Pomoc

Samoloty pojawiły się znienacka, w towarzystwie potężnego huku. Leciały w parze, na bardzo niskiej wysokości – aparat zniekształcił perspektywę, na zdjęciu jedna z uchwyconych maszyn wydaje się maleńkim, odległym punktem. Ale w rzeczywistości śmignęły na tyle blisko, że bez trudu rozpoznałem sylwetki szturmowików i dostrzegłem ich charakterystyczny „cyfrowy” kamuflaż.

Zoja – moja rozmówczyni – patrzyła w niebo z niepokojem. Co prawda jej dom poważnie uszkodził rosyjski pocisk artyleryjski, ale pobliską szkołę rozbebeszyły lotnicze bomby. I to bomby odpowiadały za dużą część zniszczeń w Posad-Pokrowskie – w wiosce, w pobliżu której przez wiele tygodni przebiegała linia frontu.

– To wasze – stwierdziłem na głos, robiąc jednocześnie zdjęcia. – Su-25 – dodałem.

Odrzutowce pomknęły w stronę Chersonia.

– Z Polski? – spytała mnie Zoja, nieco starsza ode mnie kobieta, którą chwilę wcześniej zastałem na porządkowaniu zdemolowanej posesji. W pierwszej chwili nie zrozumiałem pytania; byliśmy już po słowie, Ukrainka wiedziała, że jestem Polakiem. Wnet mnie olśniło.

– Samoloty? – chciałem się upewnić.

– No tak, czy to te z Polski? – usłyszałem.

Byłem zaskoczony. Po prawdzie, nie spodziewałem się u „zwykłych ludzi” takiego rozeznania w temacie pomocy wojskowej. A jednak Zoja dobrze wiedziała, że polskie władze zdecydowały o przekazaniu samolotów bojowych Ukrainie. Nie Suchojów, a MiG-ów 29, ale nieznajomość typu to w tym kontekście nic nieznaczący szczegół.

– Nie, nie – zaprzeczyłem. – My wam dajemy inne. Takich jak te – wskazałem ręką kierunek, w którym odleciały szturmowce – nasze wojsko nigdy nie miało.

Kobieta kiwnęła głową.

– Mój boże – westchnęła. – Dobrze, że nam tak pomagacie – stwierdziła i… objęła mnie mocno. Niby nic, a mało się nie popłakałem ze wzruszenia.

Zoja na terenie własnej posesji. W tle zbombardowana szkoła/fot. Marcin Ogdowski

—–

W okolicach Chersonia regularnie znika zasięg ukraińskich sieci komórkowych. Telefony „przejmują” rosyjscy nadawcy, a na wyświetlaczach pojawia się informacja o roamingu. To samo tyczy się stacji radiowych – im bliżej Dniepru, za którym rozciąga się nadal okupowane terytorium Ukrainy, tym łatwiej wyłapać rosyjskie rozgłośnie.

– Czekaj, posłuchamy, co powiedzą – Lesia, wolontariuszka z Odessy, zwróciła się do Julii, która prowadziła nasze auto. Wcześniej, przez prawie trzy godziny, słuchaliśmy radia Bayraktar („muzyki ukraińskiego zwycięstwa”, jak reklamuje się rozgłośnia). Ale w głośnikach zaczęło trzeszczeć, trzeba więc było poszukać czegoś innego.

Trafiliśmy na wiadomości, czytane po rosyjsku śmiertelnie poważnym tonem. Najpierw mówiła spikerka, potem jakiś korespondent, a ostatecznie puszczono fragment przemówienia Dmitrija Miedwiediewa, poświęcony – jak zdołałem się zorientować – systemowi motywacyjnemu dla pracowników rosyjskiej zbrojeniówki.

– Zrzygam się… – zapowiedziała Julia. – Nie mogę tego słuchać – stwierdziła i skorzystała z prerogatyw kierowcy. Radio zamilkło.

– Słyszałeś Marcin? – upewniała się Lesia. – Co mówili o polskim krabiku…

Przytaknąłem, śmiejąc się szeroko. Nim wybrzmiał głos Miedwiediewa, korespondent donosił o zniszczeniu „na południowym odcinku specjalnej operacji wojskowej polskiej samobieżnej armato-haubicy Krab”.

– Kłamią – dla Lesi było to oczywiste.

„Pewnie tak”, uznałem, wszak rosjanie, jak w filmie z gatunku „zabili go i uciekł”, „zniszczyli” lub „uszkodzili” wszystkie przekazane Ukrainie Kraby – i to tak ze dwa-trzy razy. Szybko jednak spoważniałem – udało się ruskim czy nie, fakt, że mówili o tym w wiadomościach był znamienny. „Druga armia świata” chwaliła się zniszczeniem pojedynczej haubicy – oto sukces na miarę rosyjskich możliwości. Ale i dowód, jak bardzo kremlowskiej propagandzie zależy na podkreślaniu polskiego udziału w tej wojnie. „Zaleźliśmy ruskim za skórę”, skwitowałem w myślach tę sytuację.

Jedna z przekazanych Ukrainie haubico-armat Goździk – tę rzeczywiście udało się rosjanom zniszczyć/fot. Marcin Ogdowski

—–

Dawno nie czułem się tak dobrze ze swoją polskością, jak przez ostatnich kilka dni w Ukrainie. Zewsząd słyszałem opowieści o córkach i wnuczętach, które znalazły w Polsce schronienie. Niemal każdy z moich rozmówców ma lub miał u nas kogoś bliskiego. Chciałem czy nie, stałem się obiektem, wobec którego wyrażano wdzięczność za ten zbiorowy wysiłek. O co było tym łatwiej, że pojechałem na chersońszczyznę dokumentować wysiłki podejmowane przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (przy współpracy z ukraińską Fundacją Wieża). Brałem zatem udział w dystrybucji żywności i chemii gospodarczej, dotarłem do przyfrontowych wiosek – omijanych przez inne organizacje – gdzie PCPM finansuje odbudowę infrastruktury energetycznej. W takich okolicznościach utożsamiony z pomocą, stałem się adresatem następującego pytania:

– Dlaczego nam tak pomagacie? – jeden z dzielnych ludzi, elektryków, którym zdarza się pracować mimo rosyjskiego ostrzału, nie był podejrzliwy, a zwyczajnie ciekawy.

Co miałem powiedzieć? Wzruszyłem ramionami, bo dla mnie to oczywista powinność, gdy wróg sąsiada okazuje się barbarzyńcą. Gdy grozi i nam, gdy próbuje podważyć sojusze, na których opiera się nasze bezpieczeństwo. A jego ewentualne zwycięstwo i podejście do naszych granic uczyniłoby mój kraj strefą ekonomicznego ryzyka, zbyt dużego dla wielu obcych kapitałów.

– Bo to też nasza wojna – odparłem i wyliczyłem argumenty.

– Moskale was za tę pomoc nienawidzą…

– Więc tym bardziej musimy Was wspierać.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Przelatujący nad Posad-Pokrowskie ukraiński Su-25. A właściwie próba jego uchwycenia przy pomocy aparatu…/fot. Marcin Ogdowski

Karma

Jak tu nie wierzyć w karmę? Rano rosyjscy bandyci wysłali na Kijów samobójcze drony. Większość strącono, część trafiła w budynki mieszkalne. Zginęły cztery osoby, 19 odniosło rany. Mija kilkanaście godzin i w inny budynek mieszkalny, tym razem w rosji, trafia samolot wojskowy, nad którym załoga utraciła kontrolę. Pożar, potężne zniszczenia – słowem, jakby kontynuacja tragedii z poranka. Tyle że tym razem nie cierpią Ukraińcy, choć sprawcy to znów rosyjscy wojskowi.

Pożar wieżowca w Jejsku wygląda spektakularnie. A samo zdarzenie jest właśnie szeroko komentowane w Ukrainie (w Polsce zresztą też). Dominuje kpiąco-drwiący motyw – naśmiewanie się z pilotów Su-34, którzy ratując własne tyłki, pozbawili życia co najmniej dziesięciu współrodaków. Obok „podziękowań” pojawia się miażdżące zestawienie. „Nasi robią wszystko, by nie narażać życia cywilów, ruscy mają je gdzieś” – brzmi jedno z najpopularniejszych stwierdzeń. Dla jego potwierdzenia przywołuje się przykład sprzed kilku dni, gdy pilot ukraińskiego MiG-a-29 katapultował się z uszkodzonej maszyny dopiero wtedy, gdy nie było ryzyka, że wrak spadnie na obiekty cywilne (w Winnicy).

Rosyjskie wojsko to organizacja przestępcza – nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Lecz byłbym daleki od uogólnień, bo przestępczy charakter armii wcale nie znaczy, że każdy członek jej personelu to zdeklarowany zbir. Tak jak w Wehrmachcie w czasie II wojny, taki i we współczesnej armii rosyjskiej służą też po prostu przyzwoici ludzie. Drażni mnie zatem domyślne założenie, że wszyscy są „be”, co w tym konkretnym przypadku przekłada się na stwierdzenie, że piloci mieli w dupie los cywilów. Może mieli, może nie – załączone zdjęcie pokazuje, że załoga katapultowała się w ostatniej chwili, tuż przed uderzeniem niesprawnej maszyny w budynek. Bałbym się autorytarnie stwierdzić, że nie próbowali wyprowadzić suchoja znad terenów mieszkalnych.

Oczywiście, Ukraińcy kierują się inną logiką – oni są na wojnie z rosją, rosjanami, rosyjskością. My poniekąd też (ja osobiście nawet bardzo). Ale naprawdę nie ma potrzeby definiować ruskich jako bardziej złych, niż są.

Warto za to zauważyć, że nawet wedle oficjalnej wersji, dzisiejszy wypadek w Jejsku spowodowany był niesprawnością silnika. Na ujawnionym w sieci filmie widać, że maszyna płonie zanim jeszcze uderzyła w budynek. Wiadomo, że rosjanie mają koszmarny problem z utrzymanie sprawności samolotów. Nie są w stanie remontować zużytych silników, bo niezbędne w tym celu obrabiarki pochodzą z Zachodu i obecnie, z powodu sankcji, nie sposób ich używać (niedziałający soft, brak części zamiennych i serwisu; pisałem o tym w jednym z wcześniejszych postów). W efekcie rosyjskie lotnictwo działa w Ukrainie tak, jak działa – to załogowe niemal nie istnieje. Stąd tak obsesyjny nacisk na misje bezzałogowców-samobójców. One jednak losów tej wojny nie zmienią – jest ich za mało, są niecelne i w miarę nabywanych przez Ukraińców doświadczeń coraz łatwiejsze do strącenia. Analogia z hitlerowskimi V-1 jest tu jak najbardziej na miejscu.

—–

Nz. Moment tuż po uderzeniu suchoja/fot. za: Юрій Бутусов

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pol-Ukraina

Pisze i mówi jeden z drugim, że Ukraina wojnę przegrywa. Można by olać takie opinie, w końcu gros tego szumu pochodzi z mediów epatujących nas tytułami w stylu „szok”, „przecierali oczy ze zdumienia” czy „ona już tak nie wygląda!”. Gdzie nadrzędną wartość ma klikalność, a choćby i na przekór faktom czy logice. Gdzie do rangi esencji rzeczywistości urasta dupa celebrytki, a wszystko inne to jedynie dodatek, „nadbudowa”, jak napisałby dziadek Marks. „Nadbudowa”, która za sprawą wspomnianej dupy też nabiera gównianego kształtu. Dużo, szybko, byle jak. „Portaloza” – choroba współczesnych mediów cyfrowych – nie jest jednak zjawiskiem endemicznym, nie da się w reakcji na nie machnąć ręką i powiedzieć: ee, to tylko takie internetowe pierd…nie. Bo i owszem, pierd…nie, ale o dużej sile rażenia. Płytkie, za to efektowne frazy to dziś główny rezerwuar wiedzy; mało komu chce się szukać pogłębionych analiz, specjalistycznej, popartej rozległym doświadczeniem relacji. A już nie daj boże za to płacić. Mamy więc to, co mamy – realność, w której powierzchowne obserwacje kreują ogląd świata u sporej części odbiorców mediów.

Mam niebywałe szczęście i honor mieć Czytelników, którzy szukają, wątpią. Nic zatem dziwnego, że bombardujecie mnie ostatnio pytaniami, jak to z tym przegrywaniem Ukrainy jest. Dziękuję za zaufanie dla moich kompetencji, choć trzeba Wam wiedzieć, że są i tacy, którzy nazywają mnie „tępym propagandystą”. Gonię gamoni z profilu, ale rąbią mi tyłek gdzie indziej. Pal ich licho i do sedna.

Aby łatwiej zobrazować problem, pozwolę sobie na analogię. Mocno uproszczoną i przez to niedoskonałą; miejcie proszę świadomość tych uwarunkowań. Załóżmy, że to Polska jest dziś Ukrainą. Że przed ośmioma laty utraciła na rzecz Rosji po jednej trzeciej województw podlaskiego i warmińsko-mazurskiego, ze stolicami włącznie. Zamrożony konflikt zmienił się przed trzema miesiącami w pełnoskalową wojnę, w wyniku której Rosjanie wdarli się głębiej. W marcu zajęli Gdańsk, dotarli też pod Warszawę. I pod stolicą otrzymali solidny wpierdziel. Województwo mazowieckie właściwie było już ich, tymczasem na skutek lania cofnęli się daleko na wschód, uwalniając od siebie cały region. Niszcząc przy okazji Legionowo, Wyszków i Ostrów Mazowiecką, w pierwszym z miast urządzając bestialskie mordy, których skala i brutalność zszokowały cały świat. Ale mniejsza o to, skupmy się na sytuacji stricte militarnej.

Marsz na Lublin i próba przejęcia województwa lubelskiego również nie przyniosły pożądanych skutków. Choć jeszcze pod koniec lutego rosyjskie oddziały usiłowały wedrzeć się do centrum Lublina, w połowie maja Polacy pognali ich aż do przejścia granicznego we Włodawie. Obecnie skrawki województwa znajdują się pod rosyjską okupacją, a pod Chełmem trwają dość intensywne walki, ale nadal nie ma potrzeby, by Polacy wycofali się na zachód i oparli linię obrony na Wiśle. Ów manewr – jeśliby go zastosować wzdłuż całej linii królowej polskich rzek – oznaczałby, że Polska oddała dwie piąte terytorium i że jest w bardzo poważnych tarapatach.

Na razie, poza północnym odcinkiem frontu, nie ma potrzeby odwrotu „za rzekę”.

Mimo dojścia do Gdańska, ruskim przez blisko trzy miesiące nie udało się zająć Elbląga. Uparli się nań, bo choć port tam taki-se, to jednak trudno mówić o kontroli pasa wybrzeża, skoro elbląski garnizon miał duże możliwości szkodzenia agresorom na tyłach. Elbląg więc otoczono, w Gdańsku i dalej wzdłuż Wisły, gdzieś tak do Tczewa się okopano. Głębiej (na zachód) i niżej (na południe) byli już i są Polacy.

Mamy więc początek czerwca, za chwilę minie 100 dni od rozpoczęcia inwazji. Putin żąda, by jego wojska jeszcze dziś zajęły całe województwo warmińsko-mazurskie, a do 1 lipca podlaskie. Innymi słowy, rosyjski prezydent daje swoim wojskowym 30 dni na „skompletowanie” brakującej połowy Podlasia. Pierwszy cel jest już na wyciągniecie ręki, niedawno bowiem padł Elbląg, a agresorzy muszą tylko zająć Ełk i okolice. Ełk proszę Państwa, w którym dowództwo naszej armii zgromadziło spore siły nie dla obrony miasta, a dla zaangażowania i wykrwawienia jak największych sił rosyjskich. W Ełku nie ma nic, czego warto by uporczywie bronić, ale Polacy dobrze wiedzą, że dla Putina miasto stało się celem zastępczym i mocno symbolicznym. Bo on MUSI coś zdobyć, coś więcej niż kolejne wioski i kilkutysięczne miasteczka. No więc trwa bitwa na łuku ełckim – jak nazywają miejsce media, zważywszy na specyficzne ułożenie linii obronnych. Oddziały rosyjskie, po zajęciu Grajewa, wychodzą na tyły ełckiego garnizonu, ale o kotle nie ma mowy. Domknięcie obrońców wymagałoby powodzenia natarcia z rejonu Orzysza, które jednak wciąż napotyka na silny polski opór.

Ełk właściwie już nie istnieje – to gruzowisko, które polskie oddziały powoli opuszczają, cały czas w walce, cały czas angażując rosyjskie siły. Absolutnie nieproporcjonalne do skali miasta, wystarczające do szturmowania pięcio-sześciokrotnie większej miejscowości.

I tych sił brakuje Rosjanom na północy. Tymczasem z Gdyni/Wejherowa wychodzi polskie przeciwnatarcie. Jego celem nie jest jeszcze oswobodzenie Gdańska, raczej wyczyszczenie zachodniej części Żuław z rosyjskiej obecności. Dziś trudno przesądzić, jak to się skończy, ale lokalne sukcesy – na przykład odbicie Kowali, Borkowa czy Pruszcza Gdańskiego – zdają się być świetnym prognostykiem. „Od połowy marca do dziś wyzwoliliśmy ponad 500 miejscowości” – mówi prezydent w jednym z codziennych orędzi. Kilka dni temu był w Lublinie, pod nosem orkowego lotnictwa i dalekonośnej artylerii. Dziś znów jest w Warszawie, jak cały polski rząd, parlament i inne organa władzy państwowej.

Do stolicy wciąż przyjeżdżają zagraniczne delegacje, władze Rzeczpospolitej ani na moment nie utraciły podmiotowości. W trzech czwartych kraju toczy się w miarę normalne życie, choć blisko 2,5 mln Polaków uciekło do Niemiec, Czech i Słowacji. Na Szczecin, Poznań, Wrocław, Katowice, Kraków co jakiś czas spadają rakiety, Rosjanie regularnie ostrzeliwują z artylerii Gdynię, Brodnicę, Mławę, Łomżę, Zambrów, czasem udaje im się dosięgnąć Lublin, którego przedmieścia mocno ucierpiały podczas marcowych walk. Próbują atakować pociskami manewrującymi Warszawę (w której podczas niedoszłego oblężenia ucierpiało około 5 proc. zabudowy), lecz miejscowa obrona przeciwlotnicza udaremnia większość uderzeń.

Nadbrzeżne dywizjony rakietowe trzymają w szachu rosyjską flotę bałtycką, linia brzegowa od Helu po Świnoujście nie nadaje się – patrząc z rosyjskiej perspektywy – do desantu. Za dużo tam wojska i przeszkód inżynieryjnych.

W powietrzu wciąż stosunkowo łatwo natknąć się na któryś z polskich F-16 czy na migi i suchoje. Mimo ataków na lotniska dwie trzecie polskich samolotów zdołało wejść do walki, dziś jest ich nawet więcej dzięki dostawom sojuszników. A ruskie latają symbolicznie, bojąc się wyrzutni przeciwlotniczych, których Polacy mają na pęczki. I których nie ubywa, o co także dbają sojusznicy.

Więcej jest też czołgów niż w momencie rozpoczęcia inwazji, bo choć polscy pancerniacy toczyli i toczą ciężkie boje, straty z naddatkiem rekompensuje zdobyczny i wysłany przez zaprzyjaźnione kraje sprzęt. Co tyczy się również artylerii, mającej teraz decydujące znaczenie w bojach w warmińsko-mazurskim i podlaskim. Rosjanie weszli do walki z kilkukrotną przewagą luf i ogromnymi zapasami amunicji. Walą na oślep, wagonami pocisków, zadając Polakom duże straty. Ale sami ponoszą jeszcze większe, rażeni rzadszym, ale precyzyjnym ogniem bardziej „inteligentnych” systemów artyleryjskich (gdzie radar i dron „robią robotę”).

Globalnie rzecz ujmując, Rosję dociskają sankcje gospodarcze, kończą się jej rezerwy możliwego do użycia wojska. Zajecie mniej więcej 20 proc. terytorium Polski kosztowało Kreml jedną trzecią całości sił lądowych, licząc zabitych, rannych, wziętych do niewoli, zaginionych i dezerterów.

Tymczasem Polacy szykują na tyłach ponadstutysięczny odwód wyposażony nawet lepiej niż jednostki, które stanęły do boju w dniu inwazji.

W dniu, w którym Putin ogłaszał, że jego oddziały w ciągu doby wejdą do Warszawy, a po trzech osiągną linię Odry.

Takie to rosyjskie zwyciężanie…

Ps. I ja rozumiem, że dla kogoś z Ełku utrata Ełku to dramat. No ale ludzie, get real

—–

Nz. Efekty „denazyfikacji”…/fot. Marcin Ogdowski

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rocznice

8 listopada 2006 roku do Polski przyleciały pierwsze dwa samoloty myśliwskie F-16, zakupione trzy lata wcześniej w USA. Już nad terytorium Polski parę „efów” szesnastych przywitały trzy MiG-29 z eskadry z Mińska Mazowieckiego. Radzieckie maszyny spotkały się z amerykańskimi, symbolicznie zwiastując nową erę w Polskich Siłach Powietrznych.

Przez następne miesiące do kraju docierały kolejne maszyny – dziś nasze lotnictwo ma ich w sumie 48, rozdzielonych między trzy eskadry. Nazywane „Jastrzębiami”, chronią polskiego nieba, biorą udział w zagranicznych ćwiczeniach (nawet tak odległych jak na Alasce) oraz w operacjach sojuszniczych. Te ostatnie to zarówno cykliczne dyżury w krajach NATO pozbawionych lotnictwa, jak i misje bojowe w ramach koalicji antyterrorystycznej w Iraku.

„Efy” to przysłowiowa pięść polskiego lotnictwa. Nowoczesne, z pełną gamą uzbrojenia (pośród nich znajdują się pociski dalekiego zasięgu Jassm), stanowią realne narzędzie odstraszania…

Zdjęcia pochodzą z albumu pt.: „Sięgając nieba”, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Warbook z okazji 100-lecia Polskich Sił Powietrznych. Ich autorem jest Bartek Bera.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Orlik

Dziś nietypowo – udostępniam łamy komu innemu. Autorem poniższego materiału – a przede wszystkim świetnej galerii – jest Bartek Bera, najlepszy fotograf lotniczy w Polsce.

—–

Polskie F-16 po raz pierwszy dołączą do misji Baltic Air Policing, prowadzonej od 2004 roku przez państwa NATO i mającej na celu zapewnienie bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii.

Kraje bałtyckie korzystają ze wsparcia sojuszników, ponieważ same nie posiadają lotnictwa myśliwskiego. W związku z tym nie mogą wystawić standardowego w Sojuszu dyżuru QRA (ang. Quick Reaction Alert), pozwalającego przechwycić statki powietrzne naruszające przestrzeń powietrzną lub poruszające się w przestrzeni międzynarodowej wbrew zasadom jej użytkowania (chodzi przede wszystkim o maszyny poruszające się nad Morzem Bałtyckim z wyłączonym transponderem, koniecznym do identyfikacji, lub bez złożonego planu lotu).

To już siódmy Orlik

Początkowo natowskie samoloty zabezpieczały misję z lotniska Szawle, znajdującej się w połowie drogi między Wilnem i Kłajpedą. Litwini, pełniący rolę tzw.: host nation, zabezpieczali pobyt kontyngentu sojusznika, stopniowo rozbudowując infrastrukturę swojej głównej bazy (hangary, nawierzchnie dróg kołowania i pasa startowego, płyty postojowe, budynki socjalne, wieże i budynek wojskowego portu lotniczego). Z czasem, wraz ze wzrostem aktywności lotnictwa Federacji Rosyjskiej, misja została rozszerzona o drugą lokację – bazę Amari w pobliżu Tallina. Jednocześnie zwiększono liczbę kontyngentów z jednego do czterech (model ten funkcjonował w latach 2014-2015 – Szawle gościły dwa zespoły po cztery samoloty, Amari jeden, a czwarty operował z 22. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Malborku). Obecne podejście zakłada współpracę narodu wiodącego (leading nation – Szawle) z narodem wspierającym – (augmenting nation – Amari).

Polski Kontyngent Wojskowy Orlik 7, liczący około 100 osób personelu i 4 samoloty F-16C, wydzielony z 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Poznaniu-Krzesinach, przejmie obowiązki 2 maja (wtedy nastąpi symboliczne przekazanie klucza do Państw Bałtyckich), od zespołu holenderskiego (zapewne jedna z ostatnich misji królewskich F-16, ustępujących miejsca F-35), który z kolei w styczniu zastąpił Francuzów i ich Mirage 2000. Partnerami Polaków będą Hiszpanie, którzy w Estonii wymienią Niemców wracających do kraju po 8 miesięcznej zmianie (załogi i personel rotowały się po czterech miesiącach). W hangarach Amari myśliwce Eurofighter wymienione zostaną przez F-18 Hornet.

Mity na temat rosyjskiej aktywności

Koordynowaniem dyżurów bojowych oraz zarządzaniem wylotami alarmowymi (Alpha Scramble) i treningowymi (Tango Scramble) zajmuje się centrum operacyjne CAOC (Combined Air Operation Centre) w niemieckim Uedem. To właśnie stamtąd napływa sygnał podrywający parę dyżurną, która następnie jest kierowana w stronę niezidentyfikowanej maszyny, znajdującej się w pobliżu terytorium NATO. Zwykle interwencje takie dotyczą rosyjskich maszyn lecących do lub z Obwodu Kaliningradzkiego. Bardzo często, mimo obowiązku składania planów lotu i poruszania się z włączonym transponderem, Rosjanie zasady te ignorują – co skutkuje koniecznością wizualnej identyfikacji przez uzbrojoną parę dyżurną. Para QRA zwykle towarzyszy maszynom rosyjskim do czasu opuszczenia rejonu odpowiedzialności, po czym wraca do jednej z baz BAP. Trzeba podkreślić, że obie strony nie demonstrują agresywnych zachowań – są to raczej swoistego rodzaju szachy w powietrzu, którym jednak daleko do otwartej konfrontacji. Wbrew prezentowanym często nieprawdziwym informacjom, Rosjanie praktycznie nigdy nie naruszają przestrzeni powietrznej Państw Bałtyckich (pojedyncze incydenty trwają kilka sekund i dotyczą głównie wysp estońskich).

Nieco gorętsze lato

Teoretycznie oczywiście może wystąpić konieczność zestrzelenia „intruza”, dlatego maszyny przenoszą rakiety powietrze-powietrze w różnych konfiguracjach – oczywiście po części jest to demonstracja siły i „pokazanie flagi” typu: „NATO jest obecne i gotowe”.

Ponieważ Polska po raz pierwszy wysyła swoje najnowocześniejsze samoloty na bałtycką misję (sześć poprzednich Orlików zabezpieczały MiGi-29), a jest to wersja F-16 nigdy wcześniej tam niewidziana – prawdopodobnie można się spodziewać wzrostu aktywności statków powietrznych z czerwoną gwiazdą. „Twarde” prowokacje, znane z pogranicza grecko-tureckiego, nie wchodzą w rachubę; będzie to raczej testowanie „nowości na bałtyckim rynku”.

Dla pilotów F-16 obowiązki związane z dyżurami będą takie same, jak w kraju, gdzie całodobowo jedna z czterech Baz Lotnictwa Taktycznego utrzymuje dwa samoloty w gotowości do startu na sygnał od centrum dowodzenia w Uedem. Nie zmienia to faktu, że lato może być dla nich nieco gorętsze niż zazwyczaj.

Misja Orlika 7 skończy się na początku września, gdy Polaków zluzują Amerykanie.

—–

Polskie F-16 przejmą obowiązki już 2 maja/fot. Bartek Bera

Postaw mi kawę na buycoffee.to