Dostawcy

Strzelanie z moździerza nie wydaje się skomplikowane. Ot, wystarczy wsunąć pocisk do rury. Moździerz to broń ładowana od góry, zatem po wpuszczaniu granatu do lufy, osuwa się on i uderza spłonką w iglicę. Tak powstaje płomień, który zapala proch znajdujący się w ładunku zasadniczym pocisku. Następnie zapalają się ładunki dodatkowe, a wytworzone ciśnienie gazów wyrzuca granat z lufy. Czy coś może pójść nie tak?

Ano może, o czym regularnie przekonują się rosyjscy artylerzyści.

Kilkanaście dni temu do sieci wypłynął filmik ilustrujący jedną ze zmór armii putina. Kadr otwierający przedstawia załadunek wspomnianego granatu. Oczekujemy na wystrzał, ten nie następuje. Dwóch żołnierzy z obsługi chwyta moździerz, przechylają lufę, felerny pocisk spada na ziemię. I tak trzy razy, poprzedzone wcześniejszymi próbami, bo odłożonych na plandekę niewypałów widzimy dużo więcej. Materiał wieńczy konkluzja, wedle której północnokoreańska amunicja jest do niczego. „Takim gównem musimy tu walczyć”, skarży się jeden z udostępniających filmik blogerów militarnych.

—–

Pod koniec lata 2022 roku amerykańskie media donosiły, że Moskwa chciałaby kupować amunicję artyleryjską w Korei Północnej i Iranie. Wtedy ów ruch wydawał się niezrozumiały. Przed 24 lutego 2022 roku rosyjskie zasoby amunicji artyleryjskiej szacowano na co najmniej 15 mln sztuk, moce produkcyjne na 1,5 mln rocznie*. „Wystarczyłoby nie tylko na Ukrainę”, przewidywali analitycy, którzy nie docenili niekompetencji i taktycznej impotencji rosjan.

Generałowie putina już wiosną 2022 roku dali sobie spokój z wojną na zachodnią modłę – której nie potrafili prowadzić – i wrócili do sowieckich wzorców. „Walec artyleryjski” – wypluwający dziennie nawet 60 tys. pocisków – miał złamać ukraińską obronę. Nie złamał, a gdy jesienią 2022 roku na front zaczęły docierać pociski z głębokich magazynów w rosji, duża ich część – z uwagi na wieloletnie składowanie w fatalnych warunkach – do niczego się nie nadawała. Wielomilionowy zapas okazał się pozornym bogactwem, stąd konieczność zwrócenia się do sojuszników federacji.

Tyle że sojusznicy, przynajmniej ci koreańscy, wysłali rosji jeszcze gorszej jakości produkt.

Jak dotąd rosjanie otrzymali od Koreańczyków co najmniej milion pocisków artyleryjskich. Niezależny portal Moscow Times podaje, że z powodu fatalnej jakości prochu, „kim-amunicję” stosuje się tylko w sytuacjach, gdy „precyzja pocisku, a nawet samo wystrzelenie go z lufy mają najmniejsze znaczenie” dla działań bojowych. Innymi słowy, gdy strzela się „dla huku” i wypełniania norm. Zwłaszcza że realny zasięg pocisków z Korei jest niemal dwa razy mniejszy niż w przypadku amunicji produkowanej w rosji.

Warto też wspomnieć o innym „darze” Kim Dzong Una – rakietach balistycznych krótkiego zasięgu. Kilka tygodni temu rosjanie ostrzelali nimi Charków. Nie wiemy nic o niewypałach, ale sądząc po miejscach upadku rakiet (mocno przypadkowych), ich precyzja pozostawia wiele do życzenia. Niestety, mówimy o broni wykorzystywanej do rażenia obiektów znajdujących na obszarach zurbanizowanych, co oznacza, że choć felerna, i tak robi krzywdę – głównie cywilom…

Właśnie w takim celu, w tym przypadku zupełnie świadomie, moskale posługują się systemem uzbrojenia od innego sojusznika – Iranu. Ale drony Szahid przeznaczone są nie tylko do atakowania budynków mieszkalnych i terroryzowania ludności cywilnej. Wysyłane nad Ukrainę falami – po kilkanaście-kilkadziesiąt sztuk – mają też absorbować uwagę i środki ukraińskiej obrony przeciwlotniczej, „zmęczyć ją” przed uderzeniami z użyciem pocisków manewrujących.

Dodajmy do tego zestawienia komercyjne drony, masowo kupowane przez rosjan w Chinach, następnie przerabiane do celów wojskowych (zwykle poprzez dodanie ładunku wybuchowego). Tak zyskujemy pełen ogląd prorosyjskiej osi zła, choć gwoli rzetelności warto zauważyć, że chińskie bezpilotowce kupują też Ukraińcy (i proukraińscy wolontariusze), Pekin zaś formalnie nie udziela Moskwie wsparcia militarnego.

—–

Ale rosja czerpie także z innych źródeł – jawnie jej nieprzychylnych. W czerwcu 2022 roku pojawiły się doniesienia o zachodnich komponentach znalezionych m.in. w radiostacjach, dronach, czołgach, systemach OPL oraz pozostałościach pocisków manewrujących. Większość z nich pochodziła z USA, więc tamtejsza FBI wszczęła dochodzenie, by ustalić, czy części trafiły do rosji przed 2014 rokiem – kiedy zaczęto wprowadzać na Moskwę pierwsze sankcje – czy po tej dacie, zwłaszcza po wybuchu pełnoskalowej wojny. Nie znamy dokładnych ustaleń śledztwa, wiemy jednak, że jego efektem były rekomendacje dotyczące uszczelnienia reżimu sankcyjnego.

Przypomnijmy, począwszy od aneksji Krymu i Donbasu, na federację nałożono prawie 18 tys. ograniczeń. Tym samym rosja stała się najbardziej dotkniętym sankcjami krajem na świecie. Kierunek działań jak najbardziej zasadny, szczególnie w obszarze technologii wojskowych. Powiedzieć, że rosjanie „nie potrafią” w miniaturyzację układów elektronicznych, to jakby nic nie rzec. A problemem wciąż pozostaje niska kultura pracy i wykonania, co przy delikatnych produktach mści się znacznie szybciej niż przy topornych urządzeniach mechanicznych. Gdy w 2022 roku ukraińscy inżynierowie zbadali szczątki rakiet Ch-101, ich oczom ukazała się elektronika z lat 70.

Jaka konkretnie? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto aktywny link.

[*] Milion pocisków nowych i 500 tys. uzyskanych po regeneracji starej amunicji.

Nz. Trafiony szahidem hotel „Alfa” w Kijowie/fot. własne

Bieda-broń

Niemal dokładnie rok temu, w Bachmucie, przyglądałem się pracy ukraińskich „droniarzy” ze słynnej grupy „Madziara”. W stanowisku dowodzenia znajdowały się m.in. dwa duże ekrany, na które przekazywano obrazy z dronów rozpoznawczych. Bezpilotowce przeczesywały teren w poszukiwaniu celów dla artylerii – większych skupisk piechoty, wozów bojowych, czołgów. W tym samym czasie mniejsze, czterowirnikowce – zmodyfikowane tak, by przenosić na przykład 750-gramowe ładunki termobaryczne – polowały na rozproszone grupki żołnierzy wroga i ich stanowiska. Oba typy maszyn powstały na użytek cywilny, ale wojsko zaadaptowało je na własne potrzeby. Druga strona zrobiła to samo, obie w skali, która uczyniła małe bezpilotowce jedną z podstawowych broni tej wojny. Do jakich wniosków przywodzi nas dronowa odsłona rosyjsko-ukraińskiego konfliktu? O tym rozmawiam z ekspert ds. bezpieczeństwa, dr Michałem Piekarskim z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Marcin Ogdowski: Większość filmów ujawnianych przez obie strony konfliktu w Ukrainie dotyczy dronów. Można odnieść wrażenie, że to najważniejszy system uzbrojenia.

Michał Piekarski: Pamiętajmy, że to przede wszystkim materiał propagandowy, a więc odpowiednio wyselekcjonowany – nie pokazuje się, co oczywiste, porażek. Ale rzeczywiście, powszechność małych bezzałogowych statków powietrznych w Ukrainie oraz nierzadko spektakularne przykłady z ich użycia, sprzyjają myśleniu o rewolucyjnej zmianie na polu walki, która sprawi, że tradycyjne rodzaje uzbrojenia staną się przestarzałe. Zapewne każdy, kto bardziej interesuje się kwestiami militarnymi, zetknął się ze stwierdzeniem typu: „tani dron niszczy drogi czołg”…

– … „a więc czołgi nie są już potrzebne”; o tak, wielokrotnie to czytałem. Odpowiadam zwykle, że pocisk przeciwpancerny również kosztuje dużo mniej niż jego cel. W relacji nakład-zysk nie mamy tu rewolucji. Ale czy tak liczne zastosowanie dronów nie jest przełomem?

– To żadna rewolucyjna zmiana. Małe drony (kategorii I, trzymając się klasyfikacji NATO), były obecne na polach bitew przed 2022 rokiem, zarówno jako urządzenia wojskowe produkowane seryjnie, jak i aparaty cywilne, zaadaptowane nieraz w sposób prosty czy wręcz prymitywny. Tych ostatnich używano w ciągu ostatniej dekady choćby w konflikcie w Syrii i Iraku. Stamtąd pochodzą pierwsze efektowne nagrania, gdy pod taniego DJI Phantoma podwieszano ładunki wybuchowe.

– Właśnie, taniego – dla bojówek szukających „bieda-broni” to wielka zaleta. A co z zawodowymi armiami?

– One również dostrzegały potencjał małych bezzałogowców. Przypomnę, że pomysł, aby do drużyny piechoty morskiej USA włączyć operatora drona, pojawił się na przełomie 2018 i 2019 roku. To oznaczało że dron stałby się częścią zwykłego wyposażenia żołnierzy, jak karabin, granatnik czy lornetka.

– Wtedy jednak skupiano się na używaniu bezpilotowców do celów rozpoznawczych.

– Owszem. A w konflikcie w Ukrainie drony na najniższym szczeblu używane są także jako środek ogniowy, substytut przeciwpancernych pocisków kierowanych i granatów moździerzowych. Prawdopodobnie gdyby ukraińska armia była tak wyposażona i zaopatrywana jak amerykańska, drony odgrywałyby inną rolę. Bo wówczas klasyczne nowoczesne uzbrojenie i wsparcie artylerii byłyby łatwo dostępne.

– Tu nie tylko o niedostatek przyzwoitych i drogich armat chodzi. Sama amunicja artyleryjska potrafi kosztować. Zwykły pocisk to wydatek rzędu 2-3 tys. dolarów, precyzyjny może być 50 razy droższy. Tyle pieniędzy wystarczy na cały rój dronów…

– Ten konflikt toczy się w specyficznym kontekście. Niedostatków nowoczesnego uzbrojenia oraz ograniczonej wydajności zaplecza przemysłowego. Rosyjska gospodarka objęta została sankcjami, a drony FPV to przecież wręcz zabawki, łatwo więc je importować w całości i w podzespołach. Ukraina z kolei utraciła część swojego przemysłu, dostawy z Zachodu nie zawsze są wystarczające. W takich okolicznościach powstała nisza ekonomiczna dla względnie prostych konstrukcji bojowych, budowanych przy użyciu komercyjnych podzespołów. Należy przy tym zauważyć, że obserwowane rozwiązania często są wybitnie doraźne i podlegają szybkiej ewolucji.

– Analogicznie jak z „dużym” lotnictwem podczas I wojny światowej.

– Otóż to. Mieliśmy wówczas wiele prób i eksperymentów, zarówno z samymi aparatami latającymi, jak i ich zastosowaniem. W 1914 roku samoloty miały status nowinki, nie było jasne, do czego poza rozpoznaniem można ich użyć. Powstawało lotnictwo myśliwskie, bombowe, morskie. I cały czas eksperymentowano – na przykład trójpłatowe myśliwce czy sterowce w roli bombowców strategicznych okazały się rozwiązaniami przejściowymi. Nie sprawdziły się. A przy tym wszystkim mieliśmy do czynienia z przejściem od manufaktur do masowej, przemysłowej produkcji; niektóre typu samolotów wytwarzano w tysiącach egzemplarzy. Co ważne, po wojnie lotnictwo dalej ewoluowało, na skutek postępu technicznego, rozwoju myśli wojskowej i pojawienia się coraz to nowych środków przeciwdziałania.

– Wymyślono miecz, powstały tarcze…

– Truizm, a zarazem istotna wskazówka odnośnie przyszłego losu małych dronów, także w naszych siłach zbrojnych. Nie ma sensu rozważać bezpośredniej adaptacji tego, co widzimy w Ukrainie. Bo za kilka miesięcy możemy mieć do czynienia z archaicznym rozwiązaniem.

– Największym wrogiem małych dronów są systemy walki radioelektronicznej (WRE). Rosjanie mają w tym zakresie przewagę nad Ukraińcami, „na dziś” mieliby ją również nad nami.

– Ale za sprawą uwikłania się Rosji w wojnę w Ukrainie mamy czas na przygotowanie się do ewentualnego konfliktu.

Jak? O tym w dalszej części wywiadu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – znajdziecie go pod tym linkiem.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Irinie Wolańskiej, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi i Monice Rani. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Remiemu Schleicherowi, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Tomaszowi Biniszkiewiczowi, Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu i Tadeuszowi Popardowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Komercyjny „dronik” ze śmiercionośną „przesyłką”/fot. własne

Cele

Już od kilku miesięcy medialną przestrzeń co rusz wypełniają ponure przepowiednie dotyczące przyszłości Europy. Ich wysyp ma bezpośredni związek z sytuacją na froncie rosyjsko-ukraińskiej wojny. Im bardziej oczywiste stawało się, że nie będzie szybkich rozstrzygnięć i błyskotliwego ukraińskiego zwycięstwa, tym więcej pojawiało się czarnowidztwa. Prawdziwa erupcja proroctw nastąpiła wraz z końcem nieudanej ukraińskiej kontrofensywy i przejęciem inicjatywy operacyjnej przez rosjan.

– rosja nie zamierza zatrzymać się na Ukrainie. Jej ambicje sięgają daleko poza granice tego kraju – ostrzegał jeszcze w maju br. przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO adm. Rob Bauer.

Krok dalej – wskazując konkretne ofiary agresji – poszedł na początku października ukraiński prezydent.

– Do 2028 r. Kreml będzie w stanie odbudować zniszczony przez nas potencjał militarny, a rosja zyska wystarczającą siłę, aby zaatakować kraje bałtyckie – mówił Wołodymyr Zełenski podczas posiedzenia Europejskiej Wspólnoty Politycznej w hiszpańskiej Grenadzie. Gdy padały te słowa, ukraińska armia zaczynała piąty miesiąc „bicia głową w mur” na Zaporożu. Z Waszyngtonu zaś płynęły coraz bardziej niepokojące wieści dotyczące ograniczenia wojskowego wsparcia dla Kijowa. Taki klimat sprzyjał obawom, że Ukraina zmuszona będzie ułożyć się z rosją, de facto odraczając tylko konflikt na kilka lat. I właśnie przed skutkami takiego „zamrożenia wojny” przestrzegał Zełenski.

Że coś na rzeczy jest – że rosjanie, mimo niepowodzeń w Ukrainie, nadal planują agresywne działania wobec innych sąsiadów – przekonywał kilka dni później amerykański Instytut Studiów nad Wojną (ISW). Jego analitycy zwracali uwagę na zmiany organizacyjne w rosyjskich siłach zbrojnych – powołanie nowego okręgu wojskowego i nowych jednostek. ISW nie silił się na przewidywania, kiedy owa restrukturyzacja pozwoli na przystąpienie do kolejnej wojny. To zadanie wykonał w połowie listopada inny think-tank – Niemiecka Rada Stosunków Zagranicznych. W jej ocenie, ewentualne zamrożenie konfliktu w Ukrainie może skutkować przyszłym atakiem rosji na NATO, a putin potrzebuje na przygotowanie sił sześciu lat.

Jeszcze krótszą perspektywę czasową nakreślił kilka dni temu mjr Michał Fiszer – popularny analityk militarny – w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Jego zdaniem, rosja już w 2026 r. – po pokonaniu Ukrainy – ruszy na Polskę, a później dalej, na inne kraje NATO. Wojna przeniesie się na zachód kontynentu – wieszczył ekspert. Chyba że już dziś weźmiemy się na poważnie za budowanie własnych potencjałów i, przede wszystkim, za pomoc Ukrainie.

I właśnie o to w tym wszystkim chodzi – o wskazanie ostatecznej alternatywy, przed jaką znaleźli się sojusznicy. „Albo pomagamy Ukrainie, albo będzie kiepsko” – ta sugestia, formułowana przez różne podmioty (zapewne z różnych pobudek), ma działać mobilizująco na zachodnie opinie publiczne, to od nich bowiem zależy, co zrobią politycy.

Jest też w tych głosach apel – często wyrażany wprost – o zredefiniowanie celu, jaki wobec rosji w kontekście Ukrainy mają rządy państw NATO. Pierwotny zamiar – niedopuszczenie do utraty przez Ukrainę niepodległości – został zrealizowany. Tylko co z tego, skoro nadal zagrożona jest ukraińska integralność terytorialna, bo federacja pozostaje niedostatecznie poturbowana, ba, przyzwyczaja się do funkcjonowania w warunkach niedoborów wynikłych z sankcji i politycznego ostracyzmu. Trzeba więc postępować odwrotnie, niż sugerują społeczne nastroje i stan budżetów – zintensyfikować a nie ścinać pomoc dla Kijowa. Inaczej rosja nigdy nie będzie na tyle słaba, by nie stanowić zagrożenia dla sąsiadów.

—–

Zrozumienie, że chodzi o postraszenie, retoryczny zabieg dla podtrzymania mobilizacji, nie znosi jednak dysonansu, z jakim mamy do czynienia w odniesieniu do potencjału militarnego rosji. Bo czy armia, która od 19 miesięcy nie potrafi poradzić sobie z podbojem Ukrainy, rzeczywiście może stanowić zagrożenie dla największego sojuszu militarnego na świecie?

Przewagi ilościowe i jakościowe w zakresie sił morskich i powietrznych są po stronie NATO miażdżące. A o ile rosyjska marynarka i lotnictwo angażują się w ukraiński konflikt w ograniczony sposób – można więc przyjąć, że zachowały istotne zdolności – o tyle wojska lądowe są w tej wojnie „po całości”. I to one przyjęły demolujące ciosy, z powodu których zatracono efekty trwającej ponad dekadę modernizacji. 350 tys. zabitych i rannych, 20 tys. sztuk utraconego sprzętu ciężkiego najlepszej (co wcale nie oznacza że nieproblematycznej) jakości – tak wygląda dotychczasowy bilans „trzydniowej operacji specjalnej”. A przecież Ukraina nadal walczy, rosjanie wciąż ponoszą poważne straty. Ludzi im jak na razie nie brakuje, ale na front trafia coraz starszy sprzęt, a o amunicję trzeba prosić Koreę Północną i Iran.

Tymczasem to właśnie wojska lądowe miałyby do odegrania kluczową rolę w ewentualnych próbach zajęcia państw nadbałtyckich czy Polski. A rosja nie tyle musi je odbudować – co czyni na bieżąco i bez efektów w postaci spektakularnych sukcesów w Ukrainie – co zbudować na nowo, tak, by jakościowo były znacząco lepsze niż 24 lutego 2022 r., lepsze niż obecnie.

Czym więc jest rosyjska doktryna wojenna, literalnie nastawiona na konfrontację z NATO? Czym wypowiedzi polityków z Moskwy, co rusz odgrażających się kolejnym państwom (i stolicom) Sojuszu? Czym zabiegi kremlowskiej propagandy, kreujące wizerunek „rodiny” już zmagającej się z Zachodem, dziś w Ukrainie, lada moment zaś na równinach znienawidzonej Europy? Rojeniami?

Tego dowiecie się z dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto link. Po lekturze zapraszam ponownie na blog wszak…

…otwartym pozostaje pytanie, jak realistyczne – w ocenie samych rosjan – są to plany. Czy towarzyszy im obawa, że wspomniany zwierz wcale nie musi być chory, a jedynie toczą go lenistwo i wygodnictwo? I że zirytowany zaczepkami, ba, przestraszony, zrobi użytek ze swych kłów i pazurów? Ja na przykład właśnie tak postrzegam kondycję Zachodu i śmieszą mnie opinie o jego „umieraniu”/„kończeniu się”.

Warto też zwrócić uwagę, że gospodarcze uzależnienie od Chin – konieczne w obliczu zachodnich sankcji i „na dziś” dające rosji płytki oddech – oznacza ograniczenie decyzyjności Moskwy na rzecz Pekinu. Co w kontekście ambitnych planów podboju ma znaczenie kluczowe. Chińczycy mogą Zachodu nie lubić, ale ich głównym przeciwnikiem pozostają Stany Zjednoczone. Europa zaś to sześciusetmilionowy przebogaty rynek (w 2021 r. chiński eksport tylko do krajów Unii Europejskiej wart był niemal 500 mld dol.). Czy ów rynek zachowałby swą atrakcyjność i chłonność w realiach ruskiego miru? Wolne żarty. No więc ciekawe, czy na Kremlu mają świadomość, że nawet jeśli dla rosyjskiej armii otworzyłoby się „okienko startowe”, z Pekinu mogą usłyszeć zdecydowane „nie!”.

Czego by nam (pro)rosyjska propaganda nie powiedziała, podmiotowość i sprawczość wcale nie są atutami Moskwy. Przyszłość rosji – jej wojskowe sukcesy i porażki – bardziej zależy od tego, jak zachowają się inni.

—–

350 tys. zabitych i rannych, 20 tys. sztuk utraconego sprzętu ciężkiego najlepszej (co wcale nie oznacza że nieproblematycznej) jakości – tak wygląda dotychczasowy bilans „trzydniowej operacji specjalnej”. Nz. wraki rosyjskich wozów w okolicach Izjumu/fot. własne

Źródełka

W alarmistycznym tonie wypowiada się ostatnio indyjska prasa. Chodzi o jeden z podstawowych typów samolotów, używany przez tamtejsze lotnictwo (IAF) – Su-30MKI. Okazuje się, że dziś tylko 60 proc. floty Suchojów zdolna jest do przeprowadzenia misji bojowych. Indie mają tych maszyn około 270, zatem uziemionych pozostaje ponad setka. A będzie gorzej – Indusi spodziewają się niebawem spadku dostępności floty poniżej 50 proc. Dowództwo sił powietrznych przeprowadza właśnie generalny przegląd części zamiennych i materiałów eksploatacyjnych do Su-30MKI. Dysponuje się nimi w trybie zarządzania kryzysowego. Jak na razie – zapewnia dowództwo – sytuacja nie osiągnęła poziomu „ekstremalnych komplikacji”, lecz wysoce prawdopodobne jest, że skróceniu ulegną naloty maszyn, a część uziemionych egzemplarzy zostanie przeznaczona do kanibalizacji. Sytuacja wyklaruje się w ciągu najbliższych tygodni, przewidują Indusi, złorzeczący, że Rosja nie jest w stanie wywiązywać się z wieloletniej umowy na dostawy części zamiennych i świadczenie pomocy technicznej. Winna jest rzecz jasna wojna z Ukrainą i jej skutki – sankcje, które zatrzymały produkcję w rosyjskich fabrykach oraz konieczność wetowania strat przez Rosję zapasami wcześniej przeznaczonymi na eksport.

„Rosyjskie narzędzia wojenne są tanie, dopóki nie są potrzebne”, zauważa jeden z indyjskich komentatorów. Nic dodać, nic ująć.

Tymczasem dowództwo IAF ma nadzieję, że wojna niebawem się skończy, zakładając przy tym, że wszystko wróci do normy. Czytaj: Zachód zniesie sankcje.

Rosja (i Chiny) to głowni dostawcy uzbrojenia dla biednych i mniej zamożnych krajów. Zwykle jest to sprzęt gorszej jakości, choć oba przemysły są w stanie produkować uzbrojenie względnie wysokiej klasy. Chinom nic złego w kontekście wojny na wschodzie się nie dzieje. W ich przypadku należy spodziewać się dalszego pościgu za zachodnią jakością i skutecznością systemów bojowych. A Rosji? Jeśli Zachód wytrwa w sankcjach, Rosja nie będzie w stanie sprzedać niczego. Bo niczego nie wyprodukuje. Ich najlepsze uzbrojenie – teraz widać to wyraźnie – bazuje na zachodniej elektronice. A dostępu do niej już nie ma. Własna elektronika to 2-3 generacje wstecz, czego Rosjanie nie potrafią przeskoczyć.

Kasa na ów przeskok nawet była, ale – posłużę się słowami przedstawiciela branży lotniczej z dobrymi kontaktami na wschodzie – „pod przykryciem restrukturyzacji przemysłu wojskowego, ujednoliceń i tworzenia holdingów, Wiertoliety Rossiji, OAK, ODK, OSK (nazwy firm – dop. MO) wprowadziły masowo technologie stealth. Ogromne ilości pieniędzy zniknęły bez śladu i żadnego widocznego efektu”.

Taki to stealth w rosyjskim wydaniu – sprzęt jest niewidzialny, bo go nie ma.

Ale mniejsza o „wsad” – skorupy samolotów, czołgów czy okrętów buduje się przy użyciu wysokiej klasy maszyn. A tych, własnych, u Rosjan jak na lekarstwo. 90 proc. obrabiarek wykorzystywanych przy produkcji czołgów ma zachodnie papiery. I… już nie działa. Technologiczny regres przemysłu – poza kłopotami z odbudową zdolności bojowej własnej armii – oznacza także katastrofę w wymiarze ekonomicznym. Eksport uzbrojenia był dotąd, obok kopalin, jednym z najważniejszych źródeł wpływów budżetowych.

Źródełko schnie, kasa topnieje – jak wylicza amerykański „Newsweek”, Moskwa wydaje na wojnę z Ukrainą 900 mln dol. dziennie. Mniej więcej tyle wpływa do kremlowskiego skarbca z handlu ropą, gazem i węglem, ale po pierwsze, tych pieniędzy za chwilę będzie znacznie mniej; po drugie, państwo to coś więcej niż armia. Nawet rosyjska armia to coś więcej niż siły inwazyjne w Ukrainie. Kołderka krótka, „gęb do wyżywienia” mnóstwo. A dla zachowania spójności systemu trzeba jeszcze zaspokoić żądania/oczekiwania złodziei-oligarchów.

Putin zatem finansuje wojnę z oszczędności. Dać małpie brzytwę, sama się pochlasta…

…ale krzywdy innym też narobi/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Hipersoniki”

Amerykański SR-71 Blackbird (Kos), to maszyna dalekiego zwiadu strategicznego, której produkcję rozpoczęto pod koniec lat 60 ub.w. Ostatnie egzemplarze wycofano z linii w 1999 r. i mimo upływu ponad dwóch dekad, Kos wciąż pozostaje najszybszym samolotem kiedykolwiek wprowadzonym do służby. SR-71 był odpowiedzią na wyzwania zimnej wojny, ale używano go również na innych frontach. W 1986 r. pojedynczy Blackbird wystartował z bazy w Wielkiej Brytanii, by zebrać dane na temat szkód wywołanych amerykańskim nalotem na Trypolis. Droga powrotna znad Libii wiodła przez Francję, której władze odmówiły Amerykanom prawa do przelotu. Kos i tak przeciął wstęgę Sekwany, bez trudu uciekając przed myśliwcami Mirage. Przemieszczał się z prędkością maksymalną 4000 km/h, ponad trzy razy wyższą od prędkości dźwięku (3,3 Ma). Różnica osiągów między nim a francuskimi maszynami wynosiła bagatela 1700 km/h. Tego „ptaszka” nie sposób było dogonić…

SR-71 był zatem nieosiągalny dla ówczesnych systemów obronnych. W potocznym przekonaniu tę samą właściwość ma współczesna broń hipersoniczna – z tą różnicą, że służy bezpośrednio do niszczenia i zabijania. A jest nawet szybsza od Kosa, mówimy bowiem o urządzeniach zdolnych co najmniej pięciokrotnie przekroczyć prędkość dźwięku (5 Ma – ok. 6200 km/h!). W medialnych doniesieniach na temat „hipersoników” wybija się opinia, wedle której Stany Zjednoczone ustępują Rosji i Chinom w tym obszarze wyścigu zbrojeń. Tę narrację wspiera zwłaszcza rosyjska propaganda, ale swoje dokładają też Amerykanie. „USA, skupiając się na operacjach w Iraku i Afganistanie, nie przykładały należytej uwagi do rozwoju hipersonicznych systemów uzbrojenia”, przyznał niedawno w wywiadzie dla Reutera amerykański sekretarz ds. sił powietrznych, Frank Kendall. Urzędnik wyraził nadzieję, że „znajdą się środki na rzecz nowoczesnych systemów uzbrojenia, w tym na programy hipersoniczne”. Z ujawnionych w listopadzie zeszłego roku wyliczeń Departamentu Obrony wynika, że koszty dokończenia rozwoju i wdrożenia „hipersoników” – tylko dla armii i marynarki – obliczono na 28,5 mld dol.

Wysoki pułap, duża prędkość

Dzięki tej informacji wiemy, że broń hipersoniczna jest droga, ale czy rzeczywiście niezawodna i zmieniająca reguły gry? Nim odpowiemy na to pytanie, uściślijmy, z jakim rodzajem technologii mamy do czynienia. „Hipersoniki” dzielą się na dwa typy, z których pierwszy wprost wywodzi się z tradycyjnych, naddźwiękowych pocisków manewrujących. Mowa o operujących w dolnych warstwach atmosfery, kierowanych pociskach, napędzanych przez większą część lotu silnikami strumieniowymi. Uzbrojenie to przenoszone jest przez samoloty, okręty podwodne i nawodne. Przykład? Rosyjska rakieta morska Cyrkon, pędząca do celu z prędkością nie mniejszą niż 4-6 Ma. W październiku ub.r. Rosjanie przeprowadzili test pocisku na Morzu Białym. Wystrzelona z pokładu korwety Admirał Groszkow rakieta trafiła w obiekt oddalony o 450 km. Cyrkon potrzebował 4,5 min. lotu, co znaczy, że przemieszczał się ze średnią prędkością niemal 6000 km/h (momentami dochodziła ona do 8 Ma!). Maksymalny pułap, jaki wówczas zarejestrowano, to 28 km. Kolejne Cyrkony – tym razem całą salwę – odpalono 24 grudnia 2021 r. Ponieważ pocisk przeszedł również z powodzeniem próbę wystrzelenia z okrętu podwodnego, proces certyfikacji uznano za zakończony. Cyrkony wejdą do uzbrojenia rosyjskiej floty jeszcze w tym roku.

Odrębną kategorię stanowią hipersoniczne pojazdy szybujące (ang. Hypersonic Glide Vehicles HGV) o płaskiej trajektorii lotu i wysokich zdolnościach manewrowych. Do tej kategorii należy dla przykładu rosyjski Awangard. Jego głowica HGV rozpędzana jest przez rakietę strategiczną SS-19. Po wypaleniu rakiety i uwolnieniu, głowica szybko zanurza się w atmosferze i rozpoczyna szybowanie na pułapie ok. 60-40 km z prędkością dochodzącą do 20 Ma (!). Hamuje i zmienia kąt na bardziej stromy dopiero w końcowej fazie lotu. Wcześniej schodzi płasko i może manewrować we wszystkich trzech płaszczyznach. To właśnie dlatego „hipersoniki” tak trudno zestrzelić – ich prędkość zmniejsza czas na efektywną reakcję, a zatarcie krzywej balistycznej (toru, po którym leciałby pocisk pozbawiony napędu) wprowadza do obliczeń istotny czynnik nieprzewidywalności. Tymczasem skuteczność systemów przeciwlotniczych opiera się w dużej mierze na możliwości „przewidzenia” (wyliczenia) trasy nadlatujących pocisków – tak, by wysłane w odpowiedzi antyrakiety stworzyły skuteczną barierę kinetyczną, a nie zostały wystrzelone „na wiwat”. Rosyjscy wojskowi chwalą się, że do unieszkodliwienia jednego Awangarda, Amerykanie potrzebowaliby aż 50 pocisków antyrakietowych.

Mocą w celność i precyzję

Rosjanie sami zatem przyznają, że ich HGV nie jest niezniszczalny. – Manewrowość to świetna cecha, ale zwróćmy uwagę, że każdy manewr oznacza wytracanie prędkości – dodaje Marcin Niedbała, analityk wojskowy, specjalizujący się w technologiach (anty)rakietowych. – A tych manewrów może być całkiem sporo, bo broń hipersoniczna jest trudniej wykrywalna, ale nie niewidzialna. Twierdzenia, że obecne systemy przeciwrakietowe, takie jak amerykański Patriot PAC-3, THAAD lub rosyjskie S-300W4 są wobec niej bezradne, można włożyć między bajki. Po prostu, wydajność pojedynczej baterii takich systemów, liczona jako powierzchnia chronionego obszaru, ulegnie w razie ataku zmniejszeniu, bo konieczne okaże się wystrzelenie większej liczby antyrakiet, gdy głowica HGV znajdzie się bliżej bronionego obiektu. Nie podejmę się dokładnych wyliczeń, ale z pewnością nie będzie to skokowy spadek skuteczności, tym bardziej, że HGV przed uderzeniem hamuje na tyle, że jest wolniejsza od większości głowic klasycznych pocisków balistycznych. No i nie zapominajmy o możliwości niszczenia nosicieli, na przykład jednostek morskich w przypadku Cyrkona. Optymalnym środkiem obronnym przeciwko HGV wydają się być systemy antyrakietowe, które mogą pracować zarówno w atmosferze (endoatmosfercznie), jak i poza nią (egzoatmosferycznie). Takim systemem jest amerykański THAAD, który ciągle podlega modernizacjom i być może doczeka się wersji o zwiększonym zasięgu (THAAD-ER), podobnymi możliwościami ma też dysponować najnowszy rosyjski kompleks przeciwrakietowy S-500.

Awangardy, z uwagi na moc zastosowanej w nich głowicy jądrowej, należą do broni strategicznej. W tym zresztą zawiera się różnica między technologią hipersoniczną opracowywaną w Rosji i Chinach, a jej amerykańskim odpowiednikiem. W Stanach Zjednoczonych skupiono się na idei przenoszenia głowic konwencjonalnych, czyli na uzbrojeniu taktycznym. Adwersarze nawet na tym poziomie wybrali ładunki jądrowe – czego przykładem może być rosyjska rakieta Kindżał. Wynika to nie tyle z potrzeby posiadania środków o dużej sile rażenia – obu mocarstwom ich nie brakuje – ile z chęci przygotowania się na dalszy rozwój systemów przeciwrakietowych. Awangardy w przyszłości mogą skuteczniej przebijać się przez amerykańską tarczę, ale obecnie ten sam efekt dałoby użycie tradycyjnych rakiet balistycznych, przenoszących po kilka-kilkanaście głowic wraz z odpowiednimi systemami pozoracji i wabikami. Byłoby ich więcej, a i tak wyszłoby taniej – podnosi kwestię ekonomicznej efektywności Marcin Niedbała. A to nie wszystko.

Kolejni uczestnicy wyścigu

– Na pierwszy rzut oka broń hipersoniczna wydaje się czynnikiem zmieniającym światowy ład, kształtowany przez potęgi posiadające broń jądrową i środki do jej przenoszenia – mówi dr Michał Piekarski, politolog z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. – Wizja nagłego ataku na ośrodki dowodzenia czy bazy wojskowe jest atrakcyjna, ale należy pamiętać, że podstawą strategii nuklearnej jest nieuchronność odwetu. Tę nieuchronność zapewniają wielokrotnie zdublowane środki łączności i dowodzenia. Nie bez powodu w USA na bieżąco aktualizowane są plany kontynuacji rządu w razie śmierci prezydenta, na przykład w zaskakującym ataku rakietowym. Broń hipersoniczna może zniszczyć silosy z rakietami, lotniska z samolotami-nosicielami bomb atomowych, ale nie zneutralizuje okrętów podwodnych z pociskami balistycznymi – a to one są dla mocarstw ostatecznym środkiem odstraszania.

– Na potrzeby doktryny MAD (ang. Mutual Assured Destruction – wzajemnego zagwarantowanego zniszczenia) w zupełności wystarczające są obecne arsenały pocisków balistycznych z zaawansowanymi głowicami. Dodanie do nich strategicznej, atomowej broni hipersonicznej nie zmieni rachunku sił. Na poziomie taktycznym ten rodzaj uzbrojenia uzupełni i tak już bogate potencjały mocarstw, żadnemu nie dając istotnej przewagi, która zmieniłaby geopolityczne uwarunkowania. Co innego na niższym, regionalnym czy lokalnym poziomie. Wejście w posiadanie technologii hipersonicznych poprawi zdolności militarne takich państw jak Korea Północna czy Iran. Zwiększy ich możliwości skutecznego i nieoczekiwanego ataku na większą liczbę celów – twierdzi Marcin Niedbała. Jego zdaniem, Iran ma już zaczątki takiej technologii. Jeśli idzie o Koreę Północną – ta już we wrześniu ub.r. dokonała pierwszej próby z rakietą, która z dużym prawdopodobieństwem była pociskiem hipersonicznym z głowicą HGV. Kolejne dwa testy przeprowadzono w styczniu br. i jeśli wierzyć północnokoreańskiej agencji prasowej KCNA, oba zakończyły się pomyślnie. Coś na rzeczy być musi, bo w hipersoniczny wyścig zbrojeń – obok Indii, Francji i Australii – zaangażowani się też sąsiedzi „szalonego Kima” – Korea Południowa i Japonia.

Nz. Projekt koncepcyjny pojazdu hipersonicznego/fot. Lockheed Martin

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 7/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to