Klejnot

O „anałogach” armii putina – rodzajach broni, „która nie ma odpowiedników w świecie” – napisano wiele krytyczno-ironicznych opinii; sam nie raz sobie na to pozwalałem. I wciąż będę, gdyż dalekie od deklarowanych możliwości uzbrojenia, w połączeniu z wyjątkowo „napuszoną” propagandą na jego temat, prowokują do naśmiewania się z wyrobów radziecko-rosyjskiej zbrojeniówki. Byleby czynić to z umiarem, bo nadal mówimy o narzędziach służących do niszczenia i zabijania, może nie tak skutecznych, ale też nie beznadziejnie nieskutecznych.

No i nie zapominajmy, że „anałogi” – niezależnie od ich obiektywnej wartości – rzeczywiście są tym, co najlepsze w dyspozycji rosyjskiego wojska. Tym, co najlepsze, jeśli idzie o rosyjską myśl techniczną i technologiczne możliwości zaplecza. Wybaczcie cywilną i nierosyjską analogię, ale lepszej nie znajduję: z naszych Polonezów nabijano się na Zachodzie, tak bardzo ustępowały tamtejszym produktom motoryzacyjnym. Co nie zmieniało faktu, że w warunkach „socjalistycznej” gospodarki lat 80. niczego lepszego produkować się w Polsce nie dało. Śląc „poldasy” na eksport, słaliśmy to, co najlepsze.

Delegując system S-500 do ochrony Krymu, rosjanie są w podobnej sytuacji: nic lepszego w kategorii „broń przeciwlotnicza/antyrakietowa” posłać nie mogą.

A czy obiektywnie niczego lepszego na świecie nie ma, to już zupełnie inna historia…

—–

Pierwotna informacja o transferze S-500 pochodzi z minionego tygodnia i padła z ust Kyryło Budanowa, szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego. Później – w oparciu o własne źródła w amerykańskim i brytyjskim wywiadzie – potwierdziło ją kilka zachodnich gazet.

Jednocześnie w mediach społecznościowych pojawiło się co najmniej kilka filmików ilustrujących inne zabiegi rosjan. Podróżujący przez most krymski kierowcy nagrali „budowę” bariery antydronowej po południowej stronie przeprawy – tam, gdzie Cieśnina Kerczeńska otwiera się na Morze Czarne, skąd przypływają ukraińskie bezzałogowce. Trudno mi ocenić, na ile skuteczny będzie „mur” ze starych statków, zacumowanych wzdłuż szlaku drogowo-kolejowego; na pewno zadania w postaci ataku z morza Ukraińcom to nie ułatwi.

Utrudnić uderzenie z powietrza mają z kolei wspomniane zestawy S-500. Zdaniem co poniektórych, wręcz uniemożliwić, wszak pięćsetka to „anałog-w-miru-niet”. „Niebo nad Krymem zostanie zamknięte”, orzekł definitywnie jeden z prorosyjskich aktywistów medialnych. Amen.

—–

Deklaratywnie i „folderowo” S-500 to system pracujący zarówno w atmosferze (endoatmosfercznie), jak i poza nią (egzoatmosferycznie). Znaczy to tyle, że efektywna wysokość do celu może wynieść nawet 45-50 km. Przy zasięgu rakiet przechwytujących dochodzącym do 600 km dawałoby to naprawdę „długie ręce”. „Ramionom” towarzyszą rzekomo nie mniej sprawne „oczy” – radary – wykrywające cele w odległości 1000 km (te największe – mniejsze na dystansie 300-350 km). Gdyby rzeczywiście tak było, S-500 doskonale radziłby sobie z pociskami hipersonicznymi, a tradycyjna amunicja i powolne drony stanowiłyby dla systemu co najwyżej „przystawkę”. Gdyby…

—–

Wieść o wyrzutniach S-500 chroniących Krym i wiodący na półwysep most rozpaliła obserwatorów konfliktu. Większość spodziewa się kolejnej deklasacji „anałoga” przy użyciu zachodniej precyzyjnej amunicji. Z tym jednak może być problem, bo elementy systemu nie trafiły na okupowane terytoria – wyrzutnie i radary stoją po rosyjskiej stronie Cieśniny Kerczeńskiej, gdzieś w okolicach Krasnodaru. Ukraińcy mogą używać amerykańskiej broni na obszarze rosji tylko w pobliżu Charkowa, nawet gdyby zgodę rozszerzono, S-500 pozostanie poza zasięgiem ATACMS-ów (które okazały się zabójczo skuteczne w konfrontacji ze starszymi S-300 i S-400). W ukraińskim arsenale są jeszcze brytyjsko-francuskie Storm Shadowy/Scalpy – a tych można używać bez ograniczeń. No i mają Ukraińcy masę samolotów bezzałogowych, którymi nie raz już „przesaturowali” krymską OPL.

—–

S-500 to broń dotąd nie użyta bojowo, ba, można zaryzykować stwierdzenie, że wciąż znajdująca się w fazie eksperymentalnej. Jednostka wyposażona w zestawy nie jest nawet w pełni skompletowana – i ten stan nie uległ zmianie od niemal 3 lat.

W październiku 2021 roku S-500 rozmieszono pod Moskwą. Transfer na południe oznacza zatem zmniejszenie możliwości obronnych stolicy, co mówi nam sporo o rosyjskich priorytetach, ale i obnaża jedno z fundamentalnych kłamstw kremlowskiej propagandy. Gdyby władze federacji naprawdę bały się „agresywnego NATO”, zaryzykowałyby odesłanie swej najlepszej broni? Zapewne nie.

Czy Krym jest dla putina ważniejszy niż Moskwa? Nie da się tego wykluczyć. Półwysep to klejnot pośród zdobyczy putinowskiej rosji, a most jest tego triumfu ucieleśnieniem. Nie może więc zostać zniszczony, mimo iż jego praktyczna wartość nie jest już tak wysoka (jak rok czy dwa lata temu) – funkcje transportowe w coraz większym stopniu przejmują na siebie szlaki drogowe i kolejowe, (z)budowane przez rosjan na południu okupowanej Ukrainy. Stąd ów ocierający się o desperację i obarczony ryzykiem kolejnej negatywnej weryfikacji krok z wysłaniem S-500.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Łysiakowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Grzegorzowi Lenzkowskiemu, Łukaszowi Podsiadle i Michałowi Baszyńskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Wyrzutnia systemu S-500/fot. MOFR, domena publiczna

Kara

„Zadam niepopularne pytanie: czy Ukraina nie może zacząć rozmów z Rosją i oddać część jej terytoriów w zamian za życie tych, którzy jeszcze w tym kraju zostali?”, zastanawia się filozofka, prof. Magdalena Środa. Dalszą część jej wypowiedzi znajdziecie na załączony screenie, choć istota i tak zawiera się w pierwszym, zacytowanym przeze mnie zdaniu. Pytacie mnie, co o tym sądzę, pozwolę więc sobie na krótki komentarz.

Zacznę od dygresji. Kilkanaście dni temu wziąłem udział w polsko-ukraińsko-niemieckim seminarium, zorganizowanym przez Uniwersytet Szczeciński. Co prawda poświęcono je dziennikarstwu obywatelskiemu, niemniej kontekst wojenno-ukraiński zdefiniował dyskusje. Z uwagą wsłuchiwałem się w wypowiedzi zagranicznych koleżanek i kolegów po fachu, a opowieść o niemieckim rozumieniu konfliktu na Wschodzie wydała mi się arcyciekawa.

Dotąd sądziłem, że ostrożna polityka Berlina wobec Kijowa i Moskwy wynika z trzech powodów.

Pierwszy ma wymiar historyczno-etyczny i jest konsekwencją niemieckich zbrodni na Wschodzie oraz faktu, że współczesnej rosji udało się zawłaszczyć historię ZSRR tak, by w relacjach ze światem zewnętrznym uchodziła ona za wyłącznie rosyjską. W efekcie „znikło” gdzieś etniczne zróżnicowanie ofiar hitlerowskiej agresji, a skoro wszyscy byli rosjanami, to rosji przypadają „moralne bonusy” z tego tytułu. Niechęć, powściągliwość, a ostatecznie „tylko” wspomniana ostrożność, z jaką do pomocy dla Ukrainy podchodzi RFN, wynikają także z przekonania, że „nam, Niemcom, nie wypada przykładać ręki do zabijania rosjan”. Gdzieś tam zapewne tli się jeszcze strach przed srogością ewentualnej zemsty moskali. Świadkowie bestialstw armii sowieckiej z lat 1944/45 w zasadzie już nie żyją, ale trauma bywa dziedziczona społecznie i potrafi zakorzenić się w głowach kolejnych pokoleń.

Drugi ważny moim zdaniem powód sprowadza się do relacji ekonomicznych łączących Niemcy i rosję. Zaplecze surowcowe i relatywnie duży rynek zbytu były przez lata rosyjskimi atutami, którymi Moskwa rozgrywała Berlin. Czyniła to z łatwością, bo Niemcy, jako państwo, przeszły transformację z organizacji wysoce zmilitaryzowanej w strukturę biznesową – kraj stał się firmą i wedle logiki firmy funkcjonował. A że kontrahent często okazywał się łobuzem? Nie miało to większego znaczenia, póki realizował swoje zobowiązania. Póki można było na nim i dzięki niemu zarabiać. Trudno rezygnuje się z takiej współpracy, trudno nie ulec pokusie, by nie zrywać wszystkich mostów.

Tym trudniej, gdy jest się naszpikowanym agenturą wpływu. W żadnym innym europejskim kraju mniej lub bardziej prorosyjskie narracje nie były i nie są z taką łatwością kolportowane jak w Niemczech. Dość wspomnieć „antywojenne” protesty czy „propokojowe” deklaracje ludzi nauki i sztuki.

Ale byłoby nieuczciwością wrzucanie wszystkich takich inicjatyw, no i szerzej, powściągliwości jako strategii politycznej RFN, do jednego worka „świadomej gry na rosję”. I w tym momencie wrócę do niemieckiej perspektywy, z jaką zetknąłem się podczas wspominanego seminarium.

Niemcy są społeczeństwem na wskroś pacyfistycznym – to skutek rewolucji zafundowanej temu państwu i tej wspólnocie przez aliantów po zakończeniu II wojny światowej. Sam czasem żartuję, że ów pacyfizm wszedł Niemcom (z których wywodzi się część mojej rodziny, więc czuję się rozgrzeszony z tych docinków) za mocno. A na fundamencie pacyfizmu refleksja o nadrzędnej wartości ludzkiego życia ma się bardzo dobrze. Tym lepiej, gdy dodamy „dwa do dwóch” – indukowany z zewnątrz (ale w pełni zinternalizowany) pacyfizm do specyficznych doświadczeń historycznych. W Zachodnich Niemczech mówiło się, że lepiej mieć pół Niemiec tylko dla siebie niż całe na pół. W tej figurze retorycznej chodziło o akceptację powojennego porządku – podziału Niemiec na te, gdzie dostępne były wszystkie wolności, oraz te, które znalazły się pod sowiecką kuratelą. Taki stan rzeczy był dla Niemców bolesnym ciosem, ale był też lepszą opcją niż pełna okupacja.

Co więcej, z czasem okazało się, że podział nie jest trwały, że kraj udało się zjednoczyć. Poczucie realizmu i cierpliwość kilku pokoleń zostały wynagrodzone.

I właśnie w takich kategoriach wielu współczesnych Niemców postrzega obecną sytuację Ukrainy, a ślady takiej kalkulacji odnajdujemy w polityce RFN. I takie postrzeganie podziela z Niemcami cytowana na wstępie prof. Środa. „Ziemia za pokój/ziemia za życie” – to nawet nie brzmi tak źle. No i zawsze jest nadzieja, że rosja – jak niegdyś ZSRR – też się rozleci (a przecież federacja stoi na jeszcze bardziej chwiejnych nogach niż sowiecja). A jak się rozleci, możliwa będzie konsolidacja ukraińskich ziem. Ale…

Ale w takiej perspektywie – akceptacji dla podziału Ukrainy wzorem Niemiec – brakuje mi istotnej zmiennej. Podkreślenia, że los dawnej III Rzeszy był zasłużoną karą dla państwa i wspólnoty, które zafundowały światu koszmarną wojnę i Holocaust. A za co miano by ukarać Ukrainę? A przecież byłaby to kara nie dla abstrakcyjnego bytu, a dla konkretnych ludzi. Zabijanych, więzionych, poddanych presji ekonomicznej i procesowi wynaradawiania – tym bowiem cechuje się codzienność terenów okupowanych przez rosjan…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Lyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi,   Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Bieda-armia

Ministerstwo obrony rosji nie podaje danych na temat własnych strat w Ukrainie. Możliwa jest jednak analiza danych z otwartych źródeł, jak profile społecznościowe wojskowych i ich krewnych czy wzmianki w lokalnych i regionalnych mediach (na przykład o pogrzebach). W taki sposób (m.in.) do stycznia 2024 roku dziennikarzom portalu Mediazona i rosyjskiego serwisu BBC udało się ustalić tożsamość ponad 42 tys. poległych żołnierzy putinowskiej armii. Z Moskwy, której mieszkańcy to niemal 9 proc. populacji kraju, pochodził nieco ponad jeden procent ofiar (1,2). Podobnie miały się sprawy z Petersburgiem – petersburżanie to prawie 4 proc. wszystkich rosjan i zaledwie 1,2 proc. zabitych w spec-operacji. Z kolei odsetek poległych, którzy wywodzili się z azjatyckiego Czelabińska, to 2,8 proc., gdy w mieście mieszka 0,8 proc. obywateli federacji. Co ciekawe, prawie jedną piątą zidentyfikowanych zabitych (7,8 tys.), stanowili zwerbowani do wojska więźniowie.

Mamy więc kolejny dowód na to, że armia najeźdźców to głównie wykolejeńcy i przedstawiciele zabiedzonej rosyjskiej prowincji – jej europejskich enklaw i azjatyckiego interioru. Na przykład mieszkańcy Buriacji, gdzie w 2022 roku przyzwoita pensja pozostawała na poziomie 20 tys. rubli, co odpowiadało tysiącu pięciuset złotych. Przy podobnych do naszych cenach żywności i usług komunalnych.

Armia tymczasem od zawsze płaciła kilka razy tyle, a gdy zaczęła się „specjalna operacja wojskowa” – nawet dziesięć razy więcej. I oczywiście frontowy „przemiał” w wielu przypadkach zniweczył marzenia o stabilnym życiu na państwowym wikcie, ale patrząc szerzej, śmierć żołnierzy nie musi oznaczać materialnej katastrofy dla członków ich rodzin. Pamiętacie historię białej łady?

Latem 2022 roku telewizja rossija 1 nadała reportaż poświęcony rodzicom aleksieja małowa, zabitego w Ukrainie rosyjskiego żołnierza. 31-letni małow, przed wojną mieszkaniec wsi w obwodzie saratowskim, zginął na początku inwazji. Pośmiertnie przyznano mu medal za odwagę, a jego żyjącym rodzicom „pogrzebowe”. W materiale państwo ci z dumą opowiadali o synu i o otrzymanym zasiłku, za który kupili m.in. nowiutką ładę. Białą, bo o takiej marzył aleksiej – usłyszeliśmy z ust jego ojca. „W pierwszą podróż nowym autem rodzice wybrali się na cmentarz, do syna”, mówił narrator. Przesłanie reportażu było jednoznaczne – nie ma dziecka, ale jest samochód. No i reszta pokaźnego odszkodowania, w przeliczeniu niemal milion złotych.

Materiał, jakkolwiek kuriozalny, wpisywał się w cały szereg działań rosyjskiej propagandy skierowanej do „swoich”. Przekaz sprowadzający się do stwierdzenia: „niezależnie od okoliczności udział członka rodziny w spec-operacji wam się opłaci”, trudno uznać za subtelny, a czy był skuteczny? Wiosną i latem 2022 roku rosyjskie media regularnie informowały o przypadkach donosów na synów (mężów, ojców), którzy „uchylali się od służby wojskowej w ważne dla kraju dni”, a mówiąc wprost, nie chcieli dać sobie i bliskim szansy na zarobek i „odkucie się”. Jedne redakcje czyniły to triumfalnie, inne w tonie bardziej ponurym, dostrzegając niszczące dla relacji międzyludzkich skutki presji, wywieranej na siebie przez członków rosyjskich rodzin.

Skądinąd to znamienne zjawisko – owa kampania medialna, mająca na celu pozyskanie ochotników do służby w Ukrainie, oraz powody, dla których ją uruchomiono. Choć MON oferował ogromne jak na rosyjskie standardy pieniądze, chętnych wciąż było za mało. Armia musiała sięgać po niestandardowe rozwiązania, na przykład proponować więźniom skracanie wyroków, a niesolidnym kredytobiorcom czy alimenciarzom (i generalnie osobom w trudnej sytuacji życiowej) pomoc w uregulowaniu należności. Równolegle, w mediach i na ulicach, prowadzono zakrojoną na szeroką skalę akcję odwołującą się do wartości patriotycznych i propaństwowych, lecz i tak to zachęty finansowe pozostały istotą rekrutacji.

Mieliśmy zatem do czynienia z porażką putinowskiego reżimu, który w warstwie retorycznej tak często odwoływał się do idei nacjonalistycznych, a w praktyce zmierzył się ze społeczną obojętnością na górnolotne hasła i odezwy. Potencjalny rosyjski rekrut deklaratywnie wspierał politykę państwa, lecz ani myślał nadstawiać za nią głowy. To dlatego konieczny okazał się przymusowy pobór, czyli tzw. częściowa mobilizacja, która do końca 2023 roku objęła ponad milion osób. Też skądinąd głównie biednych, których nie stać (było) na ucieczkę z kraju czy wykupienie się z rąk urzędników wojenkomitetów – co według najświeższych danych kosztuje od 10 do 25 tys. dolarów.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi i Irinie Wolańskiej. A także: Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu i Jakubowi Dziegińskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Monice Blauth, Łukaszowi Podsiadle, Tomaszowi Jakubowskiemu, Sławomirowi Trzeciakowi i Karolowi Woźniakowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. ilustracyjnym zniszczona samobieżna haubica Goździk (typ mocno przestarzałej dziś bieda-broni, używany przez obie strony konfliktu)/fot. własne

Klincz

Mamy dziś siedemsetny dzień „specjalnej operacji wojskowej”. I właśnie zaczął się ostatni miesiąc drugiego roku pełnoskalowej wojny na Wschodzie. Agresorzy właśnie zakończyli rozmieszczanie dodatkowych zestawów rakietowych S-300 – w obwodzie leningradzkim, na północy rosji. Mają one zapewnić obronę przeciwlotniczą skupionym wokół Petersburga obiektom przemysłowym i infrastrukturze krytycznej. W nocy z 21 na 22 stycznia br. ukraińskie drony zaatakowały terminal LNG w Ust-Łudze (110 km od stolicy obwodu). Było to pierwsze uderzenie w tym rejonie, dotąd – z uwagi na odległość od granic Ukrainy – uchodzącym za bezpieczny.

Ukraińskie drony przedarły się do obwodu nad Białorusią. Skróciły drogę, lecz i tak musiały pokonać ponad 900 km. Zyskanie przez Ukraińców możliwości precyzyjnego rażenia na tak dużym dystansie oznacza, że wojna weszła w kolejną fazę, jakże odległą od buńczucznych zapowiedzi kremlowskiej propagandy z 24 lutego 2022 roku. „Trzy dni i Kijów nasz!”, twierdzili wówczas rosjanie. Kijowa jak nie mieli, tak nie mają, za to muszą troszczyć się o arcyważny dla nich Petersburg. I przełykać przy tym kolejną gorzką pigułę, bo to oni sami wydrenowali białoruską OPL, kosztem armii łukaszenki wetując własne straty na froncie.

—–

A i front dostarcza moskalom niemałych trosk. Nie doszło do załamania się ukraińskiej obrony na skutek zużycia armii w operacji zaporoskiej i ustania amerykańskiej pomocy wojskowej. Inicjatywa nadal jest po rosyjskiej stronie, ale atakującym „brakuje pary”. Ewidentnie kuleje logistyka, do tego stopnia, że na wielu odcinkach styku wojsk rosjanie nie mają wystarczającej ilości amunicji, żywności i wody. W takich miejscach tylko relatywna słabość Ukraińców decyduje o statyczności działań.

Kampania powietrzna skupiona jest na celach wojskowych, ale Moskwa nie chwali się sukcesami (a gdyby takie były, z pewnością trąbiłaby o nich głośno). Głośno jest za to o tej części działań wymierzonych w cywilów. Rakiety i drony spadające na ukraińskie miasta od końca grudnia ub.r. zabiły kilkadziesiąt osób, kilkaset raniły. Jakkolwiek wywołuje to w Ukraińcach żałobę, o utracie woli oporu społeczeństwa nie ma mowy.

Na razie nie ma też mowy o wznowieniu amerykańskiej pomocy, lecz i tu moskale nie mogą świętować. Europa bowiem „spięła pośladki” – Ukraina zyskuje kolejne deklaracje pomocy, tylko w grudniu Kijów otrzymał od partnerów wsparcie w wysokości 15 mld euro.

W takich okolicznościach wojna weszła w tryb „na przeczekanie”. Wielu analityków jest zdania, że pozostanie w nim przez cały 2024 rok.

—–

Czy rzeczywiście innej opcji nie ma?

Wszystko, co wiemy o rosyjskiej armii po 24 lutego 2022 roku, skłania do wniosku, że nie jest ona w stanie przeprowadzić rozległej operacji zaczepnej, która miałaby rozstrzygający charakter. Doniesienia o rychło mającej nastąpić, wielkiej rosyjskiej ofensywie, można więc włożyć między bajki. Nie wyklucza to jednak scenariusza lokalnych ataków, kanalizujących uwagę i zasoby Ukraińców, poza tym realizowanych z zamysłem osiągnięcia korzyści propagandowych. Możemy być pewni, że ewentualny upadek broniącej się od dziewięciu lat (!) Awdijiwki, zostanie przez Kreml ograny niczym wiktoria berlińska z 1945 roku.

Zarazem rosjanom nie sprzyja kondycja ich własnej gospodarki. Wbrew twierdzeniom propagandy, sankcje działają – ograniczony dostęp do rozległego wachlarza niezbędnych półproduktów i urządzeń sprawia, że produkcja zbrojeniowa nie rośnie od lata 2023 roku. W efekcie armia rosyjska w coraz większym zakresie strzela podłej jakości amunicją z Korei Północnej. Nowego fabrycznie sprzętu jest w linii jak na lekarstwo, wojsko wciąż korzysta z renty po ZSRR. Pozwala to odtwarzać gotowość bojową w oparciu o wyciągany z magazynów demobil, ale o budowaniu nowej jakości nie ma mowy. Zwiększenie nakładów na obronność – które pozwoliłoby na zbudowanie przynajmniej dużej przewagi ilościowej – również nie wchodzi w grę. Wojsko i aparat bezpieczeństwa już teraz pochłaniają 40 proc. oficjalnego budżetu, wedle nieoficjalnych danych, 6 na 10 rządowych rubli idzie na podtrzymanie wojennego wysiłku.

Trudno nazwać taką sytuację komfortową, co nie zmienia faktu, że Ukraina ma gorzej. W czym Kreml widzi swoją szansę, zakładając, że rosja wytrzyma więcej i dłużej.

—–

W Kijowie nie są ślepi i dobrze wiedzą, kogo premiuje obecny klincz. Ale realnych sposobów na jego przerwanie nie ma. Nie ziści się skrajnie optymistyczny scenariusz – rysowany przez niektórych obserwatorów konfliktu – zgodnie z którym Ukraina ponowi latem, tym razem zwycięską kontrofensywę. Armia ukraińska nie jest i w najbliższych miesiącach nie będzie zdolna – podobnie jak rosyjska – do poważniejszych operacji zaczepnych. I wcale nie chodzi o problemy z mobilizacją i odtwarzaniem stanów osobowych (tu, zakładam, Ukraińcy sobie poradzą, bo to wyłącznie ich wewnętrzny problem). A o co?

Odpowiedź w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto aktywny link.

—–

Szanowni, jako się rzekło, książka jest już u Wydawcy. W „Posłowiu” tymczasem zawarłem  następujący fragment: „(…) chciałbym podziękować wszystkim, którzy mają swój wkład w powstanie tej książki. Dziękuję Patronom i 'Kawoszom’, którzy wspierali i wspierają mnie finansowo, za pośrednictwem serwisów Patronite i Buycoffee.to. Dziękuję Społeczności, jaka zgromadziła się wokół mojego blogu i profilu na Facebooku – za uznanie, krytykę i przede wszystkim za rzeczowe dyskusje. (…) Ufam, że było warto”.

Nz. Ofiary wczorajszego ataku rakietowego na Charków. „Rakiety i drony spadające na ukraińskie miasta od końca grudnia ub.r. zabiły kilkadziesiąt osób, kilkaset raniły. Jakkolwiek wywołuje to w Ukraińcach żałobę, o utracie woli oporu społeczeństwa nie ma mowy”/fot. Prokuratura Regionalna w Charkowie

„Dzikusy”

4 stycznia br. putin podpisał kolejny już dekret w sprawie cudzoziemców. Zgodnie z dokumentem ochotnicy, którzy walczą w Ukrainie po stronie rosji, mogą otrzymać rosyjskie obywatelstwo. Podobne prawo przysługuje także członkom ich rodzin – dzieciom, żonom i rodzicom. Dekret niespecjalnie różni się od podobnych rozwiązań prawnych, stosowanych w innych państwach – na przykład w USA czy Francji. Warto jednak zwrócić uwagę na kontekst, z którego coraz jaśniej wyłania się strategia Kremla.

„Prezydent putin może wzbraniać się przed przeprowadzeniem powszechnej mobilizacji także z powodu niechęci do powołania dużej liczby etnicznych rosjan” i najwyraźniej chce, aby to mniejszości „poniosły ciężar wojny na tym etapie”, pisali wiosną ub.r. analitycy Instytutu Studiów nad Wojną. Te przypuszczenia okazały się w pełni uzasadnione. Spójrzmy na dostępne wówczas, wycinkowe dane. Do końca kwietnia 2022 roku nie zarejestrowano oficjalnie żadnej śmierci wojskowego z 13-milionowej Moskwy, w 3-milionowym Dagestanie odnotowano 93 zgony, a w milionowej Buriacji 52. W obwodzie astrachańskim cztery piąte potwierdzonych strat dotyczyło przedstawicieli mniejszości, choć stanowią one jedną trzecią ludności regionu. Przypadek?

Kolejne miesiące konfliktu utrwaliły ów wzorzec – w ocenie niezależnych rosyjskich mediów, pod koniec drugiego roku pełnoskalowej wojny 70 proc. zabitych i rannych żołnierzy nie miało słowiańskiego pochodzenia, co było niemal dokładnym odwróceniem rzeczywistych proporcji etnicznych rosyjskiego społeczeństwa. Dodajmy do tego inny element polityki rekrutacyjnej Kremla – posyłanie na front więźniów, głównie jako najemników z Grupy Wagnera, ale także w szeregach regularnej armii. Wedle różnych szacunków, na wojnę trafiło od 60 do 100 tys. skazańców, większość z nich (w tym 80 proc. wagnerowców z wyrokami) straciła życie.

Najnowsza oferta putina skierowana jest do obywateli z byłych azjatyckich republik Związku Sowieckiego – to około 4-milionowa społeczność gastarbeiterów; taniej i pogardzanej z uwagi na pochodzenie siły roboczej. Egipcjanie czy Syryjczycy (oraz przedstawiciele innych „egzotycznych” narodowości), zakładający rosyjskie mundury, to w istocie kwiatki u kożucha. Nieistotny statystycznie zasób ludzki, wszak przydatny propagandowo, bo pozwalający budować narrację o „dużej części świata, wspierającej wysiłki rosji”.

No dobrze, ale dlaczego tak się dzieje? Z perspektywy Kremla, utrata „mniej wartościowego” materiału ludzkiego – tradycyjnie pozbawionego posłuchu u władzy i społecznego szacunku – obniża koszty wojny. Czyni je akceptowalnymi dla wielkomiejskiej, „białej” i prawosławnej większości, dławiąc jej potencjał buntu. Sprzeciwu, który dla putina i spółki mógłby okazać się niebezpiecznym wyzwaniem. Historycznie patrząc, dla każdej rosyjskiej władzy zrewoltowane Moskwa i Petersburg niosły ryzyko nie tylko utraty przywilejów, ale i życia. A tak tłumów na ulicach nie będzie, a z rozdrobnioną, gorzej zorganizowaną, przytłoczoną rosyjskim żywiołem prowincją aparat przemocy sobie poradzi.

Ale idzie też o coś jeszcze, na co zwracają uwagę na przykład buriaccy społecznicy, przeciwni drenowaniu zasobów ich wspólnoty. Obarczanie odpowiedzialnością za wojenną przemoc „dzikich Azjatów” służy rosyjskiej propagandzie. W przyszłości będzie pomocne we wmawianiu światu i Ukraińcom, że zbrodni dopuścili się „mongoloidzi”, a nie „słowiańscy bracia”. „Prawdziwi” rosjanie zachowają twarz i status cywilizowanych ludzi.

Oby naprawdę cywilizowany świat im w tym nie pomógł…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Kadry rosyjskiej propagandy ze spotkania putina z odznaczonymi za udział w „spec-operacji” wojskowymi/fot. Kremlin.ru