Memento

Kilkanaście lat temu przewidywałem, że tzw.: wojna z terrorem – w Iraku i w Afganistanie – będzie odbijać się nam czkawką jeszcze przez długie lata. Chodziło mi o jej psychologiczne skutki i generowane przez nie społeczne problemy. Stres pourazowy stanie się udziałem około 10 tys. weteranów, a ponieważ PTSD to choroba rozszerzona, dotykająca także członków rodzin, zjawisko obejmie kilkadziesiąt tysięcy osób – przewidywałem. Średniej wielkości miasto. W skali kraju to niewiele, ale dość, by sprawa co jakiś czas stała się przedmiotem gorącej publicznej debaty. Obyśmy z niej wyciągnęli jakieś rozsądne wnioski – życzyłem sobie, mając na myśli przede wszystkim budowę sensownego systemu opieki psychologicznej i psychiatrycznej. Nie tylko w strukturach medycyny wojskowej, ale szerzej, wszak PTSD może dotknąć nie tylko walczących żołnierzy – choróbsko regularnie dopada na przykład ofiary wypadków samochodowych czy osoby cierpiące z powodu przemocy domowej.

Ale media o PTSD w zasadzie milczą. W najbardziej interesującym mnie kontekście, dotyczącym skutków udziału w wojnie, wynika to głównie z niedocenionej przeze mnie przed laty hermetyczności środowiska (około)wojskowego. Znam masę ludzi z tego grona i wiem, ile cierpienia wielu z nich przyniósł stres pourazowy. Lecz „o tym się nie mówi, zwłaszcza obcym i publicznie”. Niemówienie to także efekt warsztatowej słabości współczesnych mediaworkerów, którzy nie potrafią „dogryźć się” do istotnych tematów, rezultat niskiego poziomu zaufania dla prasy, radia czy telewizji („przecież nie pójdę do nich ze swoją historią”) i wreszcie, skutek strategii biznesowych redakcji, zakładających maksymalizację zysków przy jak najniższych nakładach. Tymczasem wokół opowieści o ofiarach PTSD trzeba się nachodzić, nie wystarczy risercz w społecznościówkach i kilka telefonów. A jak chodzić wokół czegoś, co może i jest problemem, ale dotyka tak niewielu osób? I tak to się rozmywa, umyka społecznej uwadze.

W Ukrainie – a w mniejszym zakresie także w rosji – nie rozmyje się i nie umknie. Nawet jeśli zjawisko poddane zostanie próbie zafałszowania, unieważnienia. Przez front przewinęło się już grubo ponad milion ukraińskich żołnierzy, kilkaset tysięcy cywilów znalazło się w strefie bezpośrednich walk, niemal siedem milionów mieszka w miastach narażonych na ataki rakietowe. 10 milionów ludzi zmuszonych zostało do ucieczki. Wszyscy oni byli i są narażeni na bodźce wywołujące PTSD. To samo tyczy się miliona rosyjskich weteranów oraz kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców przygranicznych rejonów rosji, żyjących w cieniu wojny i związanych z tym ryzyk. Wieloletnie obserwacje pozwalają przyjąć, że stres pourazowy dotyka mniej więcej jednej piątej osób wystawionych na stresogenne czynniki. Zasadniczo bardziej narażony będzie żołnierz, który doświadczył okrucieństwa bezpośrednich walk, niż uchodźca skazany na dyskomfort z powodu opuszczenia domu, bliskich, funkcjonowania w nowym, obcym środowisku. Ale też wrażliwość to cecha osobnicza i może się okazać, że beznogi weteran łatwiej poradzi sobie z chorobą niż fizycznie cały mieszkaniec Kijowa, który najadł się strachu oglądające latające nad domem pociski manewrujące i drony-kamikadze.

Tak czy inaczej, czkawka po tej wojnie będzie donośna. Będzie generować kolejne dramaty, kolejne koszty jeszcze długo po tym, jak umilkną działa. Jakie konkretnie? Odpowiedź znajdziecie w mojej pierwszej reporterskiej książce – „zAfganistanu.pl. Alfabet polskiej misji”. Rozdział nosi tytuł „T jak trauma” i jest w całości poświęcony nieoczywistej cenie wojny, jaką płacą żołnierze i ich rodziny. Bardzo bym chciał, by było inaczej, lecz nie mam złudzeń, że ów tekst – jakkolwiek historyczny (wydany przed 12 laty) – stanowi zarazem memento. Jest o „po-Afganistanie”, ale mówi też o „po-Ukrainie”…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Skutkiem udziału w wojnie może być znieczulenie na widok cierpienia, nawet dzieci…/fot. własne (wykonane w Afganistanie jesienią 2013 roku)

„Pelikany”

Zimą 2012 roku trafiłem do dystryktu Moqur w Afganistanie. Rejon nie cieszył się najlepszą opinią – talibowie czuli się tam dużo swobodniej niż wojskowi z rządowej armii afgańskiej czy żołnierze Wojska Polskiego. „Chcesz wyłapać eprega albo wjechać na ajdika? Jedź do Moquru” – mówili nasi misjonarze. Ów żart utrzymany w konwencji turystycznej zachęty był typowym przykładem wojskowego czarnego humoru. Bazując na tej konwencji, tuż przed wyjazdem napisałem do dobrego kolegi: „Zobaczymy, jakie atrakcje zaoferują mi turbaniarze”.

I lipa. Wjeżdżałem do Moquru kilka razy, w konwojach i patrolach – i poza jednym przypadkowym ostrzałem i odnalezieniem przez saperów dwóch założonych przy drodze ładunków wybuchowych, nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Za to byłem świadkiem osobliwego zdarzenia z udziałem Rosomaka – potężnej maszyny w bojowej wersji. Wjechaliśmy do bazy armii afgańskiej, konwój się zatrzymał, ludzie opuścili pojazdy. Zamierzałem się rozejrzeć, gdy głośne „o kurwa!” zwróciło moją uwagę. Jeden z „rośków” właśnie przewracał się na bok niczym tonąca łódź. Lewa burta zapadała się w błocie przez kilkanaście sekund. Gdy było po wszystkim, transporter zastygł w solidnym przechyle. Zrobiłem zdjęcia z kilku różnych pozycji i jedną z fotografii posłałem wspomnianemu kumplowi. „Moqur nie zawiódł”, napisałem, dodając emotikona puszczającego oczko. „Wyjebało go na minie? Nieźle…”, przeczytałem w odpowiedzi.

Wyjaśniłem kontekst, ale cała historia uświadomiła mi, jak łatwo manipulować nawet oczywistym zdawałoby się obrazem. Nie lubię sformułowania „ciemny lud wszystko kupi”, ale niestety, coś na rzeczy jest. W rosyjsko-ukraińskiej wojnie informacyjnej, Kreml wielokrotnie korzysta z owej ciemnoty. I mniejsza już o ładowanie kłamstw i przeinaczeń do łbów rosjanom – na naszym polskim odcinku skarpetkosceptyczni aktywiści robią dokładnie to samo. Jeden z takich ancymonów zamieścił kilka dni temu na Twitterze zdjęcie wypalonego czołgu z informacją, że to jeden z polskich T-72 (przekazanych Ukrainie), że rosjanie się rozkręcają i że takich wraków będzie więcej. Niewprawne oko nie znalazłoby podstaw do podważenia takiego opisu, wprawne bez trudu dostrzegło, że sfajczona „siedem-dwójka” to wersja B3, używana przez armię rosyjską (z elementami, które wskazywały, że mamy do czynienia z ubiegłoroczną, wojenną już modernizacją). No ale, sądząc po komentarzach, ileś „pelikanów” „łyknęło ściemę”.

W rusnecie – skąd następuje eksport dalej, także do naszej przestrzeni informacyjnej – sporo jest zdjęć zachodniego sprzętu ciężkiego, ilustrujących jego rzekome słabości. Wcześniej widzieliśmy już „zniszczone” na froncie Leopardy czy Abramsy; rosyjska propaganda wykorzystywała w ten sposób archiwalne fotografie wykonane w Syrii, Iraku czy na natowskich poligonach (w tym ostatnim przypadku zdjęcia przedstawiały skutki wypadków, do których doszło podczas ćwiczeń). Miał to być „dowód” skuteczności rosjan w obliczu zachodniej techniki. Ów trik został zarzucony – moskale „nie niszczą” już tanków i BWP-ów z USA czy Niemiec, ale te i tak „kompromitują się” podczas szkoleń i wdrażania do ukraińskiej armii. Przegrywają w starciu z ukraińskim terenem (a więc nie nadają się na wojnę we wschodniej Europie), są też zbyt delikatne jak na nawyki Ukraińców (bądź też, w innej wersji, Ukraińcy są „za głupi”, by je użytkować). I tak możemy sobie zobaczyć utopionego w rzece Mardera czy nurkującego w błocie Bradleya. By nie było wątpliwości, że to sprzęt ZSU, pojazdy mają wymalowane na pancerzach charakterystyczne krzyże. Wymalowane podczas obróbki, rzecz w tym bowiem, że zdjęcie Mardera wykonano w Afganistanie, a Bradleya w Iraku – co łatwo ustalić nawet bez znajomości technikaliów czy charakterystycznych cech przyrody. Wystarczy sięgnąć do wyszukiwarki obrazów. No ale „ciemny lud wszystko kupi”…

Bezczelność i prostactwo rosyjskiego przekazu ma wiele postaci, także „niewizualną”. Dowiódł tego już wielokrotnie dmitrij pieskow, rzecznik Kremla, ostatnio w wywiadzie udzielonym bośniackiej telewizji ATV. Plugawy łgarz rzekł m.in. coś takiego: „My nie prowadzimy wojny. Prowadzenie wojny to zupełnie inna sprawa, to totalne zniszczenie infrastruktury, totalne zniszczenie miast i tak dalej. Nie robimy tego. Próbujemy ratować infrastrukturę, a od prawie dwóch lat próbujemy ratować ludzkie życie”. „Jakbym był pryszczaty na jedno oko, to może bym uwierzył”, skomentował ów wywód jeden z moich Czytelników. Trudno o lepsze podsumowanie. Niestety, mimo oczywistej niedorzeczności – popartej tysiącami materialnych dowodów – i w tym przypadku istnieją stada „pelikanów”. Części z nich już nigdy nie da się przekonać, że funkcjonują w alternatywnej rzeczywistości. Tym, których stać jeszcze na odrobinę racjonalnego myślenia, chciałbym pokazać kilka zdjęć ilustrujących rosyjskie „nie-niszczenie infrastruktury”. To fotografie Darka Prosińskiego, wykonane w Awdijiwce i w drodze do tego miasta, zaledwie kilka dni temu. Tak wygląda ziemia, na której nogę postawił – bądź próbuje postawić – rosyjski żołnierz.

Te zdjęcia są bez retuszu…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Kursanci

Czym się różni amerykański pilot myśliwski od rosyjskiego? Użyjmy analogii. Załóżmy, że mamy samochód z literą L na dachu, w którym siedzi dwóch mężczyzn – Amerykanin i rosjanin. Obydwaj mogą poprowadzić auto, ale to ten pierwszy posiada papiery i umiejętności instruktora, drugi – zaledwie kursanta.

I tak to mniej więcej wygląda.

Kilkanaście miesięcy temu żachnąłbym się na takie porównanie. Uznał je za dowód irytującego amerykańskiego poczucia wyższości. Ale wojna w Ukrainie pokazała, że rosyjskie lotnictwo taktyczne w zasadzie nie istnieje. Mimo imponującej przewagi liczebnej, rosyjscy myśliwcy nie byli w stanie sparaliżować ukraińskich sił powietrznych, nie są w stanie przeprowadzać misji bezpośredniego wsparcia oddziałów na lądzie. Latają rzadko, asekurancko, z marnymi efektami. Niczym kursanci.

A niebawem będzie im jeszcze trudniej, bo Ukraińcy otrzymają niemal 30 MiG-ów 29. Trzynaście ze Słowacji, resztę z Polski.

Gdyby nie lotnictwo strategiczne – bombowce rażące cele znad rosji, z bezpiecznej odległości setek kilometrów od ukraińskich granic, przy użyciu rakiet i pocisków manewrujących – nie byłoby o czym mówić w kwestii rosyjskich operacji lotniczych.

Oczywiście, skarpetkosceptyczny Internet ma na ten temat inne zdanie. Po wymuszonym kolizją z rosyjskim Su-27 wodowaniu amerykańskiego Reapera, moskale oszaleli z zachwytu. Czytając ichnią prasę i Telegram można odnieść wrażenie, że orkom udało się zatopić lotniskowiec z setką samolotów na pokładzie. W trakcie lektury osoba z zewnątrz wnet poczuje dysonans – identyczny jak w sytuacji sprzed kilkunastu tygodni, gdy zdobycie Sołedaru odtrąbiono w rosji jako wielki sukces. Agresorzy chcieli zajmować ukraińską stolicę, szereg miast obwodowych, po czym okazało się, że realnie mogą przejąć miasteczko satelickie powiatowego Bachmutu oraz znajdujący się na jego obrzeżach sklep ogrodniczy. Takie sukcesy to w rzeczy samej „anałoga-w-miru-niet”.

I tak jest z utopionym w Morzu Czarnym MQ-9. Nieuzbrojony dron to rzeczywiście godny przeciwnik dwóch uzbrojonych po zęby maszyn myśliwskich. Jak poinformowało rosyjskie MON, bohaterscy piloci zostali właśnie odznaczeni za niedopuszczenie amerykańskiej maszyny w rejon „specjalnej operacji wojskowej”. Tym samym szojgu w pełni legitymizował działania nieudacznych pilotów, którzy 12 razy próbowali zalać amerykański dron paliwem, aż w końcu jeden z nich doprowadził do kolizji z bezzałogowcem. To ta kolizja – efekt nieogaru ruskiego pilota – sprawiła, że uszkodzonego Reapera Amerykanie musieli skierować ku morzu i zatopić. Natowski pilot za taką akcję – ryzykowane manewry mogące doprowadzić do utraty myśliwca – dostałby naganę. Zwłaszcza że samolot, który zawadził o śmigło MQ-9, też przy okazji oberwał. No ale w rosji wszystko podporządkowane jest logice propagandy, a ta pozwala przedstawić sprawę w taki sposób, że „nasz wrócił do domu, amerykański spadł do morza”.

W tej narracji da się dostrzec istotną cechę rosyjskiej dumy – świecącej światłem odbitym od USA i Amerykanów. „Jesteśmy wielcy nie dlatego, że mamy wspaniałe osiągnięcia w kulturze, technice i bóg wie czym jeszcze, tylko dlatego, że udało nam się zagrać na nosie Amerykanom”. To sznyt wspólny z ideologiami państwowymi Korei Północnej i Iranu, których reżimy budują wrażenie własnej potęgi poprzez wskazywanie realnych bądź wydumanych atutów pozwalających zaszkodzić Ameryce. „Jesteśmy wspaniali, gdyż możemy przeciwstawić się Wielkiemu Szatanowi!”. A że nasi obywatele nie mają co jeść, srają na dworze i żyją o 20 lat krócej niż mieszkańcy znienawidzonej Ameryki czy Europy – kto by się przejmował takimi szczegółami.

Psychologicznie rzecz ujmując – mamy tu do czynienia z niskim poczuciem własnej wartości, jako składową tożsamości etnicznej.

Wracając do sedna – lotcziki dostały medale, a marynarze rzucili się do szukania wraku. Na ujawnionych zdjęciach satelitarnych widać aż osiem jednostek floty czarnomorskiej w rejonie, gdzie spadł Reaper. Na marginesie – takiego ruchu w interesie nie było, gdy zatonęła „Moskwa”, a wraz z nią sporo marynarzy (rodziny ponad stu z nich nadal nie doczekały się powrotu synów i ojców). No ale wtedy – jak dwie dekady wcześniej z „Kurskiem” – chodziło o blamaż, nie-do-ogrania przez propagandę. Tu – choć wiadomo, że Amerykanie co najcenniejsze w dronie już zniszczyli (poprzez zdalną detonację) – wyjęcie z wody okazałego kawałka płatowca da propagandzie masę paliwa. Publiczna prezentacja skrzydła czy kadłuba posłuży za dowód „wielkiego zwycięstwa”, tym większego, że na prawdziwym froncie nawet tych małych nie udaje się odnieść.

Tylko że działania mają skutki. Medale dla pilotów są jak wzięcie pełnej odpowiedzialności przez Kreml za incydent nad Morzem Czarnym. A ponieważ stoi za tym ryzyko rozochocenia i eskalacji, Waszyngton musi zareagować. Jest oczywistym, że utrata bezzałogowca tylko wzmoże amerykańską chęć pomocy Ukrainie – pomijając inne motywacje stojące za wsparciem, „odwijanie się” ruskim rękoma Ukraińców jest dla USA bardzo wygodnym rozwiązaniem. Na pewno nikt w Białym Domu się nie przeląkł, jak sugerowała część mediów. Amerykanie nie zawiesili operacji zwiadowczych przy użyciu bezzałogowców – dziś nad ranem i przed południem jeden z nich znów latał nad Morzem Czarnym. I zapewne będą latać kolejne.

Skąd to przekonanie? Przez lata obserwowałem amerykańską armię w działaniu. W Afganistanie byłem świadkiem determinacji, która wówczas – muszę przyznać – lekko mnie zszokowała. W prowincji Ghazni była droga nazywana przez naszych „ajdisztrase”, słynąca z wielkiej liczby improwizowanych ładunków wybuchowych i talibskich zasadzek. Pech chciał, że wiodła między dwoma ważnymi ośrodkami, więc dla Amerykanów było nie do pomyślenia, żeby droga pozostawała nieprzejezdna. Pchali nią konwoje raz za razem – mimo iż ciągle coś tam wybuchało. Ludzi nie ginęło przy tym wielu, ale sprzętu tracono masę. „Daliby sobie spokój”, myślałem. „Znaleźli inną drogę. Zbudowali ją sobie”, kalkulowałem. Ale Amerykanie w obliczu większego ryzyka postąpili tak, jak zakłada ich filozofia wojowania – nie odpuszczali, ale zwiększali zaangażowanie środków technicznych, by w ten sposób redukować straty w ludziach. I dopiąć swego. Nad „ajdisztrase” latały drony, co chwila pojawiały się śmigłowce, jezdnię co rusz czesały zestawy RCP (specjalistyczne pojazdy saperskie). Afgańczykom naprawdę trudno było sadzić kolejne miny-pułapki. „My byśmy już dawno odpuścili”, słowa oficera Wojska Polskiego nie były dowodem braku odwagi, a wynikiem kalkulacji „koszt-zysk”. „No ale, kto bogatemu zabroni…?”, skwitował ów wojskowy.

I w tym rzecz. Jeśli ryzyko operacji nad Morzem Czarnym wzrosło, odpowiedzią Amerykanów nie będzie wycofanie się, a redukcja tegoż ryzyka. Na przykład poprzez dołożenie do maszyn zwiadowczych – załogowych czy bezzałogowych – eskorty. Wówczas ruskim odechce się rumakować w towarzystwie amerykańskich myśliwców. Bo kursant instruktorowi może co najwyżej grzecznie się ukłonić. Oczywiście, może go ponieść fantazja, ale dobrze wiemy, jak kończą zbyt pewni siebie, niedoświadczeni kierowcy…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Amerykańskie F-18 podczas operacji nad Afganistanem/fot. USAF

Bogowie

Trzy dni po spektakularnym uderzeniu w kompleks szkolny w Makiejewce pod Donieckiem, rosjanie oficjalnie przyznali się do jeszcze większych strat niż pierwotnie. Najpierw mowa była o 63 zabitych, i nieznanej liczbie rannych, potem stanęło na 89 ofiarach śmiertelnych. Biorąc pod uwagę tradycje rosyjskiej sprawozdawczości, poległych było zapewne kilka razy więcej, co dowodzi przerażającej skuteczności wysokoprecyzyjnych systemów rakietowych. „Boga bogów”, jak pisałem w jednym z wcześniejszych tekstów, odnosząc się do popularnego stwierdzenia, wedle którego artyleria jest „bogiem wojny”. Ale…

Ale ktoś te użyte w ataku na Makiejewkę himarsy w strefę walk dostarczył. To sprzęt amerykański, czyli droga rakiet wiodła przez ocean, a później przez kawał Europy, i mierzyła tysiące kilometrów. W tym pozornie błahym stwierdzeniu kryje się zapomniana czy ignorowana prawda o warunku koniecznym militarnego sukcesu – bez sprawnej logistyki ani rusz. Niezależnie od tego, jak wyszkolona i wyposażona będzie armia, pozbawiona na czas amunicji, paliwa, jedzenia i zaplecza medycznego, w najlepszym razie nie zwycięży, w najgorszym poniesie porażkę. Bóg jest zatem inny, a imię jego zaczyna się na literę „L”.

„Generał gdzieś załatwił”

O tym, jak ważna jest logistyka, przekonałem się w Afganistanie. W 2012 r. duża część transporterów Rosomak jeździła z uszkodzonymi siatkami LSO (chroniącymi zasadniczy pancerz przed granatami RPG). Formalnie były to sprawne wozy, podobnie jak rosomaki z niedziałającymi urządzeniami do obserwacji nocnej. Za dnia maszyny te z powodzeniem mogły brać udział w rozmaitych operacjach, wszystko więc było ok. Wysoki wskaźnik sprawności sprzętu to w wojsku, szczególnie na wojnie, nie lada wyczyn, były więc powody do zadowolenia.

Wyczyn, który mimo wysiłków mechaników realnie trudno było osiągnąć, bo zaopatrzenie kontyngentu kulało. Zamówione części „szły” do Afganistanu nawet kilka miesięcy. Do dziś włos mi się jeży na wspomnienie historii pododdziału, który przez długi czas jeździł na niesprawnych oponach, bo zabrakło kołków do wulkanizacji. „Generał gdzieś załatwił”, podsumował historię jeden z rozmówców. „Załatwianie” sprowadzało się również do kanibalizacji, czyli pozyskiwania części ze zniszczonych i uszkodzonych wozów. Co w połączeniu z niewiarą w szybkie działanie służb logistycznych, sprzyjało utrzymaniu fikcji wysokiej sprawności. Chętnie przyjmowanej na kolejnych szczeblach, któż bowiem lubi meldować o kłopotach? Tyle że na końcu łańcucha – w gabinetach wojskowych urzędników i polityków – wojna była pojęciem zupełnie abstrakcyjnym. Tam nikt życia na niesprawnym sprzęcie nie ryzykował.

Wojskowa logistyka dzieli się na cztery obszary. Pierwszy obejmuje zaopatrzenie w paliwo, amunicję, części zamienne, medykamenty i racje żywnościowe. Na drugi składa się zaplecze remontowe. Trzeci, kwatermistrzowski, odpowiada za warunki bytowe. Czwarty związany jest z zabezpieczeniem medycznym. W Afganistanie dwa ostatnie spoczywały na barkach Amerykanów, oba pierwsze w istotnym zakresie zależały od Polaków. Przy odległości dzielącej kraj od miejsca ekspedycji (4 tys. km) i braku strategicznego transportu lotniczego, kłopotów nie dało się uniknąć. Na szczęście pod ręką byli Amerykanie.

Zabrakło ich podczas granicznego kryzysu z jesieni i zimy 2021 r., który w momencie największego nasilenia angażował niemal jedną trzecią wojska. Pozostałe po redukcjach służb tyłowych armii dwie brygady logistyczne (w Bydgoszczy i Opolu) przez pół roku nie zdołały dowieźć na wschód wystarczającej liczby kontenerów mieszkalnych. Część wojska mieszkała więc w ziemiankach, co kompletnie nie przystaje do standardów XXI-wiecznej armii, operującej w niewojennym reżimie, w kraju z gęstą siecią nowoczesnych dróg.

Ile pali czołg? Dużo…

Wróćmy do wyzwań wojennych. W 2005 r., gdy intensywność walk w Iraku była najwyższa, konflikt kosztował amerykańskiego podatnika 190 mln dol. dziennie. Skąd ta suma? Amerykański żołnierz musi otrzymać posiłki o wartości 4000 kal., co czyni z logistyki made in USA wyjątkowo drogie przedsięwzięcie. Bo nie chodzi tylko o bilans, ale i różnorodność. Amerykańskie stołówki „na teatrze działań” wyglądają jak bary szybkiej obsługi. W największych bazach w Iraku i Afganistanie lunch można było wybierać z dwudziestu pozycji. Produkty nie pochodziły z lokalnego rynku, przylatywały z USA, głęboko przetworzone, zmrożone, poddane obróbce pod kątem zapobieżenia masowym zatruciom. Warta kilkaset dolarów tona owoców, po uwzględnieniu kosztów transportu puchła do wartości kilkunastu tysięcy dolarów.

A nie samym jedzeniem żołnierz żyje. Dostarczenie do zbiorników agregatów i baków pojazdów paliwa o wartości 10 tys. dolarów kosztowało trzy-cztery razy tyle, a w sytuacji, gdy trzeba je było przetransportować do oddziałów z wysuniętych posterunków – nawet 10 razy więcej. Konwój sam „palił”, wymagał ochrony (której wozy też „paliły”), zaangażowani ludzie potrzebowali jedzenia, picia, amunicji, w razie potrzeby – ewakuacji medycznej. Dodajmy do tego zużycie amunicji, zniszczony i uszkodzony sprzęt. Gdy mówimy o 150-tysięcznym kontyngencie, łatwo robi się z tego 190 mln dol.

Zostawmy historię – radziecki czy rosyjski sprzęt, będący postawą dla obu armii walczących w Ukrainie, też jest energochłonny. Godzina lotu śmigłowca Mi-24 wymaga niemal tony paliwa. Przy przyzwoitym średnim zużyciu i średnim przebiegu starczyłoby na prawie rok jeżdżenia cywilnym autem. „Weźmy typowy rosyjski batalion czołgów – 31 T-72B czy T-90, trzy ciągniki ewakuacyjne, kilka samochodów osobowo-terenowych, 30 ciężarówek, pluton przeciwlotniczy, pluton łączności”, pisze Michał Fiszer, niegdyś wojskowy pilot, dziś wzięty analityk. Na pytanie, ile paliwa zużywa czołg, odpowiada: 800 litrów na 100 km. Co dla 34 czołgów i ciągników ewakuacyjnych na tym samym podwoziu daje 27 tys. litrów. Z uwzględnieniem innych pojazdów – 35 tys. litrów. „Czyli siedem typowych wojskowych cystern samochodowych dla jednego batalionu na 100 km marszu”, konkluduje Fiszer, autor wydanej razem z synem Jackiem książki pt.: „Wojna w Ukrainie. Od napaści do kontrofensywy”. A przecież czołg zużywa paliwo i na postoju – ok. 20-30 litrów na godzinę. By mógł w razie potrzeby strzelać, agregat zasilający elektrykę i hydraulikę musi pozostać na chodzie. „Dla jednej brygady mającej cztery bataliony, dywizjon artylerii i kilka samodzielnych kompanii robi się z tego już 200 tys. litrów na każde 100 km lub 5 tys. litrów na każdą godzinę postoju. A to 40 wojskowych cystern paliwowych po 5 tys. litrów”, czytamy.

rosjanie utrzymują w Ukrainie średnio 500-600 czołgów. W okresie największego zaangażowania (na przełomie lutego i marca ub.r.) było to nawet 1500 maszyn.

Zjawisko zasięgu ciężarówki

A co z wsadem do kotła? Gdy w 2015 r. trafiłem na donbaski front, przeżyłem szok. Wypieszczony przez amerykańską logistykę, znalazłem się w realiach iście drugowojennych, gdy żołnierz dostawał puszkę mięsa, kawałek chleba i tyle. Przydziałowa wieprzowina – którą mnie uraczono pod Mariupolem – była niejadalna, z ulgą więc przyjąłem fakt, że wysiłek aprowizacyjny na rzecz ukraińskiej armii częściowo wzięło na siebie społeczeństwo. Lokalni aktywiści dowozili na front gotowe posiłki oraz inne produkty spożywcze. Z czasem, gdy armia okrzepła, wojskowa logistyka zaczęła dbać o żołnierzy w większym zakresie, lecz do amerykańskich standardów nie dobiła. Zresztą, nie było takich ambicji, bo Amerykanie są niedościgłym wzorcem (w końcu kto bogatemu zabroni?). No i ukraiński standard jest wyższy od rosyjskiego, armia najeźdźcy bowiem nadal hołubi zasadzie, że żołnierz winien się wyżywić we własnym zakresie.

Amunicji jednak sam sobie nie zorganizuje, zwłaszcza tej cięższej. Na przełomie maja i czerwca u.br. rosjanie zużywali dziennie od 40 do 60 tys. pocisków artyleryjskich. Uśredniając, mamy 1,5 mln na miesiąc, 3 mln we wspomnianym okresie. Wcześniej wojna nie miała tak artyleryjskiego charakteru, rosyjskie wielkokalibrowe lufy wyrzucały z siebie nie więcej niż 10 tys. pocisków. W lipcu zużycie spadło do poziomu z zimy i nie przebiło tego pułapu aż do końca 2022 r., co znaczy, że rosjanie od początku inwazji wystrzelali 5,5 mln sztuk amunicji artyleryjskiej. Tymczasem „nabój do haubicy waży jakieś 60 kg (45 pocisk i 15 ładunek miotający). (…) A co z amunicją dla czołgów, piechoty i jej wozów bojowych, co z rakietami przeciwpancernymi, granatami do moździerzy?”, pytają retorycznie Michał i Jacek Fiszerowie. Przy tak wysokiej intensywności ognia nie sposób zachować ciągłości bez tworzenia podręcznych zapasów. „A jak przechowywać amunicję w polowym składzie? To nie ziemniaki, jak zawilgotnieje, będzie do niczego. A zabezpieczenie przeciwpożarowe, ochrona przed dywersja? To mnóstwo organizacji, sprawności, zaradności”, przekonują autorzy „Wojny w Ukrainie”.

Tak dochodzimy do kolejnych wyzwań. Wspomniane na wstępie himarsy – które pojawiły się na froncie wczesnym latem 2022 r. – zmieniły zasady gry. Ich zasięg (do 80 km) i przede wszystkim precyzja, zmusiły rosjan do porzucenia idei dużych składów, tworzonych w miejscach rozlokowania artylerii bądź w niedużej odległości od stanowisk bojowych. Obecnie takie magazyny znajdują się zwykle 100 km od frontu. Daleko? Dość, by chronić się przed himarsami i wystarczająco, by sprawić nie lada kłopot. Rosyjska logistyka bazuje na transporcie kolejowym, co wraz z innymi słabościami – przede wszystkim niedostateczną liczbą samochodów i opartym o siłę ludzkich rąk załadunkiem – skutkuje tzw.: zjawiskiem zasięgu ciężarówki. Maksymalnie 100 km od najbliższej linii kolejowej – tyle wynosi odległość pozwalająca na efektywne działania rosyjskich jednostek wojskowych. Im ten dystans się zwiększa, tym bardziej szwankują dostawy. I głównie stąd bierze się lęk Moskwy przed himarsami o zasięgu do 300 km – rosyjscy politycy i generałowie nie tyle boją się ataków na cele w rosji, co większego paraliżu logistyki. Jak na razie Ukraińcy takich rakiet z USA nie otrzymali.

Zmora wojny materiałowej

Ale i obrońcom nie brakuje zmartwień. Część jest uniwersalna (będąca udziałem i drugiej strony). Oddajmy głos Fiszerom: „Jedna salwa pojedynczego dywizjonu (haubic – dop. MO) to ponad tona amunicji. W ciągu dnia walk dywizjon może wystrzelić i 50 takich salw”. Do obsługi takiego ognia trzeba 10 wozów amunicyjnych o ładowności po 7 ton (skrzynki też ważą). Gdyby te samochody zbić w kolumnę przy zachowaniu minimalnej bezpiecznej odległości (50 m), dodać wozy z innym zaopatrzeniem, uwzględnić fakt, że dywizjon jest częścią większego związku taktycznego (np. brygady), robi nam się kilkukilometrowy konwój. Który wymaga utwardzonej drogi, odpowiedniego zabezpieczenia, którego wyjazd w trasę musi być skorelowany z bieżącymi potrzebami walczących oddziałów. Ukraińcy mają tu bardziej pod górkę, bo rosjanie – przynajmniej teoretycznie – dysponują większymi możliwościami ataku na kolumny logistyczne z powietrza.

Lecz nie to spędza sen z powiek ukraińskim generałom i politykom. „Żaden kraj NATO poza Stanami Zjednoczonymi nie ma wystarczających początkowych zapasów broni ani zdolności przemysłowych do prowadzenia pełnoskalowych działań wojennych”, piszą eksperci Royal United Services Institute, brytyjskiego ośrodka analitycznego. To skutek pozimnowojennej demilitaryzacji, na którą szczególnie ochoczo przystały zachodnioeuropejskie państwa. Tymczasem konfrontacja z rosją oznacza dla Ukrainy – a więc i dla jej sojuszników – wojnę materiałową na ogromną skalę. Ukraińskie zapasy amunicji są przetrzebione, możliwości produkcji – skromne. Zachód śle pociski z własnych arsenałów, ale w magazynach wielu natowskich armii niebawem będą już tylko żelazne zapasy. Donatorzy kupują też amunicję na całym świecie – w ostatnim w 2022 r. pakiecie pomocowym znalazło się m.in. 65 tys. pocisków artyleryjskich 152 i 122 mm oraz 50 tys. pocisków rakietowych Grad, czyli amunicji w standardzie (po)radzieckim. Pociski „natowskie” (155 mm) trafiają do Ukraińców niemal wprost z linii produkcyjnych. Zachód zwiększa możliwości fabryk zbrojeniowych, ale to proces rozłożony w czasie. USA podwoją produkcję amunicji artyleryjskiej za sześć do dwunastu miesięcy. Problemem nie jest wola polityczna, a kwestie techniczne. Co przywodzi nas do wniosku, że bez logistyki ani rusz, ale i ona ma swojego boga – bazę przemysłową.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi i Monice Kołakowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Maciejowi Jakóbiakowi, Joannie Siarze, Kamilowi Kajetanowiczowi, Katarzynie Milewskiej i Małgorzacie Kurczabie.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Nz. Ukraińskie czołgi pod Bachmutem. One też spalają gigantyczne ilości paliwa…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Szansa

„Zwycięstwo Ukrainy będzie naszym zwycięstwem”, mówi płk Leszek Stępień, weteran z Afganistanu.

Leszek na własnej skórze doświadczył tego, co jest teraz losem tysięcy ukraińskich żołnierzy. Jak sam zauważa, w relacjach z wojny w Ukrainie często pojawia się wątek dotyczący strat rosyjskich. Ale Ukraińcy też giną i odnoszą rany. Poszkodowanych zostało dotąd ponad 60 tys. wojskowych, tylko część z nich ma szansę wrócić do pełnej sprawności. Istotna jest w tym kontekście szybka ewakuacja medyczna, która nie tylko ratuje życie rannego żołnierza, ale pozwala również ograniczać skutki urazów. Szybkość zaś gwarantują śmigłowce.

Wciąż zbieramy na trzy maszyny dla ukraińskiej armii. Jako ambasador akcji zachęcam Was do udziału w zbiórce.

Zachęca Was także bohater filmu – pierwszy ciężko ranny w Afganistanie Polak, pierwszy szef Centrum Weterana. Posłuchajcie jego historii, bo naprawdę warto.

—–

Link do zrzutniki znajdziecie TUTAJ.

Nz. Amerykański medevac wracający z misji (śmigłowiec medyczny i maszyna osłony). Bagram, lato 2007 roku/fot. Marcin Ogdowski