Swoboda

Kilka dni temu rosja formalnie „podkręciła” doktrynę jądrową, a dziś zaatakowała Dnipro nieuzbrojonym pociskiem rakietowym przeznaczonym do przenoszenia głowic nuklearnych. Atomowy szantaż Moskwy wszedł na wyższy poziom. Dlaczego?

Najpierw odrobina nieodległej historii. W 2022 roku Kreml rozważał sięgnięcie po broń jądrową, przerażony ukraińskimi zwycięstwami z lata i jesieni. Tamę postawiły Chiny, grożąc odcięciem rosji od ekonomicznej kroplówki, oraz Stany Zjednoczone, zapowiadając bolesny odwet. Byłoby nim zniszczenie kluczowych elementów rosyjskich sił inwazyjnych w Ukrainie i posłanie na dno floty czarnomorskiej – przy użyciu konwencjonalnych środków bojowych.

Po takim ciosie rosja miałaby dwa wyjścia. Pierwszym byłaby zbrojna odpowiedź i ryzyko dalszej eskalacji do poziomu niewygrywalnej wojny jądrowej z USA włącznie. Drugą reakcją mogłoby być nic-nierobienie, szkodliwe dla międzynarodowego statusu federacji, nade wszystko zaś niosące wewnętrzne zagrożenie dla putinowskiego reżimu, któremu rosjanie nie wybaczyliby takiego upokorzenia (siebie i swojego kraju). W obliczu tak zdefiniowanych alternatyw lepiej było po broń A nie sięgać (i próbować pokonać Ukraińców na inne sposoby).

Jak wygląda sytuacja dziś?

Nic nie wskazuje na to, by Pekin przewartościował wstrzemięźliwe podejście do kwestii atomowej eskalacji. Co więcej, na przestrzeni dwóch minionych lat stan rosyjskiej gospodarki uległ istotnemu pogorszeniu, a znaczenie chińskiej kroplówki wzrosło. Mają więc Chińczycy dużo większe możliwości nacisku na rosjan i ich powściągania.

Co zaś się tyczy amerykańskiej tamy – tak jak jesienią 2022 roku, tak i obecnie potencjał USA pozwalałby na zadanie rosji dotkliwego ciosu bez sięgania po broń jądrową. Teraz byłoby to nawet łatwiejsze, zważywszy na postępującą degradację techniczną rosyjskiej armii. Dość zauważyć, że „po drodze” utraciła ona wiele najcenniejszych aktywów, w tym sporo systemów przeciwlotniczych S-400.

Niestety, sfera ściśle militarna to jedno, obszar polityki drugie – a tu mamy istotne zmiany. Groźby Waszyngtonu inaczej brzmiały jesienią 2022 roku, inaczej brzmiałyby dziś. I nie chodzi tylko o obnażoną w międzyczasie zachowawczą politykę Joe Bidena, co o fakt, że obecny prezydent kończy kadencję i jego sprawstwo jest mocno ograniczone. Na Kremlu wiedzą o tym doskonale, ów stan zawieszenia supermocarstwa postrzegając jako słabość. Co więcej, antycypacje dotyczące polityki przyszłego amerykańskiego prezydenta dają „kremlinom” nadzieje na bardziej ugodowe relacje z USA, oczywiście kosztem Ukrainy.

Konkludując, Moskwa nadal NIE MA wolnej ręki jeśli idzie o potencjalne użycie broni jądrowej wobec Kijowa, ale – tak przynajmniej postrzegają to na Kremlu – zwiększa się jej swoboda w zakresie atomowego szantażu. Bo z dużym prawdopodobieństwem Stany nawet nie pogrożą rosji, nie dojdzie więc do retorycznej „napinki mięśni”, z której ktoś (czytaj: słabsza federacja) musiałby się wycofać jako pokonany. Można więc grać va banque, z nadzieją, że Ukraińcy i świat się przestraszą.

—–

Na dziś to tyle. Wybaczcie krótką formę, ale mam za sobą kilka bardzo aktywnych dni, część w męczącej podróży. Muszę więc złapać odrobinę oddechu.

Dziękuję za lekturę i udostępnienia. Z wdzięcznością przyjmę „kawy” i subskrypcje, bo to dzięki nim możliwe jest moje pisanie.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych moich wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Pocisk, który spadł na Dnipro, miał zostać wystrzelony z okolic Astrachania.

Tysiąc…

A miało być tak pięknie…

„Mrugniemy powieką i Kijów będzie nasz!” – deklarował w jednym ze swoich programów telewizyjnych władimir sołowiow, znany rosyjski dziennikarz i celebryta. Działo się to w lutym 2022 roku, kilkanaście dni później armia rosyjska wkroczyła do Ukrainy. Nie wiem, z jaką prędkością rusza powiekami sołowiow, u reszty ludzi ta czynność w pojedynczej odsłonie zajmuje jedną trzecią sekundy. W ciągu minuty mrugamy 15-20 razy, co po uśrednieniu (i odliczeniu czasu na sen) daje nieco ponad sześć milionów powtórzeń rocznie. Kijów zatem winien być rosyjski już dawno-dawno temu, tymczasem wciąż dumnie powiewa nad nim ukraińska flaga.

Oczywiście, sołowiow nie traktował literalnie wypowiadanych przez siebie słów. Szło mu o efektowną frazę, jakby określenie „błyskawicznie” brzmiało niedostatecznie dosadnie. Nie zmienia to faktu, że jakby się nie nadął i po jakie słowne gierki nie sięgnął, i tak wyszedłby na durnia. Podobnie jak jego imiennik, prezydent rosji, wybornie podsumowany w komentarzu satyrycznym Tygodnika NIE. „No geniuszu, dziś setny dzień twojej trzydniowej operacji wojskowej”, drwił sobie admin facebookowego profilu pisma, ilustrując okolicznościowy post fotografią zafrasowanego putina.

Zostawmy propagandystę i jego pryncypała – poważni ludzie na Zachodzie również nie dawali Ukraińcom szans. Na początku lutego 2022 roku, podczas niejawnego briefingu dla kongresmenów, najwyższy rangą amerykański dowódca gen. Mark Milley ocenił, że rosyjski pełnoskalowy atak na Ukrainę może doprowadzić do upadku Kijowa w ciągu trzech dni. Zginąć miało przy tym do czterech tysięcy rosyjskich i 15 tys. ukraińskich żołnierzy. Według dziennika „Washington Post” – który ujawnił szczegóły spotkania szefa kolegium połączonych sztabów z parlamentarzystami – Milley oszacował liczbę cywilnych ofiar takiej agresji na 50 tys. (w tym przypadku mógłby mieć powody do gorzkiej satysfakcji…).

By nadmiernie nie rozbudowywać wstępu oddajmy głos Tarasowi Kuzio, profesorowi nauk politycznych na Uniwersytecie Narodowym Akademii Kijowsko-Mohylańskiej. W artykule opublikowanym w „Geopolitical Monitor” w listopadzie 2022 roku Kuzio przypomniał poglądy zachodnich analityków militarnych. Przed inwazją większość z nich twierdziła, że rosja – dzięki potędze posiadanej armii – pokona Ukrainę w ciągu dwóch-trzech dni. Eksperci uważali więc dozbrajanie zagrożonego kraju za bezsensowne, wspierając tym samym polityki własnych rządów sceptycznie nastawionych do idei pomocy wojskowej dla Kijowa.

Trzy dni minęły, a Ukraina nadal się broniła. „Pytanie nie brzmi: czy Kijów padnie, ale kiedy?”, zastanawiano się w CNN. Paski podobnej treści towarzyszyły wówczas programom wielu innych renomowanych stacji. Szacowni goście w studiach – mundurowi, cywilni specjaliści z naukowymi tytułami oraz wszelkiej maści znawcy rosji i Wschodu – mieli poważne miny i kiwali smutno głowami. W tym czasie ukraińska armia kiwała rosyjską, a rosjanie przecierali oczy ze zdumienia. 27 lutego przypadało ustanowione kilka lat wcześniej święto sił operacji specjalnych. Tego dnia hołubiono „zielone ludzki”, w 2022 roku obiektami celebracji mieli być wszyscy uczestnicy z-w-y-c-i-ę-s-k-i-e-j „specjalnej operacji wojskowej w Ukrainie”. A tu zonk, jak mawia młodzież – powodów do szczególnej pompy nie zebrało się za wiele. Ani po trzech dniach, ani po roku i trzech dniach w kolejnej odsłonie święta.

Dziś mamy tysięczny (!) dzień „spec-operacji”, a Ukraina wciąż trwa. I jakkolwiek jej sytuacja pozostaje bardzo trudna, jasnym jest, że nie upadnie.

Kondycja Ukrainy wielokrotnie wywoływała dyskusje o tym, „czy warto było” – takie głosy podnoszone są także dziś, w tym symbolicznym dniu. Nie podejmuję się odpowiedzi, uważam, że to kwestia wewnątrzukraińska, że to sami Ukraińcy powinni wymieniać się opiniami na ten temat. Co zresztą czynią, nie zostawiając wątpliwości, że miażdżąca większość z nich uważa, iż było i jest warto. Niezależnie od poniesionych strat.

By łatwiej zrozumieć tę niezłomność, przyjrzyjmy się alternatywie.

12 lipca 2021 roku na oficjalnej stronie internetowej prezydenta opublikowany został artykuł władimira putina pt. O historycznej jedności rosjan i Ukraińców. Wedle autora Ukraińcy stanowią odwieczną, nieodłączną część „trójjedynego narodu ruskiego”. Wspólnota ta opiera się na tysiącletniej historii, języku, „ruskiej” identyfikacji etnicznej, wspólnej przestrzeni kulturowej i religii prawosławnej. Więź z państwem rosyjskim ma w ocenie putina charakter szczególny i organiczny, gwarantuje Ukrainie rozwój, a próby jej zerwania lub osłabienia (inspirowane wyłącznie z zewnątrz!) muszą skończyć się rozpadem ukraińskiej państwowości. Do tego brak jest historycznych podstaw do mówienia o odrębnym narodzie ukraińskim przed epoką sowiecką. Państwowość ukraińska po I wojnie światowej, w oderwaniu od więzi z rosją, miała charakter efemeryczny, co wynikało z „całkowitego oddania się pod cudzą kontrolę” (niemiecką, potem polską) – o czym powinni pamiętać ci, którzy współcześnie „oddali Ukrainę pod obcy zarząd”. Reasumując, Ukraińcy to naród bez historii, wszystko, co najlepsze, zawdzięczający rosji (i ZSRR), niezdolny do samodzielnego funkcjonowania. Ot, pseudonaukowe podglebie podboju, przesiąknięte chorobliwym poczuciem wyższości.

W cytowanym tekście autor zapewnia o rosyjskiej przyjaźni – dziś wiemy już, że takim deklaracjom towarzyszyły zakulisowe przygotowania do zorganizowanej zbrodni. Gdy jesienią 2021 roku amerykańskie media donosiły o istnieniu list proskrypcyjnych zawierających nazwiska osób przeznaczonych do likwidacji po zajęciu przez rosjan Ukrainy, niewielu w to wierzyło. Powszechnym było naiwne założenie samoograniczającego się charakteru ewentualnej rosyjskiej agresji. Już po rozpoczęciu inwazji usłyszeliśmy Putina znów podważającego ideę ukraińskiego narodu i prawo Ukraińców do samostanowienia. 24 lutego 2022 roku można było o tym myśleć w kategoriach wojennej retoryki, która nie przełoży się na realne działania. Ale potem przyszła Bucza, zaś 3 kwietnia 2022 roku Ria Novosti – państwowa rosyjska agencja prasowa – opublikowała obszerny artykuł pt. Co rosja powinna zrobić z Ukrainą. Miejsce publikacji ma kluczowe znaczenie dla stwierdzenia, że nie chodzi o publicystyczne enuncjacje, a o rządową agendę. Plan. Istotne w tym kontekście jest też autorstwo tekstu – stworzył go timofiej siergiejew, doradca polityczny Kremla i jeden z czołowych propagandystów. Zwrócił na to uwagę prezydent Wołodymyr Zełenski, przypominając, że w warunkach totalnej cenzury w rosji na łamach agencji rządowej pojawia się wyłącznie to, co aprobują władze.

– To nie jest zwykły tekst, lecz jeden z dowodów dla przyszłego trybunału, który będzie sądził rosyjskie zbrodnie wojenne – mówił ukraiński prezydent podczas wystąpienia przed parlamentem Rumunii. – To wyraźny plan zniszczenia wszystkiego, co czyni Ukraińców Ukraińcami, zniszczenia tych, których nie uda się złamać i upokorzyć – komentował Zełenski.

No to przyjrzyjmy się szczegółom wynurzeń siergiejewa. I tak Ukrainę trzeba „zdenazyfikować”, w całości, gdyż „operacja specjalna” ujawniła, że nie tylko przywództwo polityczne, ale i większość ludności jest „nazistowska”. Wszyscy Ukraińcy, którzy chwycili za broń, muszą zostać wyeliminowani, co ma być karą za „ludobójstwo narodu rosyjskiego” (dokonane jakoby w Donbasie…). Niepodległość i proeuropejskość to dla Ukraińców „zasłony dymne skrywające nazizm”, zaś Ukraińcy to „sztuczny konstrukt antyrosyjski”, który nie powinien mieć tożsamości narodowej. „Denazyfikacja” oznacza „deukrainizację” i nieuniknioną „deeuropeizację”. Eliminacja elity politycznej jest konieczna, bo nie można jej reedukować. Reedukacja zwykłych Ukraińców ma się sprowadzić do doświadczenia okropności wojny – co będzie lekcją historii i nauczką na przyszłość. Po „wyzwoleniu”, przez kolejne 25 lat, rosja nie może ustawać w wysiłkach „denazyfikacyjnych”. Innymi słowy, rosyjskie zwycięstwo to również wynarodowienie i częściowa biologiczna zagłada ukraińskiej wspólnoty.

Ale czy tylko ukraińskiej?

Kilka dni później przedstawione przez Ria Nowosti tezy powtórzył były prezydent i premier dmitrij miedwiediew. Podważył on istnienie ukraińskiej tożsamości narodowej. „Sama istota ukraińskości, napędzanej antyrosyjskim jadem i totalnym kłamstwem co do swojej pseudotożsamości, to jeden wielki fake. Zjawisko to nigdy w historii nie istniało. I obecnie też nie istnieje”, napisał na Telegramie. „Zmienić krwawą i pełną fałszywych mitów świadomość części dzisiejszych Ukraińców to ważny cel. Cel na rzecz pokoju przyszłych pokoleń samych Ukraińców i możliwości zbudowania otwartej Eurazji – od Lizbony do Władywostoku”, przekonywał zastępca putina w Radzie Bezpieczeństwa.

Od Władywostoku do Lizbony…

Nz. Ukraiński czołg, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Nauczka

11 listopada br. rosyjska rakieta uderzyła w blok mieszkalny w Krzywym Rogu. W wyniku eksplozji i zawalenia się części budynku śmierć poniosły cztery osoby, a 14 zostało rannych. Gdy na miejsce dotarły służby ratunkowe okazało się, że wszyscy zabici to członkowie tej samej rodziny – matka i troje dzieci. Ojciec przeżył; zdjęcie jego umęczonej twarzy obiegło agencje na całym świecie.

Dwa dni później, w Sewastopolu na okupowanym Krymie, zginął szef sztabu 41. brygady okrętów rakietowych rosyjskiej floty czarnomorskiej. Śmierć dopadła kapitana I rangi walerija trankowskiego w aucie, pod którym podłożono ładunek wybuchowy. Oficerowi urwało nogi, zmarł na skutek wykrwawienia. Do zamachu przyznało się SBU, likwidację uzasadniając tym, że trankowski wydawał rozkazy wystrzelenia pocisków manewrujących na obiekty cywilne w Ukrainie. W szczególności odpowiadał za ostrzał Winnicy pociskami Kalibr w lipcu 2022 roku. W tym ataku zginęło 29 cywilów.

Nie wiem, kto stał za rozkazami uderzenia w Krzywy Róg, ale można założyć, że podzieli los trankowskiego. Płakał z tego powodu nie będę…

—–

Lecz ja nie o tym. Opisane wydarzenia przywołuję, gdyż dobrze ilustrują specyficzne determinacje stron rosyjsko-ukraińskiego konfliktu.

Zacznijmy od ruskich. Za każdym razem, gdy ich rakiety lub drony zabiją dużą liczbę cywilów, przez Internet przetacza się dyskusja, czy było to celowe działanie. Sam jestem zdania, że o ile pociski manewrujące są dla rosjan zbyt cenne, by walić nimi po blokach i centrach handlowych – a więc takie trafienia rakietami są zwykle niezamierzone, spowodowane kiepską celnością uzbrojenia – o tyle tańszych dronów moskale z premedytacją używają do terroryzowania ludności cywilnej. Uda im się czy nie, rosjanie działają konsekwentnie i z wielkim rozmachem – dość powiedzieć, że w ostatnich tygodniach potrafią wysyłać nad Ukrainę po setce Szahidów co noc. Tym sposobem zabili już tysiące ludzi, zniszczyli setki domów. W porównaniu z hekatombą, jaką urządzili w strefie walk, nie są to wielkie „osiągnięcia”, ale skala efektu mrożącego może być ogromna i dotyczyć całego ukraińskiego społeczeństwa.

I nie tylko, o czym w dalszej części tekstu.

Ukraińskie przywództwo ma świadomość dewastacyjnych, psychologicznych skutków kampanii terroru, stąd działania wymierzone także w sprawców – oficerów planujących ataki (trankowski to nie pierwszy ubity zbrodniarz). Morale cywilów – rozumiane jako gotowość do ponoszenia ciężarów wojny – to jeden z kluczowych czynników udanej operacji obronnej. Dlatego tak ważne jest zapewnienie bezpieczeństwa skupiskom ludności, sprawienie, by życie toczyło się w miarę normalnie. Składową tej normalności musi być przekonanie podzielane przez chronionych, że sprawców ataków spotka zasłużona kara.

Celem drugiej strony jest „rozchwianie” tego poczucia normalności. Miarą cywilizacyjnego poziomu są używane środki – ładowanie Szahidami po blokach to przejaw „kulturowej dziczy”, co do tego nie mam wątpliwości.

—–

Zostawmy na moment Ukrainę. 68 lat temu zakończyło się powstanie węgierskie. Najkrwawsza sowiecka interwencja w powojennej Europie (nastąpiła po rozprawieniu się z robotnikami z NRD w 1953 roku i przed „wjazdem” do Czechosłowacji w 1968 roku). W bojach prowadzonych głównie w Budapeszcie zginęło ponad 3 tys. osób, a 14 tys. zostało rannych. Zniszczeniu uległy całe kwartały wspaniałej węgierskiej stolicy. Masowy terror, który nastał po zakończeniu walk, dotknął setki tysięcy ludzi. 20 tys. osób zostało aresztowanych, 200 tys. musiało uciec z kraju. Kręgosłup węgierskiego społeczeństwa został złamany. „Oni nienawidzą ruskich”, relacjonowała mi Mama, która w latach 80. pracowała na Węgrzech. „Ale bardzo się ich boją, dużo bardziej niż my”, przekonywała.

Ten lęk „pracuje” w węgierskich głowach do dziś. Jednym ze źródeł prorosyjskiej polityki Victora Orbana – wspieranej przez większość obywateli (!) – jest owa trauma. Nie trzeba kogoś lubić, by działać na jego korzyść, wystarczy się go bać.

Gruzini też się rosji boją, wciąż mając w pamięci nieszczęsną wojnę z 2008 roku. Przekonanie o „krótkim loncie rosjan”, o ich gotowości do bestialstwa, ma tam zresztą znacznie dłuższą historię, Gruzini wszak mierzyli się z rosyjskim imperializmem od XVIII wieku. Kraj, który 16 lat temu tak dzielnie walczył z armią putina, dziś rządzony jest przez prorosyjskie ugrupowanie. Także na skutek fałszerstw i manipulacji, ale nie przeceniajmy ich wpływu – proruscy i tak by w Gruzji rządzili, nawet gdyby elekcje i kampanie miały krystaliczny przebieg. Co innego, gdyby nagle znikła rosja, z którą Gruzja ma bezpośrednią granicę… No ale nie zniknie, więc „lepiej jej nie podpadać i mieć święty spokój”.

Na nucie „święto-spokojnej” próbują w Polsce grać macherzy od „nie naszej wojny”. „Z rosją można dobrze żyć, a jak nie będziemy to…” – i tu na warsztat wjeżdża litania militarnych aktywów rosjan oraz przekonywanie, jacy to przy nich jesteśmy maluczcy.

Prorosyjskie treści nie muszą rodzić z rosjanami pozytywnego skojarzenia. Patrząc z kremlowskiej perspektywy najważniejsze jest wywołanie niepokoju, pod wpływem którego Polacy – i przedstawiciele każdej innej wspólnoty – zaczną się zastanawiać, „co by było gdyby?”. W takich okolicznościach pojawia się refleksja dotycząca sensowności wspierania Ukrainy, czy szerzej, jakiegokolwiek „przeciwstawiania się rosji”. A w odróżnieniu od federacji, w państwach demokratycznych władza musi przejmować się głosami obywateli, a ich przestrach i jego konsekwencje – jak choćby postulat, by „nie drażnić niedźwiedzia” – mogą się przełożyć na decyzje polityczne.

O czym na Kremlu dobrze wiedzą – i także z tego powodu rosyjska armia zabija ukraińskich cywilów i niszczy cywilne obiekty. To nauka i nauczka, która ma nie tylko złamać Ukraińców, ma też „iść w świat”.

—–

Na dziś to tyle. Przede mną wyjazdowy weekend i początek tygodnia. Postaram się być on-line i reagować na bieżące wydarzenia.

Dziękuję za lekturę i udostępnienia. Z wdzięcznością przyjmę „kawy” i subskrypcje, bo to dzięki nim możliwe jest moje pisanie.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych moich wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. zniszczony 11 listopada budynek w Krzywym Rogu/fot. DSNS

(Nie)zdolność

Czy Donald Trump „wypisze” USA z NATO? Byłoby to trudne – amerykańskie prawo przewiduje taką opcję pod warunkiem posiadania absolutnej większości w Senacie i Kongresie. Republikanie zdominowali obie izby, ale w niewystarczającym zakresie. Istnieją kruczki prawne (jak to za Oceanem…), te jednak niosą ryzyko klinczu konstytucyjnego, którego Trump zapewne wolałby uniknąć. Zwłaszcza że nie musi sięgać po tak radykalne rozwiązanie…

Nowy/stary prezydent może po prostu wycofać amerykańskie wojska z Europy. Już raz próbował to zrobić – pod koniec pierwszej kadencji – ale proces ten został zastopowany, a potem odwrócony za kadencji Joe Bidena.

—–

Druga z opcji to paraliż decyzyjny Sojuszu Północnoatlantyckiego. NATO oparte jest na mechanizmie kolektywnego podejmowania decyzji, państwa członkowskiego nie można przegłosować. Jeśli Stany czegoś zrobić nie zechcą – taka będzie wola ich przywódcy – to tego nie zrobią. A możliwości zakulisowego wpływania na jedyne supermocarstwo są raczej ograniczone. Więc owszem, bezpieczeństwo militarne zachodniej wspólnoty w istotnej mierze zależy od widzimisię amerykańskiego przywódcy.

Co wcale nie musi oznaczać dramatu. W tym tekście chciałbym skupić się na samodzielnych zdolnościach europejskich członków NATO, ale dla porządku warto odnotować inną kwestię. Nadal nie mamy jasności, w jakim celu Trump i jego współpracownicy grożą „o(d)puszczeniem Europy”. Czy jest to polityczna agenda, plan, czy wyłącznie blef, który ma zmobilizować Europejczyków do nominalnie większych i efektywniejszych wysiłków w zakresie budowy potencjału odstraszania.

Faktem jest, że część europejskich krajów – z Niemcami na czele – od dekad „jedzie na amerykańskiej dywidendzie” – korzysta z parasola USA, samemu niespecjalnie inwestując w wojsko. W Waszyngtonie mogą czuć irytację i nie trzeba do tego trumpowego, biznesowego podejścia do polityki. Tak czy inaczej, natowską Europę stać na podniesienie nakładów, wystarczy tylko, by zrezygnowała z nieprzesadnie dużej części socjalnego komfortu, w jakim żyją jej obywatele.

—–

Wróćmy jednak do kwestii bieżących możliwości militarnych NATO. Od dekad bezpieczeństwo ładu międzynarodowego oparte jest na nuklearnej równowadze sił, czego istota sprowadza się do zawartości arsenałów USA i rosji. Zasoby pozostałych państw-członków „atomowego klubu” zdają się mieć drugorzędne znacznie.

Ale przyjrzyjmy się szczegółom. Stany i rosja dysponują zbliżoną liczbą głowic – po około 6 tys. sztuk – z których tylko jedna czwarta ma status aktywnych; reszta de facto przeznaczona jest do utylizacji. Francja i Wielka Brytania – europejscy członkowie NATO – razem mają na stanie ponad pół tysiąca ładunków, z tym że miażdżąca większość z nich jest gotowa do użycia. To nadal znacząco mniej niż w przypadku rosji, lecz i tak wystarczająco dużo, by zadać federacji nokautujący cios. Nie bez znaczenia w tym kontekście jest specyficzna słabość rosji: fakt, iż jej centra cywilizacyjne skupione są w Moskwie i Petersburgu (a więc w europejskiej części kraju). W razie wojny nuklearnej ta nadmierna koncentracja niweluje większość korzyści wynikających z rozległości terytorialnej.

Konkludując wątek, podobnie jak w przypadku relacji amerykańsko-rosyjskich, także na gruncie europejsko-rosyjskim groźba wzajemnego zniszczenia w zasadzie znosi ryzyko, że którakolwiek ze stron sięgnie po „najtęższy argument”. Co oznacza, że pola ewentualnej konfrontacji niejako z przymusu znajdują się poza „atomowym ringiem”.

—–

Co tam widzimy? Potężną siłę ekonomiczną Europy. Przyjmując za miarę korzystny dla rosjan parytet siły nabywczej, jej potencjał jest pięć razy większy od rosyjskiego (35 vs. 7 bln dol.). Nadal – z uwagi na brak politycznej woli – produkcja zbrojeniowa odbywa się na ćwierć gwizdka, a i tak bije wydajnością rosyjski przemysł obronny funkcjonujący w realiach wojennej mobilizacji (a więc na najwyższych obrotach). Z zastrzeżeniem dotyczącym pojedynczego obszaru – produkcji amunicji artyleryjskiej; tu Europa dalej „jest w lesie”, wciąż wytwarza mniej niż rosja. Biorąc pod uwagę ilość skumulowanego kapitału natowskiej-pozaamerykańskiej wspólnoty, ten stan mógłby ulec szybkiej zmianie i być może taki będzie „efekt Trumpa”. Gwoli rzetelności warto odnotować, że i tak – w porównaniu z sytuacją sprzed 2022 roku – kontynentalne fabryki produkują dziś więcej pocisków. W Polsce jest to wzrost niemal czterokrotny.

Dysproporcje już wyłącznie na korzyść europejskich członków NATO odnotowujemy w parametrach konwencjonalnej siły militarnej. Europejscy członkowie Sojuszu mają więcej żołnierzy (2 mln vs. 1,5), czołgów (6 tys. vs. 2), bojowych wozów piechoty (9 tys. vs. 2), „luf” (7 tys. systemów artyleryjskich vs. 2,7). Dysponują dwoma tysiącami samolotów, gdy Rosja ma ich tysiąc. Skumulowany budżet obronny Europejczyków z NATO jest trzy razy wyższy niż rosyjski, ten drugi w większości „przejadany” przez wojnę (380 mld dol. vs. 126 w 2023 roku). Dodajmy do tego różnice w jakości – niemal w każdej kategorii uzbrojenia sprzęt rosyjski/posowiecki ustępuje zachodniemu; wojna w Ukrainie dowiodła to z całą stanowczością.

—–

Niestety, na tym kończą się dobre wieści. Z USA czy bez, słabością NATO pozostaje jego różnorodność. Sojusz to kilkadziesiąt państw, a już sama rozproszona odpowiedzialność jest z wojskowego punktu widzenia kłopotliwa. Tym kłopotliwsza, że każdy kraj trochę inaczej definiuje własne interesy, a niektóre są ze sobą skonfliktowane. Waszyngton potrafi „walnąć w stół” i przywołać do porządku niesfornych sojuszników – nikt inny we wspólnocie nie ma takiej mocy.

By choć częściowo zniwelować efekt ograniczonej decyzyjności wymyślono plany ewentualnościowe: działania podejmowane „z automatu”, bez konieczności ponownego ich uzgadniania. W przypadku zagrożenia Polski plany te zakładały znaczącą dyslokację natowskich wojsk nad Wisłą. Rzecz w tym, że większość oddziałów byłaby amerykańska, co przy wolcie Waszyngtonu oznaczałoby konieczność ponownego rozpisania zamierzeń. Strach pomyśleć, jakby to przebiegało z Węgrami czy Turcją na pokładzie.

Ale brak twardego militarnego potencjału Amerykanów to nie jedyny i chyba nie najważniejszy problem. Niezależnie od tego, jak wyszkolona i wyposażona będzie armia, pozbawiona na czas amunicji, paliwa, jedzenia i zaplecza medycznego w najlepszym razie nie zwycięży, w najgorszym poniesie porażkę. Innymi słowy, bez sprawnej logistyki ani rusz.

—–

O czym można było się przekonać w Afganistanie. W 2012 roku wiele naszych Rosomaków jeździło z uszkodzonymi siatkami chroniącymi pancerz przed granatami RPG. Formalnie były to sprawne wozy, podobnie jak Rosomaki z niedziałającymi urządzeniami do obserwacji nocnej, które za dnia z powodzeniem mogły brać udział w rozmaitych operacjach. Wysoki wskaźnik sprawności sprzętu to w wojsku nie lada wyczyn, były więc powody do zadowolenia.

Wyczyn, który mimo wysiłków mechaników trudno było osiągnąć, bo zaopatrzenie kontyngentu kulało. Wcześniej tego problemu nie było – zaraz napiszę dlaczego – ale wówczas zamówione części „szły” do Afganistanu nawet kilka miesięcy. Do dziś włos mi się jeży na wspomnienie pododdziału, który tygodniami jeździł na niesprawnych oponach, bo zabrakło kołków do wulkanizacji. „Generał gdzieś załatwił”, podsumował historię jeden z żołnierzy. „Załatwianie” sprowadzało się również do kanibalizacji, czyli pozyskiwania części ze zniszczonych i uszkodzonych wozów. Co w połączeniu z niewiarą w szybkie działanie służb logistycznych sprzyjało utrzymaniu fikcji wysokiej sprawności. Chętnie przyjmowanej na kolejnych szczeblach, któż bowiem lubi meldować o kłopotach? Tyle że na końcu łańcucha – w gabinetach urzędników i polityków – wojna była pojęciem abstrakcyjnym. Tam nikt życia na niesprawnym sprzęcie nie ryzykował.

—–

Wojskowa logistyka dzieli się na cztery obszary. Pierwszy obejmuje zaopatrzenie w paliwo, amunicję, części, medykamenty i żywność. Drugi to zaplecze remontowe. Trzeci odpowiada za warunki bytowe. Czwarty związany jest z zabezpieczeniem medycznym. W Afganistanie dwa ostatnie spoczywały na barkach Amerykanów, oba pierwsze w istotnym zakresie zależały od Polaków. Przy odległości dzielącej kraj od miejsca ekspedycji i braku strategicznego transportu lotniczego kłopotów nie dało się uniknąć. Na szczęście pod ręką byli Amerykanie. A ci – póki nie pochłonęły ich działania związane z wycofywaniem własnego kontyngentu – „mogli wszystko”.

Dziś niewiele się zmieniło. Za 70 proc. zdolności transportowych NATO – lotniczych i morskich – odpowiadają Amerykanie. Nikt, tak jak oni, nie potrafi budować baz operacyjnych w dowolnym miejscu na Ziemi. Nikt, tak jak oni, nie zapewni wojsku systemu ewakuacji i zaplecza medycznego. Zdolności europejskie, nie tylko polskie, są w tym zakresie – i w wielu innych – niewystarczające do „obsłużenia” czegoś więcej niż „małej, ekspedycyjnej wojny”.

Jeśliby szukać analogii, NATO bez USA jest jak nowoczesny czołg – potężny, ale bez dowódcy i silnika. Da się go użyć w boju, w obronie może być niepokonany, jeśli załodze uda się współpracować. Ale statyczna walka to większe ryzyko, że maszyna zostanie zniszczona, to po pierwsze. A po drugie, armata musi mieć czym strzelać…

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi i Arkowi Drygasowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze i Marcinowi Barszczewskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Łukaszowi Podsiadle i Wojciechowi Jóźwiakowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – osoby zainteresowane nabyciem najnowszej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Amerykański samolot transportowy C-17, koń roboczy logistyki lotniczej. Bagram, Afganistan, jesień 2012 roku/fot. własne

Tekst ukazał się również w portalu Interia.pl

Rocznica

Dwa lata temu ukraińska armia wyzwoliła Chersoń. Było to zwieńczenie kilkumiesięcznej kontrofensywy, mającej na celu wyrzucenie rosjan na wschodni brzeg Dniepru.

Kilka miesięcy później pojechałem na oswobodzone tereny, porozmawiać z ludźmi, którzy przez pół roku żyli w realiach ruskiego miru. Wiele z tych opowieści mroziło krew w żyłach, część z nich zawarłem w wydanej w lutym br. książce pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”. Dziś, jako że mamy rocznicę, podrzucam dwa fragmenty – także z nadzieją, że tych, którzy nie czytali, zachęcą do lektury całej książki.

Do rzeczy.

—–

Zahorianiwka, położona 10 km na północ od Chersonia, przetrwała okupację niemal nietknięta – większe rosyjskie oddziały tylko przez wieś przejechały, wiosną 2022 roku jako zdobywcy, jesienią jako uciekinierzy.

– Przez chwilę mieszkało u nas kilku rosyjskich oficerów – opowiadała mi Olga Bunczuk, sołtyska. – Gdy zaczęła się inwazja, część mieszkańców uciekła, zostawiła chałupy; okupanci potraktowali je jak własne.

– Prześladowali was fizycznie, dokuczali?

– Właściwie nie. – Bunczuk pokręciła głową. – Czasem nagabywali, żeby przyjąć ich paszporty, ale ludzie kazali im iść w diabły. Na początku okupacji obsesyjnie szukali po domach atowszczików, a w sąsiedniej osadzie zabili trzech młodych mężczyzn, właściwie chłopców, cywilów. Rozstrzelali ich za współpracę z partyzantką.

– Bez sądu?

– A skąd, całą okupację traktowali nas jak gorszy gatunek. Niby chcieli z nas zrobić rosjan, a tak naprawdę mieli gdzieś, jak i z czego będziemy żyć. Zniszczyli sieć elektryczną, przez pięć miesięcy żyliśmy bez prądu. Rozkradli urządzenia z kurzej fermy, w której pracowało trzysta osób z okolicznych wiosek. Zaminowali pola, odbierając pracę tym, którzy żyli z roli. Nie musieli bić, by uprzykrzyć nam życie. – Bunczuk uśmiechała się smutno.

– Pamięta pani moment wyzwolenia?

– O tak! – tym razem uśmiech kobiety był radosny. – Miałam kontakt z synem, który służy w obronie terytorialnej. Pisał, że idą na Chersoń, że jego koledzy przejdą przez Zahorianiwkę. Noc z dziesiątego na jedenastego listopada spędziłam w piwnicy. Słyszałam jakieś głosy, ruch na drodze, ale bałam się, że to rosjanie, że mnie zabiją. Wyszłam z ukrycia jedenastego, była czternasta, gdy zobaczyłam pierwszych naszych chłopców.

*          *          *

W Tomaryne – wioseczce oddalonej o 8 km od wstęgi Dniepru – rosjanie mieli dość czasu, by powalić słupy elektryczne; więcej zniszczyć nie zdołali. Ale w okolicznych miejscowościach udało im się w pełni zastosować strategię spalonej ziemi. Wzorem armii czerwonej i Wehrmachtu z czasów II wojny światowej zdewastowali sieci przesyłowe, linie kolejowe, wysadzając mosty i wiadukty, spalili zakłady przemysłowe i gospodarstwa rolne.

– Babuszki opowiadały, że Niemcy byli bardziej humanitarni. – Kola, elektryk, na własnej skórze doświadczył okupacji.

– Tak źle było? – dopytywałem.

Mężczyzna przytaknął.

– Ale na początku nie – zastrzegł. – Na swój sposób to było nawet zabawne, jak szukali banderowców. „Chłopcy, w pętlę czasu wpadliście?”, pytałem jednego z nich. „Banderowcy? Osiemdziesiąt lat po wojnie?” Patrzył na mnie jak na wariata.

– Mógł zastrzelić…

– Wtedy jeszcze nie strzelali. To znaczy strzelali, jak popili, na wiwat. Bezpieczne to nie było, ale dało się znieść.

– Kiedy stali się najbardziej agresywni?

– Dwa tygodnie przed wyjściem zaczęli powalać słupy. – Dla Koli, członka ekipy zajmującej się odbudową sieci energetycznych, ten rodzaj destrukcji stanowił symboliczny punkt odniesienia. – Dziewiątego listopada ruszyła masowa kradzież samochodów. „Nie oddasz? Kula w łeb”, grozili. Brali auta cywilne, wzięli nasze służbowe wozy. Cokolwiek wpadło im w łapy, a czym dałoby się uciekać. Ale jedno trzeba im przyznać, pięknie spierdalali.

—–

Ps. Ponieważ mamy dziś Święto Niepodległości, życzę Wam, byśmy już zawsze obchodzili je w wolnym kraju, zawsze jako celebrację wydarzeń z coraz bardziej zamierzchłej przeszłości. Ludzie, o których piszę powyżej, cieszyli się z wyzwolenia. Zaraźliwe było to ich szczęście, ale mimo wszystko – obyśmy nie mieli powodów do przeżywania takich uniesień. Szczególnie jeśli alternatywą dla „nudy suwerenności” miałby być ruski mir i radość po jego pogonieniu. Załączone zdjęcie – wykonane wiosną 2023 roku gdzieś pod Chersoniem – dobrze ilustruje konsekwencje krótkiej wizyty „rusko-mirskich dobrodziejów”. Wiem, że przyjęlibyśmy ich „godnie”, ale obyśmy nie musieli.

Czego życzę sobie także z racji obchodzonych dziś imienin.

—–

Dziękuję za lekturę! Jutro wracam do bieżącego raportowania. Przypominam o możliwości wsparcia mojego pisania.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo” – lub dziś po prostu chcieliby postawić mi imieninową kawę – zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem cytowanej w poście książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych moich wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Pod tym linkiem znajdziecie filmową recenzję „Alfabetu…”. O książce opowiada ceniony przeze mnie pisarz Radek Wiśniewski.

Szanowni, za kilka dni wezmę udział w konferencji poświęconej niszczeniu przez rosjan ukraińskiego dziedzictwa kulturowego. W spotkaniu można wziąć udział on-line, zachęcam do rejestracji.