytów, lecz i tak szału nie ma. Do komisji zgłaszają się przede wszystkim mężczyźni w średnim wieku – tacy ze zobowiązaniami finansowymi, będący zarazem na życiowym zakręcie (bez pracy, po wyroku, dłużnicy, alimenciarze, osoby z orzeczoną (!) niezdolnością do wykonywania pracy). Wielu z nich bez jakiegokolwiek doświadczenia wojskowego, choć „w cenie są” weterani wojen czeczeńskich. Z danych, do jakich dotarła rosyjska redakcja BBC wynika, że ginie ich około 40 tygodniowo, a 57 proc. poległych to osoby powyżej 40. roku życia. Odbiega to znacząco od statystyk dotyczących zawodowej i poborowej część rosyjskiej armii (czyli jej większości), gdzie 47 proc. ustalonych strat dotyczy osób w wieku od 18 do 26 lat.

I to na dziś tyle (pamiętacie? – książka, książka, książka…).

PS. Siły zbrojne Ukrainy zaatakowały rakietami instalacje „Czornomornaftogaz”. Chodzi o platformy zlokalizowane 100 km od Odessy i 150 km od Krymu, służące do wydobywania gazu z dna Morza Czarnego. Do 2014 roku były one własnością Ukrainy, po aneksji wieżom nadano także wojskowy charakter, instalując na nich urządzenia wykorzystywane w rozpoznaniu radiowo-elektronicznym. Zdaniem części moich kolegów-specjalistów od spraw militarnych, atak (którego konkretnych skutków jeszcze nie znamy), to próba generalna przed uderzeniem w most krymski.

—–

Nz. Ukraiński artylerzysta. Był czas, że i po ukraińskiej stronie, w Donbasie, „dziadki” miały nadreprezentację. O czym opowiem przy kolejnej okazji…/Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to