Pierwszy

Nie milkną echa skandalicznych słów Donalda Trumpa, który zakwestionował wkład sojuszników z NATO, sugerując, że w Afganistanie „trzymali się z tyłu”. I że Ameryka ich nie potrzebowała. Wypowiedź spotkała się z ostrymi reakcjami polityków z Wielkiej Brytanii, Włoch czy Niemiec, przeprosin oczekują weterani i rodziny poległych z kilkudziesięciu krajów. Amerykańskie służby dyplomatyczne starają się ugasić pożar. Ambasady USA, także ta w Polsce, wydają pojednawcze oświadczenia. Ale sam Trump, póki co, pokajał się jedynie przed Brytyjczykami; resztę sojuszników ignoruje. Jakby historia, o której tu wspomnę, w ogóle się nie wydarzyła…

2 czerwca 2011 roku z bazy Giro wyruszył kilkudziesięcioosobowy patrol kołowy. Polacy zmierzali ku głównej arterii, szosie Highway 1, mijając pod drodze m.in. wioskę Bahar. Tam kolumna dostała się pod ogień. Początkowo ostrzał nie był ani intensywny, ani groźny, mimo to nie można go było zignorować. Incydenty bez odpowiedzi tylko rozzuchwaliłyby talibów.

Polacy zaczęli napierać na wioskę, a ogień rebeliantów zgęstniał do tego stopnia, że niezbędne okazało się wezwanie samolotów. Dwa amerykańskie F-15 poprzestały na niskich przelotach – użycie działek czy rakiet w gęsto zamieszkałym rejonie nie wchodziło w grę. Pokaz siły nie przyniósł jednak oczekiwanych efektów – Afgańczycy się nie wycofali.

Rosomaki podjechały jak najbliżej zabudowań i wysadziły desant. Jedną z drużyn, która od razu ruszyła między domy, dowodził starszy kapral Jarosław Maćkowiak z 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej. Zaczęło się przeczesywanie terenu – sprawdzanie każdego domu, każdego budynku gospodarczego. Od czasu do czasu rozlegały się serie z broni maszynowej, gdy dochodziło do kontaktu z przeciwnikiem. W którymś momencie drużyna „Maćka” zatrzymała się przy końcu muru jednego z domostw. Pójście dalej oznaczało wyjście w otwartą przestrzeń. Afgański policjant i tłumacz Polaków chciał ruszyć jako pierwszy. Maćkowiak, widząc że Afgańczyk nie ma kamizelki kuloodpornej, sam zajął jego miejsce.

– Pójdę jako pierwszy – powiedział i ruszył, a za nim kolejni. I wtedy rebeliancka seria skosiła dwóch biegnących na czele Polaków.

Mimo ognia koledzy wynieśli rannych w bezpieczniejsze miejsce, w pobliże jednego z Rosomaków. Wozem dowodził starszy kapral Tomasz Byczek, który ogniem z kaemu osłaniał ewakuację rannych.

– Skupiłem się na celach, by nas nie podeszli – opowiadał mi kilka lat później. – Gdy spojrzałem w bok, medyk już „Maćka” pompował…

Maćkowiak dostał w udo, pocisk przerwał mu tętnicę. Był nieprzytomny, gdy ładowano go na pokład śmigłowca ewakuacji medycznej, zmarł w szpitalu w Ghazni.

– Gdy go zabierali, wiedziałem, że jest źle, ale nie sądziłem, że widzę chłopa ostatni raz żywego… – relacjonował kapral Byczek.

Podczas akcji w Bahar zginęło 15 talibów. Skala i intensywność potyczki wzięły się stąd, że tego dnia do wioski zjechało wielu bojowników na wesele jednego z nich.

—–

Przez Afganistan przewinęło się około 33 tysięcy polskich żołnierzy; 44 z nich wróciło w trumnach, setki z ranami i traumą. Znałem osobiście pięciu żołnierzy, weteranów Wojska Polskiego, którzy po powrocie do kraju przegrali zmagania z PTSD i popełnili samobójstwo. Nie znamy dokładnej liczby śmiertelnych ofiar stresu pourazowego, ale z całą odpowiedzialnością mogę napisać, że jest ich co najmniej kilkadziesiąt. W skali koalicji (nawet bez Amerykanów) – tysiące. I już choćby dlatego słowa Donalda Trumpa o tym, że sojusznicy w Afganistanie byli „niepotrzebni”, są nie tylko fałszywe, lecz także moralnie obrzydliwe.

Jako kronikarz „polskiego Afganistanu” poznałem setki żołnierzy, utrzymywałem kontakt z rodzinami wielu z nich, także z bliskimi poległych. To te relacje sprawiły, że uczestniczyłem w ich żałobie i widziałem z bliska, jak mierzą się z traumą straty. Widziałem domowe ołtarzyki, które w mieszkaniach rodziców poległych chłopaków stawały się centrum codziennego życia. Wiem, jak wielkie znaczenie dla pogodzenia się ze stratą miało przekonanie, że te śmierci miały sens – i mogę się tylko domyślać, jak bardzo bolą dziś słowa Donalda Trumpa, że w gruncie rzeczy były niepotrzebne.

—–

Nz. Polscy żołnierze w Afganistanie podczas jednej z wielu misji bojowych/fot. Adam Roik

Ten tekst, w znacznie obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

„Swoje”

Spędziłem w strefach działań wojennych i kryzysów humanitarnych dwa lata. Nie ciągiem – jeździłem zwykle na dwa-cztery tygodnie, przytrafiły mi się również dwie dłuższe wyprawy. Działo się to na przestrzeni kilkunastu lat, było zatem doświadczeniem mocno rozłożonym w czasie. I stopniowalnym. W Afganistanie czym innym był wyjazd na patrol z grupą bojową, czym innym opuszczenie bazy w towarzystwie CIMIC-u realizującego projekty dla ludności. Jeszcze innym doświadczeniem były wyprawy samodzielne, bez wojska; poznawanie kraju i ludzi w trybie, powiedzmy, „turystycznym”. Inne ryzyka, inna „adrenalina” i strach. Podobnie sprawy mają się z Ukrainą, gdzie nie sposób zrównać przebywania na froncie z pobytem w miejscowości, gdzie owszem, słychać działa, czasem nawet coś przyleci, ale zasadniczo trzeba by wyjątkowego pecha, żeby czymś oberwać. Pecha lub czyjegoś nieogaru – w Iraku mało mnie nie zabił tamtejszy żołnierz (z nowej irackiej armii), który podczas ćwiczeń z ostrą amunicją rzucił granat tak, jakby sam chciał się nim zabić. Uratował mnie refleks, lecz i tak tygodniami szorowałem dupsko, by pozbyć się drobinek, kamyków i bóg wie czego jeszcze, co poszło z falą uderzeniową, czyniąc z części moich spodni siateczkę.

Mniejsza o to; nie o weterańskie wspomnienia chodzi. Chcę o skutkach. Kiedyś, po nieprzyjemnym kontakcie z IED, cały i zdrów wróciłem do domu. Poszedłem do kina, zgasło światło, a ja… uciekłem z sali. Ciemność wywołała atak paniki; to w takich okolicznościach dowiedziałem się, że choruję na PTSD. Terapia pomogła, po rocznej przerwie wróciłem do wyjazdów. Ale po kilku latach, z których najintensywniejsze były doświadczenia donbaskiego frontu, uznałem, że mam już dość. Przestałem się bać, a to jest gorsze niż paraliżujący strach. Dlatego moje ostatnie pobyty w Ukrainie to wolontaryjna humanitarka a nie wojenna reporterka. Na front niech pakują się młodsi dziennikarze, z mniejszym bagażem. Ja swoje zrobiłem.

„Ja swoje zrobiłem”, mówi Ihor, którego poznałem w 2015 roku. To skądinąd ciekawa historia, bo mowa o chłopaku z Doniecka, który osiem lat temu opowiadał się za noworosją. W stolicy tzw. donieckiej republiki ludowej działał w proseparatystycznej młodzieżówce; zapewniał mnie wtedy, że to, co działo się na wschodzie, to prawdziwa ludowa rewolucja. Nie przekonał mnie, nie przekonał samego siebie – rok później był już w wolnej Ukrainie, w kolejnych latach odbył turę na Donbasie. Po 24 lutego znów zaciągnął się do wojska. Odsłużył rok, wiosną został zdemobilizowany. Latem dołączył do rodziny w Polsce. „Proponowali mi kolejne pół roku w wojsku, ale odmówiłem. Nie mam już na to sił”.

Mnie nie musi się tłumaczyć, jednak w Polsce spotkał się już z komentarzami typu „dezerter”, „dekownik”, „tchórz”.

Jakiś czas temu rozmawiałem z kolegą fotoreporterem na temat wyzwań rekrutacyjnych, przed jakimi staje ukraińska armia. Ubywa ochotników, mobilizowane są kolejne roczniki; to kwestia na odrębny wpis, dość zaznaczyć, że wielu doświadczonych żołnierzy opuściło już szeregi. „No kurwa, po roku w wojsku, kilku miesiącach na froncie, który tam przecież jest prawdziwym młynem, opcja demobilizacji to jak wygrany los na loterii”, skwitował ów kolega.

Mogłem tylko przytaknąć.

Nie wolno – zwłaszcza tym, którzy nie wiedzą, czym jest wojna – oceniać wyborów Ihora i jemu podobnych. Powściągliwość w tym przypadku to kwestia elementarnej przyzwoitości. Pamiętajmy też o czynnikach obiektywnych – gdy zaczęła się inwazja, Ukraińcy walczyli o przetrwanie. Po drodze okazało się, że diabeł nie taki straszny, że orków można pokonać, że moskal nie jest w stanie zagrozić całemu państwu. Że dla większości Ukraińców nie jest to zagrożenie egzystencjalne. Jest i nie jest, karty wszak mogą się obrócić, ruskim mogłoby być łatwiej, gdyby nie mieli się z kim bić. Tym niemniej w ukraińskiej świadomości społecznej coraz mocniej zakorzenia się przekonanie o „odległej wojnie”. Podobnej do tej z lat 2014-22. Do której można się przyzwyczaić i która niekoniecznie jest już tak motywująca dla potencjalnych rekrutów. Ukraiński sukces – przetrwanie, odzyskanie części ziem, straszliwe poturbowanie rosyjskiej armii – ma i taki wymiar: sprzyja myśleniu „ja swoje zrobiłem”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. To zdjęcie zrobiono mi zimą 2015 roku, gdzieś na ługańszczyźnie

Memento

Kilkanaście lat temu przewidywałem, że tzw.: wojna z terrorem – w Iraku i w Afganistanie – będzie odbijać się nam czkawką jeszcze przez długie lata. Chodziło mi o jej psychologiczne skutki i generowane przez nie społeczne problemy. Stres pourazowy stanie się udziałem około 10 tys. weteranów, a ponieważ PTSD to choroba rozszerzona, dotykająca także członków rodzin, zjawisko obejmie kilkadziesiąt tysięcy osób – przewidywałem. Średniej wielkości miasto. W skali kraju to niewiele, ale dość, by sprawa co jakiś czas stała się przedmiotem gorącej publicznej debaty. Obyśmy z niej wyciągnęli jakieś rozsądne wnioski – życzyłem sobie, mając na myśli przede wszystkim budowę sensownego systemu opieki psychologicznej i psychiatrycznej. Nie tylko w strukturach medycyny wojskowej, ale szerzej, wszak PTSD może dotknąć nie tylko walczących żołnierzy – choróbsko regularnie dopada na przykład ofiary wypadków samochodowych czy osoby cierpiące z powodu przemocy domowej.

Ale media o PTSD w zasadzie milczą. W najbardziej interesującym mnie kontekście, dotyczącym skutków udziału w wojnie, wynika to głównie z niedocenionej przeze mnie przed laty hermetyczności środowiska (około)wojskowego. Znam masę ludzi z tego grona i wiem, ile cierpienia wielu z nich przyniósł stres pourazowy. Lecz „o tym się nie mówi, zwłaszcza obcym i publicznie”. Niemówienie to także efekt warsztatowej słabości współczesnych mediaworkerów, którzy nie potrafią „dogryźć się” do istotnych tematów, rezultat niskiego poziomu zaufania dla prasy, radia czy telewizji („przecież nie pójdę do nich ze swoją historią”) i wreszcie, skutek strategii biznesowych redakcji, zakładających maksymalizację zysków przy jak najniższych nakładach. Tymczasem wokół opowieści o ofiarach PTSD trzeba się nachodzić, nie wystarczy risercz w społecznościówkach i kilka telefonów. A jak chodzić wokół czegoś, co może i jest problemem, ale dotyka tak niewielu osób? I tak to się rozmywa, umyka społecznej uwadze.

W Ukrainie – a w mniejszym zakresie także w rosji – nie rozmyje się i nie umknie. Nawet jeśli zjawisko poddane zostanie próbie zafałszowania, unieważnienia. Przez front przewinęło się już grubo ponad milion ukraińskich żołnierzy, kilkaset tysięcy cywilów znalazło się w strefie bezpośrednich walk, niemal siedem milionów mieszka w miastach narażonych na ataki rakietowe. 10 milionów ludzi zmuszonych zostało do ucieczki. Wszyscy oni byli i są narażeni na bodźce wywołujące PTSD. To samo tyczy się miliona rosyjskich weteranów oraz kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców przygranicznych rejonów rosji, żyjących w cieniu wojny i związanych z tym ryzyk. Wieloletnie obserwacje pozwalają przyjąć, że stres pourazowy dotyka mniej więcej jednej piątej osób wystawionych na stresogenne czynniki. Zasadniczo bardziej narażony będzie żołnierz, który doświadczył okrucieństwa bezpośrednich walk, niż uchodźca skazany na dyskomfort z powodu opuszczenia domu, bliskich, funkcjonowania w nowym, obcym środowisku. Ale też wrażliwość to cecha osobnicza i może się okazać, że beznogi weteran łatwiej poradzi sobie z chorobą niż fizycznie cały mieszkaniec Kijowa, który najadł się strachu oglądające latające nad domem pociski manewrujące i drony-kamikadze.

Tak czy inaczej, czkawka po tej wojnie będzie donośna. Będzie generować kolejne dramaty, kolejne koszty jeszcze długo po tym, jak umilkną działa. Jakie konkretnie? Odpowiedź znajdziecie w mojej pierwszej reporterskiej książce – „zAfganistanu.pl. Alfabet polskiej misji”. Rozdział nosi tytuł „T jak trauma” i jest w całości poświęcony nieoczywistej cenie wojny, jaką płacą żołnierze i ich rodziny. Bardzo bym chciał, by było inaczej, lecz nie mam złudzeń, że ów tekst – jakkolwiek historyczny (wydany przed 12 laty) – stanowi zarazem memento. Jest o „po-Afganistanie”, ale mówi też o „po-Ukrainie”…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Skutkiem udziału w wojnie może być znieczulenie na widok cierpienia, nawet dzieci…/fot. własne (wykonane w Afganistanie jesienią 2013 roku)

Ubytki

Dziś będzie o żałobie i ubytkach w społecznej tkance.

Mój dobry znajomy z Ukrainy stracił w Donbasie córkę. Poległa latem, była ochotniczką, która przed lutym tego roku ani myślała zakładać mundur. Iść śladem ojca, zawodowego żołnierza. „Nie zabijam ich bezpośrednio, ale przykładam do tego ręce. I tylko to, zemsta na okupantach, nadaje teraz mojemu życiu sens”, przyznał niedawno ów oficer. „Nie wiem, co będzie, gdy skończy się wojna…”, dodał.

—–

Znam wiele osób, które straciły na wojnie kogoś bliskiego. Rozmawiałem kiedyś z ojcem Sylwestra, spadochroniarza poległego w Iraku w 2004 roku, zapalonego rowerzysty.

– Na swój ostatni rower wydał sześć tysięcy złotych, wtedy to była masa pieniędzy – mówił ojciec poległego. – A i tak godzinami siedział w piwnicy, dorabiał, przerabiał, coś tam ulepszał. Skończył techniku mechaniczne, więc miał smykałkę do takiej roboty. Przed wyjazdem do Iraku zamówił nawet specjalną ramę, kolejne dwa tysiące na to wydał. Przyszła już po jego śmierci…

– Niechciana pamiątka po hobby syna.

– Wie pan – mężczyzna uśmiechnął się lekko. – Sylwek, zanim pojechał, położył ten swój rower na szafie. Zdjąłem go tylko raz, wziąłem na cmentarz i zrobiłem zdjęcie przy grobie. A potem odłożyłem na miejsce. Leżał tam, w jego pokoju, przez dwanaście lat. Nie miałem odwagi, by cokolwiek z nimi zrobić.

Mama Grzegorza – który zginął razem z Sylwestrem – przyznała z kolei:

– W domu mamy taki ołtarzyk, gdzie palimy świeczki, kładziemy kwiaty. I żyjemy dalej, uznając, że tak widocznie musiało być – mówiła dwanaście lat po utracie syna. Sprawiała wrażenie pogodzonej z rzeczywistością, lecz gdy poprosiłem o zdjęcia (które zamierzałem wykorzystać we wspominkowym artykule), rozpadła się na kawałki. Dowody dorastania, w połączeniu ze świadomością, że nie będzie już ciągu dalszego, zwróciły ból i wywołały łzy.

Rodzice Marcina – sapera poległego w Afganistanie – podporządkowali życie pielęgnowaniu pamięci o synu. Stał się on miejscowym bohaterem, jego grób regularnie odwiedzają uczniowie i harcerze. Przyjeżdżają wojskowe delegacje i weterani, a raz do roku – w rocznicę śmierci – koledzy z feralnego patrolu.

– Trwamy od jednej takiej wizyty do drugiej – usłyszałem kiedyś.

Żona zabitego przez irackich rebeliantów żołnierza nie chciała być wdową. Wyszła ponownie za mąż, została matką.

– Wspomnienia z tamtego życia są coraz mniej wyraźne, odchodzą – opowiadała mi przed laty. – Żegnam się z nimi stopniowo, tak jak kiedyś, powoli, żegnałam się z nienawiścią do ludzi, którzy zabili mi ukochanego mężczyznę.

—–

Są różne miary wojennych spustoszeń – jedna z nich dotyczy traumy. Da się ją nawet chwycić w statystyki. Z dotychczasowej praktyki medycznej wynika, że stres pourazowy dotyka średnio jedną czwartą posłanych na wojnę mundurowych. Mierzą się z nim również rodziny poległych i ciężej rannych. Wiemy, że jest chorobą rozszerzoną – że jej skutki (w postaci przemocy, alkoholizmu, rozpadu więzi rodzinnych) doskwierają też najbliższym żołnierza. Z danych ministerstwa obrony wynika, że przez misje w Iraku i Afganistanie przewinęło się 50 tys. naszych wojskowych – poległo 66, poważne rany odniosło około 300. Na tej podstawie możemy oszacować (przy całej świadomości ułomności metody), że trauma będąca efektem udziału Polski w obu tych wojnach dotyczy kilkudziesięciu tysięcy osób. Małego miasteczka. Problem społeczny? W szerszej skali nie.

Tymczasem między 2014 a początkiem 2022 roku przez front w Donbasie przewinęło się ponad 400 tys. Ukraińców. Od lutego ta liczba została co najmniej podwojona, niewykluczone, że doszła już do miliona. Każda kolejna rotacja na linii frontu – następująca w rytmie co dwa-trzy tygodnie – to kolejne tysiące przyszłych weteranów. I ofiar PTSD.

A przecież trauma nie ograniczy się tylko do wojskowych i ich rodzin. Nie jest tak, że jedynym naturalnym żerowiskiem pozostaną bliscy kilkudziesięciu tysięcy poległych i zabitych (na dziś jest to ok. 80 tys. Ukraińców – 30 tys. mundurowych, 50 tys. osób cywilnych). Trauma rozpleni się pośród setek tysięcy cywilów, którzy znaleźli się w potrzasku w rejonach walk. Upomni się o swoje w wielomilionowej masie mieszkańców miast narażonych na ataki rakietowe. Dopadnie część spośród przymusowych uchodźców.

To już nie będzie „małe miasteczko”, a „kawał kraju”. Problem społeczny w skali makro.

—–

„Boję się, że odejdą najlepsi”, martwi się Czytelniczka, Polka, żyjąca między Kijowem a Warszawą. Chodzi jej o straty pośród personelu wojskowego, „ubytki w społecznej tkance, odczuwalne przez następne dekady”, jak sama pisze. „Zdolni do kontrolowanej przemocy, a jednocześnie moralnie poukładani i troskliwi. Na razie, nawet z wojną w tle, to oni nadają wszystkiemu ton. A chamy i trutnie nie śmią im podskakiwać. Mierzą do wzorca, zamiast bezczelnie promować swoją nicość”.

Nie podzielam tego pesymizmu. Bo oczywiście, zginęło i jeszcze zginie mnóstwo wartościowych ludzi. Z perspektywy ich rodzin to straty nie do powetowania, z poziomu lokalnych społeczności czy grup zawodowych – podobnie. Ale musimy pamiętać, że sytuacje graniczne – jak wojna – tworzą też „nowych ludzi”. To zbanalizowany przez literaturę fakt, ale fakt. To, jakie cechy tej nowej jakości wezmą górę, zależy od tego, jak skończy się wojna. Pozostańmy przy żołnierzach. Czy będą skazani na pofrontową zgorzkniałość czy porwie ich optymizm odbudowy? Czy Ukraina podzieli los Niemiec po I wojnie światowej, gdzie tłumy zdemobilizowanych mężczyzn stały się bazą dla niebezpiecznej ideologii, czy dajmy na to USA po II wojnie, gdzie weterani rzucili się do życia, generując nieprawdopodobny wzrost gospodarczy i skok demograficzny?

Prawdę mówiąc, niewiele tu zależy od Ukrainy, a od Zachodu – od tego, czy ją porzuci czy pomoże stanąć na nogi.

Jak na razie pozostaję optymistą.

—–

Nz. Ściana z wizerunkami poległych ukraińskich żołnierzy/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(an)Drony

Zachodnia interwencja w Afganistanie zaczęła się tradycyjnie – od zmasowanych nalotów. Nad głowami terrorystów przelatywały wówczas m.in. potężne B-52, w ładowniach których mieściło się nawet 31 ton uzbrojenia. Pięcioosobowe maszyny działały wedle zasad przetestowanych w czasie II wojny światowej – ich celem było „przeoranie” wskazanego obszaru tak, by nie został kamień na kamieniu. Różnica sprowadzała się do omijania cywilnych obiektów oraz liczby zaangażowanych samolotów – z oczywistych powodów bazy Al-Kaidy i stanowiska talibów nie wymagały podrywania setek bombowców naraz. Od ostatnich dywanowych nalotów, na Wietnam, minęło 30 lat. Co istotne, to właśnie wtedy, na początku lat 70., narodziła się koncepcja wojskowego użycia bezzałogowych aparatów latających. W 2001 r. pomysł miał za sobą „okres niemowlęcy”, a dla przyjętych na stan urządzeń szukano odpowiedniego zajęcia. Pod koniec dekady Afganistan stał się teatrem działań wojennych, na którym drony odgrywały już niezwykle ważną rolę. Wciąż jednak najistotniejsze zadania powierzano zmechanizowanemu piechurowi i tradycyjnemu lotnictwu. Kilka lat później niepozorne samolociki wzięły na siebie niemal cały wojenny wysiłek Zachodu. Tym samym – mimo „ortodoksyjnych” początków – Afganistan zapisze się w historii jako pierwsza wojna dronów.

Złudzenie niskich kosztów

W II połowie 2013 r. pracowałem w prowincji Ghazni jako reporter akredytowany przy polskim kontyngencie wojskowym (PKW). Polacy nie dysponowali uzbrojonymi dronami, jednak dowódca PKW mógł używać amerykańskich maszyn. Z czego korzystał głównie do tropienia i zabijania „kopaczy” – bojowników podkładających miny-pułapki. O skali procederu świadczyły nacięcia na balustradzie w sztabie kontyngentu – każde odpowiadało zabitemu talibowi. Choć nie były oficjalnym zestawieniem, osoba, która je wykonywała, miała dostęp do bieżących raportów. Pierwsze nacięcia, obejmujące okres działalności XIII zmiany PKW, pojawiły się w maju 2013 r. Gdy wyjeżdżałem z Afganistanu pod koniec października, było ich już 80. A mówimy o niedużej strefie odpowiedzialności i małym zgrupowaniu wojsk. Przed pięciu laty rząd USA zdecydował się na publikację danych dotyczących akcji w Pakistanie, Jemenie, Somalii i Libii. Waszyngton przyznał się do blisko 500 ataków w latach 2009-15, w których zabito ponad 2,5 tys. członków „wrogich formacji zbrojnych”. Z raportu wynikało, że śmierć poniosło także 116 cywilów. Pentagon i agencje wywiadowcze nie zgodziły się na ujawnienie informacji na temat użycia bezpilotowców w strefie „aktywnych działań zbrojnych”. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że spośród 51 tys. poległych w Afganistanie bojowników, 1/3 padła ofiarą dronów.

Większość dronów pozostaje nieuzbrojona, a używa się ich głównie do misji rozpoznawczych. Pod Hindukuszem wykorzystywano je, na przykład, by zajrzeć „do środka” będącej na trasie patrolu wioski. Niemniej to bezpilotowce przenoszące rakiety odpowiadają za wspomniane statystyki. Ich operatorzy nie ginęli – samoloty latające nad Afganistanem obsługiwali „piloci” z baz w Niemczech lub USA. I do tego właśnie sprowadza się podstawowy atut dronów – nie generują kosztów związanych ze śmiercią własnych ludzi. Kilka dekad wstecz opinie publiczne przełykały doniesienia o setkach czy tysiącach zabitych „naszych chłopców”, dziś znacznie mniejsze ofiary mają moc obalania rządów i zmiany polityki. Rzeczywistość szybko zrewidowała założenie o nisko kosztowej naturze wojny z wykorzystaniem uzbrojonych maszyn. Okazało się bowiem, że operatorzy – jakkolwiek oddaleni od „teatrów działań” – wcale nie są wolni od psychicznych skutków zabijania. Czynionego zdalnie, ale przez to z większym rozmysłem, poprzedzonego często długim czasem śledzenia celu, co nie ułatwia jego dehumanizacji. Oglądanie efektów ataku, zwłaszcza gdy nie udało się uniknąć cywilnych ofiar, tylko potęgowało traumę. Obecnie więc wszystkie państwa posiadające rozbudowane floty dronów, mają i wdrażają kolejne procedury pozwalające na lepsze unikanie PTSD wśród personelu obsługującego podniebnych zabójców (krótsze dyżury, podział obowiązków i odpowiedzialności, częstsze badania psychiatryczne itp.).

Dramatyczny poziom „udronowienia”

Dron to tylko pozornie prosty samolocik. Mówimy o maszynie, która musi działać niezależnie od pory dnia i warunków atmosferycznych (śnieg, deszcz, wiatr), zarówno na niskim, jak i na wysokim pułapie. Przewidzianej do wielogodzinnego utrzymywania się w powietrzu, także w sytuacji utraty łączności i braku możliwości sterowania przez operatora. Istotą drona jest prowadzenie precyzyjnej obserwacji, przy użyciu wysokiej klasy kamer i oprogramowania zdolnego w czasie rzeczywistym do analizy obrazu i „wyłuskania” niezbędnych informacji. A przy tym wciąż musi to być urządzenie względnie proste w obsłudze i łatwe do naprawienia – nawet gdy doposażymy je w systemy uzbrojenia. Gotowe do użycia w kilka-kilkanaście minut, bezgłośne, trudne do wykrycia. Ostatecznie więc będące „dzieckiem” zaawansowanych technologii, obejmujących wiedzę z zakresu elektroniki, łączności, materiałoznawstwa i wielu innych. Nic dziwnego zatem, że tylko nieliczne kraje są dziś w stanie zbudować pełną paletę bezpilotowców – od mikro-dronów niepostrzeżenie zaglądających w okno – wykorzystywanych przez policje i służby specjalne – po potężne maszyny o międzykontynentalnym zasięgu, przygotowane do przenoszenia półtorej tony uzbrojenia. Przykładem tego drugiego jest amerykański MQ-9 Reaper, którego skrzydła mają rozpiętość 20 m, a pełna masa startowa sięga niemal pięciu ton. Od 2019 r. dwie takie maszyny stacjonują w Mirosławcu, jako część amerykańskiego kontyngentu w Polsce.

Mirosławiec miał być „stolicą” polskich bezzałogowców. Przez lata z szumnych zapowiedzi pisowskich ministrów obrony niewiele wynikało (co nie przeszkadzało Amerykanom w korzystaniu i rozbudowie ich części bazy). Choć na godle tamtejszej jednostki umieszczono drona z podwieszonymi rakietami, sprzętu tej klasy wojskowi nie otrzymali. 12. Baza Bezzałogowych Statków Powietrznych ma na stanie jedynie Orbitery, wyprodukowane w Izraelu aparaty rozpoznawcze. Doskonale ilustruje to poziom „udronowienia” Wojska Polskiego, który – mówiąc wprost – jest dramatycznie niski. Armia dysponuje kilkudziesięcioma niedużymi aparatami szczebla taktycznego – obok izraelskich, są to również polskie FlyEye, wyprodukowane przez WB Electronics. Ma też do dyspozycji kilkaset sztuk bezzałogowców-samobójców. Ten ostatni produkt o nazwie Warmate – fachowo określany mianem „amunicji krążącej” – był swego czasu oczkiem w głowie Antoniego Macierewicza. Dlatego pierwszym użytkownikiem tego uzbrojenia stały się Wojska Obrony Terytorialnej. Co znamienne, słabość WP wcale nie wynika z zapóźnienia rodzimego przemysłu. Państwowa Polska Grupa Zbrojeniowa faktycznie nie ma w tej chwili odpowiedniej oferty, ale prywatny WB Electronics od lat pracuje nad udanymi konstrukcjami, wspomniany już system Warmate eksportując na Ukrainę, do Zjednoczonych Emiratów Arabskich i… Turcji. Prawdą jest, że do tej pory nie opracowano polskiego bezzałogowca o operacyjnym zastosowaniu (mającego co najmniej średni zasięg i zdolnego przenosić rakiety). Rzecz w tym, że MON oczekiwało na gotowy produkt, czego nie sposób zapewnić bez wcześniejszych umów i finansowania prac konstrukcyjnych. Tak to wygląda na świecie, w takich okolicznościach powstawał turecki Bayraktar TB2.

Drony zwiastują zwrot?

Informacja o zakupie bezzałogowców w Turcji spadła na wojsko niczym grom z jasnego nieba. Wydawać by się mogło, że decyzja o pozyskaniu czterech zestawów, każdy po sześć dronów, ucieszy mundurowych, pozwoli bowiem na częściowe wypełnienie istotnej luki. System Bayraktar TB2 kupujemy wraz z uzbrojeniem – kierowanymi laserowo pociskami – a kontrakt obejmuje także mobilne stacje kontroli, radary, symulatory, pakiety części zamiennych, szkoleniowy i logistyczny. Nasze bezzałogowce wreszcie zyskają kły – można by rzec. Ale czy nie będą to zęby popsute? Napięte stosunki Ankary z innymi krajami NATO zmusiły tureckich konstruktorów do opracowania zamienników dla wielu kluczowych elementów dronów, wcześniej bez trudu pozyskiwanych na Zachodzie. Czy są one równie niezawodne i skuteczne, jak chociażby kanadyjskie silniki i głowice elektrooptyczne? MON na ten temat milczy, a Mariusz Błaszczak chwali się kolejnym udanym zakupem sprzętu, który – jak podkreśla – sprawdził się już w warunkach bojowych. I tu znów pojawiają się uzasadnione wątpliwości. Szef resortu obrony ma na myśli zeszłoroczny konflikt azersko-ormiański w Górnym Karabachu. Bayraktary będące na wyposażeniu sił powietrznych Azerbejdżanu rzeczywiście zdziesiątkowały wówczas Ormian. Prezentowane przez Azerów i Turków filmiki z akcji TB2 nie zostały spreparowane. Równie prawdziwe były doniesienia z północnej Syrii, gdzie w lutym ubiegłego roku dronów używali sami Turcy wobec oddziałów rządowej armii syryjskiej. I w tym przypadku TB2 narobiły ogromnych spustoszeń. Rzecz w tym, że ani Ormianie, ani Syryjczycy nie posiadali obrony przeciwlotniczej z prawdziwego zdarzenia. Rosja zaś, którą postrzegamy jako główne zagrożenie, bezbronna w tym zakresie nie jest. Warto wspomnieć, że gdy Syryjczyków w prowincji Idlib wsparli Rosjanie, bezkarne dotąd Bayraktary zaczęły spadać, a armia Assada odzyskała utracone wcześniej pozycje.

Bo być może wcale nie o walory tureckich maszyn chodzi. Nie jest tajemnicą, że polska dyplomacja obraziła się na Stany Zjednoczone po wyborze na prezydenta Joe Bidena. Żałoba po Donaldzie Trumpie trwa w najlepsze, a towarzyszy jej dalsze ochładzanie stosunków z Unią Europejską i relacji bilateralnych z Niemcami i Francją. Kompromitacja idei Międzymorza, obumarcie Trójkąta Wyszehradzkiego, nieudany eurosceptyczny sojusz polsko-brytyjski oraz żałosny w skutkach alians z Węgrami sprawiają, że Polska szuka politycznego partnera. Kogoś, kto byłby przeciwwagą dla tradycyjnych sojuszników III RP, czyli Waszyngtonu i Berlina. O tym, że w głowach pisowskiej wierchuszki zrodził się plan zbliżenia z Ankarą, może świadczyć zachowanie eurodeputowanych PiS. 21 maja br. sprzeciwili się oni rezolucji PE, nawołującej proturecki Azerbejdżan do zwolnienia ormiańskich jeńców wojennych. Trzy dni później w Turcji zjawił się Andrzej Duda. Prezydent podpisał kontrakt na dostawy dronów, a prorządowe media informowały z entuzjazmem o mającym nastąpić niebawem przebazowaniu tureckich samolotów myśliwskich na lotniska w Polsce. Pominięto przy tej okazji fakt, że obecność Turków wynika z ich natowskich zobowiązań, że jest częścią rutynowej misji Air Policing, mającej na celu ochronę państw nadbałtyckich, oraz że Sojusz podjął decyzję w tej sprawie wiele miesięcy temu. Niemniej, sądząc po opiniach internautów, specom od rządowej propagandy udało się stworzyć wrażenie zacieśniania polsko-tureckich więzi. Niewykluczone zresztą, że w całej sprawie właśnie o wrażenie chodzi – o zmitygowanie Waszyngtonu oskarżanego wręcz przez PiS o ignorowanie Polski. „Nie chcecie nas, to zbudujemy sobie alternatywny sojusz”, tak wówczas należałoby odczytywać posunięcia polskich władz. I jakkolwiek byłyby one grą pozorów, miliard złotych na zakup dronów to już całkiem realny wydatek. Patrząc na czysto wojskowe korzyści – mimo ogromnych potrzeb, raczej nieprzydatny.

—–

Nz. Ćwiczenia z użyciem Orbitera, prowincja Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 24/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to