Haczyki

Wczoraj brałem udział w dyskusji na temat konfliktu w Ukrainie, gdzie padło stwierdzenie, że jego charakter – wojny materiałowej, na wyniszczenie – premiuje rosję. Zasadniczo zgadzam się z taką opinią, ale nie prowadzi mnie ona do skrajnie pesymistycznego wniosku, że Ukraina nie może wygrać, ba, skazana jest na sromotną porażkę. Otóż nie jest, na co wskazuje mnóstwo faktów i przesłanek – na potrzeby tego tekstu wybiorę kilka z nich.

Zacznę od… Kim Dzong Una. Nie lekceważę wizyty koreańskiego satrapy w rosji i zbliżenia koreańsko-rosyjskiego, zwłaszcza jego skutków wojskowych. Dostawy północno-koreańskiej amunicji artyleryjskiej nie będą symboliczne – analitycy oceniają, że może to być nawet 10 mln pocisków kalibru 122/152 mm. Rosyjskie możliwości przemysłowe w tym zakresie to 1,5-2 mln sztuk amunicji, mówimy zatem o mniej więcej sześcioletniej produkcji. Nie będą to pociski nowe, to prawda – Koreańczycy nie wyzbędą się najświeższych zapasów, najstarszych moskale nie potrzebują. W rosyjskich arsenałach może zalegać nawet 100 mln sztuk pocisków artyleryjskich, wyprodukowanych po II wojnie światowej. Miażdżąca większość nadaje się wyłącznie do utylizacji (na którą nie ma pieniędzy, więc złom zalega na składowiskach), ale część udałoby się „udrożnić”. Po co więc brać zawartość czyjegoś „szrotu”, skoro ma się własny? No więc artyleryjski „zastrzyk” Kima nie będzie pachniał świeżym smarem, co nie zmienia faktu, że 20-30 czy 40-letnie pociski swoją robotę zrobią. Większość użytej w tej wojnie przez rosjan amunicji miała rodowód sowiecki, a więc i stosowny wiek – a i tak niszczyła i zabijała.

Czym są te miliony na polu walki? W szczytowym okresie bitwy o Donbas – wiosną i latem zeszłego roku – rosjanie wystrzeliwali 50-60 tys. pocisków artyleryjskich dziennie. 1,5-1,8 mln miesięcznie. Dostawy Kima pozwoliłby zatem na półroczne „ostre strzelanie” – jeśli rosjanom starczy do niego luf. Ukraińcy bowiem z niesamowitą zaciekłością niszczą rosyjską artylerię, od wielu tygodni puszczając z dymem po 200-250 systemów tygodniowo. Ale i sama idea „artyleryjskiego walca” – który w założeniu miał miażdżyć pozycje obrońców – wiązała się ze znaczącym zużyciem armat. Zdjęcia „tulipanów” – rozerwanych armatnich luf – zaczęły masowo pojawiać się latem 2022 roku. Wysyp tej specyficznej dokumentacji trwał do jesieni, potem niemal ustał. Ustał, bo gęstość rosyjskiego ognia artyleryjskiego spadła, w zależności od odcinak frontu – o pięć do dziesięciu razy. Nie było czym (pociski) i z czego (lufy) robić walca. Oczywiście, północno-koreańskie dostawy mogą również objąć działa i haubice – albo przynajmniej lufy do nich – ale tutaj Kim nie może być już nazbyt hojny. Bo i owszem, dysponuje niemal 20 tys. armat, ale tylko ogromną ilością jest w stanie kompensować jakościową przewagę południowo-koreańskiej artylerii. Tak przynajmniej sądzi. Jeśli jest paranoikiem, jak jego ojciec i dziad, podrzuci putinowi ze dwa-trzy tysiące „luf’; na więcej sobie nie pozwoli. A w realiach ukraińskiego frontu nie jest to żaden gamechanger. Nie spodziewam się zatem powrotu „artyleryjskiego walca”, raczej podtrzymania przez kilkanaście miesięcy obecnego poziomu aktywności rosyjskiej artylerii. Stosunkowo wysokiego, uciążliwego, dającego Kremlowi nadzieję na zachowanie pozycyjnego charakteru walk i frontu.

Zostawmy Kima i działa. (Pro)rosyjscy propagandyści co rusz przekonują, że rosja produkuje masowo nowe czołgi. Na poparcie tej tezy otrzymujemy bogaty materiał filmowy i zdjęciowy, ilustrujący hale fabryczne czy ładowane na eszelony maszyny. Te multimedia nie są sfabrykowane, lecz i tak nie oddają prawdy. Rosyjski przemysł NIE produkuje nowych czołgów. Maszyny typu T-72, T-80, nie są produkowane od 1998 roku, ostatni fabrycznie nowy T-90 zjechał z taśmy 12 lat temu. Skąd więc biorą się lśniące świeżą farbą wozy? Ano są to maszyny wyciągane ze składów materiałowych, remontowane i przywracane do służby.

Oczywiście, „nowość” nie jest decydującym atrybutem, zwłaszcza że czołg po remoncie może być wyposażony w generacyjne nowsze komponenty, które podnoszą jego wartość.

Ale przywracane do służby czołgi, nawet te najmłodsze, nie są „bogato” udoskonalane. Nie pakuje się do nich masowo najnowszej opto-elektroniki, bo jej brakuje. Rosyjska nie jest tak dobra jak zachodnia, a sankcje – choć łamane na różne sposoby – nie pozwalają na pozyskiwanie podzespołów w pożądanej liczbie. Tak naprawdę wychwalane przez rosyjską propagandę „najnowsze” T-90 Przełom, to bieda-czołgi w porównaniu z przedwojennymi możliwościami.

No i wcale nie jest ich dużo – rosjanie w najlepszym dla siebie momencie, wiosną tego roku, byli w stanie remontować około 200 czołgów (nie mam na myśli napraw w przyfrontowych warsztatach), średnia z wojennych miesięcy nie przekracza 150 sztuk. Oczywiście to sporo, ale są dni, kiedy armia rosyjska traci po kilkanaście czołgów (wczoraj dla przykładu 13), rzadko kiedy jest to mniej niż pięć sztuk. Zatem bieżąca „produkcja” nie zapewnia nawet pełnej kompensacji poniesionych strat. A rezerwuar stosunkowo nowych maszyn – nadających się do remontu – nieskończony nie jest. Tak naprawdę rosjanie odbudowują swój potencjał pancerny w Ukrainie sięgając do coraz głębszych zapasów. Nie byłoby potrzeby przywracania do służby 50-letnich T-62, gdyby inne zmagazynowane wozy, młodsze o 10-20 lat T-72, do czegokolwiek się jeszcze nadawały. Wiele się nie nadaje, więc jest jak jest – kilka dni temu wypłynął film ze szkolenia nowopowstałego pułku pancernego, wyposażonego w T-55 najstarszej wersji. Maszyny te liczą sobie ponad… 60 lat.

Muzealne wozy na froncie mają dać oddech przemysłowi, który niebawem ruszy z kopyta i zacznie tłuc nowe czołgi? No nie. Jak wylicza Aleksander Kowalenko, ukraiński analityk militarny, do produkcji T-72 potrzeba 6,5 tys. form prasowych, a czołg składa się z 20 tys. części, z których większość nie jest od lat wytwarzana. Brakuje dokumentacji, kadry (w rosyjskim przemyśle zbrojeniowym są etaty, na produkcji, gdzie jest aż 47 proc. wakatów), narzędzi. Zachodnie obrabiarki działają w ograniczonym zakresie (sankcje to m.in. brak serwisu), te pamiętające czasy ZSRR są wyżyłowane. Więc owszem, zakłady i warsztaty pracują w trybie trzyzmianowym, ale mogą co najwyżej remontować.

Faktem jest, że Ukraina również czołgów nie produkuje, że może je tylko remontować i w ograniczonym zakresie modernizować. Ale armia ukraińska traci trzy-cztery razy mniej tanków niż rosyjska. Ma też od jakiegoś czasu lepsze od sowieckich zachodnie czołgi – co z pewnością będzie miało duże znaczenie, ale w perspektywie historycznej (dla tego konfliktu) nie jest tak istotne, jak ogromne nasycenie ukraińskich oddziałów nowoczesną bronią przeciwpancerną. Pozwoliła ona – w połączeniu z innymi atutami ZSU (taktyką, dowodzeniem, motywacją, logistyką itp.) – zniwelować rosyjskie przewagi ilościowe w zakresie broni pancernej i obsługującego ją przemysłowego zaplecza.

Jakość wzięła górę nad ilością.

I z tym samym mamy do czynienia w przypadku artylerii – ukraińska nie musi wysyłać na pozycje wroga kilkudziesięciu tysięcy pocisków na dobę, by zadać mu poważne straty. Wystarczy jej kilka tysięcy, bo bije dalej, celniej, bo jest bardziej mobilna.

Więc jeśli wojna potrwa jeszcze kilkanaście miesięcy, we wskazanych obszarach – artyleryjskim i pancernym – rosjanom starczy na nią zasobów. Jeśli zginie w tym czasie dodatkowe 200 tys. rosyjskich żołnierzy i 100-150 tys. ukraińskich, dla Ukrainy będzie to dużo dotkliwsza strata. Parytet ilościowy, w tym przypadku ludnościowy, rzeczywiście premiuje rosję. Ale jest w tym pewien haczyk, a właściwie dwa. Rosyjska akceptacja dla ponoszonych ofiar w dużej mierze wynika z nierównomiernego obciążenia kosztami wojny. Ginie przede wszystkim prowincja, w znakomitej większości odmienna etnicznie, tradycyjnie pozbawiona posłuchu u władzy i społecznego szacunku – to raz. Dwa, konflikt – jakkolwiek niektórym wydaje się długi – obiektywnie wcale taki nie jest. Czas tworzy tu perspektywę, w której zapewnienia, że „wszystko idzie zgodnie z planem, choć są pewne problemy”, nadal mieszczą się w kategoriach racjonalnych wyjaśnień. Ale za kilkanaście miesięcy przestaną się mieścić. Gdy wojna wkroczy w trzeci rok, nie da się już powiedzieć, że jest „pa płanu”. Nie będzie „pa płanu”, gdy Ukraińcy znów coś odbiją, mocno nie „pa płanu” stanie się, gdy Budanow i jego ludzie na dobre podpalą rosję, jej etniczną, europejską macierz. Gdy rosjanie – ta wpływowa, „biała” większość – na dobre zdadzą sobie sprawę, w jakie gówno wdepnęli…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Screen z rosyjskiego filmiku propagandowego, poświęconego „nowym” czołgom

Konsekwencja

Nie wiem, czy to już zapowiadana ofensywa, czy ruskie nadal szukają słabszych punktów ukraińskiej obrony – tak czy inaczej, uaktywnili się wzdłuż niemal całej linii frontu na wschodzie.

Jeśli to ich ostatnie słowo, to jest z rosyjską armią gorzej, niż myślałem. Gęstość ognia artylerii niska, lotnictwa jak na lekarstwo. Jeśli to wciąż rozpoznanie bojem, to presja się nasili, ale… Ale już teraz widać, że rosjanie nadal nie liczą się ze stratami. Ginie ich i zostaje rannych niemal tysiąc na dobę.

Pod koniec stycznia Amerykanie oceniali rosyjskie straty na 180 tys. zabitych i rannych – w tym tempie luty zakończy się wynikiem 200 tys. wyeliminowanych z walki najeźdźców. Gdy rok temu szacowano rosyjskie siły zgromadzone wokół Ukrainy, 200 tys. wojskowych było maksymalnym wskazaniem. Innymi słowy, putin wytracił już cały kontyngent, który rzucił do walki w lutym 2022 roku.

I niczego się nie nauczył – ani on, ani jego generałowie. Bo czym będzie ta rosyjska ofensywa (czym jest?), jeśli na przedbiegach Ukraińcy wyślą do diabła dziesiątki tysięcy nieprzyjaciół (sami ponosząc znacznie mniejsze straty)?

Zrobiłem to zdjęcie pod Izjumem, w połowie stycznia. Gdybym znalazł się w tym miejscu latem, dół żółciłby się słonecznikami, niebo zaś byłoby błękitne. Miałbym ilustrację-symbol, w środku bowiem stoi zniszczony ruski czołg.

No ale jest jak jest. Tym niemniej zdjęcie i tak ma moc. Więc zamieszczam je w odpowiedzi na Wasze pytanie: jak to się skończy?

Jeśli ruskie pozostaną ruskimi – tak.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Przebitki

Dziś piszę do papieru, więc nie będzie obszernego komentarza. Będą za to zdjęcia w trybie „bez komentarza” – z mojego styczniowego wyjazdu do Bachmutu.

Pierwsze trzy fotografie to przebitki spod Izjumu, reszta – bachmuckie krajobrazy. Wszystkie stanowią ilustrację praktycznego wymiaru ruskiego miru…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zarwany most i tymczasowa przeprawa/fot. Marcin Ogdowski

Realia

Poprzestanę na diagnozie, nieznacznie zagłębiając się w szczegóły. Nieznacznie, bo nie zamierzam wychodzić z roli sygnalisty na ścieżkę dostarczyciela argumentów wygodnych dla (pro)rosyjskiej narracji.

Najpierw jednak istotne zastrzeżenie – byłem, jestem i będę zwolennikiem szerokiej pomocy wojskowej dla Ukrainy. O swoich motywach pisałem po wielokroć, poprzestanę więc na wskazaniu najważniejszego w kontekście tego tekstu – wsparcie dla Kijowa to, moim zdaniem, polska racja stanu, jeśli bowiem nie zatrzymamy rosji w Ukrainie, prędzej czy później jej armia spróbuje pójść dalej. Dziś by nie zdołała, jutro pewnie też nie, ale pojutrze (stosuję rzecz jasna umowne kryteria czasowe) nie da się tego wykluczyć. Dziś chroni nas NATO, jutro też, a co będzie potem? Sojusze mają to do siebie, że ich trwałość nie jest dana raz na zawsze. Musimy zatem stworzyć sytuację, w której rosjanie „na wejście” uznają, że atak na Polskę to szaleństwo, do czego wiodą w tej chwili trzy ścieżki – własne zbrojenia, „chuchanie i dmuchanie” na więzi sojusznicze (by jednak się nie rozpadły), oraz pomoc Ukrainie, żeby jak najbardziej, jak najtrwalej pogruchotała rosyjską armię.

Wiem, że jest w tej kalkulacji sporo cynizmu i przedmiotowego podejścia do Ukraińców. Na potrzeby tego wpisu odcinam się od emocjonalnych związków z Ukrainą i pozostaję na gruncie interesów mojego kraju; ostatecznie to one są najważniejsze.

Wojsko Polskie jest obecnie – na koniec stycznia 2023 roku – niczym armia po wojnie. Konflikcie o średniej intensywności, wystarczającej jednak, by móc powiedzieć o poważnym osłabieniu. Kondycja WP to suma kilku procesów, które – chciał pech – zbiegły się w czasie: wsparcia dla Ukrainy, polityki kadrowej ministerstwa obrony, zmian kulturowych przekładających się na stosunek Polaków do armii.

Zacznę od tych ostatnich. W armii coraz mniej się służy; wojsko stało się normalnym zakładem pracy, poddanym regułom rynkowej atrakcyjności. Jeśli suma profitów „nie zgadza się” z wysiłkiem włożonym w ich pozyskanie/utrzymanie – „do widzenia”, mówi jeden z drugim, przedwcześnie zdejmując mundur. Od 1 stycznia 2022 roku do końca stycznia br. ze służby odeszło ponad 13 tys. żołnierzy (ekwiwalent dywizji!) – trzy razy więcej niż wynosi średnia za taki okres z minionych lat. MON chwali się wzrostem stanów osobowych, twierdząc, że w 2015 roku służyło zaledwie 95 tys. wojskowych, a dziś ponad 160 tys., nie wspominając, że porównuje nieporównywalne (do 160 tys. wlicza na przykład żołnierzy WOT-u). Co więcej, odchodzi najbardziej doświadczony personel, którego zastąpienie to długoletni proces. Minister Mariusz Błaszczak ochoczo szafuje argumentem, że w najbliższych miesiącach pozyskamy tysiące żołnierzy dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej, tylko co ma taki „szwej” do wojskowego pilota z nalotem kilku tysięcy godzin i uprawnieniami instruktora?

Uziemienie wyższych rangą oficerów lotnictwa to jeden z elementów dziwacznej polityki kadrowej w WP. Do tego typowe dla całych sił zbrojnych awanse biernych, miernych, ale wiernych, w wojskach lądowych tworzenie kolejnego związku taktycznego, gdy nie skończył się jeszcze proces formowania 18. Dywizji, który i tak wydrenował kadry z innych jednostek; przykładów można by mnożyć, większość nie nadaje się na publiczną dyskusję.

Nie dość, że nie ma komu robić, to często nie ma czym. Przekazaliśmy Ukrainie większość naszych zapasów amunicji artyleryjskiej, pozbyliśmy się właściwie nowoczesnej artylerii samobieżnej. Wydaliśmy istotną część obrony przeciwlotniczej (w debacie publicznej jakoś nie odnotowano szczególnie mocno faktu, że do Polski przybyły trzy baterie Patriotów z Niemiec. Ów niemiecki rozmach to nie „gest”, a wynik oceny realnych potrzeb – w zakresie OPL jesteśmy w przysłowiowej dupie i dziś de facto bronią nas Amerykanie i Niemcy). Pozbyliśmy się ponad połowy sprawnych czołgów, których potencjał bojowy był „taki se”, lecz trzeba pamiętać, że wojsko musi się szkolić – choćby dla podtrzymania podstawowych nawyków. My tymczasem funkcjonujemy w realiach, w których przekazany sprzęt nie jest wymieniany w relacji 1:1 na nowy.

Ta wymiana nastąpi, ale będzie rozłożona w czasie. I kosztowna – bierzemy zachodni sprzęt, znacząco lepszy od (po)sowieckiego, ale ma to swoją cenę. I o ile świadomość wydatków jeszcze jakoś funkcjonuje w społecznym obiegu, niewielu zdaje sobie sprawę, w jak licznych obszarach delegowaliśmy obowiązki obronne państwa na sojuszników. To stan na kilka lat, który – z uwzględnieniem wymogu niejawności pewnych spraw – musi być przedmiotem publicznej dyskusji. W jej ramach władze winny zapewnić Polaków, że nic im nie grozi. Nie sloganami, że mamy wojsko „silne, zwarte i gotowe” – bo to kłamstwo – a podkreślaniem wagi, trwałości i skali sojuszniczego wsparcia. Inaczej otworzy się pole dla grającej na egzystencjalnych lękach Polaków prorosyjskiej narracji. Zwłaszcza tej zakamuflowanej, nie wspierającej rosji otwarcie, a pod płaszczykiem troski o „polskie sprawy”. Nie dalej jak wczoraj, w kontekście spekulacji na temat przekazania naszych F-16 Ukrainie, oglądaliśmy popis możliwości takich narratorów. „Rząd PiS chce dokonać kompletnego rozbrojenia Polski!”, alarmował jeden z drugim. „No to już szaleństwo”, napisała jedna z moich Czytelniczek, którą trudno podejrzewać o prorosyjskie sympatie.

– Czy Pana zdaniem, Polska przekaże w przyszłości samoloty F-16 Ukrainie? – spytał mnie dziś dziennikarz Interii.

– Nie chciałbym się bawić we wróżkę, zwłaszcza w odniesieniu do pomocy wojskowej dla Ukrainy, ponieważ mieliśmy już do czynienia z sytuacjami, w której postawy się zmieniały. Niewykluczone zatem, że w przyszłości dojdzie do jakieś symbolicznej partycypacji Polski. Podkreślę jeszcze raz, symbolicznej, ponieważ na więcej nas nie stać – odpowiedziałem.

Dlaczego tak? Mamy na papierze 48 maszyn. Ich sprawność utrzymuje się na poziomie 60-70 proc., a więc lata około 30 samolotów. Efy pełnią dyżury w Polsce, na Słowacji, nad krajami bałtyckimi. W eksploatacji jest mniej niż połowa MiG-ów-29, co nakłada na załogi F-16 konieczność obsługiwania ćwiczeń WP – wszędzie tam, gdzie realizowane są scenariusze współpracy wojsk lądowych z siłami powietrznymi. A zatem Jastrzębie to mocno eksploatowane konie robocze i każde uszczknięcie tego zasobu, nawet o kilka sztuk, wiązałoby się nie tylko z naruszeniem podstaw bezpieczeństwa Polski, lecz miałoby także wpływ na bezpieczeństwo sąsiadów.

„Więksi i silniejsi dostarczą swoich maszyn – wyręczą nas w obowiązkach i zrekompensują ubytki po przekazaniu naszych samolotów na wschód”, do takiego stwierdzenia sprowadza się argumentacja zwolenników opcji „polskie efy dla Ukrainy”. Co do zasady racjonalna, ale zarazem naiwnie ignorująca twarde uwarunkowania ekonomiczne i logistyczne. Nie istnieje „sklep z efami” (czy innym wojskowym sprzętem), gdzie na szybko i po dobrej cenie można sobie zamówić dowolną liczbę maszyn. Wspomniana jakość zachodniej broni, poza windowaniem ceny, sprawia, że jest jej relatywnie mało. A proces produkcyjny skomplikowany i długi. Tymczasem worek z pieniędzmi przeznaczonymi na pomoc dla Ukrainy nie jest bez dna. W przypadku Stanów Zjednoczonych – największego darczyńcy – mówimy o 45 mld dol. na bieżący rok fiskalny. Trudno powiedzieć, ile ta suma wyniesie w przyszłym roku, a decyzje w istotnej mierze zależą od postaw podatników i wyborców. Dowództwo ukraińskich sił powietrznych szacuje potrzeby na poziomie 200 maszyn klasy F-16. Taka pomoc „zeżarłaby” 20 mld dol. Same tylko efy z pakietem uzbrojenia wystarczającym na kilka misji. A gdzie reszta armii i jej potrzeby? Co z czołgami, które są co prawda dziesięć razy tańsze od samolotów, ale potrzeba ich trzy razy więcej? Co z artylerią, amunicją strzelecką, paliwem, wyposażeniem indywidualnym żołnierzy? Czy dałoby się te koszty przerzucić na pozostałych darczyńców? No nie – chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości. Skalę i warunki zachodniej pomocy dla Ukrainy wyznaczają Stany Zjednoczone. Ich możliwości.

O tym, że te ostatnie nie są z gumy, świadczy choćby przykład niedawno zatwierdzonej umowy na dostawę 116 Abramsów dla Wojska Polskiego. Będących rekompensatą za przekazane Ukrainie czołgi T-72. Przedmiot transakcji (z odpowiednim pakietem logistycznym), wyceniono na 1,4 mld dol., tylko 200 mln wyłożą Amerykanie, reszta pójdzie z naszych kieszeni. A to naprawdę okazyjny i preferencyjny zakup. Nie łudźmy się, że w przypadku samolotów byłoby inaczej. Lockheed Martin (producent efów) chętnie by nam powetował ubytki powstałe po wysłaniu myśliwców do Ukrainy. Rząd USA pewnie by się do tego interesu dorzucił z jakimś wkładem własnym. Ale nikt nam najnowszych F-16, w zamian za nasze nieco już starszawe, nie sprezentuje. Sprzeda, owszem, tylko czy nas na to stać? W obliczu innych wyzwań, przed jakimi stoi wojsko – nie.

W kwestii pomocy doszliśmy już niemal do ściany. Coś tam jeszcze z posowieckiego lamusa można przekazać – więc przekażmy. Dorzućmy produkowaną na bieżąco „drobnicę” (jak choćby broń strzelecką). Są pomysły, by rozbudować u nas zaplecze produkcyjno-remontowe, działające na rzecz armii ukraińskiej – idźmy w to, przy założeniu, że będzie to sojuszniczy wysiłek. Mało? Rola Polski jako hubu logistycznego tej wojny i tak pozostaje kluczowa – bez naszych portów, lotnisk, linii kolejowych, dróg i poligonów trudno wyobrazić sobie proces dostarczania pomocy (nie tylko materialnej).

Oczywiście, Ukraina powinna dostać F-16 – i to jak najszybciej. I zapewne dostanie, mimo iż Waszyngton na razie mówi „nie” (znamy już ten schemat: nie, raczej nie, być może, raczej tak, tak). Lecz nie będą to samoloty najnowsze czy nawet względnie nowe (jak nasze). Na ukraińskim niebie zobaczymy coś, co będzie kompromisem między wymogami pola walki (koniecznością narzucenia rosjanom jakościowej przewagi), a możliwościami budżetu międzynarodowego projektu o nazwie „wsparcie dla Ukrainy”. Kompromisem, bo samoloty są strasznie drogie.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. F-16 Sił Powietrznych RP podczas misji air policing nad krajami bałtyckimi/fot. Bartek Bera.

Karuzela

Przez wiele godzin siedziałem nad tekstem do papieru (skończony!), tymczasem sporo się podziało. Późno już, więc z konieczności będzie krótko.

Dzisiejsza wyprawa Andrzeja Dudy do Lwowa mocno ubodła (pro)rosyjskich aktywistów medialnych. O ból tyłków przyprawiło ich zwłaszcza jej symboliczne zwieńczenie, czyli wizyta w towarzystwie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Trudno obecnie o lepszy symbol polsko-ukraińskiego pojednania.

Ale są też konkrety, czyli deklaracja, że Polska przekaże Ukrainie kompanię czołgów Leopard 2 (jeśli ukraińską – 11, jeśli polską – 14 sztuk; w tej chwili nie ma jasności). To oczywiście kropla w morzu potrzeb, bo armia ukraińska potrzebuje tych czołgów dużo-dużo więcej. Polska ma ich niespełna 250, ale na większy gest zwyczajnie nie możemy sobie pozwolić. Oddaliśmy Ukraińcom niemal wszystkie sprawne T-72, te, które zostały w Polsce, mają docelowo posłużyć jako rezerwuar części zamiennych dla uszkodzonych w boju wozów armii ukraińskiej. Są jeszcze rodzime modernizacje „siedem-dwójek” – PT-91 Twardy – ale i one niebawem zaczną być wysyłane na wschód (istnieje harmonogram przekazania, niewielka część z 230 wozów już służy do szkoleń ukraińskich załóg; generalnie do końca roku Twardych w Polsce nie będzie). Zostają zatem „Leosie”, bo występujących w „homeopatycznej” liczbie K-2 nie ma co na razie brać pod uwagę. 250 to trochę mało jak na realia przyfrontowego kraju, zwłaszcza że „na chodzie” jest… no właśnie.

Leopardy starszej wersji – 2A4 – są poddawane modernizacji, która ślimaczy się już od kilku lat. Finalne „spolonizowane” maszyny – tzw. Leopardy 2PL – wracają do wojska w zawrotnym tempie kilkunastu sztuk rocznie. Duża część „a-czwórek” – zdana już przez wojsko do PGZ-u – ani nie jest w linii, ani na linii (produkcyjnej, gdzie byłaby modernizowana). Armii zostaje setka nowszych A-5, plus około 30 2PL. Ekwiwalent jednej brygady pancernej, gdy potrzebujemy minimum czterech.

Dostawy Abramsów (116+250 szt.) i K-2 (180 szt.) załatwią problem (w uproszczeniu rzecz jasna), ale ich pozyskanie rozpisano na najbliższe cztery lata. Czyli Polska mogłaby pozbyć się Leopardów nie szybciej niż w 2026/7 roku (a nawet później, bo mieć czołgi to nie znaczy umieć z nich korzystać, jest więc jeszcze kwestia wdrożenia Abramsów i „ka-dwójek”…). Zapomnijmy zatem o jakiś spektakularnym transferze, bo zapewne na obiecanej kompanii się skończy. Ale…

Ale nie o nasze „Leosie” chodzi, a o stworzenie presji na Niemcy – producenta Leopardów – które „na spokojnie” mogłyby zorganizować pokaźną liczbę maszyn. Potrzebują tylko odpowiedniej zachęty ze strony innych użytkowników – Polski, Finlandii, Hiszpanii, które są gotowe na transfer, oraz innych krajów, na razie publicznie niczego nie deklarujących. Rola Niemców jest kluczowa, bo tylko oni – z ich bazą przemysłową – są w stanie zapewnić odpowiednią logistykę dla ukraińskich oddziałów przezbrojonych w Leopardy. No a z Berlinem wiecie, jak jest – dopiero postawiony pod murem, zaczyna dzielić się czymś więcej niż lekki sprzęt. Presję zwykle tworzą Amerykanie, ale mogą też – w końcu w kupie siła – europejscy sojusznicy. Do pokazania Niemcom, że zachodnie czołgi można już słać do Ukrainy, mając gdzieś „niet!” rosjan, przyłączyli się również Brytyjczycy. Do 20 stycznia – na kiedy zaplanowano kolejną konferencję darczyńców – zapewne pojawią się następni chętni.

Nie wiem, na ile chętnie obejmował dziś funkcję dowódcy rosyjskich sił w Ukrainie gen. Walerij Gierasimow. Szef sztabu rosyjskiej armii to już piąty (!) głównodowodzący siłami „na teatrze”. Pierwszego nie znamy, drugi był Aleksandr Dwornikow, trzeci Giennadij Żydko, czwarty Siergiej Surowikin, który od teraz pełni rolę zastępy Gierasimowa. Nie ma informacji, z których wynikałoby, że Gierasimow przestał być numerem jeden w całej rosyjskiej armii, a to oznacza, że sporo ryzykuje, zasiadając w „gorącym fotelu”, z którego wypadło już tylu poprzedników. Jedna dymisja – gdy i jemu się nie powiedzie w Ukrainie – pociągnie zapewne drugą, czyli utratę stanowiska szefa sztabu. De facto, byłby to koniec wojskowej kariery Gierasimowa.

Ale nie antycypujmy i nie śmiejmy się zanadto z karuzeli kadrowej. Bo owszem, udowadnia ona niską jakość rosyjskiej generalicji, ale w tym przypadku może być inaczej. O Gierasimowie z uznaniem wypowiada się jego przeciwnik – gen. Walery Załużny. Jest też rosyjski pierwszy żołnierz autorem (a na pewno twarzą) nowatorskiej doktryny, nazwanej jego nazwiskiem, poświęconej działaniom hybrydowym (jak mawiają wojskowi, poniżej progu kinetycznego zaangażowania). Mistrz dezinformacji i ojciec chrzestny zielonych ludzików może sobie nie poradzić z dowodzeniem w prawdziwej i to pełnoskalowej wojnie, lecz na pewno będzie miał łatwiej od poprzedników.

Zmorą rosyjskiej armii jest jej zbytnia hierarchiczność i kultura dupochronu, czyli uciekania od odpowiedzialności. W praktyce polega to na tym, że nim jakaś informacja zmieni się w rozkaz, wędruje przez wszystkie szczeble – im jest poważniejsza, tym wyżej. W efekcie, wiele działań podejmowanych jest poniewczasie, co na polu bitwy ma ogromne znacznie. Przykładem niech będzie obróbka danych ze zwiadu satelitarnego – co z tego, że rosjanie zarejestrowali brak obecności ukraińskich samolotów na lotniskach stałych 24 lutego, skoro „nie zdążyli” przekazać tych informacji obsługom wyrzutni pocisków balistycznych. I warte potężne pieniądze rakiety „waliły po pustym”.

No więc teraz góra przyszła do Mahometa – przynajmniej w teorii skraca się obieg kwitów i zwiększa decyzyjność najważniejszego generała „na teatrze”. Co z tego wyniknie? Zobaczymy już niebawem.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tymczasem na bachmuckim odcinku frontu trwają zacięte walki. „Słona ziemia, ludzie ze stali”, piszą o tym zdjęciu służby prasowe Sztabu Generalnego Ukraińskich Sił Zbrojnych, nawiązując do Sołedaru i tamtejszej kopalni soli…