Asymetrie

Świat przeszedł do porządku dziennego nad „inicjatywą pokojową” Victora Orbana. Potwierdziło się, że nikt z zainteresowanych nie potrzebuje Węgier jako pośrednika w rozmowach, które zakończyłyby wojnę w Ukrainie. Nie zmienia to faktu, że węgierskiego premiera wiodła trafna ocena sytuacji, gdy po wizycie w Moskwie i Kijowie wybrał się też do Pekinu. Chiny łączy dziś z rosją specyficzna więź, mocno ograniczająca podmiotowość federacji. Jeśli Chińczycy uznają, że czas wygasić konflikt na Wschodzie, putin niewiele będzie miał do powiedzenia.

Kremlowska propaganda staje na głowie, by relacje z Chinami przedstawić w pozytywnym świetle. Harmonia i partnerstwo – oto rzekome składowe tych stosunków. Tymczasem najsilniejsze spoiwo łączące oba kraje to… nieufność. Historycznie mocno ugruntowana.

—–

Mało kto pamięta, że w marcu 1969 roku Moskwa i Pekin skoczyły sobie do gardeł. Poszło o wyspę Damanskij (dziś Zhenbao), położoną w nurcie granicznej rzeki Ussuri. Zważywszy na terytorialną rozległość obu państw, powód wszczęcia wojny wydawał się absurdalny – tyle że był to pretekst. Oba reżimy już wcześniej rywalizowały o palmę pierwszeństwa w komunistycznym świecie, co długo sprowadzało się do wzajemnych oskarżeń o „rewizjonizm” i „odchylenia”. Jednak w lipcu 1964 roku Mao Zedong zgłosił pretensje terytorialne wobec ZSRR, żądając zwrotu Kraju Nadmorskiego i Władywostoku. A dwa lata później w Chińskiej Republice Ludowej wybuchła rewolucja kulturalna, głosząca prymat maoizmu i uznająca sowiecką odmianę komunizmu za wrogie zjawisko. Gorący konflikt wisiał na włosku.

Kilkunastodniowe potyczki o przerośniętą łachę wygrali sowieci, choć ostatecznie i tak sporny teren trafił do Chińczyków. Wojna z 1969 roku miała także inne odsłony – 13 sierpnia w Żałanoszkol (na terenie Kazachskiej SRR), granicę przekroczyło ponad 300 chińskich żołnierzy. Po godzinnej potyczce Chińczycy wycofali się, ponosząc bardzo ciężkie straty. Tego dnia na Kremlu rozważano atomowy atak na chińskie instalacje jądrowe – na szczęście pomysł upadł. 11 września 1969 roku, po uprzednim spotkaniu premierów, obie strony zadecydowały o wygaszeniu działań zbrojnych.

Oto źródła wspomnianej nieufności, przez dekady skutkującej tym, że sowiecko-chińskie, a potem rosyjsko-chińskie pogranicze było jednym z najbardziej zmilitaryzowanych miejsc na świecie. I pozostaje takim do dziś – mimo iż po komunizmie nie ma już śladu.

—–

Pekin łakomym wzrokiem spogląda na zasoby naturalne zauralskiej rosji. I nie odwołał roszczeń wobec dalekowschodnich terytoriów federacji. Zarazem pragmatyczni Azjaci nie myślą o klasycznym podboju. Dziś – po blamażu w Ukrainie – jasnym jest, że wojsko putina to kolos na glinianych nogach. W konwencjonalnym starciu chińska armia zapewne poradziłaby sobie z takim przeciwnikiem. Ale rosjanie dysponują bronią jądrową – tak naprawdę teraz to ich jedyna polisa, tak w relacjach z „przyjaciółmi”, jak i z wrogami.

Pekin wie, że rosji „strach tykać”, zwłaszcza że sam jest „atomowym średniakiem”. Chińczycy mają dziś ledwie 400 głowic jądrowych, kilkanaście razy mniej niż rosjanie (i Amerykanie). Z danych Departamentu Obrony USA wynika, że do 2027 roku zamierzają mieć 700, a trzy lata później posiadać już tysiąc pocisków. Służby wywiadowcze donoszą o trwających w ChRL pracach, w wyniku których do końca przyszłego roku powstanie 300 nowych silosów rakietowych. Państwo Środka zamierza skończyć z „atomową asymetrią” i najpewniej nic go przed tym nie powstrzyma.

Nie oznacza to, że Chiny szykują się do zbrojnej konfrontacji z rosją – nie ma takiej potrzeby. Chińczycy są przekonani, że muszą przygotować się do innego starcia, ale o tym w dalszej części tekstu. Jeśli idzie o federację, Azjaci wybrali drogę ekonomicznego uzależnienia, w czym sami rosjanie – atakując Ukrainę i skazując się na zachodnie sankcje – wybitnie im pomogli. To temat na oddzielny tekst, na potrzeby tego dość stwierdzić, że rosyjska gospodarka jest dziś na chińskiej kroplówce. Bez eksportu kopalin oraz importu obłożonej sankcjami technologii (szczególnie podwójnego, cywilnego-wojskowego zastosowania), padłby rosyjski budżet, a przemysł zbrojeniowy nie miałby czym produkować (na przykład zabrakłoby mu precyzyjnych obrabiarek). W tym wymiarze chińskie wsparcie jest warunkiem niezbędnym dla dalszego prowadzenia przez rosję wojny z Ukrainą, a więc czynnikiem, który ma moc wygaszenia konfliktu.

—–

Tylko czy Chińczycy chcieliby ów konflikt wygasić? Na pewno pragną jeszcze słabszej rosji, zwasalizowanej w stopniu, który uczyni federację ekonomiczną kolonią Chin. Dalsze wykrwawianie putinowskiej armii i gospodarki jest w tym ujęciu Pekinowi na rękę.

Czy na Kremlu tego nie widzą? Widzą, ale los kraju dla elit rosyjskiej władzy nie jest tożsamy z ich własnym losem. Póki Xi Jinping nie ma ambicji zmiany reżimu i wtrącania się do jego wewnętrznej polityki, póty „młodsza siostra rosja” będzie akceptować dominację „starszego brata” z Chin. Póki na zewnątrz (wobec świata) i do wewnątrz (dla „swoich”) uda się utrzymać mit podmiotowości, sprawczości i imperialności federacji, póty jej nominalny „car” nie będzie protestował. Po prawdzie, nie bardzo ma też możliwość, bo zapędził się w kozi róg. Zostały mu tylko Chiny i gra na chińskich warunkach, bo Zachodu już do siebie nie przekona, a samotnie przegra z Ukrainą i skarze się na gniew ludu rosyjskiego, który słabej władzy nie toleruje (bo się jej nie boi, a to głównie ze strachu płynie w rosji legitymizacja dla rządzących).

Wracając do chińskich intencji – w interesie Pekinu jest zatem rosja uwikłana w wojnę. Nie-silna zwycięstwem, a zarazem nie-słaba porażką, wszak i w Chinach boją się tego, czego obawiają się w Stanach Zjednoczonych – zanarchizowanego kraju z tysiącami głowic jądrowych. To paradoks tej wojny – wspólnota interesów USA i ChRL sprowadzająca się do konieczności zachowania rosji w „jako-takiej” kondycji. W efekcie oba kraje w sposób ograniczony wspierają własnych sojuszników. W przypadku USA wspieranym jest napadnięta i na wielu płaszczyznach słabsza od swojego przeciwnika Ukraina – niestety…

—–

Nie bez powodu przywołałem Amerykę, to na niej bowiem koncentruje się główna uwaga Chińczyków. To do wojny z USA – najsilniejszym militarnie i ekonomicznie krajem świata – szykuje się druga w obu kategoriach, lecz aspirująca na szczyt ChRL. Temu nade wszystko służy rozbudowa arsenału jądrowego – przy 400 głowicach i wysokiej skuteczności amerykańskiej obrony przeciwlotniczej zapewne tylko kilkanaście, może „małe” kilkadziesiąt pocisków dotarłoby do celów. Co nie oznaczałoby nokautującego uderzenia. Im salwa liczniejsza, tym szanse na taki sukces wyższe.

Jednak broń A to ostateczny argument, stąd istotny wysiłek Chińczyków wkładany w rozbudowę sił konwencjonalnych. Przede wszystkim we flotę, bo to Pacyfik najpewniej stałby się/stanie polem chińsko-amerykańskiej bitwy. Marynarka ChRL już dziś jest najliczniejszą formacją tego typu, lecz nadal ustępuje drugiej co do wielkości US Navy jeśli idzie o lotniskowce. Chińczycy mają w służbie dwie jednostki (w tym jedną poradziecką); obie o parametrach znacznie gorszych niż amerykańskie odpowiedniki. Na oczach całego świata – dosłownie, za sprawą zdjęć satelitarnych – w imponującym tempie buduje się trzeci, tym razem już „pełnokrwisty” okręt. Trzy kolejne mają powstać do 2035 roku. Dalszych planów Pekinu nie znamy, ale nawet za te 11 lat przewaga Amerykanów w najważniejszej kategorii okrętów pozostanie miażdżąca – Stany dysponują obecnie 11 (super)lotniskowcami i w kolejnym ćwierćwieczu nic się w tym zakresie ma nie zmienić.

Chińczycy nie przyśpieszą czasu, a realia asymetrii niejako zmuszają ich do angażowania się w „zastępcze wojny” z USA. I tak właśnie postrzegają konflikt w Ukrainie. Im bardziej absorbuje on uwagę Waszyngtonu, drenuje jego środki finansowe i arsenał, tym lepiej. Z tego powodu wątpię, by próby dogadania się putina z Trumpem (jako ewentualnym prezydentem) zyskały akceptację Pekinu. Oczywiście, wszystko ma swoją cenę, a polityka potrafi zaskakiwać, ale warto mieć z tyłu głowy także ten pesymistyczny scenariusz. Że Chińczycy będą grać na przeciągnięcie wschodnioeuropejskiego konfliktu. Ba, że będą szukać kolejnych pól „zastępczych konfrontacji” ze Stanami Zjednoczonymi, by powoli, ale konsekwentnie spuszczać parę z amerykańskiego kotła.

A Chiny potrafią w długotrwałość i konsekwencję – jako zorganizowane państwo istnieją od ponad dwóch tysięcy lat…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam w istotnej mierze powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – jakiś czas temu obiecałem, że pojawi się sposobność zakupu „Międzyrzecza”, w wersji z autografem i pozdrowieniami. No i proszę – powieść jest już w ofercie na moim koncie na Patronite. To nie jest nowa pozycja – wydałem ją w 2019 roku – ale trzy lata później mnóstwo zawartych w niej treści okazało się proroczych. Jeśli napiszę, że wiedziałem, że armia rosyjska to papierowy kolos, to skłamię. Ale jeśli przyznam, że domyślałem się rosyjskich słabości i dałem temu wyraz w książce – będzie to najprawdziwsza prawda.

No więc zachęcam do zakupu! Powieść znajdziecie pod tym linkiem. Cały czas w sprzedaży znajduje się też moja najnowsza książka pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, dostępna tu.

Nz. ilustracyjnym szkoła w jednej z miejscowości w obwodzie charkowskim. W zrujnowanym przez rosjan budynku, na ocalałej tablicy, ktoś napisał: „Zło musi zostać ukarane”. Musi – i oby było…/fot. własne

Ten tekst opublikowałem pierwotnie w portalu Interia.pl

Gladiatorzy

„Odsroczka” – dla mnie to słowo-klucz ostatniego wyjazdu do Ukrainy, tak często je słyszałem. Znaczy ono tyle co „odroczenie”, wielu mężczyzn wypowiada je z nabożnością, inni czynią to z pogardą.

„Odsroczka” to stan zawieszenia, ledwie trzymiesięczny, ale i tak pożądany przez tych, którym nie uśmiecha się służba w armii. W wymiarze fizycznym ma postać pokaźnego kwitu, z okrągłą (a jakże, tylko takie w Ukrainie się liczą…) pieczęcią. Dla posiadaczy jest niczym przepustka do życia, dla mundurowych z blok-postów, nade wszystko zaś dla tych na froncie, to niemal poświadczenie tchórzostwa i kolaboracji.

—–

– Chłopcy, nie siedźcie w domach, robota dla prawdziwych mężczyzn jest tu, w siłach zbrojnych – zachęca ubrany na bojowo żołnierz, występujący w reklamie rekrutacyjnej, jakich pełno obecnie w ukraińskiej telewizji.

„Gwarantujemy dwumiesięczne szkolenie przygotowawcze!”, obiecuje jedna z brygad ZSU na bilbordach rozwieszonych w Charkowie.

– Azow poszukuje żołnierzy, podoficerów i oficerów (…); przyłącz się do najlepszych! – namowy płyną też z radia.

Zwłaszcza dwie ostatnie znamionują desperację, bo jak inaczej rozumieć „gwarancję dwumiesięcznego szkolenia”, gdy zgodnie ze sztuką takie przygotowanie winno trwać pół roku? Jak interpretować fakt, że cieszący się mianem elitarnej formacji Azow musi reklamować się w mediach? Kiedyś i bez nachalnego marketingu ludzie garnęli się doń tłumnie.

Gwoli rzetelności – kilka dni temu zjadłam obiad w „najbezpieczniejszym lokalu w Izjumie” (jak głosiła reklama przed wejściem do przekształconej w kantynę głębokiej piwnicy). Większość klientów stanowili żołnierze 3 brygady Azowa, głównie młodzi i bardzo młodzi mężczyźni. Raz, że średnia wieku nie odpowiadała realiom ZSU, dwa, ci chłopcy musieli być ochotnikami, gdyż byli poniżej wieku mobilizacji. A więc ktoś się jeszcze zaciąga z własnej woli, ale – jako się rzekło – „czar elitarności” nie działa już jak niezawodny magnes.

W Ukrainie bowiem próżno szukać śladów patriotycznego wzmożenia, typowego dla pierwszych miesięcy pełnoskalowej wojny – obecnie istotą rekrutacji pozostaje przymusowy pobór. Z którego wielu usiłuje się wykręcić, zabiegając o „odsroczki”.

—–

Nie zrozumcie mnie źle. Armia nadal cieszy się ogromnym szacunkiem. Widać to na różne sposoby, na przykład na drodze, gdzie utarło się pozdrawiać wyprzedzane wojskowe pojazdy światłami. Czy w lokalach, gdzie dla żołnierzy zawsze znajdzie się miejsce, podobnie jak w środkach komunikacji publicznej. Ów respekt da się zauważyć w sklepach z ich „promocjami dla bohaterów”, przede wszystkim zaś w sposobach, w jaki zwykli Ukraińcy opowiadają o „naszych chłopcach”. Mnóstwo w tych narracjach tkliwości, dumy, troski, zrozumienia.

A zarazem nikt już nie ma złudzeń, że front to także dla Ukraińców „maszynka do mielenia mięsa” (wstrząsnęły mną obrazki małych wiejskich cmentarzy z kilkoma, czasami kilkunastoma grobami poległych…). Dodajmy do tego powszechne rozczarowanie, że „wróciło stare” – korupcja, prywata ludzi władzy – i towarzyszące mu przekonanie, że wojnę toczy się rękoma najbiedniejszych. Zdecydowanie nie są to okoliczności sprzyjające rekrutacji.

Sporo o tym myślałem podczas ostatniej podróży po Ukrainie i wyszło mi, że żołnierze armii ukraińskiej są w oczach rodaków niczym gladiatorzy. Owszem herosi, a jednocześnie życiowi pechowcy, wepchnięci w tryby śmiercionośnej maszynerii. Można darzyć ich uznaniem, szacunkiem czy nawet miłością, ale lepiej nie być na ich miejscu. Szczęściem w nieszczęściu to niepełna analogia, bo ci gladiatorzy nie walczą dla poklasku.

—–

Czy dla rosjan to dobre wieści? Tak, ale rzućmy na nie dodatkowe światło.

Okazuje się, że Kreml zmuszony został znacząco podnieść jednorazowe wypłaty dla ochotników wstępujących do wojska. Do tej pory było to 200 tys. rubli (9 tys. zł), od 10 lipca stawki wzrosły od 5 do 8 razy. Różnice mają charakter regionalny, najmniejszy wzrost odnotowano w Moskwie, gdzie za angaż oferuje się jednorazowo milion rubli (45 tys. zł). Najwięcej – kolejno 1,65 mln i 1,5 mln – dostaną ochotnicy z Krasnodaru i Tatarstanu.

Co nam te kwoty i wzrosty mówią? Że putin nadal oszczędza „białych, prawosławnych i wielkomiejskich rosjan” (w tym przypadku ma to postać znacznie słabszej zachęty), chcąc jak do tej pory prowadzić wojnę rękoma biednej, etnicznie odmiennej prowincji. Co zaś się tyczy kilkukrotnego wzrostu – nie da się go wytłumaczyć inflacją (realnie jest ona na poziomie około 40 proc.). Najbardziej oczywista odpowiedź to taka, że obywatele federacji z coraz mniejszym entuzjazmem garną się do wojska. Że dotychczasowe zachęty już nie wystarczają, trzeba więc było sięgnąć po ekstra bonusy. Których rosyjski budżet w perspektywie kilkunastu miesięcy nie wytrzyma…

—–

Szanowni, wróciłem cały i zdrów. Mam mnóstwo zdjęć, sporo ciekawych informacji – wszystko to przetworzę w najbliższych tygodniach (w sierpniu planuję kolejny wyjazd, tym razem na Zaporoże). Jest jednak pewne „ale” – potrzebuję Waszego wsparcia. Raport to robota na pełen etat, w istotnej mierze utrzymywany z Waszych „kaw” i subskrypcji. O które – jeśli nie wyczerpała się formuła – niezmiennie i serdecznie Was proszę.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Baner rekrutacyjny Azowa w Charkowie. „Lato, FPV, 3 szturmowa”/fot. własne

Nieszczęśni(k)

Dlaczego Donald Trump – w potocznym odczuciu skłonny do „politycznego romansu” z rosją – jako prezydent USA może okazać się dla Kremla koszmarnym zmartwieniem? Odpowiedź zawiera się w stwierdzeniu, że putin – dokonując napaści na Ukrainę – wepchnął siebie i swój nieszczęsny kraj między chiński młot a amerykańskie kowadło.

Zacznijmy od wywiadu, jakiego agencji Bloomberg udzielił prezydent Finlandii Alexander Stubb. Polityk zdiagnozował sytuację rosji, stwierdzając, że jest ona „w znacznym stopniu uzależniona od Chin”. W związku z czym:

– Jeden telefon od Xi Jinpinga rozwiązałby ukraiński kryzys – nie ma wątpliwości głowa fińskiego państwa. – Gdyby Xi Jinping powiedział: „Czas negocjować pokój”, rosja byłaby zmuszona to zrobić. Nie miałaby innego wyboru…

Zgadzam się z tą diagnozą, świadom kondycji, w jakiej znajduje się rosyjska gospodarka, bez „chińskiej kroplówki” skazana na zapaść.

Idźmy dalej – „druga armia świata” prowadzi wojnę na wyniszczenie. Założonym skutkiem zmagań o wysokiej intensywności miało być zdemolowanie ukraińskiego potencjału w stopniu, który zmusi Kijów do poddania się. Zarazem przyjęto, że znacznie wyższe straty własne są akceptowalne, bo „rosja może więcej”; ma większe rezerwy ludzkie i materiałowe. Na nieszczęście dla Kremla, plan niespecjalnie się spina – owszem, Ukraińcy krwawią, ale trwają, za to rosjanie zbliżają się do ściany jeśli idzie o możliwości odtwarzania ubytków w sprzęcie. Kończą się sowieckie zapasy, gromadzone na wojnę z NATO, a nominalnie potężny rosyjski przemysł zbrojeniowy nie radzi sobie z produkcją na przyzwoitym poziomie – i nie ma widoków, by sytuacja uległa poprawie. W efekcie rosjanie będą w stanie bić się „na ostro” jeszcze kilkanaście miesięcy. Jeśli do tego czasu nie pokonają Ukrainy, na co się nie zanosi, staną przed koniecznością częściowego zamrożenia konfliktu. Opcja dalszej walki na wyniszczenie, prowadzona w reżimie wysokiej intensywności działań bojowych, nadal będzie dostępna – pod warunkiem, że materiałowego wsparcia udzieli Moskwie Pekin.

W drugim ze scenariuszy uzależnienie rosji od Chin tylko się pogłębi, rosnące straty w ludziach (których Chińczycy kompensować nie będą), dodatkowo Moskwę osłabią. A będą wysokie, zapewne jeszcze wyższe niż obecnie, bo… – i tu wjeżdża Trump „na białym koniu”.

Choć tak naprawdę nie wiemy, co republikański polityk ma na myśli mówiąc o zakończeniu wojny w Ukrainie, on sam nie jest dla nas „czystą kartą”. Po poprzedniej prezydenturze wiemy mniej więcej, czego się po nim spodziewać. Znamy też poglądy wspierających go wpływowych osób. Na tej podstawie możemy domniemywać, że Ameryka nowego-starego prezydenta skierowałaby większą uwagę na Daleki Wschód – mobilizując się do konfrontacji z Chinami, czyniąc to kosztem Europy.

Trump z uznaniem wypowiada się o putinie i innych „mocnych ludziach”, co nie zmienia faktu, że nie traktuje rosji jako symetrycznego zagrożenia dla USA. I słusznie, bo czym federacja mogłaby Stanom zaszkodzić? Wojskowo jedynie „atomem”, co w wersji ograniczonej konfrontacji niechybnie skończyłoby się starciem z powierzchni ziemi całej rosyjskiej armii, bez podobnych szkód dla Ameryki, a w opcji totalnej konfrontacji – zagładą planety. Oba scenariusze należy zatem uznać za nieprawdopodobne. Ekonomicznie zaś rosja to karzeł, w dodatku z chromą nogą i jednym okiem. Tymczasem Chiny – jakkolwiek militarnie ustępujące USA – są drugą gospodarką świata, o globalnych zasięgach i ambicjach. Trump tak widzi sprawy, skądinąd właściwie, i pod takie postrzeganie definiuje priorytety; czynił to już podczas swojej pierwszej prezydentury.

Trumpiści przez pół roku blokowali pomoc USA dla Ukrainy, co wielu obserwatorów skłania do wniosku, że republikański lider chciałby upadku Kijowa. I że generalnie „ma coś przeciwko Ukrainie”. Trudno zaprzeczyć, że na obstrukcji ludzi Trumpa zyskiwała rosja – a traciła, dosłownie, armia ukraińska – tym niemniej były to skutki wtórne. Zamysł trumpistów sprowadzał się do paraliżu działań administracji Joe Bidena, do wykazania osobistej niemocy i nieskuteczności prezydenta. A że działo się to ze szkodą dla Ukrainy? Tym gorzej dla Ukrainy. Do czego zmierzam? Ano do stwierdzenia, że Kijów stał się zakładnikiem polityki wewnętrznej USA, ale co do zasady Trump nie ma nic przeciwko Ukrainie. Z dużym prawdopodobieństwem można by rzec, że ma ją gdzieś.

A teraz zastanówmy się nad skutkami otwartego i znaczącego wsparcia Chin dla rosji. Z perspektywy Trumpa byłaby to jakościowo inna sytuacja. Do tego stopnia, że Ukraina stałaby się polem zastępczej wojny, starciem między Waszyngtonem a Pekinem realizowanym ukraińskimi i rosyjskimi rękoma, przy użyciu amerykańskiej i chińskiej broni. W takim ujęciu aspiracje Ukraińców i ambicje rosjan wpisałyby się w rozgrywkę między dwoma zewnętrznymi mocarstwami, co nie byłoby niczym nadzwyczajnym w najnowszej historii świata.

Tylko dlaczego do tej zastępczej wojny w ogóle miałoby dojść?

Po pierwsze, rosja sama Ukrainy nie pokona – musi poprosić o wsparcie Chin.

Po drugie, „separatystyczny pokój” między USA a rosją – będący skutkiem dogadania się Trumpa z putinem – wcale nie oznacza, że Ukraina potulnie zaakceptuje warunki. W tym kontekście Trump już jest koszmarem Kremla, zmusił bowiem europejskie rządy do zajęcia się na poważnie kwestiami własnego bezpieczeństwa militarnego. Pogróżki republikańskiego lidera oraz niedawne niezdecydowanie USA w kwestii pomocy dla Ukrainy dały sojusznikom do myślenia. Nikt nie chciałby – jak Kijów – stać się zakładnikiem wewnątrzamerykańskiego sporu między demokratami a republikanami. Szczególnie że Moskwa podsyca obawy, co rusz grożąc członkom natowskiej i unijnej wspólnoty. Długofalowym skutkiem opisanej sytuacji będzie remilitaryzacja Europy. W bliskiej i średniej perspektywie oznacza wspieranie Ukrainy, bo jej opór wyraźnie osłabia rosję, wybijając Kremlowi z głowy inne militarne akcje. Innymi słowy, nawet jeśli Trump, jako prezydent, zatrzyma amerykańskie wsparcie, Ukrainie pozostanie Europa. A pomoc z kontynentu będzie na tyle duża, że patrz „po pierwsze” (rosja sama Ukrainy nie pokona – musi poprosić o wsparcie Chin).

Po trzecie, deal putina z Trumpem mógłby się Chinom nie spodobać, zwłaszcza że Pekin ewidentnie gra na dalsze, długofalowe wyczerpanie rosji (by móc ją nie tyle od siebie uzależnić, co faktycznie zwasalizować). Z chińskiej perspektywy, im rosjanie dłużej będą walczyć, tym lepiej.

Po czwarte, wypięcie się rosjan na Trumpa („wsadź sobie swoją ofertę pokojową gdzieś”), zwłaszcza gdyby było efektem chińskiej presji, przyniosłoby radykalny wzrost amerykańskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy. Do głosu doszłyby tu optyka Trumpa (jego postrzeganie Chin), no i niezbyt chwalebne cechy charakteru republikańskiego polityka (pozującego na samca-alfa, któremu się nie odmawia; amerykański establishment potrafił i zapewne będzie potrafił je wykorzystać).

Oczywiście jest jeszcze możliwość, że putin poprzestanie na prowadzeniu wojny o mocno ograniczonym natężeniu (częściowo zamrozi konflikt). Tak, by ogarnąć go własnymi siłami, z nadzieją, że jednak Ukraina w końcu pęknie. Ale to bardzo niebezpieczny wybór – o czym więcej przy innej okazji.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Dowódca armii ukraińskiej, gen. Syrski (po lewej). Pierwszy żołnierz Ukrainy nie wypowiada się na tematy polityczne, ale nieco bardziej rozmowni są jego podwładni. Za mną kilka wywiadów z ukraińskimi oficerami – wizja Trumpa-prezydenta USA ich nie przeraża i nie mam wrażenia, że chodzi tu o „urzędowy optymizm”…/fot. ZSU

Klejnot

O „anałogach” armii putina – rodzajach broni, „która nie ma odpowiedników w świecie” – napisano wiele krytyczno-ironicznych opinii; sam nie raz sobie na to pozwalałem. I wciąż będę, gdyż dalekie od deklarowanych możliwości uzbrojenia, w połączeniu z wyjątkowo „napuszoną” propagandą na jego temat, prowokują do naśmiewania się z wyrobów radziecko-rosyjskiej zbrojeniówki. Byleby czynić to z umiarem, bo nadal mówimy o narzędziach służących do niszczenia i zabijania, może nie tak skutecznych, ale też nie beznadziejnie nieskutecznych.

No i nie zapominajmy, że „anałogi” – niezależnie od ich obiektywnej wartości – rzeczywiście są tym, co najlepsze w dyspozycji rosyjskiego wojska. Tym, co najlepsze, jeśli idzie o rosyjską myśl techniczną i technologiczne możliwości zaplecza. Wybaczcie cywilną i nierosyjską analogię, ale lepszej nie znajduję: z naszych Polonezów nabijano się na Zachodzie, tak bardzo ustępowały tamtejszym produktom motoryzacyjnym. Co nie zmieniało faktu, że w warunkach „socjalistycznej” gospodarki lat 80. niczego lepszego produkować się w Polsce nie dało. Śląc „poldasy” na eksport, słaliśmy to, co najlepsze.

Delegując system S-500 do ochrony Krymu, rosjanie są w podobnej sytuacji: nic lepszego w kategorii „broń przeciwlotnicza/antyrakietowa” posłać nie mogą.

A czy obiektywnie niczego lepszego na świecie nie ma, to już zupełnie inna historia…

—–

Pierwotna informacja o transferze S-500 pochodzi z minionego tygodnia i padła z ust Kyryło Budanowa, szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego. Później – w oparciu o własne źródła w amerykańskim i brytyjskim wywiadzie – potwierdziło ją kilka zachodnich gazet.

Jednocześnie w mediach społecznościowych pojawiło się co najmniej kilka filmików ilustrujących inne zabiegi rosjan. Podróżujący przez most krymski kierowcy nagrali „budowę” bariery antydronowej po południowej stronie przeprawy – tam, gdzie Cieśnina Kerczeńska otwiera się na Morze Czarne, skąd przypływają ukraińskie bezzałogowce. Trudno mi ocenić, na ile skuteczny będzie „mur” ze starych statków, zacumowanych wzdłuż szlaku drogowo-kolejowego; na pewno zadania w postaci ataku z morza Ukraińcom to nie ułatwi.

Utrudnić uderzenie z powietrza mają z kolei wspomniane zestawy S-500. Zdaniem co poniektórych, wręcz uniemożliwić, wszak pięćsetka to „anałog-w-miru-niet”. „Niebo nad Krymem zostanie zamknięte”, orzekł definitywnie jeden z prorosyjskich aktywistów medialnych. Amen.

—–

Deklaratywnie i „folderowo” S-500 to system pracujący zarówno w atmosferze (endoatmosfercznie), jak i poza nią (egzoatmosferycznie). Znaczy to tyle, że efektywna wysokość do celu może wynieść nawet 45-50 km. Przy zasięgu rakiet przechwytujących dochodzącym do 600 km dawałoby to naprawdę „długie ręce”. „Ramionom” towarzyszą rzekomo nie mniej sprawne „oczy” – radary – wykrywające cele w odległości 1000 km (te największe – mniejsze na dystansie 300-350 km). Gdyby rzeczywiście tak było, S-500 doskonale radziłby sobie z pociskami hipersonicznymi, a tradycyjna amunicja i powolne drony stanowiłyby dla systemu co najwyżej „przystawkę”. Gdyby…

—–

Wieść o wyrzutniach S-500 chroniących Krym i wiodący na półwysep most rozpaliła obserwatorów konfliktu. Większość spodziewa się kolejnej deklasacji „anałoga” przy użyciu zachodniej precyzyjnej amunicji. Z tym jednak może być problem, bo elementy systemu nie trafiły na okupowane terytoria – wyrzutnie i radary stoją po rosyjskiej stronie Cieśniny Kerczeńskiej, gdzieś w okolicach Krasnodaru. Ukraińcy mogą używać amerykańskiej broni na obszarze rosji tylko w pobliżu Charkowa, nawet gdyby zgodę rozszerzono, S-500 pozostanie poza zasięgiem ATACMS-ów (które okazały się zabójczo skuteczne w konfrontacji ze starszymi S-300 i S-400). W ukraińskim arsenale są jeszcze brytyjsko-francuskie Storm Shadowy/Scalpy – a tych można używać bez ograniczeń. No i mają Ukraińcy masę samolotów bezzałogowych, którymi nie raz już „przesaturowali” krymską OPL.

—–

S-500 to broń dotąd nie użyta bojowo, ba, można zaryzykować stwierdzenie, że wciąż znajdująca się w fazie eksperymentalnej. Jednostka wyposażona w zestawy nie jest nawet w pełni skompletowana – i ten stan nie uległ zmianie od niemal 3 lat.

W październiku 2021 roku S-500 rozmieszono pod Moskwą. Transfer na południe oznacza zatem zmniejszenie możliwości obronnych stolicy, co mówi nam sporo o rosyjskich priorytetach, ale i obnaża jedno z fundamentalnych kłamstw kremlowskiej propagandy. Gdyby władze federacji naprawdę bały się „agresywnego NATO”, zaryzykowałyby odesłanie swej najlepszej broni? Zapewne nie.

Czy Krym jest dla putina ważniejszy niż Moskwa? Nie da się tego wykluczyć. Półwysep to klejnot pośród zdobyczy putinowskiej rosji, a most jest tego triumfu ucieleśnieniem. Nie może więc zostać zniszczony, mimo iż jego praktyczna wartość nie jest już tak wysoka (jak rok czy dwa lata temu) – funkcje transportowe w coraz większym stopniu przejmują na siebie szlaki drogowe i kolejowe, (z)budowane przez rosjan na południu okupowanej Ukrainy. Stąd ów ocierający się o desperację i obarczony ryzykiem kolejnej negatywnej weryfikacji krok z wysłaniem S-500.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Łysiakowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Grzegorzowi Lenzkowskiemu, Łukaszowi Podsiadle i Michałowi Baszyńskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Wyrzutnia systemu S-500/fot. MOFR, domena publiczna

Kara

„Zadam niepopularne pytanie: czy Ukraina nie może zacząć rozmów z Rosją i oddać część jej terytoriów w zamian za życie tych, którzy jeszcze w tym kraju zostali?”, zastanawia się filozofka, prof. Magdalena Środa. Dalszą część jej wypowiedzi znajdziecie na załączony screenie, choć istota i tak zawiera się w pierwszym, zacytowanym przeze mnie zdaniu. Pytacie mnie, co o tym sądzę, pozwolę więc sobie na krótki komentarz.

Zacznę od dygresji. Kilkanaście dni temu wziąłem udział w polsko-ukraińsko-niemieckim seminarium, zorganizowanym przez Uniwersytet Szczeciński. Co prawda poświęcono je dziennikarstwu obywatelskiemu, niemniej kontekst wojenno-ukraiński zdefiniował dyskusje. Z uwagą wsłuchiwałem się w wypowiedzi zagranicznych koleżanek i kolegów po fachu, a opowieść o niemieckim rozumieniu konfliktu na Wschodzie wydała mi się arcyciekawa.

Dotąd sądziłem, że ostrożna polityka Berlina wobec Kijowa i Moskwy wynika z trzech powodów.

Pierwszy ma wymiar historyczno-etyczny i jest konsekwencją niemieckich zbrodni na Wschodzie oraz faktu, że współczesnej rosji udało się zawłaszczyć historię ZSRR tak, by w relacjach ze światem zewnętrznym uchodziła ona za wyłącznie rosyjską. W efekcie „znikło” gdzieś etniczne zróżnicowanie ofiar hitlerowskiej agresji, a skoro wszyscy byli rosjanami, to rosji przypadają „moralne bonusy” z tego tytułu. Niechęć, powściągliwość, a ostatecznie „tylko” wspomniana ostrożność, z jaką do pomocy dla Ukrainy podchodzi RFN, wynikają także z przekonania, że „nam, Niemcom, nie wypada przykładać ręki do zabijania rosjan”. Gdzieś tam zapewne tli się jeszcze strach przed srogością ewentualnej zemsty moskali. Świadkowie bestialstw armii sowieckiej z lat 1944/45 w zasadzie już nie żyją, ale trauma bywa dziedziczona społecznie i potrafi zakorzenić się w głowach kolejnych pokoleń.

Drugi ważny moim zdaniem powód sprowadza się do relacji ekonomicznych łączących Niemcy i rosję. Zaplecze surowcowe i relatywnie duży rynek zbytu były przez lata rosyjskimi atutami, którymi Moskwa rozgrywała Berlin. Czyniła to z łatwością, bo Niemcy, jako państwo, przeszły transformację z organizacji wysoce zmilitaryzowanej w strukturę biznesową – kraj stał się firmą i wedle logiki firmy funkcjonował. A że kontrahent często okazywał się łobuzem? Nie miało to większego znaczenia, póki realizował swoje zobowiązania. Póki można było na nim i dzięki niemu zarabiać. Trudno rezygnuje się z takiej współpracy, trudno nie ulec pokusie, by nie zrywać wszystkich mostów.

Tym trudniej, gdy jest się naszpikowanym agenturą wpływu. W żadnym innym europejskim kraju mniej lub bardziej prorosyjskie narracje nie były i nie są z taką łatwością kolportowane jak w Niemczech. Dość wspomnieć „antywojenne” protesty czy „propokojowe” deklaracje ludzi nauki i sztuki.

Ale byłoby nieuczciwością wrzucanie wszystkich takich inicjatyw, no i szerzej, powściągliwości jako strategii politycznej RFN, do jednego worka „świadomej gry na rosję”. I w tym momencie wrócę do niemieckiej perspektywy, z jaką zetknąłem się podczas wspominanego seminarium.

Niemcy są społeczeństwem na wskroś pacyfistycznym – to skutek rewolucji zafundowanej temu państwu i tej wspólnocie przez aliantów po zakończeniu II wojny światowej. Sam czasem żartuję, że ów pacyfizm wszedł Niemcom (z których wywodzi się część mojej rodziny, więc czuję się rozgrzeszony z tych docinków) za mocno. A na fundamencie pacyfizmu refleksja o nadrzędnej wartości ludzkiego życia ma się bardzo dobrze. Tym lepiej, gdy dodamy „dwa do dwóch” – indukowany z zewnątrz (ale w pełni zinternalizowany) pacyfizm do specyficznych doświadczeń historycznych. W Zachodnich Niemczech mówiło się, że lepiej mieć pół Niemiec tylko dla siebie niż całe na pół. W tej figurze retorycznej chodziło o akceptację powojennego porządku – podziału Niemiec na te, gdzie dostępne były wszystkie wolności, oraz te, które znalazły się pod sowiecką kuratelą. Taki stan rzeczy był dla Niemców bolesnym ciosem, ale był też lepszą opcją niż pełna okupacja.

Co więcej, z czasem okazało się, że podział nie jest trwały, że kraj udało się zjednoczyć. Poczucie realizmu i cierpliwość kilku pokoleń zostały wynagrodzone.

I właśnie w takich kategoriach wielu współczesnych Niemców postrzega obecną sytuację Ukrainy, a ślady takiej kalkulacji odnajdujemy w polityce RFN. I takie postrzeganie podziela z Niemcami cytowana na wstępie prof. Środa. „Ziemia za pokój/ziemia za życie” – to nawet nie brzmi tak źle. No i zawsze jest nadzieja, że rosja – jak niegdyś ZSRR – też się rozleci (a przecież federacja stoi na jeszcze bardziej chwiejnych nogach niż sowiecja). A jak się rozleci, możliwa będzie konsolidacja ukraińskich ziem. Ale…

Ale w takiej perspektywie – akceptacji dla podziału Ukrainy wzorem Niemiec – brakuje mi istotnej zmiennej. Podkreślenia, że los dawnej III Rzeszy był zasłużoną karą dla państwa i wspólnoty, które zafundowały światu koszmarną wojnę i Holocaust. A za co miano by ukarać Ukrainę? A przecież byłaby to kara nie dla abstrakcyjnego bytu, a dla konkretnych ludzi. Zabijanych, więzionych, poddanych presji ekonomicznej i procesowi wynaradawiania – tym bowiem cechuje się codzienność terenów okupowanych przez rosjan…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Lyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi,   Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.