„Dzikusy”

4 stycznia br. putin podpisał kolejny już dekret w sprawie cudzoziemców. Zgodnie z dokumentem ochotnicy, którzy walczą w Ukrainie po stronie rosji, mogą otrzymać rosyjskie obywatelstwo. Podobne prawo przysługuje także członkom ich rodzin – dzieciom, żonom i rodzicom. Dekret niespecjalnie różni się od podobnych rozwiązań prawnych, stosowanych w innych państwach – na przykład w USA czy Francji. Warto jednak zwrócić uwagę na kontekst, z którego coraz jaśniej wyłania się strategia Kremla.

„Prezydent putin może wzbraniać się przed przeprowadzeniem powszechnej mobilizacji także z powodu niechęci do powołania dużej liczby etnicznych rosjan” i najwyraźniej chce, aby to mniejszości „poniosły ciężar wojny na tym etapie”, pisali wiosną ub.r. analitycy Instytutu Studiów nad Wojną. Te przypuszczenia okazały się w pełni uzasadnione. Spójrzmy na dostępne wówczas, wycinkowe dane. Do końca kwietnia 2022 roku nie zarejestrowano oficjalnie żadnej śmierci wojskowego z 13-milionowej Moskwy, w 3-milionowym Dagestanie odnotowano 93 zgony, a w milionowej Buriacji 52. W obwodzie astrachańskim cztery piąte potwierdzonych strat dotyczyło przedstawicieli mniejszości, choć stanowią one jedną trzecią ludności regionu. Przypadek?

Kolejne miesiące konfliktu utrwaliły ów wzorzec – w ocenie niezależnych rosyjskich mediów, pod koniec drugiego roku pełnoskalowej wojny 70 proc. zabitych i rannych żołnierzy nie miało słowiańskiego pochodzenia, co było niemal dokładnym odwróceniem rzeczywistych proporcji etnicznych rosyjskiego społeczeństwa. Dodajmy do tego inny element polityki rekrutacyjnej Kremla – posyłanie na front więźniów, głównie jako najemników z Grupy Wagnera, ale także w szeregach regularnej armii. Wedle różnych szacunków, na wojnę trafiło od 60 do 100 tys. skazańców, większość z nich (w tym 80 proc. wagnerowców z wyrokami) straciła życie.

Najnowsza oferta putina skierowana jest do obywateli z byłych azjatyckich republik Związku Sowieckiego – to około 4-milionowa społeczność gastarbeiterów; taniej i pogardzanej z uwagi na pochodzenie siły roboczej. Egipcjanie czy Syryjczycy (oraz przedstawiciele innych „egzotycznych” narodowości), zakładający rosyjskie mundury, to w istocie kwiatki u kożucha. Nieistotny statystycznie zasób ludzki, wszak przydatny propagandowo, bo pozwalający budować narrację o „dużej części świata, wspierającej wysiłki rosji”.

No dobrze, ale dlaczego tak się dzieje? Z perspektywy Kremla, utrata „mniej wartościowego” materiału ludzkiego – tradycyjnie pozbawionego posłuchu u władzy i społecznego szacunku – obniża koszty wojny. Czyni je akceptowalnymi dla wielkomiejskiej, „białej” i prawosławnej większości, dławiąc jej potencjał buntu. Sprzeciwu, który dla putina i spółki mógłby okazać się niebezpiecznym wyzwaniem. Historycznie patrząc, dla każdej rosyjskiej władzy zrewoltowane Moskwa i Petersburg niosły ryzyko nie tylko utraty przywilejów, ale i życia. A tak tłumów na ulicach nie będzie, a z rozdrobnioną, gorzej zorganizowaną, przytłoczoną rosyjskim żywiołem prowincją aparat przemocy sobie poradzi.

Ale idzie też o coś jeszcze, na co zwracają uwagę na przykład buriaccy społecznicy, przeciwni drenowaniu zasobów ich wspólnoty. Obarczanie odpowiedzialnością za wojenną przemoc „dzikich Azjatów” służy rosyjskiej propagandzie. W przyszłości będzie pomocne we wmawianiu światu i Ukraińcom, że zbrodni dopuścili się „mongoloidzi”, a nie „słowiańscy bracia”. „Prawdziwi” rosjanie zachowają twarz i status cywilizowanych ludzi.

Oby naprawdę cywilizowany świat im w tym nie pomógł…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Kadry rosyjskiej propagandy ze spotkania putina z odznaczonymi za udział w „spec-operacji” wojskowymi/fot. Kremlin.ru

Demografia

Istnieje wiele odpowiedzi na pytanie, dlaczego rosja napadła na Ukrainę. Iwan Krastew, znakomity bułgarski politolog, w lipcu 2022 roku udzielił wywiadu polskiej edycji tygodnika Newsweek. Zapytany o to, czego chce putin, odparł: „(…) on nie jest zainteresowany terytorium, tylko ludnością. Ma obsesję demograficzną. Od jakiegoś czasu powtarza, że gdyby nie rewolucja i II wojna światowa, rosja miałaby dziś 500 mln mieszkańców. (…) Jest przekonany, że dla przetrwania w nowym świecie, rosja potrzebuje mężczyzn i kobiet Ukrainy. Bo dla niego Ukraińcy są rosjanami. Unifikacja historycznej rosji z Ukrainą i Białorusią to jego obsesja numer jeden”. Obsesja nie tylko putina – dodam od siebie – wszak wchłoniecie Ukrainy i wynarodowienie miejscowej ludności to dla wielu rosyjskich decydentów i przedstawicieli elit, także intelektualnych, „ostatnia deska ratunku”. W przeciwnym razie rosji grozi rewolucja kulturowa, związana ze spadkiem liczby etnicznie rosyjskiej i prawosławnej ludności na rzecz muzułmanów z Kaukazu i Azji Centralnej.

Piszę o tym szerzej we właśnie przygotowywanej książce – do lektury której zapraszam Was już dziś (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, „Zabić Ukrainę! Alfabet rosyjskiej agresji” ukaże się pod koniec lutego).

A skoro o demografii mowa, pozwólcie, że podzielę się kilkoma refleksjami. Zacznę od banału – demografia ma znaczenie dla wojennego wysiłku, co szczególnie dotyczy konfliktów długotrwałych, o wysokiej intensywności, jak ten prowadzony w Ukrainie. Fakt, iż na linii styku wojsk obie strony równoważą ilościowe potencjały, jak dotąd wystarczał Ukrainie do przetrwania. Rzecz w tym, że owo równoważenie na dłuższą metę będzie wyzwaniem nie do udźwignięcia. A to za sprawą rażącej dysproporcji w ludzkich zasobach mobilizacyjnych. W 2022 roku populacja Ukrainy liczyła 41 mln osób, według dostępnych danych, z końcem 2023 roku mieszkało w niej już tylko 29 mln ludzi. Brakujące 12 mln to przede wszystkim uchodźcy i mieszkańcy okupowanych terytoriów. Podstawowa baza rekrutacyjna została więc uszczuplona, a niekorzystna proporcja w odniesieniu do zasobów rosyjskich (143 mln ludzi) jeszcze się pogorszyła – w lutym 2022 roku wynosiła 1:3,5, w 2023 roku 1:5.

Mimo to kompletnie niezasadne pozostają twierdzenia o rzekomej niewyczerpalności rosyjskich rezerw, oparte głównie o wciąż żywą analogię z możliwościami ZSRR. Jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny rosjan było dużo mniej niż rosjanek – na każdą setkę kobiet przypadało mniej niż 90 mężczyzn. To wyjątkowo upośledzona proporcja (w Polsce wynosi ona 100:96 i nie odbiega od średniej dla rozwiniętych państw), która w praktyce oznaczała, że w rosji żyło nieco ponad 64 mln mężczyzn. Ilu z nich nadawało się do wcielenia? Według raportu ONZ World Population Prospects, w 2020 roku w federacji było 14,25 mln mężczyzn w wieku poborowym (18-40 lat). Wówczas przewidywano, że w 2025 roku liczba ta spadnie do 11,55 mln, a w 2030 roku do 11,23 mln. Po drodze wydarzyła się pandemia, która zabiła milion moskali (!), potem exodus potencjalnych rekrutów (500 tys.-1 mln mężczyzn), no i koszmarne starty na froncie (co najmniej 350 tys. zabitych i rannych). Z drugiej strony, mieliśmy zabieg administracyjny, polegający na podniesieniu górnej granicy wieku poborowego o pięć lat, co pozwoliło zniwelować ubytki.

Lecz nie zapominajmy o dwóch sprawach – po pierwsze, o niskiej kondycji zdrowotnej rosyjskiego społeczeństwa. Podrzucę Wam garść spośród statystyk, które zebrałem na potrzeby książki. I tak w 2019 roku 15-latek z rosji miał przed sobą krótsze życie niż jego rówieśnicy z 23 najbiedniejszych krajów na świecie. Prognozy z tamtego roku pokazywały też, że średnio jeden na czterech rosyjskich 20-latków umrze przed ukończeniem 60. roku życia. W Szwajcarii ryzyko niedożycia 60 lat, po osiągnięciu 20. roku życia, wyniosło jedynie 4 proc. W wyniku epidemii HIV/AIDS, alkoholizmu i fatalnej kondycji systemu opieki zdrowotnej śmiertelność w rosji była w latach 2005-2015 trzy razy wyższa wśród mężczyzn i dwukrotnie wyższa wśród kobiet niż w innych krajach o podobnym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego. Co roku z powodu nadużywania alkoholu umiera w rosji pół miliona osób. Ćwierć miliona zabrała dotąd epidemia HIV/AIDS. W 2021 roku liczba zakażonych wzrosła do półtora miliona. Od 2019 roku rosja ma drugą najwyższą liczbę przypadków HIV na 100 tys. mieszkańców. Ryzyko zarażenia się wirusem jest w tym kraju 42 razy wyższe niż w całej Unii Europejskiej. Ale rosjan masowo – w skali większej niż w innych rozwiniętych krajach – zabija też chociażby gruźlica (25 tys. zgonów rocznie; w Polsce, przy 38-milionowej populacji, umiera mniej niż 500 osób) oraz choroby wywołane paleniem i przyjmowaniem narkotyków. Te ostatnie w kraju putina są znacznie tańsze niż na Zachodzie. Już w 2021 roku – wtedy głównie na skutek pandemii – oczekiwana długość życia rosyjskich mężczyzn spadła z 68 (w 2019 roku) do 64 lat. Wojna bez wątpienia ów wskaźnik zaniży. Itp., itd.

Po drugie, pamiętajmy o tym że kilkunastomilionowa rzesza potencjalnych żołnierzy, to zbiór w istotnej mierze tożsamy z zasobem osób w wieku produkcyjnym. Rosyjska gospodarka jest nieefektywna, w wielu obszarach przestarzała, wciąż jednak opiera się o przemysł i usługi, które wymagają wykwalifikowanej siły roboczej. Gospodarka Związku Radzieckiego w 1941 roku – mimo wcześniejszej, intensywnej industrializacji – wciąż oparta była o rolnictwo, te zaś zmagało się z problemem ogromnego ukrytego bezrobocia. W realiach nadpodaży rąk do pracy, masowa mobilizacja kołchozowych chłopów nie wpłynęła na efektywność produkcji rolnej i gospodarki jako całości. Tymczasem rosja takich niewykorzystanych zasobów nie ma za wiele, nie może więc w nieskończoność ściągać kolejnych roczników mężczyzn do armii.

Niemniej może to robić dłużej niż Ukraina. Jesienią 2023 roku ukraińskie straty utrzymywały się na poziomie około 20 tys. miesięcznie – zabitych, rannych i z różnych powodów niezdolnych do walki. Rosyjskie w listopadzie 2023 roku dobiły do tysiąca zabitych i rannych dziennie. Nadal więc pozostawały wyższe od ukraińskich, co jest tendencją obserwowaną od początku wojny na pełną skalę. Niestety, taka proporcja, w której na trzech wyeliminowanych z walki rosjan przypada dwóch Ukraińców, pozostaje niekorzystna dla Ukrainy. Gdy zaczęła się inwazja, ukraińskich mężczyzn w wieku 18-60 lat objął zakaz opuszczania kraju. Istniały wyłączenia (na przykład dla ojców trójki dzieci), pojawiło się zjawisko nielegalnych wyjazdów, lecz i tak cztery piąte uchodźców stanowiły kobiety, dzieci i osoby starsze. Rząd w Kijowie nie publikuje danych o strukturze wieku i płci populacji zamieszkującej kontrolowany przezeń teren. Jednak założenie, że w 29-milionowej społeczności występuje nadreprezentacja mężczyzn, wydaje się prawidłowe. Ukraińcy dużo chętniej niż rosjanie rekrutują do wojska kobiety – stanowią one niemal 10 proc. personelu sił zbrojnych i w odróżnieniu od ruSS-armii, służą również w formacjach liniowych. Do czego zmierzam? Ano w mojej ocenie, ukraiński zasób potencjalnych rekrutów (i rekrutek), to 3,5-4 mln osób – bez sięgania po drastyczny środek w postaci mobilizacji dzieci, starców i dużej liczby kobiet. Sporo? Owszem, lecz wciąż dużo mniej od wroga. „Nadzabijaniem” rosjan w proporcji 3:2 tej słabości zniwelować się nie da.

Ponure dla Ukrainy konkluzje płynące z zestawienia potencjałów ludnościowych nie muszą być jednak wiążące. A klucz demograficzny wcale nie jest odpowiedzią na pytanie, kto przedłużającą się wojnę zwycięży. Dziesięciokrotnie mniejszy Wietnam ostatecznie pokonał USA w połowie lat 70., siły zachodniej koalicji – nominalnie mniejsze o połowę – rozniosły w pył wojska Saddama Husajna podczas drugiej „Pustynnej Burzy” w 2003 roku. Maleńki Afganistan upokorzył olbrzymie sowieckie imperium w latach 80., a 70-milionowe Niemcy hitlerowskie w dwa lata zawojowały kawał Europy, zamieszkały przez 150 mln ludzi (znam finał, ale załóżmy, że ta historia kończy się wiosną 1941 roku). Już po tych przykładach widzimy, że istotnych zmiennych jest więcej. Poza „masą demograficzną” liczy się przewaga technologiczna, organizacyjna, determinacja (rozumiana jako wola walki), baza przemysłowa czy wreszcie potężny sojusznik, który wcale nie musi angażować się wprost w działania wojenne, by mieć na nie istotny czy wręcz decydujący wpływ.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Irinie Wolańskiej, Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Kacprowi Myśliborskiemu, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Łukaszowi Podsiadle, Adamowi Jaworskiemu i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Zdjęcie ilustracyjne, fasada domu w Chersoniu. Wiosna 2023 roku/fot. własne

Cele

Nad ranem w Kijowie znów zawyły syreny alarmowe. Tym razem rosjanie nie zaatakowali Ukrainy rakietami, nie był to też mieszany nalot przy użyciu pocisków balistycznych i dronów. W ruch poszły jedynie te ostatnie – irańskie szahidy, które nadleciały nad miasto dwiema falami. W stolicy niewielkiemu uszkodzeniu uległ budynek administracji i cztery domy mieszkalne, pod miastem – kolejny. Wszystkie zniszczenia wywołały szczątki spadających dronów-kamikadze – stołeczna obrona przeciwlotnicza zestrzeliła ich w sumie 13.

Co istotne, nie ma zgłoszeń o stratach osobowych.

Jeszcze jakiś czas temu spekulowano, że zapas amunicji krążącej, posłanej rosjanom przez Iran, uległ wyczerpaniu. Szahidy na wiele dni znikły znad Ukrainy, ich nieobecność tłumaczono także konstrukcją, źle znoszącą zimowe warunki – co ostatecznie okazało się nieprawdą. Drony-kamikadze irańskiej produkcji mogą operować przy niskich temperaturach, o czym dziś przekonali się kijowianie. Tym niemniej faktycznie – wcześniejsze partie tej broni musiały rosjanom „wyjść”. Bez zbędnych szczegółów – zestrzelone rano szahidy zostały wyprodukowane na przestrzeni ostatnich tygodni. To zaś oznacza, że Teheran kontynuował dostawy mimo świadomości, że drony nie rażą celów wojskowych – że rosjanie używają ich do ataków na obiekty cywilne. Mamy tu zatem do czynienia ze świadomym udziałem w praktykach terrorystycznych.

Których rosja nie zamierza zaprzestać – o czym mówił ostatnio sam putin (dodając do wypowiedzi absurdalny argument, że to Ukraina zaczęła, atakują most krymski). Zachód reaguje, śląc i obiecując kolejne dostawy nowoczesnych systemów obrony przeciwlotniczej. Wczoraj gruchnęła wiadomość, że Amerykanie zamierzając dostarczyć armii ukraińskiej patrioty. Dziś, że Francuzi i Włosi przekażą Ukraińcom własne porównywalne systemy o nazwie SAMP/T. Oficjalnych deklaracji należy spodziewać się lada moment, zaraz potem ruszą szkolenia ukraińskich załóg – jeśli idzie o patrioty, nastąpi to w Grafenwoehr w Bawarii, gdzie znajduje się baza sił lądowych USA.

Szef Pentagonu Lloyd Austin i sekretarz stanu Antony Blinken, wielokrotnie w ostatnim czasie podkreślali, że obrona przeciwlotnicza jest priorytetem, jeśli chodzi o potrzeby wojskowe Ukrainy. Takie same opinie wyrażali przywódcy europejscy. Przekazanie wspomnianych systemów nie powinno więc być zaskoczeniem, ale zwróćmy uwagę, że w tej kategorii uzbrojenia to najlepsze, co Zachód może dać Ukrainie. Najnowsza i najbardziej sekretna wojskowa technologia zaczęła docierać na wschód już jakiś czas temu – punktem przełomowym były późnowiosenne dostawy himmarsów. Niemniej był to strumień wąski, ostrożnie dozowany, wciąż bowiem pokutowała – i w jakiejś mierze nadal pokutuje – obawa przed reakcją rosjan z jednej strony, utratą tajemnic (na przykład, gdy sprzęt wpadnie w ręce wroga) z drugiej. Z tej perspektywy patrząc, wysyłka patriotów to przekroczenie kolejnej „czerwonej linii”. Mówiąc wprost, NATO boi się dziś mniej i daje temu wyraz.

Lecz to zapewne również zwyczajna konieczność. Przez długi czas wsparcie dla ukraińskiej OPL sprowadzało się do „załatwiania” gdzie się dało części i całych systemów, w tym amunicji, pochodzenia sowieckiego. Problem w tym, że „rynek” się wydrenował, a ukraińskie zapasy – po dziesięciu miesiącach intensywnej wojny – są już na wyczerpaniu. „Bezbronne niebo” to porażająca wizja i pewny krok w kierunku ukraińskiej porażki, którego NATO nie chce ryzykować, nawet za cenę tak kosztownych dostaw (dość wspomnieć, że pojedyncza bateria Patriot kosztuje 2,5 mld dol; Ukraińcy raczej najnowszych wersji nie dostaną, ale i tak powierzony im zostanie sprzęt o wielkiej wartości).

Kreml już czuje pismo nosem i ustami dmitrija pieskowa grozi, że „patrioty w Ukrainie staną się celem rosji”. Uśmiecham się, gdyż dobrze pamiętam równie buńczuczne zapowiedzi dotyczące himmarsów. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby ktoś mi powiedział, że w rosji zaczęto właśnie budować makiety patriotów, które podobnie jak makiety himmarsów „zagrają” w propagandowych filmikach rus-armii, ilustrujących widowiskowe rozwalanie zachodnich super-broni.

Budowniczy mają jeszcze trochę czasu, bo wdrożenie zachodnich systemów nie nastąpi z dnia na dzień. Dotychczasowa praktyka pokazuje, że o kolejnych dostawach nowoczesnego sprzętu dla Ukrainy dowiadujemy się post factum, a jedną z tajemnic ukraińskiego „szybkiego uczenia się” (nowych broni) jest fakt, że szkolenia odbywają się wcześniej, w tajemnicy, czasem w rygorze „decyzji jeszcze nie ma, ale na wszelki wypadek zapoznajcie się z tym systemem” (wiem, jak to brzmi, wybaczcie, lecz nie czuję się uprawniony do dzielenia się szczegółami). No i pozostaje kwestia spięcia różnorodnych elementów OPL w jeden działający system – „pożenienia” różnych technologii (zachodniej, też przecież zróżnicowanej, posowieckiej i ukraińskiej). Myślę, że w najlepszym razie zajmie to wiele tygodni. Że o pierwszym bojowym użyciu patriotów usłyszmy nie szybciej niż na wiosnę.

Chciałoby się szybciej, to oczywiste. Z drugiej strony patrząc, Ukraina musi budować swoje zdolności obronne nie tylko na dziś czy jutro, ale i na pojutrze. Jestem przekonany, że armia ukraińska pokona rosjan i wyrzuci ich z kraju, lecz zarazem wątpię, by przyniosło to koniec wojny. Taki „automatyczny”; rosja bowiem nie odpuści i pobita na lądzie – przynajmniej przez jakiś czas – będzie jeszcze kontynuować kampanię terrorystycznych ataków powietrznych z użyciem rakiet i dronów. Z zamysłem nie tyle zemsty, co dalszej dewastacji Ukrainy, z nadzieją, że jej mieszkańcy w końcu „pękną”.

To na ten scenariusz Kijów potrzebuje solidnego parasola.

Koniecznym byłoby też pozbawienie rosjan dostaw nowych rakiet i dronów (zapasy w końcu i tak wystrzelają). Czyli presja na sojuszników typu Iran czy Korea Północna oraz fizyczne zniszczenie rosyjskich zakładów. Nie produkują one pocisków balistycznych i rakiet „na kopy” – przeciwnie. Ale nawet te 40 sztuk miesięcznie, to o 40 za dużo. Nad tym jednak pochylę się przy okazji innego wpisu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Uszkodzony rosyjski pocisk manewrujący/fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

Komfort

Trudno o przykład większej obłudy niż postawa rosyjskich elit, publicznie krytykujących Zachód za „wszystko”, prezentujących wobec niego pogardę i wieszczących jego rychły upadek. A prywatnie, zwykle w zaciszu, lokujących tam swe aktywa i… dzieci. Mnie nie dziwi, że Miedwiediew, Ławrow, Pieskow czy sam Putin de facto uważają zachodnie uczelnie, systemy opieki zdrowotnej czy środowiska biznesowe za atrakcyjniejsze od rosyjskich. Niemal każdy aspekt życia społecznego jest na Zachodzie lepszy niż w Rosji; przyznanie tego to dowód na umiejętność racjonalnej oceny sytuacji. Ale w tych kalkulacjach – i pal już licho ich hipokryzję – nie idzie tylko o udaną przyszłość pociech (wnucząt, kochanek, krewnych) oraz lokowanego w zachodnich bankach kapitału, a o przyszłość W OGÓLE.

Rosja nie jest normalnym państwem, w którym o posiadaniu władzy decydują mechanizmy demokratycznych wyborów. Nie jest krajem, w którym nadzwyczajny sukces ekonomiczny osiąga się na skutek uczciwej (czy w miarę uczciwej) biznesowej aktywności. Rosja to miejsce, gdzie władzę zdobywa się siłą, podstępem – i w taki sam sposób ją utrzymuje. Gdzie duży majątek jest efektem specyficznej koncesji – skradzionym mieniem, rozdanym wedle zasług i użyteczności dla mafijnej struktury zawiadującej państwem. To zbiornik pełen rekinów – mniejszych, większych – wzajemnie dla siebie niebezpiecznych. Dzieciaki za granicą i część aktywów pochowanych w normalnych bankach to w takich warunkach „konieczna konieczność”. Wyraz troski o najbliższych, a zarazem polisa ubezpieczeniowa na wypadek szantażu i materialnej degradacji.

Ilija Miedwiediew (rocznik 1995) mógłby sobie żyć w Moskwie lub gdziekolwiek indziej w rodinie – w złotej klatce, w której ani na moment nie zetknąłby się z marnością rosyjskiej codzienności. Ale mieszka w Stanach. Kilka tygodni temu słuchałem wypowiedzi córki Ławrowa – ona nawet nie brzmi jak Rosjanka (a Amerykanka, która nauczyła się rosyjskiego). Sami sprawdźcie, gdzie mieszkają dzieci Putina, Pieskowa, innych najwyższych rangą federacyjnych urzędników. No i dzieci oligarchów, z których część pewnie nigdy nie była w Rosji. Co zaś się tyczy pieniędzy – oligarchiczne majątki i formalnie państwowe aktywa Federacji, będące w tej chwili poza Rosją, szacuje się na blisko bilion dolarów. Tyle „rodowych sreber” powierzono „upadającej cywilizacji”…

Czas najwyższy jedne zwrócić, drugie zaś przejąć. Zamrażanie rosyjskich aktywów to jedynie półśrodek – one winny być skonfiskowane na poczet reparacji wojennych. Domyślam się, iż oznaczałoby to koszmarny wysiłek natury prawno-organizacyjnej, ale już sama zapowiedź takich egzekucji mogłaby zmusić Rosję do zawieszenia działań zbrojnych i realnej współpracy w celu usunięcia wyrządzanych szkód. W myśl zasady „ratujmy co się da/nie możemy stracić wszystkiego”. Co zaś się tyczy zwrotów – czytam, że Ilija Miedwiediew ma zostać wydalony ze Stanów. Oby nie on jeden. Oby każdy bliski rosyjskich kacyków został zmuszony do powrotu do Rosji. Koniec z budowaniem przystani z dala od groźnej ojczyzny. Cała ta kremlowska menażeria musi się zacząć bać – wiedzieć, że nie ma ani dla nich, ani dla ich bliskich, bezpiecznej przyszłości.

Bać muszą się też rosyjscy generałowie. Nie o stołki, a o życie. Tego, że podzielą los Romana Kutuzowa, o śmierci którego poinformowały wczoraj media. Rosjanie każą widzieć w niej bohaterski czyn – generał zginął idąc rzekomo na czele ataku. Niezależne źródła wskazują nieco inny przebieg wydarzeń – otóż Kutuzow poległ od ognia artylerii, po uprzednim namierzeniu stanowiska dowodzenia, jakie zajmował. Rosyjscy generałowie już nie tak chętnie wizytują pierwszą linię. Wiedzą, że Ukraińcy na nich polują, o czym przekonało się co najmniej siedmiu ich kolegów. Ale dowodzić z baaardzo odległych tyłów się nie da, trzeba więc ryzykować. Dalekonośna i precyzyjna ukraińska artyleria to dobry sposób na wywlekanie rosyjskich dowódców z ich stref komfortu. Im częściej z lękiem będą spoglądać w górę, tym więcej złych decyzji podejmą.

PS. A propos strachu – taki dowcip wymyśliłem dziś po lekturze doniesień na temat odwołanej wizyty Ławrowa w Serbii. Bułgaria, Macedonia i Czarnogóra zamknęły dla rosyjskiego samolotu przestrzeń powietrzną, delegacja nie mogła zatem dostać się na miejsce.

Putin: odbuduję radzieckie imperium, znów wszyscy będą się nas bać!

Bułgaria, Macedonia i Czarnogóra: Potrzymajcie nam piwo…

—–

Nz. Generał Roman Kutuzow/fot. ministerstwo obrony FR

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dziadek

Dobrze poinformowane ptaszki ćwierkają o postawieniu w najwyższy stopień gotowości bojowej moskiewskiej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Nie wiem, czy ma to związek z jutrzejszą paradą i jej rutynowym zabezpieczeniem.

Wiem, że od czasu słynnego lotu Mathiasa Rusta, radziecka, a później rosyjska obrona przeciwlotnicza wielokrotnie stawiana była na nogi. W maju 1987 roku niemiecki nastolatek bezczelnie wylądował sowietom 100 metrów od placu Czerwonego, wcześniej pokonując kilkaset kilometrów przestrzeni powietrznej ZSRR. Wbrew potocznym przekonaniom, Ruskie widziały jego awionetkę, posłały nawet w jej stronę samoloty bojowe. Ale paraliż decyzyjny sprawił, że intruza nie zestrzelono. Policzek wymierzony wielkiej radzieckiej armii był siarczysty, a przekonanie lokatorów Kremla – że Moskwa ma najlepszą obronę przeciwlotniczą na świecie – zostało poważnie nadwątlone. I stąd obsesyjne wręcz alarmy i stany gotowości, którymi musztrowano wojsko od Gorbaczowa po Putina.

Czyżby kremlowscy znowu poczuli potrzebę upewnienia się, że nic im na łeb nie spadnie? Ukraińcy im niegroźni – możliwości ukraińskich sił zbrojnych w zakresie ataku na Moskwę są bliskie zeru. Co innego kozackie wypady na przygraniczny Biełgorod, co innego głęboka penetracja rosyjskiej przestrzeni. Może więc chodzi o NATO? Jeśli tak, mamy do czynienia z przejawem paranoicznych lęków moskiewskich elit władzy. A najpewniej samego Putina, którego Ukraińcy nazywają pogardliwe „dziadkiem z bunkra”. Słusznie, bo rosyjski prezydent okazał się tchórzem, który po 24 lutego zaszył się w rządowych kompleksach. W tej sytuacji zasadnym pozostaje pytanie, kogo zobaczymy jutro na placu Czerwonym – Putina czy jego sobowtóra?

A na zdjęciu sytuacja taktyczna wokół Wężowej Wyspy. Obrazek już trochę nieaktualny, bo wczoraj poszedł na dno kolejny rosyjski okręt (niewielka jednostka desantowa). Dla porządku odnotujmy, że ruski garnizon został wieczorem zbombardowany przez dwa ukraińskie samoloty, a orkowy śmigłowiec z uzupełnieniem poszedł z dymem, trafiony przez bayraktara (podczas wyładunku, więc przy tej okazji skrócono żywoty kolejnym wojakom z WDW)…

Postaw mi kawę na buycoffee.to