Przygotowania

Pantery nad Wisłą. Polska szykuje się do wojny, a PiS do wyborów.

Na początku minionego tygodnia gruchnęła wieść o tym, że Polska przekazała Ukrainie czołgi PT-91 Twardy. Ukraińcy oficjalnie przyznali, że wozy są już u nich, choć nie podali liczby. Z niepotwierdzonych informacji wynika, że chodzi o 40 czołgów, z których sformowano jeden batalion pancerny (w ukraińskiej armii etat dla takiego oddziału przewiduje 31 pojazdów), resztę maszyn wykorzystując do szkolenia kolejnych załóg. Jest bowiem kwestią czasu, kiedy na wschód trafią także pozostałe z 232 twardych, będących do niedawna na stanie Wojska Polskiego.

PT-91 to rodzima modernizacja radzieckich T-72, produkowanych również na licencji w Polsce. Opracowany w pierwszej połowie lat 90. Twardy, dziś znacząco ustępuje nowszym wersjom wozów, ale dobrze wyszkolona załoga może nim podjąć skuteczną walkę z każdym czołgiem używanym przez Rosjan w Ukrainie. Zwłaszcza w sytuacji, w której zdziesiątkowana rosyjska armia zmuszona została do sięgnięcia po głębokie rezerwy w postaci niemal 50-letnich maszyn T-62, stanowiących teraz istotną część parku czołgowego sił inwazyjnych.

Wcześniejsze podarowanie Ukrainie 240 T-72 uchodzi za racjonalne posunięcie. Wartość bojowa tych maszyn była niska, głęboka modernizacja nieopłacalna. Ukraińcy tymczasem posiadają możliwości techniczne, by stosunkowo niskim kosztem podnieść jakość „siedem-dwójek”. No i są w potrzebie, gdyż prowadzą piekielnie materiałochłonną wojnę. Twarde jednak zdawały się być nie do ruszenia – przynajmniej do czasu, kiedy do Polski trafi większa liczba z 250 zamówionych u Amerykanów abramsów. Wojsko w końcu musi się szkolić, musi też mieć na czym.

Przejęcie i niedowierzanie

Plotki głoszą, że na przekazanie twardych Kijowowi naciskał rząd Stanów Zjednoczonych, w zamian oferując dodatkową pulę 116 abramsów na preferencyjnych warunkach (Polska zapłaci za ich rozkonserwowanie i transport). Jednocześnie w Warszawie nikt już na poważnie nie myśli o pozyskiwaniu czołgów z Niemiec. Berlin zobowiązał się wiosną, że w miejsce przekazanych Ukrainie wozów dostarczy własne Leopardy, ale mechanizm znany jako Ringtausch nie działa. Niemcy mają na zbyciu nieliczne starocie, z odległym terminem realizacji umowy.

To w takich okolicznościach na scenę wkroczyli Koreańczycy, z ofertą szybkiej dostawy 180 czołgów. I nie tylko. Azjaci próbowali „wbić się” w polski rynek jeszcze w 2020 r., trafnie rozpoznając potrzeby naszej armii i zbrojeniówki. Nie odpuścili nawet po zeszłorocznej decyzji rządu RP o kupnie abramsów, wiedząc, że Wojsko Polskie musi nabyć większą liczbę czołgów, najlepiej produkowanych na miejscu (o czym można zapomnieć w przypadku wozów made in USA). W MON podchodzono do nich z ostrożnym zainteresowaniem – aż wybuchła wojna w Ukrainie.

Podpisana w minioną środę umowa ramowa z Koreą przewiduje dostarczenie wspomnianych 180 maszyn do 2025 r. Będą to wozy K2 Black Panther (ang. czarna pantera) – zasadniczo najnowsze czołgi na świecie, choć w oferowanej wersji nie w pełni dostosowane do polskich warunków, gdzie wymagane jest na przykład silniejsze opancerzenie. Dlatego pojazdy z tej partii w dalszej kolejności przejdą modernizacje do standardu K2PL, co ma nastąpić po 2026 r., kiedy w Polsce ruszy fabryka, zdolna do samodzielnej produkcji pancernych kolosów.

Zgodnie z umową, ów zakład ma dostarczyć 820 K2PL, co oznacza, że za kilkanaście lat nasza armia będzie dysponować tysiącem czarnych panter oraz niemal 370 abramsami. Uczyni to z WP pancerną potęgę, o czym analitycy wojskowi z całego świata dyskutują z przejęciem i niedowierzaniem. Tym większym, że podjęte zobowiązania przewidują jednoczesną rozbudowę artylerii samobieżnej WP, która do końca 2023 r. ma się wzbogacić o 48 haubic K9, a po 2024 r. o kolejne… 624 sztuki, z których większość powstanie w Polsce (w nowo wybudowanej fabryce).

Pouczające doświadczenia

Zakup czołgów i linii produkcyjnej do nich nie rodzi większych kontrowersji, choć warto odnotować entuzjastyczne zapowiedzi ministra obrony Mariusza Błaszczaka, z których wynikało, że K2 będą „na już”. Trzy lata to nie jest ekspresowe tempo, zwłaszcza że mówimy o sprzęcie w tymczasowej konfiguracji. Z drugiej strony, trudno przecenić korzyści – ekonomiczne, społeczne, militarne – płynące z odtworzenia możliwości polskiego przemysłu w zakresie produkcji broni pancernej, zatraconych na skutek zaniedbań wszystkich rządów po 1989 r.

Argument o zbytnim zróżnicowaniu parku czołgowego jest w każdym razie bezzasadny – docelowo będziemy mieli w linii dwa rodzaje czołgów, co nie musi oznaczać „logistycznego koszmaru”. Pouczające są tu doświadczenia Ukraińców, którzy w trudnych wojennych warunkach radzą sobie z jednoczesną obsługą sprzętu wschodniego i zachodniego. Tanki o radzieckiej proweniencji znikną wkrótce z naszych magazynów (poza twardymi, mamy jeszcze kilkadziesiąt T-72), wozy poniemieckie zapewne trafią do rezerwy (albo na rynek wtórny bądź do Ukrainy).

Inaczej mają się sprawy z haubicami. Polskie kraby przechodzą intensywne testy bojowe w Ukrainie (gdzie przekazaliśmy co najmniej 18 sztuk). Ukraińcy twierdzą wręcz, że to najlepsze tej klasy uzbrojenie – a dysponują także amerykańskimi, niemieckimi i francuskimi działami samobieżnymi. K9 i Krab mają to samo podwozie, ale ostatecznie to różne konstrukcje. Skala planowanych zakupów koreańskiej haubicy de facto oznacza wygaszenie produkcji polskiego systemu. MON w odpowiedzi na zarzuty zapewnia o „polonizacji” K9, która ma ją upodobnić do Kraba.

Ale najwięcej kontrowersji wywołuje lotnicza część umowy, przewidująca pozyskanie samolotów szkolno-bojowych FA-50. W siłach powietrznych RP są jeszcze trzy eskadry latające na poradzieckim sprzęcie – dwie na myśliwcach MiG-29 i jedna na szturmowcach Su-22. Obie konstrukcje lata świetności mają za sobą, już wcześniej brakowało do nich podzespołów, a remonty na własną rękę zakończyły się tragicznym wypadkiem jednego z migów. Po 24 lutego większość posiadanego jeszcze uzbrojenia przewidzianego do obu typów maszyn trafiła do Ukrainy.

Marsz ku… prezydenturze

Przed wybuchem wojny zakładano, że migi i suchoje posłużą do czasu pojawienia się w Polsce kupionych w USA wielozadaniowych F-35 (oraz dodatkowych myśliwców, najlepiej F-16, gdy „budżet pozwoli”). Rosyjsko-ukraiński konflikt przyśpieszył sprawy i w tym obszarze. Z zapewnień szefa MON wynika, że niemożliwe było szybkie pozyskanie kolejnych F-16 i F-35 – Amerykanie z trudem nadążają z realizacją już złożonych zamówień. Na rynku wtórnym nie znaleziono sensownej oferty, stąd decyzja o zakupie 48 fabrycznie nowych koreańskich maszyn.

Rzecz w tym, że nasze lotnictwo ma już samoloty szkolne – włoskie M-346, produkowane przez koncern Leonardo. Po co nam zatem kolejne „niepełnowartościowe” odrzutowce, zdolne tylko w określonych warunkach do użycia bojowego? „M-346 mają za niską sprawność – sygnalizowałem to kilkukrotnie mojemu włoskiemu odpowiednikowi”, wyjaśnia Błaszczak. Brzmi sensownie i sugeruje odpowiedzialną postawę – do czasu, gdy uświadomimy sobie, że ten sam minister podpisał niedawno umowę na dostawę śmigłowców z tym samym producentem.

W 2023 r. trafi do Polski 12 FA-50 w obecnej konfiguracji, po 2025 r. zaczną się dostawy samolotów o lepszych parametrach (wersja Block 20). Biorąc pod uwagę konieczność modyfikacji FA-50 z pierwszej tury, proces szkolenia pilotów i obsługi oraz konieczność stworzenia taktyki działań dla nowego typu maszyn (od podstaw, bo jedynym użytkownikiem FA-50 jest Korea, dysponująca 20 samolotami, wykorzystywanymi do pokazów lotniczych), osiągnięcie gotowości operacyjnej przezbrojonych eskadr potrwa 10 lat.

Polska przeznaczy na broń z Korei 14 mld dol. Istnieją obiektywne przesłanki dla tak wielkich wydatków. Lęk przed Rosją sprawił, że mamy wśród Polaków konsensus co do konieczności zbrojeń. „Bezpieczeństwo zapewni nam dobrze wyposażona armia. Nie za 10-20 lat, tylko teraz”, mówi Mariusz Błaszczak. Ale Koreańczycy to wcale nie jest opcja „na teraz”, choć pewnie najszybsza z możliwych. Tak docieramy do subiektywnych przesłanek. A właściwie intersubiektywnych, bo nie chodzi tylko o ambicje szefa MON, pragnącego być postrzeganym jako ten, który „zastał armię poradziecką, a zostawił zwesternizowaną”. Jesienią przyszłego roku proces wymiany sprzętu będzie w powijakach, ale na tyle zaawansowany, by móc go wykorzystać w kampanii wyborczej. W połączeniu z wcześniejszymi inwestycjami pozwoli budować narrację o PiS-ie, który zadbał o bezpieczeństwo Polaków. Przebitki na tle abramsów czy panter uwiarygodnią przekaz. Tak partia władzy chciałby wygrać wybory. Tak zyskać „mocnego kandydata” do prezydenckiej rozgrywki w 2025 r. W końcu człowiek, który „postawił armię na nogi”, jak nikt inny nadaje się do roli głowy państwa…

—–

Nz. Kraby na poligonie/fot. 18 Dywizja Zmechanizowana

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 32/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kłopoty

Miała być przemodelowana pod dyktando Kremla „architektura bezpieczeństwa w Europie”, miała być rewizja granic i potwierdzenie stref wpływów, miał być wreszcie „ruski mir” jako pełnoprawna alternatywna dla Zachodu z jednej i chińskiego modelu relacji społeczno-gospodarczych z drugiej strony. Jest… Putin żebrzący u irańskiego ajatollaha o drony. Potraktowany z butą, obcesowo, niczym przedstawiciel kraju trzeciego świata (którym Rosja w istocie jest, ale za sprawą arsenału jądrowego i kontroli wydobycia minerałów ma możliwość wypierania się tego statusu). Jeśli rosyjski prezydent rzeczywiście żyje w świecie iluzji – okłamywany przez doradców, odcięty od źródeł obiektywnej wiedzy – to właśnie w Teheranie miał okazję przekonać się, jak dramatycznie obniżyła się jego ranga i status kraju, którym rządzi. Dyplomacja to realne działania, ale i nie mniej ważne gesty. Posadzenie Putina na bocznym krześle, bez flagi w tle, późniejszy afront ze strony innego uczestnika teherańskiego „szczytu” – prezydenta Turcji Erdogana, który kazał Putinowi na siebie czekać (na „oczach” kamer!) – to właśnie takie ważne gesty. Witold Jurasz, były dyplomata, obecnie komentator polityczny, dostrzega w tych zdarzeniach dodatkową symbolikę. Oto bowiem w Teheranie – podczas spotkania Wielkiej Trójki w listopadzie 1943 roku – Moskwa stała się częścią politycznej superligi. I w Teheranie właśnie – w lipcu 2022 roku – została z tego klubu wyrzucona. Dodam od siebie, że działo się to 20 lipca, w kolejną rocznicę nieudanego zamachu na Hitlera. Straconej dla Niemiec i świata szansy, co przyniosło dodatkowe 12 milionów ofiar, zamordowanych i poległych między lipcem 1944 roku a majem 1945 roku. Putin to przegryw – nie ma już co do tego złudzeń – i każdy dodatkowy dzień jego władzy, to kolejne niepotrzebne straty dla Rosji, Ukrainy i całego świata.

Stosowny komentarz memowy za: Doniesienia z putinowskiej Polski
Stosowny komentarz memowy za: Doniesienia z putinowskiej Polski

I nie żartuję z tymi dronami – ruskim „bezpilotniki” niemal całkiem już wyszły. Jeszcze w maju armia ratowała się, zabierając maszyny innym służbom mundurowym, ale i to źródełko w końcu wyschło. Płatowce od biedy produkować jeszcze można, lecz nie sam „samolocik” jest istotą idei dronów. To zdalnie sterowane urządzenia, wypakowane zaawansowaną opto-elektoniką, w wersji bojowej wyposażone w „inteligentne” rakiety. Ten technologiczny wsad to pięta Achillesowa rosyjskiej zbrojeniówki. Dotąd Rosjanie radzili sobie, implementując zachodnią technologię, ale w obliczu sankcji takiej możliwości już nie ma. Iran nie słynie jakoś szczególnie (to celowy eufemizm…) z produkcji nowoczesnej broni, sam przez dekady zmagał się z sankcjami, ale ponoć mógłby Rosji zaoferować kilkaset gotowych aparatów. Nie mam pojęcia, czego oczekując w zamian; jedyny sensowny rosyjski atut to technologie jądrowe (choć i tu trudno wyobrazić sobie projekt od A do Z bez udziału zachodnich komponentów). Pożyjemy – zobaczymy.

O sprzętowych kłopotach Rosjan świadczą też inne fakty. Okazuje się, że na front trafią (już trafiły?) czołgi przewidziane do sprzedaży za granicę. Kontrahenci zakupionego dobra nie otrzymają, no ale potrzeby własnej armii są ważniejsze. Z tego akurat nie kpię, Ukraińcy zrobili dokładnie to samo, wstrzymując na przykład sprzedaż zestawów przeciwpancernych (to dlatego na ekranach sterowniczych widać czasami arabskie symbole). No ale Ukraina jest w innej sytuacji niż Rosja – walczy o życie, a „na wejście” jej potencjał militarny był dużo-dużo mniejszy. Pisałem już o tym wczoraj (prezentując filmik z nieudanego odpalenia rakiety Iskander), powtórzę dziś – wojna w Ukrainie to najlepsza antyreklama dla rosyjskiej zbrojeniówki. Teraz do kwestii problematycznej jakości dojdzie także nieterminowość (w najlepszym razie).

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pancerni

Ukraińska załoga „naszego” teciaka”. Prawdopodobnie okolice Krzywego Rogu/fot. Dowództwo Ukraińskich Sił Zbrojnych

Zwróćcie uwagę, że to już kolejne nawiązanie do legendarnego serialu „Czterej pancerni i pies”. Tym razem czołgistów jest trzech, bo i T-72 – wyposażony w automat – nie potrzebuje ładowniczego. Ale pies jest – i to prawilnej rasy!

Kilka dni temu Ukraińcy wypuścili krótki filmik z działań polskiej armatohaubicy Krab, używanej przez nich w Donbasie. Materiał ilustrowała – a jakże – ścieżka dźwiękowa z serialu. W genialnej punkowej re-aranżacji.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Czołgi

Jestem po arcyciekawej rozmowie z moim najważniejszym źródłem po stronie ukraińskiej. Pogadaliśmy, gdyż przygotowuję się do napisania tekstu na temat zastosowania nowych technologii w toczącym się konflikcie. To robota „na zaś”, a już dziś chciałbym się z Wami podzielić ciekawą informacją. Ufam swojemu rozmówcy, ale gwoli uczciwości zastrzegam, że nie robiłem jeszcze krzyżowej weryfikacji. O jakie dane chodzi? Otóż w pierwszym miesiącu wojny używane przez Ukraińców przenośne wyrzutnie przeciwpancerne odpowiadały za 50 proc. strat sprzętowych, zadanych rosyjskim wojskom pancernym. Dziś udział zniszczonych w taki sposób czołgów spadł do 30 proc. Kolejne 30 proc. strat to efekt pojedynków pancernych (czołg-czołg – tu bez zmian w odniesieniu do wspomnianego okresu), następne 30 przypisuje się działaniu artylerii. Pozostałe 10 proc. idzie na konto lotnictwa, także tego bezzałogowego (w pierwszym miesiącu artyleria odegrała marginalną rolę w niszczeniu sprzętu pancernego, „brakujące” 20 proc. niemal w całości dotyczyło maszyn rażonych z powietrza).

Co nam to mówi o toczonej teraz głównie w Donbasie wojnie? Kilka rzeczy.

Po pierwsze, skończyła się definitywnie „romantyczna” faza konfliktu, w której lekka piechota polowała na rosyjskie kolumny niczym myśliwi na stada ociężałych zwierząt. Dziś starcia angażują rozmaite rodzaje broni po obu stronach, na znaczeniu stracił element zaskoczenia, decydujący o taktycznej przewadze Ukraińców (piechocie najłatwiej zniszczyć czołg w zasadzce, z ukrycia);

Po drugie, Bayraktary w dużej mierze już „wyszły”. Chyba że z jakichś innych powodów dowództwo sił zbrojnych Ukrainy ogranicza użycie uzbrojonych bezzałogowców na donbaskim teatrze działań. Możliwe, że jest to skutek lepszej ochrony przeciwlotniczej rosyjskich oddziałów – ostatecznie wojskom inwazyjnym towarzyszy cała gama takiego uzbrojenia, a po bolesnych doświadczeniach spod Kijowa, Rosjanie wiedzą już, jak efektywniej się chronić. Z drugiej strony, dociera do nas coraz więcej informacji o operacjach lotniczych w wykonaniu tradycyjnego (załogowego) ukraińskiego lotnictwa. Wiadomo o stosunkowo licznych misjach bezpośredniego wsparcia walczących na ziemi oddziałów, wykonywanych przez samoloty i śmigłowce szturmowe – maszyny znacznie bardziej narażone na zestrzelenie niż drony. Tak czy inaczej, zejście na drugi plan uzbrojonych bezpilotowców wcale nie oznacza, że drony przestały się liczyć. Jest zupełnie na odwrót. To one – w wersjach obserwacyjnych/rozpoznawczych – w istotnej mierze wpływają na skuteczność ukraińskiej artylerii. Odpowiednio naprowadzane lufy „wiedzą” dokąd posłać ogień.

Po trzecie, ukraińskie siły powietrzne, których rzekomo już dawno nie ma, wciąż działają, dowodząc z jednej strony słabości rosyjskiego lotnictwa (które nie wywalczyło sobie „czystego nieba”) oraz rozpoznania (agresor nie potrafi zniszczyć samolotów przeciwnika na ziemi), z drugiej zaś, niesamowitych umiejętności organizacyjnych i taktycznych personelu ukraińskiego (działanie w rozproszeniu, ze stale zmieniających się polowych baz, w oparciu o techniki lotu utrudniające lokalizację i trafienie – to składowe tych kompetencji). Na podstawie innych danych obserwuję wręcz „przebudzenie” ukraińskiego lotnictwa – niewykluczone, że to efekt dostaw sprzętu (amunicji lotniczej i, przede wszystkim, części zamiennych pozwalających na odtwarzanie zdolności bojowych).

Po czwarte, rosnący udział artylerii w niszczeniu najważniejszego elementu rosyjskiego walca, jakim jest czołg-w-swej-masie, wyznacza kierunek zachodniej pomocy. Mocno artyleryjski charakter bitwy o Donbas oznacza, że do Ukrainy powinny trafić kolejne „lufy” – zarówno holowane, jak i samobieżne. Artyleria winna być jednym z głównych obszarów budowania przewagi jakościowej armii ukraińskiej nad rosyjską. Zatem wspomnianym „lufom” musi towarzyszyć odpowiednia liczba radarów pola walki i dronów, będących „oczyma” artylerzystów. Wbrew potocznym opiniom, zachodnie działa nie są lepsze od rosyjskich/sowieckich za sprawą większej donośności (Rosjanie mają broń o podobnych parametrach). O ich klasie decydują wspomniane „oczy”, „inteligentna” samonaprowadzająca się amunicja (na przykład pociski Excalibur, wysyłane do Ukrainy przez Kanadę) oraz wyższa mobilność/manewrowość (na przykład słynne już amerykańskie haubice M777, których ponad setka trafiła na wschód, jakkolwiek są „tradycyjne”, bo holowane, są zarazem wyjątkowo lekkie, co umożliwia ich szybkie dyslokowanie). Rzecz jasna – ale to dotyczy wszystkich rodzajów broni – istotny jest także poziom wykonania. Sowiecka/rosyjska bylejakość seryjnej produkcji wprost przekłada się na żywotność uzbrojenia. Stąd postulat docelowej maksymalnej westernizacji armii ukraińskiej.

Po piąte, wbrew dziwacznym teoriom kryjącym się pod hasłem „armii nowego wzoru”, wojna w Ukrainie po raz kolejny udowadnia, że czołg to nie tylko broń ofensywna, ale i defensywna. Tanki można razić z powietrza, można niszczyć z ręcznych wyrzutni, ale niemniej efektywnym środkiem pozostaje inny czołg. Z zacytowanych danych jasno wynika, że rosyjska pancerna kosa szczerbi się także (ufam, że w końcu złamie…) o ukraiński pancerny kamień. I teraz wyobraźmy sobie, że Ukraińcy swoich czołgów nie mają. Z tej perspektywy patrząc, Polska – posyłając do Ukrainy ponad 200 maszyn – w istotny sposób wzmocniła potencjał ukraińskiej armii.

I to na razie tyle – wrócę jeszcze do tematu w kolejnych dniach.

Nz. Rosjanie przywracają do służby 40-paroletnie czołgi T-62, co oznacza, że coraz bardziej krucho u nich z zapasami sprawnego i (w miarę) nowoczesnego sprzętu…/fot. ilustracyjne za: Mikolaj Susujew

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ogon

Nie bez powodu to właśnie dziś doszło do kontrolowanego wycieku informacji na temat skali polskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy. Nikt oficjalnie nie potwierdził, ile dokładnie tego jest, ale dziennikarzom wyszło, że w kwestii czołgów chodzi o niemal 200 sztuk. Trochę to nazbyt optymistyczne, bo jeśli trzymać się słów Morawieckiego – że przedmiotem donacji były maszyny T-72 nieprzeznaczone do modyfikacji – to wychodzi jakieś 150-170 sztuk. Dalej bardzo dużo, no ale nie 200. Chyba że… Skądinąd wiem, że na poważnie rozważa się podarowanie Ukraińcom także części maszyn zmodyfikowanych oraz przeznaczonych do tego celu. Przedmiotem wsparcia mogłyby być również nasze Twarde (będące krajową, dość gruntownie zmodernizowaną wersją radzieckich T-72). Nie wszystkie i w dalszej kolejności, ale – ujmę rzecz w ten sposób i nie będę dalej rozwijał – ukraińscy czołgiści mają już okazję do zapoznania się ze specyfiką Twardych. A nie czynią tego dla zabawy.

Wracając zaś do myśli przewodniej – nie bez powodu pojawiają się szczegóły, bo oto Rosja na dobre już zaczęła kampanię (dez)informacyjną, wymierzoną w nasz kraj i jego relacje z Ukrainą. Tak naprawdę – twierdzi Kreml – udajemy tylko sojuszników, a po cichu, i przy wsparciu Amerykanów, szykujemy się do operacji wojskowej, której celem będzie zajęcie zachodniej Ukrainy. Cios w plecy ukraińskiej obrony, na wzór sowieckiego ataku z 17 września 1939 roku, do czego Moskwa rzecz jasna w żaden sposób nie nawiązuje. „Strzeżcie się Ukraińcy Polaków!”, radzi szef Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji Siergiej Naryszkin. Rosji wierzyć to kłamcy zaufać, ale Moskwa dobrze wie, że jej przekazu „nie kupi” istotna większość ukraińskiej i zachodnich opinii publicznych. W swych działaniach Rosja stosuje strategię „długiego ogona” – usiłuje dotrzeć do wielu rozdrobnionych grup odbiorców, często między sobą skonfliktowanych (czy potencjalnie skonfliktowanych), za to licznych w swej masie. W tym przypadku chodzi o „zagospodarowanie” lęków, pragnień czy uprzedzeń części zachodnich Ukraińców, antyukraińsko nastawionych Polaków, w tym „nosicieli” idei powrotu na Kresy, uprzedzonych do Polaków mieszkańców Europy Zachodniej i wywodzących się stamtąd przeciwników amerykańskiego imperializmu. To rzecz jasna także gra „na swoich”, Rosjan, których ten element narracji ma utwierdzić w przekonaniu o słuszności „operacji specjalnej”. Która przecież nie jest żadną wojną z pragnącym zachować niezależność narodem ukraińskim, a misją pokojową ratującą Ukraińców z rąk lokalnych nazistów i obrzydliwego NATO. „Dlaczego w Ukrainie nie ma partyzantów?”, zastanawia się sowieciarska Prawda. Partyzantów-Ukraińców, którzy działaliby na tyłach kijowskiej-faszystowskiej armii, gnębiącej naród i niepozwalającej go wyzwolić rosyjskim sołdatom. Odlot, czyż nie? No ale takim tropem idzie kremlowska propaganda i choć racjonalnie myślący człowiek puknie się w czoło, nie zabraknie i takich, którzy pomyślą sobie, że „coś na rzeczy jest”. Sukcesy Moskwy w zakresie kampanii antyszczepionkowej pokazują, że ów „długi ogon” potrafi być liczny, hałaśliwy i skuteczny we wpływaniu na klasę polityczną. Przypomnijcie sobie, z jakim powodzeniem antyszczepy trzymały za wiadomą część ciała PiS – choć w efekcie rażących zaniedbań rządu codziennie umierały setki ludzi.

A Moskwa Polsce nie odpuści – będzie nas straszyć, także atomowym argumentem, będzie próbować rozhulać pośród Polaków antyukraińskie nastroje. Wykorzysta każdy nasz wewnętrzny kryzys i słabość (dlatego tak ważna jest penalizacja prokremlowskich działań w polityce; ja naprawdę nie rozumiem, jakim cudem Konfederacja i Solidarna Polska są legalnie działającymi partiami). W tej wojnie pozycja Rzeczpospolitej nabiera coraz większego znaczenia. Oto Stany Zjednoczone zapowiadają kolejny pakiet pomocy dla Ukrainy, tym razem w wysokości 33 mld dolarów. 20 ma być przeznaczone na wsparcie militarne. To równowartość dwóch rocznych budżetów naszego wojska, suma, za którą można dostarczyć ilości ciężkiego sprzętu idące w setki (tytułem unaocznienia, z jaką skalą pomocy mamy do czynienia – rocznie nasza armia, która wcale mało nie strzela, wydaje 250-300 mln dol. na odtwarzanie zapasów amunicji). Zawartość tego „zastrzyku” w większości przejdzie przez Polskę, jesteśmy bowiem zapleczem logistycznym tej wojny. Bez nas ani rusz – i Moskwa dobrze o tym wie.

Tym, którzy chcieliby moskiewskiej narracji ulec („walić” w Ukraińców, Unię, NATO czy tylko „ostrzegać” przed ryzykiem wybuchu III wojny światowej), warto przypomnieć, jakie były pierwotne cele rosyjskiej inwazji. Zajęcie i zwasalizowanie całej Ukrainy, co w sposób dramatyczny wpłynęłoby na sytuację strategiczną Polski. De facto mielibyśmy zagrożoną całą wschodnią i w istotnej części północną granicę kraju (tak, jak iluzoryczna jest podmiotowość Białorusi, tak iluzoryczna byłaby w przypadku pokonanej Ukrainy). Niewykluczone, że za jakiś czas ciężkie walki – na wzór tych, toczonych dziś w Donbasie – miałyby miejsce na wschodzie Polski. Fakt, iż jest to coraz mniej prawdopodobny scenariusz, to zasługa Ukraińców, którzy toczą swoją wojnę także w naszym interesie. Zatem musimy ich wspierać i musimy aktywnie i z wielką determinacją brać udział w budowaniu antyrosyjskiej koalicji. To zadanie dla polityków, w jakiejś części dla wojskowych, ale też dla zwykłych obywateli, od opinii których uzależniona jest każda władza. Ot, uroki demokracji.

I rozumiem strach przed eskalacją. Rosja nie wygrywa, Rosja co rusz się kompromituje, ale Rosja nadal niszczy i zabija. Straty pośród ukraińskich cywilów idą w dziesiątki tysięcy, wraz z przeniesieniem walk do Donbasu skokowo wzrosły też straty ukraińskiej armii. Na północnym odcinku frontu obrońcy musieli wycofać z walki cztery brygady, celem ich przeformowania/reorganizacji. A to oznacza, że poległo, zostało rannych bądź wziętych do niewoli od 30 do 50 proc. żołnierzy tych jednostek. Jedna brygada to 3-4 tys. wojskowych, mamy więc do czynienia z poważnymi ubytkami. I z każdym dniem przybywa kolejnych zabitych żołnierzy, cywilów, zburzonych domów, szkół, szpitali (Rosjanie już nawet się nie kryją, że nagminnie „walą” po obiektach niewojskowych). A to może przerażać. Zwłaszcza gdy Ławrow czy sam Putin dodadzą do swych gróźb element atomowego szantażu. Ale…

Rosjanie wysłali do Ukrainy połowę elity swojej armii – wojsk powietrznodesantowych (WDW). Dziś 90 proc. tego komponentu nie istnieje bądź nie nadaje się do walki. WDW, jako formacja, przez 2-3 lata nie odzyska możliwości ofensywnych. Rosja straciła bezpowrotnie od tysiąca do dwóch tysięcy oficerów liniowych (w tym 10! generałów). Poległ kwiat korpusu oficerskiego i jakkolwiek dalsza wojna wykreuje kolejnych doświadczonych dowódców szczebla taktycznego i operacyjnego (z których część przeżyje), znów trzeba kilku lat, by zasypać tę „dziurę”. O skutkach sankcji w kontekście precyzyjnej amunicji czy produkcji nowoczesnych systemów broni już pisałem, o wytraceniu istotnej części najmłodszych czołgów i wozów bojowych również. W moich wcześniejszych wpisach, ale i w doniesieniach innych mediów znajdziecie sporo informacji o tym, że ta wojna przywiodła rosyjskie siły zbrojne do poważnego kryzysu. Dziś grożenie nimi komukolwiek z NATO jest żałosne. „Z czym do ludzi”, skoro to, co najcenniejsze, wykrwawia się właśnie w Ukrainie? Z atomówkami? „Rosjanie chcą, żebyśmy uwierzyli, że są szalonymi samobójcami. Ale oni nimi nie są. I nie są jednolitym systemem, w którym każdy jest gotów popełnić samobójstwo, nawet jeżeli TA jedna osoba by o tym zadecydowała. Prawidłową odpowiedzią na taki szantaż jest niepoddawanie się mu”, pisze Mikolaj Susujew, Ukrainiec mieszkający w Polsce. Nic dodać, nic ująć.

A na opamiętanie się samych Rosjan na razie nie ma co liczyć – z badania przeprowadzonego w kwietniu przez niezależny ośrodek Centrum Lewady wynika, że aż 74 proc. z nich popiera wojnę w Ukrainie. Niemal tyle samo twierdzi, że „specjalna operacja wojskowa” zakończy się zwycięstwem Rosji.

No to się zdziwią – dodam od siebie.

—–

Nz. T-72 podczas ćwiczeń Anakonda 2010. Ciekawe czy ten egzemplarz pojechał do Ukrainy/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to