Zapłata

14 lipca 2022 roku około godz. 10.40 w centrum Winnicy spadły pociski rakietowe Kalibr. Tego dnia rosjanie wystrzelili cztery rakiety, ale dwie zostały strącone przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Niestety, pozostałe uderzyły w budynki cywilne, w których znajdowały się centrum medyczne, biura, sklepy i mieszkania. Zginęło 27 osób, w tym trójka dzieci, liczba rannych przekroczyła setkę. W oficjalnym komunikacie rosjanie stwierdzili, że atakowali cel wojskowy – miejscowe dowództwo sił powietrznych. Nawet jeśli tak było, przestrzelili. Świadomi pory dnia (a więc i zagęszczenia na ulicach) oraz problematycznej celności swoich rakiet i tak zdecydowali się przeprowadzić atak. Ukraińcy zakwalifikowali ów czyn jako zbrodnię wojenną i wszczęli formalne dochodzenie. Prezydent Zełenski nazwał uderzenie „jawnym aktem terroryzmu”, zapowiedział również adekwatne reakcje. Rozkręcone wówczas na dobre „himarsowanie” rosyjskiego zaplecza jeszcze przybrało na sile, ale oczywistym było, że nie tylko o taką wendetę Ukraińcom chodziło. Szef wywiadu wojskowego Ukrainy Kiryło Budanow dał wprost do zrozumienia, że jego ludzie będą ścigać sprawców. Ponoć – tego akurat nie jestem w stanie zweryfikować – obiecał bliskim ofiar z Winnicy, że przed pierwszą rocznicą dramatu dopełni się akt sprawiedliwości.

14 lipca ub.r. napisałem:

„Skoro na Winnicę spadły kalibry, wiadomo, że strzelano z morza. Z daleka, co wcale nie gwarantuje bezkarności. Cechy współczesnej biurokracji oraz technologia zaprzęgnięta do działań wojennych pozwolą zidentyfikować sprawców. Ruch rosyjskich okrętów na Morzu Czarnym jest non stop monitorowany przez natowskie satelity i samoloty rozpoznawcze. Wejścia i wyjścia do portów odnotowuje ukraińska agentura na Krymie. Startu rakiety nie da się ukryć przed amerykańskim systemem detekcji, pociski od pewnej fazy lotu namierzane są przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Nazwiska dowódców okrętów są jawne, spisy załóg – w tym funkcje poszczególnych marynarzy – nie stanowią wielkiej tajemnicy dla służb specjalnych. Łatwo będzie ustalić, jaki okręt strzelał, kto wydał rozkaz, kto odpalił rakiety. Ze szczątek zaś odczytać dane pocisku i połączyć je z informacjami od producenta; odtworzyć cykl życia rakiety – od momentu wyjazdu z fabryki po załadowanie jej do wyrzutni. To wszystko nawet w warunkach rosyjskiego bardaku zostało zapisane. A Ukraińcy udowodnili już, że mają długie ręce. (…)”.

Wywieszczyłem? Chyba tak.

Jak informuje rządowa rosyjska agencja TASS, Komitet Śledczy rozpoczął dochodzenie w sprawie zabójstwa urzędnika departamentu mobilizacji w Krasnodarze na południu rosji. „Kapitan drugiej rangi Stanisław Rżycki został zastrzelony w poniedziałek rano podczas joggingu w pobliżu kompleksu sportowego Olympus. 42-latek miał cztery rany postrzałowe, zmarł na miejscu. Według śledczych, do oficera strzelono dwukrotnie w głowę i dwa razy w klatkę piersiową”. Z oficjalnych informacji wynika, że śledczy nie wiedzą jeszcze, ilu było sprawców.

Jaki ma to związek z Winnicą? Otóż latem zeszłego roku Rżycki był dowódcą okrętu podwodnego, który wystrzelił rakiety w Winnicę. Zmarł na cztery dni przed rocznicą popełnionej przez siebie zbrodni.

Amen.

Ciekawe są prawdopodobne okoliczności tej śmierci. Kapitan Rżycki lubił biegać (i jeździć na rowerze), lubił też się tym chwalić. Miał profil na aplikacji biegowej Strava, gdzie na bieżąco zamieszczał swoje rekordy. Inni użytkownicy aplikacji mieli więc sposobność zapoznania się nie tylko z wynikami oficera, ale i z dokładnymi trasami, jakie wybierał. I z godzinami, w których zwykle oddawał się aktywności sportowej. Dla wywiadu takie dane to nieocenione źródło informacji, dla samego Rżyckiego śmiertelna w skutkach nieroztropność (albo i dowód, jak bardzo pewny był, że nic mu nie grozi).

Biegał może i szybko, ale kul i tak nie prześcignął…

Pozostając przy tropieniu bandytów – portal śledczy Bellingcat właśnie udostępnił dane rosyjskiego zespołu odpowiedzialnego za organizowanie prawie codziennych ataków rakietowych na Ukrainę. Dochodzenie Bellingcat trwało przez wiele tygodni, w jego ramach nie tylko zhakowano korespondencję osobistą trzydziestu podwładnych gen. majora Roberta Baranowa, ale prześledzono ich całościową aktywność w sieci, w tym zwyczaje zakupowe. To nie pierwsza tego typu akcja Bellingcata – czekamy na więcej.

Graf. Bellingcat

A na koniec kilka ważnych oraz mniej istotnych, ale i tak sprawiających radość informacji – zebranych do kupy, gdyż warto, by Wam nie umknęły.

W Wilnie zaczyna się szczyt NATO. Nie jest to pierwsze spotkanie sojuszników, zorganizowane w kraju będącym niegdyś częścią ZSRR, ale dziś, w dobie konfrontacji z Zachodem, ten prztyczek w noesowiecki nos musi boleć wyjątkowo mocno. Stąd biorą się powtarzane od wielu dni – nie tylko przez wiecznie pijanego lub skacowanego miedwiediewa – nuklearne groźby Moskwy.

W trakcie przedszczytowych negocjacji dogadano się w sprawie członkostwa Szwecji – Turcja nie staje już okoniem.

Ta sama Turcja zapowiedziała też, że zamierza zagwarantować bezpieczną żeglugę ukraińskich statków ze zbożem siłami własnej marynarki wojennej. A to tylko jeden z policzków wymierzonych przez Erdogana putinowi – kolejnym jest zwolnienie w ostatni weekend internowanych w Turcji dowódców Azowa. Przypomnijmy, rosjanie wzięli ich do niewoli w maju zeszłego roku, we wrześniu przekazali Turkom, pod warunkiem, że oficerowie pozostaną w Ankarze do końca wojny. No więc w niedzielę Wołodymyr Zełenski – po spotkaniu z tureckim prezydentem – osobiście odebrał przetrzymywanych wojskowych. W rusnecie płaczą nad tym do teraz.

Lepiej poinformowani rosjanie płaczą nad sytuacją „obrońców Bachmutu” (po ichniemu Artiomowska) – oto bowiem ukraińska armia zyskała nad miastem kontrolę ogniową. Oskrzydlanie miejscowości przez ZSU trwa, scenariusz utraty wyszarpanej przez moskali z tak wielkim trudem twierdzy staje się coraz bardziej realny. Dowódcom rosyjskim brakuje wagnerowców, rzuceni w ich miejsce czeczeńcy – zaprawieni w terroryzowaniu ludności cywilnej, strzelaniu do wycofujących się rosjan i rozstrzeliwaniu krzaków pod filmy z Tik-Toka – wczoraj dostali wciry. Oczywiście kadyrowcy chwalą się zniszczeniem kilkunastu ukraińskich czołgów, w tym abramsów (których w Ukrainie jeszcze nie ma…), no ale nikt rozsądny nie bierze tego na poważnie. Tak czy inaczej, rosjanie mają problem i czeczeńcami go nie rozwiążą.

Mają też – prawdopodobnie – kolejnego generała mniej. Ukraińskie źródła podają, że w Berdiańsku zlikwidowano grupę rosyjskich oficerów, w tym zastępcę dowódcy Południowego Okręgu Wojskowego gen. Olega Cokowa. Do potwierdzonego przez rosjan ataku na zapasowe stanowisko dowodzenia 58. Armii użyto rakiet Storm Shadow. Na razie informacja ma status „do weryfikacji”, zwłaszcza że sam Cokow już raz został „zabity” w tej wojnie. Bo i rzeczywiście raniono go we wrześniu 2022 roku w okolicy Swatowa, ale przeżył i po rekonwalescencji w rosji wrócił na front.

Tymczasem na zapleczu frontu Ukraińcy zniszczyli rosyjski system S-400 Triumf. Nie pierwszy to zestaw przeciwlotniczy i nie ostatni puszczony z dymem – rzecz w tym, że triumfy to takie „anałoga-w-miru-niet” i przykład rosyjskiej „supertechniki”. Szukając adekwatnej sytuacji po drugiej stronie – to tak, jakby moskalom udało się zniszczyć patriota. Zdjęcia rozbebeszonego S-400 latają po branżowym internecie. Jak trzeźwo zauważył jeden z analityków, warto się im przyjrzeć, bo za jakiś czas użyją ich rosjanie, jako dowód, że zniszczyli kolejny ukraiński zestaw OPL, na przykład (starszy, ale wizualnie podobny) pozyskany ze Słowacji S-300. Propagandziści Kremla mają bowiem hopla na punkcie sprzętu przekazywanego Ukrainie przez kraje NATO. Zniszczony – realnie czy nie – ma w ich oczach rangę super-fetyszu. Kilka dni temu skarpetkosceptycy, w tym ich lokalne odmiany, piali z zachwytu nad filmikiem przedstawiającym płonący eks-polski czołg Twardy. Zniszczona 30-letnia maszyna to istotnie niezłe osiągnięcie jak na drugą armię w Ukrainie.

A propos polskich podarków – w weekend „Wall Street Journal” ujawnił, że Polska przekazała niedawno Ukrainie „tuzin” śmigłowców bojowych Mi-24. Po prawdzie chodziło o 10 maszyn, które dołączyły do wcześniej podarowanych „hokejów” – 10 macedońskich i czterech czeskich. To duże wsparcie dla ZSU, które pozwoliło skompensować dotychczasowe straty w tym zakresie. Co więcej, Czesi zapowiadają kolejne dostawy Mi-24/35 (a mają ich jeszcze kilkanaście). I tak „najpiękniejsze śmigłowce świata” z przytupem odchodzą na emeryturę.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Kapitan Stanisław Rżycki/fot. MOFR

„Łaskawca”

Aby zostać Patronem bezkamuflazu.pl - kliknij TUTAJ

Co by się stało, gdyby na Morze Czarne wpłynęła US Navy czy międzynarodowy natowski zespół okrętów? Niekoniecznie grupa lotniskowcowa, ale kilka niszczycieli i fregat, niosących w arsenałach parę setek pocisków samosterujących i drugie tyle rakiet przeciwokrętowych? władimir władimirowicz putin postanowił nie szukać odpowiedzi na to pytanie. Nie odważył się powiedzieć: „sprawdzam”. Mnie to nie dziwi, dobrze wiem bowiem, że przy zachodniej przewadze technologicznej, jakikolwiek rosyjski fałszywy ruch zakończyłby się zagładą floty czarnomorskiej.

A dlaczego o tym piszę?

Bo jestem rozbawiony. Chichram, czytając w rosyjskich mediach, jakim to kolejnym wielkim sukcesem może się pochwalić główny lokator Kremla.

Najpierw niezbędne kalendarium. W weekend Ukraińcy zaatakowali – przy użyciu dronów powietrznych i morskich – rosyjskie okręty stacjonujące w Sewastopolu na okupowanym Krymie. Nie ma jasności, jakie były skutki tego uderzenia – przede wszystkim, jak mocno uszkodzono flagowy okręt floty czarnomorskiej, fregatę „Admirał Makarow”. Jakkolwiek oberwała noesowiecka wizytówka – poważnie czy nie – odebrano to na Kremlu jako siarczysty policzek. W efekcie rosja ogłosiła, że wycofuje się z umowy zbożowej, zawartej latem pomiędzy Moskwą i Kijowem, pod patronatem Turcji i ONZ. Porozumienie to umożliwiało swobodny ruch statków wywożących ukraińskie zboże na Bliski Wschód i do Afryki. Oznaczało zniesienie rosyjskiej blokady ukraińskich portów – rzecz niezwykle istotną w wymiarze gospodarczym (dla Ukrainy, dla której wpływy z eksportu stanowią teraz istotny zastrzyk gotówki) oraz w wymiarze humanitarnym (pojedynczy zbożowiec zapewnia pożywienie dla półtora miliona mieszkańców Afryki na miesiąc).

No więc Moskwa zakrzyknęła „no pasarán!”. Nie zostało to publicznie sprecyzowane, ale było oczywiste, że ukraińskie statki straciły status nietykalnych. W takich okolicznościach wyjście w morze wiązało się z poważnym ryzykiem ataku ze strony okrętów floty czarnomorskiej.

Mimo to Ukraińcy podjęli ryzyko – kolejne zbożowce opuściły porty. Oficjalnie zrobiono to po konsultacjach z Turcją i ONZ – sygnatariuszami porozumienia. Zagrano va banque?

Otóż nie. Mimo rosyjskich deklaracji, ryzyko ataku na morskie konwoje ze zbożem zostało szybko zażegnane. I tu dochodzimy do powodów mojego rozbawienia. rosja ogłosiła wczoraj, że jednak będzie respektować porozumienie zbożowe. Prokremlowskie media trąbią, że ów dobry gest Moskwy wiąże się z obietnicą, jaką putinowi mieli złożyć Ukraińcy. „Prezydent ustalił, że statki zbożowe nie będą wykorzystywane do przerzutu broni do Ukrainy”, tak niby ma wyglądać ta obietnica. Innymi słowy, jest sukces – władimir władimirowicz „zamknął” szlak przerzutowy.

Rzecz w tym, że ów szlak nigdy nie istniał. A Ukraińcy w ogóle nie negocjowali warunków powrotu do porozumień. putin zaś zwyczajnie wymiękł.

Nie ma jasności, kto przekazał mu informację o tym, że jakikolwiek rosyjski atak na cywilny statek skończy się wprowadzeniem natowskich okrętów na Morze Czarne. Czy był to turecki prezydent Erdogan – ojciec porozumienia zbożowego – czy może sygnały poszły bezpośrednio z Waszyngtonu. Tak czy inaczej, widmo upokarzającej rosję natowskiej demonstracji siły zostało putlerowi wyraźnie zarysowane. Wybrał więc opcję „łaskawego” powrotu do porozumienia, dobrze wiedząc, że w żaden sposób nie wytłumaczyłby „swoim” (tzw. zwykłym rosjanom), dlaczego to NATO/Zachód/USA dyktują warunki na Morzu Czarnym. Dla słabo-silnych – jak putin – taka słabość oznaczałaby katastrofę, zwłaszcza gdyby doszło do wymiany ognia z zachodnimi okrętami. Istotą legitymizacji jest bowiem w rosyjskiej polityce przypisywana rządzącym siła. Jeśli są „luzerami” – tracą twarz, okręty, akwen – tłum prędzej czy później ich rozniesie.

Co przywodzi nas do wniosku, że z kremlinami nie ma sensu rozmawiać inaczej, jak tylko z pozycji siły.

—–

Nz. Okręty amerykańskiej floty/fot. US Navy

A jeśli nie interesuje Cię subskrypcja, a jednorazowe wsparcie:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kłopoty

Miała być przemodelowana pod dyktando Kremla „architektura bezpieczeństwa w Europie”, miała być rewizja granic i potwierdzenie stref wpływów, miał być wreszcie „ruski mir” jako pełnoprawna alternatywna dla Zachodu z jednej i chińskiego modelu relacji społeczno-gospodarczych z drugiej strony. Jest… Putin żebrzący u irańskiego ajatollaha o drony. Potraktowany z butą, obcesowo, niczym przedstawiciel kraju trzeciego świata (którym Rosja w istocie jest, ale za sprawą arsenału jądrowego i kontroli wydobycia minerałów ma możliwość wypierania się tego statusu). Jeśli rosyjski prezydent rzeczywiście żyje w świecie iluzji – okłamywany przez doradców, odcięty od źródeł obiektywnej wiedzy – to właśnie w Teheranie miał okazję przekonać się, jak dramatycznie obniżyła się jego ranga i status kraju, którym rządzi. Dyplomacja to realne działania, ale i nie mniej ważne gesty. Posadzenie Putina na bocznym krześle, bez flagi w tle, późniejszy afront ze strony innego uczestnika teherańskiego „szczytu” – prezydenta Turcji Erdogana, który kazał Putinowi na siebie czekać (na „oczach” kamer!) – to właśnie takie ważne gesty. Witold Jurasz, były dyplomata, obecnie komentator polityczny, dostrzega w tych zdarzeniach dodatkową symbolikę. Oto bowiem w Teheranie – podczas spotkania Wielkiej Trójki w listopadzie 1943 roku – Moskwa stała się częścią politycznej superligi. I w Teheranie właśnie – w lipcu 2022 roku – została z tego klubu wyrzucona. Dodam od siebie, że działo się to 20 lipca, w kolejną rocznicę nieudanego zamachu na Hitlera. Straconej dla Niemiec i świata szansy, co przyniosło dodatkowe 12 milionów ofiar, zamordowanych i poległych między lipcem 1944 roku a majem 1945 roku. Putin to przegryw – nie ma już co do tego złudzeń – i każdy dodatkowy dzień jego władzy, to kolejne niepotrzebne straty dla Rosji, Ukrainy i całego świata.

Stosowny komentarz memowy za: Doniesienia z putinowskiej Polski
Stosowny komentarz memowy za: Doniesienia z putinowskiej Polski

I nie żartuję z tymi dronami – ruskim „bezpilotniki” niemal całkiem już wyszły. Jeszcze w maju armia ratowała się, zabierając maszyny innym służbom mundurowym, ale i to źródełko w końcu wyschło. Płatowce od biedy produkować jeszcze można, lecz nie sam „samolocik” jest istotą idei dronów. To zdalnie sterowane urządzenia, wypakowane zaawansowaną opto-elektoniką, w wersji bojowej wyposażone w „inteligentne” rakiety. Ten technologiczny wsad to pięta Achillesowa rosyjskiej zbrojeniówki. Dotąd Rosjanie radzili sobie, implementując zachodnią technologię, ale w obliczu sankcji takiej możliwości już nie ma. Iran nie słynie jakoś szczególnie (to celowy eufemizm…) z produkcji nowoczesnej broni, sam przez dekady zmagał się z sankcjami, ale ponoć mógłby Rosji zaoferować kilkaset gotowych aparatów. Nie mam pojęcia, czego oczekując w zamian; jedyny sensowny rosyjski atut to technologie jądrowe (choć i tu trudno wyobrazić sobie projekt od A do Z bez udziału zachodnich komponentów). Pożyjemy – zobaczymy.

O sprzętowych kłopotach Rosjan świadczą też inne fakty. Okazuje się, że na front trafią (już trafiły?) czołgi przewidziane do sprzedaży za granicę. Kontrahenci zakupionego dobra nie otrzymają, no ale potrzeby własnej armii są ważniejsze. Z tego akurat nie kpię, Ukraińcy zrobili dokładnie to samo, wstrzymując na przykład sprzedaż zestawów przeciwpancernych (to dlatego na ekranach sterowniczych widać czasami arabskie symbole). No ale Ukraina jest w innej sytuacji niż Rosja – walczy o życie, a „na wejście” jej potencjał militarny był dużo-dużo mniejszy. Pisałem już o tym wczoraj (prezentując filmik z nieudanego odpalenia rakiety Iskander), powtórzę dziś – wojna w Ukrainie to najlepsza antyreklama dla rosyjskiej zbrojeniówki. Teraz do kwestii problematycznej jakości dojdzie także nieterminowość (w najlepszym razie).

Zapyta ktoś, jakim cudem Rosja – „leżąca na czołgach” – ma problem z wyekwipowaniem liniowych oddziałów. Ano pamiętajmy, że miażdżąca większość z około 20 tys. maszyn – używanych i zmagazynowanych – to sprzęt wyprodukowany jeszcze w czasach ZSRR. Po 1991 roku powstało niewiele nowych czołgów (T-14 wyprodukowano w śladowych ilościach) – to, co trafiało do jednostek, było zwykle starą skorupą, odświeżoną i wyposażoną w nowsze, zmodernizowane elementy. Co do zasady – nie ma w tym nic zdrożnego. Do (mniej więcej) tego samego sprowadza się apgrejt amerykańskich Abramsów. Oba procesy różni jakość wykonania; jak niska była ona w przypadku maszyn z rodziny T przekonujemy się każdego dnia w Ukrainie.

Ukraińcy twierdzą, że zniszczyli już tysiąc siedemset rosyjskich czołgów (z czterech tysięcy, jakimi dysponowała w oddziałach liniowych cała armia rosyjska w lutym br.). Dostępny materiał zdjęciowy i filmowy pozwala przyjąć, że z całą pewnością z walki wyeliminowanych zostało niemal tysiąc rosyjskich tanków. Część z nich uda się wyremontować, więc nie będą to straty bezpowrotne. I tu zaczynają się schody. W latach 2011-2020 rosyjska zbrojeniówka dostarczała armii rocznie 160-170 sztuk zmodernizowanych wozów T-72 oraz około 50 w wersji T-80. W 2021 roku było to już tylko kilkadziesiąt maszyn. Łącznie w całym tym okresie do jednostek bojowych trafiło około 2 tys. maszyn o względnie wysokiej wartości bojowej. Reszta (w linii i w magazynach) to muzeum. Mimo administracyjnych wybiegów, których celem jest militaryzacja rosyjskiej gospodarki, moce produkcyjne dwóch fabryk zajmujących się produkcją i modernizacją czołgów, nie wzrosły. Cóż bowiem z tego, że załoga ma pracować w reżimie 3-zmianowym, skoro brakuje elektronicznych komponentów zachodniego pochodzenia (niezbędnych na przykład w systemach celowniczych)? Skoro część parku maszynowego nie nadaje się do użytku – poradziecka z uwagi na zużycie, nowoczesna z powodu sankcji (brak części zamiennych, niedziałający soft itp.). Można mieć kupę stali, ale bez obrabiarek ani rusz. Do tego dochodzą jeszcze skutki kryminalnego procederu, o którym już wspominałem. Wycofywane z frontu maszyny są po drodze okradane z każdego elementu, który da się sprzedać. Rosyjscy żołnierze handlują głównie za wódkę – ów rys kulturowy moskiewskiej armii nadal pozostaje silny i niezmienny. Ogołocone skorupy często nie nadają się do żadnego remontu – w ich miejsce lepiej wyciągnąć coś z głębokiego magazynu. Stanowiącego o być albo nie być rosyjskich wojsk pancernych, dającego bowiem sposobność do kanibalizacji. Fatalna jakość magazynowania – zwykle pod chmurką – ogranicza jednak i ten rezerwuar.

Rosjanom czkawką odbija się niska jakość wykonania. Silniki do czołgów T-72 wymagają remontu po tysiącu godzin użytkowania. Wozy, które wjechały do Ukrainy w lutym – i jeszcze nie zostały zniszczone – i tak nie są dziś zdatne do użycia. To dlatego na front trafia coraz więcej staroci, z których część nadaje się tylko do przejechania kilkudziesięciu kilometrów i osadzenia w roli umocnionego punktu obrony. Biorąc pod uwagę wysoką awaryjność armat produkowanych w latach 60. i 70., nawet w tej roli nie spiszą się zbyt dobrze.

Ot realia, „drugiej armii świata”…

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przymus

Zimą Władimir Putin grał o wielką stawkę – chodziło mu nie tylko o zwasalizowanie Ukrainy, ale również o zmarginalizowanie roli NATO w Europie Środkowo-Wschodniej. Polska i kraje nadbałtyckie – wedle zamierzeń Kremla – miały stać się członkami Sojuszu drugiej kategorii, de facto wejść w szarą strefę bezpieczeństwa. Bez natowskich instalacji, bez obecności obcych wojsk, z mocno ograniczoną możliwością przeprowadzania sojuszniczych ćwiczeń. Taki pakiet „propozycji” – obok uznania Ukrainy za jej strefę wpływów – rzuciła na stół Moskwa. W zamian miało nie dojść do wojny – tej już wówczas przygotowanej, w Ukrainie – oraz tej w przyszłości, gdzie ewentualnym celem byłyby kraje dawnego bloku wschodniego. „Nowa architektura bezpieczeństwa Europy” – jak nazwano ów pomysł na Kremlu – spotkała się z przyjęciem, z jakim później zderzył się dowódca krążownika „Moskwa”, namawiający załogę Wężowej Wyspy do poddania się. To przede wszystkim Joe Biden – ostoja zachodniej jedności – posłał Putina do diabła. Waszyngton wrzucił NATO na wyższy bieg, do Europy przyjechali kolejni amerykańscy żołnierze, to wówczas też wąski dotąd strumień dostaw sprzętu wojskowego dla Ukrainy znacząco się poszerzył. Jestem pewien, że z perspektywy czasu będziemy postrzegali te wydarzenia jako początek końca Putina.

Już dziś widać, że ten przerżnął niemal wszystko, co tylko mógł przerżnąć. Sporo o tym pisałem, więc nie będę się powtarzał. Na potrzeby tego tekstu wspomnę tylko, że putinowska próba ograniczenia wpływów NATO w Europie skończyła się tym, że Rosji przybędzie 1300 kilometrów granicy z Sojuszem. A że wraz z Finlandią do Sojuszu wejdzie także Szwecja, Bałtyk stanie się „natowskim jeziorem”. Oczywiście, jak tylko pojawiły się pierwsze doniesienia o planach Helsinek i Sztokholmu, Ławrow i jego banda usiłowali zastraszać oba kraje. Tyle że dziś rosyjskie groźby są bardziej żałosne niż straszne, więc ani Szwedzi, ani tym bardziej Finowie się nie ulękli (ci drudzy za to chętnie przypomnieli Rosjanom, jak skończyła się dla nich „wycieczka” na fińskie ziemie w 1939 roku). Występujący po tym wszystkim Putin, mówiący, że samo członkostwo Szwecji i Finlandii nie stanowi dla Rosji zagrożenia, był już tylko dopełnieniem obrazu niemocy Moskwy. Główny lokator Kremla pewnie inaczej by się zachował, gdyby jego armia – to, co w niej najlepsze i najcenniejsze – nie krwawiła teraz w Ukrainie. Poniżone, przetrzebione i obdarte z mitu wysokiej skuteczności i nowoczesności wojsko nie jest argumentem, z którym można wchodzić do przedstawicieli zachodniej wspólnoty – nawet jeśli ci dopiero aspirują, a nie są już w NATO. To musiała być dla „Wowy” naprawdę gorzka piguła.

Dziś jedyną jego deską ratunku „na odcinku fińsko-szwedzkim” pozostaje turecki prezydent Recep Erdogan – wieszczą niektórzy komentatorzy (chorwacka głowa państwa, o której także wspomina się w tym kontekście, nie ma nic do powiedzenia; w Chorwacji realną władzę sprawują rząd i parlament). Bo aby wstąpić do NATO, potrzebna jest zgoda wszystkich członków Sojuszu – a Turcja ma za złe Szwecji i Finlandii, że stały się azylem dla kurdyjskich partyzantów i opozycjonistów. „Nie!” Ankary jest przez nią otwarcie artykułowane, stając się nie tylko nadzieją dla Putina, ale i pożywką dla wspomnianych pesymistów. Czy słusznie? No chyba nie…

W Polsce mamy z Turkami w NATO złe doświadczenia.

– Rok temu Turcja odmówiła ratyfikowania planów operacyjnych dla Polski – mówił mi latem minionego roku gen. Mieczysław Gocuł, były szef sztabu generalnego Wojska Polskiego. Rozmawialiśmy o polskich zakupach tureckiego uzbrojenia; generałowi nie podobał się ten pomysł. Zwróciłem uwagę, że z planami zawsze był kłopot, bo ich podpisanie to zarazem deklaracja pomocy, z której potem trzeba by się wycofywać przed kamerami, czego żaden rząd nie lubi.

– Ale nikt nigdy nie odmówił ich podpisania. Nawet jeżeli któryś kraj był niechętny, wyrażano to w ramach wewnętrznej debaty. Turcja tymczasem ogłosiła wszem wobec: „Polacy, bujajcie się”. A my idziemy do nich kupować uzbrojenie – oceniał z przyganą generał.

Sprawę planów operacyjnych ostatecznie przepchnięto (kiedyś napiszę o tym więcej), choć skandaliczne wielomiesięczne targi z Ankarą oznaczały dla Polski ryzykowny stan zawieszenia (nawet najlepsze wojsko nie może działać bez planu…).

Było-minęło. Turcja znów staje okoniem i znów ulegnie. Pomijam zapowiadane już zabiegi sekretarza generalnego NATO, pomijam przyszłe misje innych natowskich polityków, którzy będą podróżować do tureckiej stolicy – najważniejszą robotę znów wykona administracja Joe Bidena. Bo to USA ma w tej grze „najlepsze karty”. Aby to wyjaśnić, cofnijmy się do nieodległej przeszłości.

Kiedy wiosną 2019 roku Amerykanie ogłosili, że nie sprzedadzą Turcji najnowszych samolotów wielozadaniowych F-35, Recep Erdogan nie krył złości. Jego kraj dysponuje drugą co do wielkości armią NATO i stanowi najbardziej wysuniętą na wschód rubież Sojuszu. Ów status przez dekady gwarantował Ankarze transfer zachodnich technologii wojskowych, za sprawą których Turcja urosła do rangi regionalnej potęgi. Co więcej, Turcy nie byli zwyczajnym kupcem – jeszcze w 2002 roku włączyli się w program budowy myśliwców, wydając na ten cel kilka miliardów dolarów. W pierwszej turze złożyli zamówienie na 30 maszyn, ale docelowo planowali pozyskać ponad setkę F-35. Dlaczego ostatecznie zostali z niczym? Turecki rząd postanowił wyposażyć armię w rosyjskie zestawy obrony powietrznej S-400 Triumf, wcześniej odrzucając ofertę droższych, amerykańskich Patriotów. Tymczasem w ocenie Amerykanów, wdrożenie do służby rosyjskich systemów przy jednoczesnej eksploatacji „efów”, oznaczałoby ryzyko ujawnienia wielu technicznych sekretów samolotów (np. ich sygnatur radarowych). „Przekazanie Turkom gotowych F-35 stworzy zagrożenie dla bezpieczeństwa całego NATO”, zgodnie wnioskowali republikanie i demokraci. Donald Trump podpisał stosowny dekret.

Turcy nie byli gotowi na utratę F-35, nie docenili determinacji Amerykanów i przeszarżowali. Tymczasem w regionie rozkręcił się lotniczy wyścig zbrojeń. Najsilniejszy rywal, Izrael, planuje pozyskać 75 F-35 – no i już dziś ma bojowe doświadczenie w ich użytkowaniu. Jednocześnie nabywa za oceanem kolejne F-15 w najnowszej wersji. Egipt postawił na francuskie Rafale, podobnie jak Grecja, która jednocześnie modernizuje część posiadanej floty F-16, oraz – co Ankarę niepokoi szczególnie – zapowiedziała pozyskanie F-35. „Zimny” turecko-grecki konflikt ciągnie się już od dawna i nie wygasiło go nawet wspólne członkostwo w NATO. Świadom animozji Waszyngton przez dekady starał się wpływać na oba kraje poprzez równoważenie ich potencjałów. Jeśli jakiś nowoczesny system uzbrojenia trafiał do Grecji, zaraz potem otrzymywała go Turcja – i na odwrót. Ponieważ Amerykanie przychylnie patrzą na greckie plany dotyczące F-35, mogłoby się okazać, że już za kilka lat, po raz pierwszy w historii NATO, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, kiedy w polu turecko-greckich zmagań pojawi się prawdziwy game changer, dający Grekom niewątpliwą przewagę.

Byłaby ona tym większa, że arsenał lotniczy Turcji wymaga pilnych modernizacji. Na papierze nie jest źle – podstawę Türk Hava Kuvvetleri (Tureckich Sił Powietrznych) stanowi aż 245 samolotów F-16. Jednak większość z nich ma już swoje lata (najmłodsze, to odpowiedniki naszych Jastrzębi). I właśnie z tego powodu jeszcze w październiku u.br. władze w Ankarze wysłały do Waszyngtonu zapytanie ofertowe RFP (ang. Request For Proposals) w sprawie możliwości zakupu 40 fabrycznie nowych F-16 i pakietów modernizacyjnych dla 80 posiadanych przez Turcję samolotów. Zapłatę miałyby stanowić środki zainwestowane przez Ankarę w program F-35. Tym sposobem Turcy chcieliby utrzymać względnie wysoki poziom własnych sił powietrznych do czasu wejścia do służby maszyny oznaczonej jako TF-X. Za tą nazwą kryje się wielozadaniowy myśliwiec V generacji, będący wytworem tureckiego przemysłu. W tej chwili jednak trudno ocenić, kiedy prace konstrukcyjne zmienią się w fazę seryjnej produkcji. I czy w ogóle coś sensownego z tego wyjdzie.

Alternatywą dla kupna i modernizacji „szesnastek” jeszcze do niedawna mogła się wydawać dalsza „rusyfikacja” tureckiego arsenału. Władimir Putin jeszcze w 2019 roku zaproponował Erdoganowi nabycie rosyjskich Su-35 i Su-57. Te ostatnie, przynajmniej teoretycznie, stanowią odpowiednik amerykańskich F-35. Ale właśnie, słowo-klucz: teoretycznie. Wojna w Ukrainie obnażyła masę słabości rosyjskiego uzbrojenia, nawet tego z „wyższej półki”. Wiadomo już, że ustępuje ono zachodnim odpowiednikom, a co gorsza, owa przepaść będzie się pogłębiać na skutek sankcji. Rosjanie – o czym pisałem tu wielokrotnie – w swoim najlepszym uzbrojeniu implementowali na potęgę zachodnią elektronikę. Własnej, odpowiedniej klasy, nie są w stanie wyprodukować. Brak dostępu do importowanych podzespołów właściwie zamyka sprawę możliwości eksportowych Rosji. A same „skorupy” nie będą Turkom potrzebne.

To zresztą stawia w ciekawym świetle przyszłość kupionych przez Turcję S-400. Ankara nabyła w sumie cztery baterie Triumfów. To symboliczny potencjał, a bez możliwości jego powiększenia, na dłuższą metę nieprzydatny. Przydałby się za to w Ukrainie, gdzie zestawy obrony powietrznej z rodziny S, od dawna są w użytku. Turcję i Ukrainę wiążą dziś bliskie wojskowe relacje, których symbolem (i istotą) są słynne drony Bayraktar. Nie da się zatem wykluczyć, że stanowiące niegdyś kość niezgodny między Waszyngtonem a Ankarą S-400 trafią na ukraiński front.

Niezależnie od tego, modernizacyjny przymus, przed jakim stoi Turcja, daje Amerykanom wspomniane „dobre karty”. Nie podejmę się oceny, czy wystarczy, żeby Waszyngton „dał” Turkom „efy szesnaste” wraz z pakietami modernizacyjnymi, czy też niezbędne okaże się przywrócenie Turcji do programu F-35 (ta druga opcja stanie się bardziej prawdopodobna, jeśli armia turecka pozbędzie się S-400). Tak czy inaczej, Erdogan Szwecji i Finlandii nie zatrzyma – za bardzo potrzebuje nowoczesnych samolotów.

PS. Amerykańskie obawy dotyczące utraty tajemnic „efów” były formułowane na wyrost bądź pod polityczne zamówienie, służąc jako pretekst do strofowania Ankary. – S-400 nie wymyślono dla skrytego pozyskiwania informacji – mówił mi kilka miesięcy temu Dawid Kamizela, ekspert od spraw wojskowych. – Traktowanie tych zestawów jako swoistego konia trojańskiego jest nieporozumieniem. Zagrożenie mogliby stanowić rosyjscy instruktorzy, obecni przy próbach przechwycenia samolotu czy jakiejś konfiguracji na linii F-35-Triumf. Ale neutralizacją takich zagrożeń z powodzeniem mógłby się zająć turecki kontrwywiad.

—–

Nz. Resztki rosyjskiego sprzętu wojskowego, oglądane przez ukraińskich żołnierzy. Krwawiąca w Ukrainie armia Putina, czyni pogróżki rosyjskiego prezydenta żałosnymi/fot. Генеральний штаб ЗСУ

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to