Bradleye

Trudno dziś napisać cokolwiek istotnego i nowego o sytuacji na Zaporożu. Wynika to z dwóch powodów – ponownego zacieśnienia przez ZSU blokady informacyjnej oraz ukraińskiej pauzy operacyjnej (chwilowego zawieszenia działań), o której w jakiejś mierze zadecydowała także pogoda; na deszcze przede wszystkim narzekali rosjanie, ale i Ukraińcom nie były one na rękę. Z nielicznych dostępnych informacji wynika, że faza względnego spokoju – jaki nastąpił po odparciu wczorajszych kontrataków rosjan – właśnie się skończyła i Ukraińcy wznowili natarcie. Znów – jak przed kilkoma dniami – na zasadzie „śnieżnej kuli”, czyli stopniowo wprowadzając do boju kolejne oddziały.

Sądząc po tonach moskiewskiej propagandy (jakże innych niż hurraoptymistyczne doniesienia sprzed weekendu…), rosjanie „dzielnie się bronią”. Powinienem już przyzwyczaić się do emocjonalnej labilności ruskich propagandystów i do ich logiczno-retorycznych fikołków, które wykonują za każdym razem, gdy idzie źle. Ale – przyznam Wam – ciągle mam wrażenie jakiejś nierzeczywistości, gdy czytam o „bohaterskiej obronie” ruSS-armii, świadom, że w lutym 2022 roku weszła ona do walki z zamiarem pokonania Ukrainy w trzy dni. „Daj spokój, przecież nie od dziś wiesz, jacy to są szmaciarze…”, kwituje moje dylematy dobry kolega.

Mniejsza o nie, wracajmy do sedna. Wczorajszy wieczór przyniósł wieści o śmierci gen. Siergieja Goriaczowa, szefa sztabu 35. Armii. Co ciekawe, jako pierwsi informacje podali rosjanie. Nie wiemy, w jakich dokładnie okolicznościach poległ rosyjski dowódca. Po serii generalskich dekapitacji z początkowych miesięcy inwazji, wyżsi rangą moskale już tak chętnie nie zapuszczają się na pierwszą linię, można więc uznać, że nie była to śmierć w walce. Rosyjskie źródła twierdzą, że Goriaczow zginął w wyniku „ataku rakietowego”, co z dużym prawdopodobieństwem oznacza porażenie kwatery. Jeśli było to dowództwo 35. Armii, zabitych i rannych wyższych rangą oficerów musi być więcej – jak na razie brakuje jednak wiarygodnych doniesień na ten temat.

Jak w ogóle możliwy jest atak na taką kwaterę? Siedziba sztabu armii to w końcu nie byle jaki element łańcuchu dowodzenia, w tym konkretnym przypadku mówimy o strukturze, której podlega 50 tys. rosyjskich żołnierzy stacjonujących na okupowanych terenach obwodu donieckiego i zaporoskiego. „Czy Ukraina ma tak skuteczną agenturę, która wie, gdzie oni (sztabowcy – dop. MO) siedzą?” – pyta mnie jedna z Czytelniczek. Być może, choć bardziej prawdopodobny wydaje mi się scenariusz wykorzystania „urobku” natowskiego SIGINT-u, wywiadu technologicznego, zbierającego sygnały elektromagnetyczne m.in. przy użyciu środków satelitarnych i lotniczych. Dowództwo armii musi emitować masę specyficznych transmisji, jest w końcu „głową” „rozsiewającą” rozkazy do podległych jednostek. Logika nakazuje, a technologia umożliwia, by takie sygnały na różne sposoby maskować, czego albo zabrakło, albo rosyjskie zabiegi okazały się niewystarczające. Tak czy inaczej, obiecujący rzekomo generał (na przestrzeni dwóch ostatnich lat szybko chłop awansował…) już nie zdoła się wykazać.

Gwoli rzetelności dodać należy, że namierzenie i w konsekwencji atak rakietowy (przeprowadzony zapewne przy użyciu himarsów), wcale nie musiały dotyczyć sztabu 35. Armii. Goriaczow mógł przebywać w którymś z podległych dowództw (dywizji, pułku), mógł być w miejscu zakwaterowania lub gdziekolwiek indziej, gdzie ciągnął się za nim elektromagnetyczny ślad. Współczesna technika ułatwia życie, ale bywa i powodem śmierci; przejście na gołębie pewnie by rosjan uchroniło przed możliwościami SIGINT-u.

Z kronikarskiego obowiązku – rosyjscy niezależni dziennikarze ustalili dotąd nazwiska czterech zabitych podczas inwazji generałów ruSS-armi, brytyjski wywiad mówi o ośmiu, Amerykanie o dziesięciu. Wedle trudnych do zweryfikowania szacunków Ukraińców, rosja straciła do tej pory 20 najwyższych rangą wojskowych.

Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale ZSU nie odnotowały dotąd żadnych tego typu strat bojowych.

Skoro o stratach mowa. Z braku innych sukcesów rosyjscy propagandyści nadal zaciekle eksploatują wątek zniszczonych na Zaporożu bradleyów. W tym celu powołują się nawet na znienawidzoną CNN, która podała, że armia ukraińska utraciła w ostatnich dniach 16 tego typu wozów, co stanowi 15 proc. ze 110 dotychczas otrzymanych maszyn. Skromnie przy tym przemilczają wspomniani Z-blogerzy, że armia rosyjska po wejściu do Ukrainy zubożała o co najmniej 1,7 tys. pojazdów tego typu – a mam na myśli wyłącznie maszyny, których zniszczenie zostało udokumentowane zdjęciowo lub filmowo. Realne rosyjskie straty w kategorii „bojowe wozy piechoty” są co najmniej o jedną trzecią większe. Ale własne to własne, po kiego grzyba drążyć? No i przede wszystkim fetysz nie ten… Bawi mnie nieustająco ów rosyjski (a wcześniej sowiecki) kompleks niższości wobec Zachodu i jego technologicznych wytworów. Ta usilna potrzeba wykazania, że dorównujemy, ba, mamy lepsze…

Nie zmienia to faktu, że ukraińskie straty są jak najbardziej realne. Szczęśliwie w ciągu najbliższych kilkunastu godzin Biały Dom ogłosi nowy pakiet pomocy dla Ukrainy – tym razem w wysokości 325 mln dol. W jego ramach przekazanych zostanie co najmniej 18 bradleyów oraz nieznana liczba wozów bojowych Stryker (a poza tym zapas pocisków rakietowych ziemia-powietrze i amunicji do himarsów). Bieżące ubytki zostaną zatem powetowane, a przecież to nie koniec amerykańskich dostaw.

Na dziś to tyle. Jutro chciałbym m.in. odpowiedzieć na wątpliwości Czytelnika, który zastanawia się, dlaczego Ukraińcy wyposażyli w najlepszy swój sprzęt niedoświadczone jednostki – i rzucili je do walki.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bradleye gdzieś w Ukrainie/fot. ZSU

Inicjatywa

Dzieje się (więc choć niedziela, postanowiłem co nieco napisać). Nadal mamy do czynienia z ukraińską blokadą informacyjną, ale ktoś w Kijowie podjął decyzję, że można trochę więcej. Pewnie w reakcji na nadpodaż rosyjskich materiałów, które budują fałszywe przekonanie o sytuacji na froncie, ale i dlatego, że są już pierwsze konkrety.

No więc na Zaporożu Ukraińcy z powodzeniem gniotą ruskich. Sukcesy – patrząc z perspektywy zysków terytorialnych – mają ledwie taktyczny wymiar, ale skutki ukraińskiej presji są znacznie dalej idące. ZSU udało się obezwładnić istotną część rosyjskiej artylerii – przy pomocy własnych dział i systemów rakietowych. Na Zaporożu mamy zatem do czynienia z sytuacją wcześniej w tej wojnie niespotykaną – ukraińską dominacją artyleryjską. Z wiarygodnych źródeł wiadomo, że rosjanie wprowadzają do walki kolejne oddziały – w miejsce tych wytraconych/zdziesiątkowanych. Nie sądzę, by naruszyli już 80-90 proc. odwodów zgromadzonych na południowym odcinku frontu (a taka informacja pojawiła się wczoraj), tym niemniej powoli dobijają do maksymalnych możliwości, co jest o tyle istotne, że Ukraińcy wciąż nie rzucili do walki własnych rezerw (prowadzą operację na zaporoskim odcinku frontu siłami 3-4 brygad, przy co najmniej 12 przygotowywanych do działań zaczepnych).

Przyznam, zaskoczyło mnie, że w szpicy zaporoskiego natarcia ruszyły do boju jednostki ZSU przyzwoicie wyposażone, ale po ledwie trzymiesięcznym szkoleniu na Zachodzie. Co przełożyło się na relatywnie duże straty – ludzi i sprzętu. Z solidnego źródła wiem, że w Zaporożu poszkodowani żołnierze trafiają także do szpitali, których jeszcze kilka dni temu nie planowano wykorzystywać do zabezpieczenia działań na froncie. Mówi to coś o liczbie rannych, ale i pozwala wywieść pozytywny wniosek. Potwierdza się bowiem reguła, że zachodni sprzęt – nawet w sytuacji porażenia – daje załogom większe szanse na przeżycie. Ranni to nie zabici, a część z nich wróci do służby – trudno ten fakt przecenić. Trzeba też pamiętać, że przez jakiś czas wojska ukraińskie na Zaporożu działały przy niedostatecznym zabezpieczeniu przeciwlotniczym. Kilka dni temu rosjanom udało się uszkodzić radar pochodzącego z Niemiec systemu Iris-T – wyrzutnie (a przynajmniej część) były więc przez jakiś czas ślepe. Wykorzystały to rosyjskie śmigłowce do ataku na jedną z ukraińskich kolumn, co moskiewska propaganda przedstawia teraz jako wielki sukces. Na szczęście parasol udało się Ukraińcom uszczelnić.

Tak czy inaczej, na kierunku zaporoskim nie rzucono do boju elity ukraińskiej armii. Brygady dobrze wyposażone i z doświadczeniem bojowym nadal stoją „z bronią u nogi”. To zapewne one mają wejść w ewentualny wyłom, albo…

No właśnie, co? By odpowiedzieć na to pytanie, musimy spojrzeć nieco szerzej. Ukraińska precyzyjna artyleria rakietowa (przy wsparciu lotnictwa wyposażonego w pociski Storm Shadow), atakuje rosyjskie zaplecze wzdłuż całej linii frontu – puszczając z dymem kolejne składy, zakłady naprawcze, miejsca koncentracji wojsk i dowództwa. Operacje lądowe realizowane są także w Donbasie – Ukraińcy atakują w rejonie Bachmutu, uaktywnili się w Kreminnej. I znów – nie są to uderzenia z wykorzystaniem większych sił, ale nawet jeśli nie bezpośrednio, to jednak angażują one istotne rosyjskie rezerwy. W Donbasie stacjonuje połowa sił inwazyjnych, z których część przydałaby się teraz na południu, ale strach je tam pchnąć, bo a nuż Ukraińcy nasilą działania w Doniecczyźnie i Ługańszczyźnie.

Na froncie zatem inicjatywa operacyjna przeszła w ręce Ukraińców. To gen. Walery Załużny dyktuje teraz warunki, a jego elitarne odwody są niczym młot wiszący nad rosyjską głową. Wiadomo, że uderzy, ale nadal nie wiadomo gdzie. Tak, tak – ja wciąż dopuszczam, że to, co dzieje się na zaporoskim froncie, nie musi być zasadniczym ukraińskim uderzeniem. Że to tylko „pomocnicza presja”. Czas pokaże (zapewne wkrótce), czy miałem rację.

I na koniec jeszcze jedna uwaga – od dłuższego czasu właściwie nie ma dnia, kiedy nie docierałyby do nas doniesienia z Biełgorodu, z samego miasta bądź obwodu. A to o walkach toczonych z armią putina przez rosyjskich ochotników, a to o ukraińskich atakach na infrastrukturę. Co oznacza, że ta część federacji rosyjskiej stała się strefą aktywnych działań bojowych, z towarzyszącym jej exodusem ludności cywilnej. I jakkolwiek mówimy o obszarze mikroskopijnym w skali całej rosji, znaczenie symboliczne tych wydarzeń jest nie do przecenienia. Bo czy ktoś o zdrowych zmysłach wierzy jeszcze w mit „drugiej armii świata”?

A Ukraińcy – wiele na to wskazuje – dopiero się rozkręcają…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Prezydent Wołodymyr Zełenski na odprawie z generałami ZSU/fot. Kancelaria Prezydenta Ukrainy

Ruszyli?

Ukraińcy dokonali czegoś, co ostatni raz z sukcesem udało się przeprowadzić 32 lata temu, podczas „Pustynnej Burzy” – wyizolowali informacyjnie pole bitwy. Wtedy jednak, w czasach przedinternetowych, było dużo prościej – wystarczyło odebrać żołnierzom dostęp do budek telefonicznych (wojskowych lub sprowadzonych w miejsca koncentracji przez firmy telekomunikacyjne na zlecenie armii) oraz kontrolować pracę akredytowanych dziennikarzy. W efekcie, w świat płynęły komunikaty wprost od wojskowych prasowców bądź przez nich autoryzowane. Zasadniczo przekaz nie był fałszywy, ale post factum okazało się, że część doniesień została podkoloryzowana. Najlepszym przykładem były hurraoptymistyczne raporty na temat skuteczności Patriotów, które bez większych problemów miały zestrzeliwać irackie Scudy. Faktycznie aż tak różowo to nie wyglądało – Patrioty były wówczas w okresie niemowlęcym, dalekie od doskonałości, z jaką mamy do czynienia obecnie.

Tym niemniej coś o tej wojnie na bieżąco wiedzieliśmy i były to wieści od „naszych”.

W przypadku Ukrainy i tego, co dzieje się obecnie przede wszystkim na zaporoskim odcinku frontu, mamy do czynienia z niezwykle szczelną blokadą. Służby prasowe ZSU w zasadzie milczą, politycy rzucają jedynie mało konkretne hasła, dziennikarzy w „czerwonej strefie” nie ma, a żołnierze – jak trafnie ujął to mój znajomy – jakby połknęli telefony. Jakkolwiek to irytujące – z perspektywy kogoś, kto próbuje zrozumieć i opisać sytuację „na teatrze” – trudno mi zarazem nie wyrazić podziwu dla tak imponującej samodyscypliny.

Zawsze jednak jest jakieś „ale”. Milczenie jednej strony nie musi oznaczać, że druga zrobi to samo. I w tym przypadku rosjanie nie milczą, od kilku dni zasypując media lawiną dramatycznych doniesień. A mówimy o aparacie propagandowym nawykłym nie tylko do przeinaczeń i reinterpretacji, ale też do ordynarnych kłamstw. Skutek jest taki, że pustą przestrzeń – wielką, bo wielkie są oczekiwania na informacje – wypełnia neosowieckie szambo. Czemu sprzyja niedojrzałość niektórych rodzimych komentatorów, którzy boją się (wstydzą?) przyznać, że bazują wyłącznie na orczych źródłach – i niezależnie od intencji, puszczają w świat rosyjskie konfabulacje. Miast pomilczeć czy przyznać się do niewiedzy…

Ale mniejsza o tony moralizatorskie – do sedna. Poza rosyjskim chłamem w obiegu są jeszcze sensacyjne doniesienia Turków, wałęsających się w pobliżu (!) czerwonej strefy. Zastanawiam się, dlaczego Ukraińcy ich tolerują, są bowiem tureccy „korespondenci” źródłem wielu dezinformacji (a może o to chodzi; pełnią rolę użytecznych idiotów?). Wedle jednej z nich, ZSU w ciągu ostatnich kilku dni straciły na Zaporożu 7 tys. zabitych. Byłby to ekwiwalent niemal dwóch brygad i oczywisty pogrom, zwłaszcza że do zabitych trzeba by dodać co najmniej dwa razy tyle rannych (co w sumie oznaczałoby zniszczenie pięciu brygad). Takiej masie poszkodowanych nie sposób pomóc z wykorzystaniem przyfrontowej medycyny, tymczasem – tego akurat jestem pewien ponad wszelką miarę – ani szpitale w Zaporożu, ani w Dnipro (od dawna przygotowywane do „obsługi” kontrofensywy), nie notują znaczącego wzrostu liczby mundurowych pacjentów.

Sentyment, jakim Turcy darzą rosję i rosjan, to temat na oddzielny tekst; może kiedyś się podejmę, ale teraz wróćmy do wątku dezinformacji. Ta ściśle rosyjska wchodzi na wyżyny, budując u odbiorców przekonanie, że „wielka ukraińska kontrofensywa” właściwie została już utopiona we krwi, a masa zachodniego sprzętu dopala się właśnie na zaporoskich polach. Bo jest gorszy od rosyjskiego, a i Ukraińcy niespecjalnie poradzili sobie z jego użyciem. Mamy więc sukces, „specjalna operacja wojskowa” znów idzie zgodnie z planem, uraaa! Pewnie czytaliście o udanym ataku na zgrupowanie Leopardów, które okazały się ciągnikami rolniczymi, no i widzieliście marnie przerobione grafiki przedstawiające spalonego rzekomo „leosia”, który okazał się ruskim czołgiem z rodziny T. Takie to sukcesy.

Lecz te realne rosjanie też mają – nie ulega wątpliwości, że spalili co najmniej jednego Leoparda i uszkodzili kolejnego. Z kapek wiedzy, która spływa do nas z Zaporoża wynika, że mogli zniszczyć jeszcze kilka innych pojazdów (zachodnich czołgów i bojowych wozów piechoty).

Z pewnością wyeliminowali z walki co najmniej kilkanaście MRAP-ów. To takie dopancerzone ciężarówki bez własnego uzbrojenia, służące podwózce żołnierzy w rejon działań. Konstruowane z założeniem większej mino-odporności, czemu poza pancerzem sprzyja podwozie w kształcie litery V. Wielkie toto, chybotliwe i kompletnie niesprawdzające się w trudnym terenie, już w Afganistanie – gdzie przechodziły chrzest bojowy – przeklinane przez żołnierzy. W Ukrainie „posadzić” w piachu czy błocie MRAP-a to żaden wyczyn, nie dziwi mnie zatem fakt, że wiele pojazdów, po uprzednim porzuceniu, jest potem dobijanych przez rosyjską artylerię. Pod jej ogniem trudno ewakuować uszkodzony wóz – i stąd obrazki dymiących wraków, skrzętnie wykorzystywane przez rosyjskich propagandystów. Kończąc tę dygresję – dla mnie MRAP-y to ślepa ścieżka zachodnich dostaw, kilkaset milionów dolarów, które można by przeznaczyć na jakiś lepszy cel. No ale jest jak jest i ruski mają zaciesz.

A co tak naprawdę dzieje się na zaporoskim odcinku frontu? Na pewno mamy tam do czynienia z nasilonymi ukraińskimi działaniami, prowadzonymi w pasie liczącym co najmniej kilkadziesiąt kilometrów. Szeroki, frontalny atak? Nie. Seria mniejszych, punktowych uderzeń, skoordynowanych i prowadzonych siłami maksymalnie batalionu (kilkuset ludzi) na danym odcinku. Czy to początek kontrofensywy? Najpewniej tak, chociaż byłby to jej bardzo wczesny etap. O co w nim chodzi? Możliwości są dwie – albo mamy do czynienia z próbami „wymacania” słabszych miejsc rosyjskiej obrony, albo to działania, których celem jest odwrócenie uwagi rosjan. W pierwszym scenariuszu w „słabe ogniowo” uderzą znacznie większe ukraińskie siły, a w drugim? Gdy latem zeszłego roku rosyjscy generałowie zafiksowali się na Chersoniu, ukraińscy wyprowadzili zaskakujące natarcie na Charkowszczyźnie; myślę więc o „powtórce z rozrywki”, choć boję się wskazywać możliwe kierunki.

Przy stanie wiedzy (szczątkowej!) na dziś wydaje się, że realizowany jest scenariusz pierwszy, co oznacza, że Ukraińcy podjęli próbę przerwania rosyjskiego korytarza lądowego, łączącego federację z okupowanym Krymem.

Ale, muszę Wam się przyznać, ciągle pozostaję sceptyczny co do zamiarów i możliwości ukraińskiej armii. Nauczono mnie, że wojny wygrywa się dzięki silnemu lotnictwu i potężnej, sprawnej logistyce – taka jest moja wiedza teoretyczna, takie wojenno-reporterskie doświadczenie. I nie bardzo potrafię wyjść poza ten paradygmat. Tymczasem ukraińskie lotnictwo jest słabiutkie, a precyzyjna artyleria rakietowa tylko częściowo niweluje tę słabość. Słabości logistyki – wobec rosyjskich problemów na tej płaszczyźnie – aż tak istotne mi się nie wydają. Tym niemniej, uważam, jest jeszcze za wcześnie na generalny ukraiński atak – na to przyjdzie czas, gdy „na teatrze” pojawią się zachodnie samoloty.

Ani myślę zaklinać rzeczywistości i z pewnością brakuje mi masy konkretnej wiedzy, która buduje świadomość sytuacyjną ukraińskich generałów. Zaś patrząc wstecz, Ukraińcy już pokazali, że potrafią gromić rosjan przy mocno ograniczonych środkach. Oby udało się i tym razem, choć miejmy świadomość, że lekko nie będzie. Że zachodnie czołgi to nie wunderwaffe, a rosjanie mieli czas, żeby wryć się w ziemię. Zginie więc wielu dobrych ludzi i spłonie masa dobrego sprzętu…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Szwedzki ciężki bojowy wóz piechoty CV9040. Maszyny tego typu znalazły się na wyposażeniu ukraińskiej armii/fot. ZSU

Usprawiedliwienia

Co jakiś czas rosjanom udaje się trafić magazyn armii ukraińskiej, albo porazić jakiś inny wartościowy cel (oczekiwanie, że będzie inaczej, oderwane jest od rzeczywistości – gdyby moskalom wszystko szło nie tak, wojna już dawno by się skończyła). Kilka dni temu, po jednej z takich akcji – rakietowym uderzeniu w skład amunicji – bardzo aktywny na Twitterze rodzimy skarpetkosceptyk orzekł: „kontrofensywy nie będzie, w wyniku rosyjskich działań Ukraińcy stracili zbyt wiele cennych zapasów”. Mowa o paskudnej kreaturze (o jawnie kolaboranckim nastawieniu), która podobnych kategorycznych sądów wygłosiła już wiele. Rzeczywistość miażdżącą większość z nich brutalnie sfalsyfikowała, można by więc machnąć ręką – ot, kolejny karmiony ruską propagandą idiota. Problem w tym, że zacytowany osąd wpisuje się w szerszy kontekst – pęczniejącą masę wypowiedzi podobnej treści, obecnych w polskiej info-sferze, pierwotnie obserwowanych w rosyjskich źródłach.

Sprowadzają się one do generalnego wniosku, że Ukraińcy nie uderzają, bo rosjanie skutecznie im w tym przeszkadzają. A zatem – patrząc z perspektywy propagandystów Kremla – jest sukces. Żałosny, jeśli zestawić go z buńczucznymi zapewnieniami z początków inwazji („trzy dni i Kijów nasz”), no ale ważną cechą rosyjskiej propagandy jest jej „tu i teraz”; nie ma sensu analizować przekazu linearnie, szukać kontynuacji, konsekwencji, logiczno-faktograficznych ciągów przyczynowo-skutkowych. Dziś jest tak, wczoraj było siak, jutro będzie jeszcze inaczej – liczy się elastyczne podejście. W efekcie coś, co niegdyś uznano by za porażkę, obecnie zasługuje na miano sukcesu; „z braku laku i kit dobry”, jak mawia popularne powiedzenie.

No więc jest sukces, którego podkreślanie służy podtrzymywaniu sensu specjalnej operacji wojskowej (SOW). „Wygrywamy, o co wam chodzi, malkontenci?”.

Czyżby? Po 24 lutego ub.r. rosyjska propaganda zmuszona jest do produkcji kolejnych usprawiedliwień, byle tylko nadążyć za permanentną redukcją celów SOW. Czasem wejdzie na to putin czy inna kremlowska kanalia i powie, że „cele rosji w Ukrainie się nie zmieniły”. Ale to rytualny bełkot, na poziomie codziennego przekazu mamy bowiem do czynienia z konsekwentnym budowaniem u rosjan (i nierosyjskich wielbicieli ruskiego miru) coraz niższych oczekiwań wobec armii i tego, co robi w Ukrainie. Nie wiem, na ile to proces zaplanowany – post factum, obserwując jego dynamikę, łatwo będzie stwierdzić, że Kreml przygotowywał swoich „na wpierdol”, ale czy to właściwy wniosek? Nie podejmuję się odpowiedzi, zauważam tylko postępującą redukcję celów, która w mojej ocenie skończy się mniej więcej tak: „noo, oddaliśmy Donbas i Krym, lecz nie pozwoliliśmy NATO na zniszczenie rosji. Przetrwaliśmy, zwyciężyliśmy!”.

A miało być tak pięknie… Nie znamy szczegółowych planów rosyjskiego sztabu generalnego wobec Ukrainy. W oparciu o komunikaty propagandy (w tym wystąpienia notabli) oraz analizę ruchów wojsk, możemy założyć, że rosja zamierzała wchłonąć istotną część Ukrainy, a całość zwasalizować. Po pięciu tygodniach walk okazało się, że trzeba wiać spod Kijowa, że Charków jest nie do wzięcia, Odessa poza zasięgiem. Jak to zakomunikować światu (zwłaszcza ruskiemu światu, który mamiło się narracją „mrugniemy powieką i będzie po wszystkim”)? Zadanie wziął na siebie siergiej szojgu i oznajmił, że celem operacji od początku był Donbas oraz zbudowanie lądowego korytarza na Krym. Po co więc atakowano północ Ukrainy? Ano po to, by odwrócić uwagę od realnych zamiarów SOW. Brzmiało to nawet sensownie, gdyby nie fakt, że uderzenia w Donbasie były słabsze niż te rzekomo pomocnicze/markujące na północy, a na Kijów i Charków poszła większość sił inwazyjnych, w tym elitarna (no dobra, elitarna w założeniu…) 1. Armia Pancerna Gwardii. No ale odbiorca rosyjskiej propagandy w takie szczegóły się nie zagłębia.

Zwłaszcza gdy zaczęła się bitwa o Donbas (w II połowie kwietnia 2022 roku). Miesiąc i miało być po wszystkim. Nie było, propaganda więc rozdęła do nieprawdopodobnych rozmiarów sukces w postaci zdobycia zrujnowanego Mariupola. Pocieszające było wówczas obserwowanie rosyjskich analityków wojskowych (również będących narzędziem propagandy) i ich mapek, zakreślających planowane rubieże ofensywy. Pierwsze linie opierały się o Dniepr, antycypowano gigantyczny kocioł, w którym znaleźć się miało kilkadziesiąt tysięcy ukraińskich żołnierzy. Wraz z upływem kolejnych tygodni, wiosną i latem ub.r., linie te coraz bardziej oddalały się na wschód, stając się coraz krótsze. W lipcu, słowami samego putina, zdefiniowano następujący cel: do końca sierpnia „wyzwolone” miały zostać w całości obwody ługański i doniecki. Gwoli rzetelności dodać trzeba, że w rękach rosjan znajdowały się wówczas także obszerne fragmenty obwodu charkowskiego, zaporoskiego, chersońskiego i niewielkie mikołajowskiego.

A potem nastąpiła ukraińska kontrofensywa. Mój ulubiony prorosyjski aktywista medialny donosił wtedy, że 1. Armia Pancerna dzięki zręcznym manewrom uniknęła otoczenia i rozbicia w obwodzie charkowskim. Danie dyla do rosji było sukcesem na ówczesną miarę. Ten sam gagatek (w obu przypadkach niesamodzielny, powielający narracje z rosyjskich źródeł) o porzuceniu Chersonia i ucieczce za Dniepr w listopadzie zeszłego roku pisał w stylistyce niemieckiej propagandy. Tu sukcesem miało być wycofanie się (heloł, uporządkowane!) na dogodniejsze pozycje.

Ale nawet człowiek rosyjski swój rozum ma i mógł poczuć się rozczarowany takim obrotem spraw. By go ukoić, propaganda zapowiedziała rychłe przeniesienie Ukraińców do średniowiecza. „Bitwa o energetykę” – prowadzona z wykorzystaniem rakiet, pocisków manewrujących i dronów-kamikadze – miała pozbawić mieszkańców Ukrainy dostępu do wody, ogrzewania i elektryczności. Omawianie tych zamiarów, a następnie bieżących postępów – wskazywanie zniszczonych elementów infrastruktury i raportowanie o przerwach w dostępie do energii – wielokrotnie posłużyło rosyjskiej generalicji i politykom jako pretekst do publicznych zapewnień, że SOW idzie zgodnie z planem. Warto przy tym zauważyć, że na poziomie emocjonalnym mieliśmy tu do czynienia z zagospodarowywaniem mściwości. Jak to ujął jeden z mil-blogerów: „skoro Ukraina nie chce być nasza, będzie zniszczona”. Jednostkowa ocena? Nie sądzę. W styczniu br. – w szczytowym momencie ataków – poparcie dla putina (a więc także dla tego, co robił), wynosiło ponad 70 proc.

Na początku zimy raportom z frontu walk o prąd coraz częściej towarzyszyły doniesienia o niechybnej rosyjskiej ofensywnie zimowej. „Teraz dopiero im pokażemy!” – zapowiadali mil-blogerzy. A wspomniany już mój ulubieniec przekonywał, że oto „skończył się policyjny charakter” SOW i rosjanie na poważnie biorą się za wojowanie (znów była to kalka z rosyjskich źródeł). Agresorzy nigdy później nie strzelali tak poważnie z artylerii, jak wiosną i latem 2022 roku w Donbasie (nawet po 60 tys. pocisków dziennie), no ale może to problem natury semantycznej, różnego rozumienia policyjnego charakteru spec-operacji. Tak czy siak, konsolidacja (przekazanie dowodzenia w ręce szefa sztabu generalnego gierasimowa) miała zwiastować przełom. Gdy ofensywa już się zaczęła, antycypacje musiał zastąpić jakiś konkret. Tymczasem okazało się, że rosyjska armia jest tak wyczerpana wojną, tak osłabiona, że stać ją było na kilka punktowych uderzeń, które nawet w razie powodzenia nie przełożyłyby się na znaczące zdobycze terytorialne. Tak zaczęło się fetyszyzowanie Bachmutu, czemu sprzyjała reaktywna postawa ukraińskiej propagandy, która także nadała miastu duże symboliczne znaczenie.

Miasto upadło w połowie maja, i choć w środku wiosny, był to ostatni akord rosyjskiej zimowej ofensywy. W jej trakcie zdobyto 80 km kwadratowych terenu (!), za cenę 100 tys. zabitych i rannych żołnierzy (oraz wagnerowców). Ta dramatyczna nieefektywność (która w każdym normalnym kraju skończyłaby się sądem dla kadry dowódczej armii), uwypukliła tylko potrzebę propagandowego rozdęcia bachmuckiego „sukcesu”.

Lecz nawet krowa wyczułaby tu fałsz, konieczna więc okazała się wielowątkowa narracja pomocnicza, wyjaśniająca, dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze. Budowano ją już od jesieni zeszłego roku, ale dopiero dramatyczna nieporadność rosyjskiej armii podczas ofensywy zimowej, zmusiła propagandystów do solidniejszego ogrania tematu. W najbardziej odjechanych wersjach tej narracji, na przykład metafizycznej (uskutecznianej przez cyryla i jego drużynę), rosja mierzy się z szatanem, więc walka musi być długa i trudna. Pseudonaukowa zakłada, że ukraińscy żołnierze to mutanci (bio-roboty), hodowane w laboratoriach finansowanych przez USA – nie sposób ich tak po prostu zabić, dlatego SOW nie może przebiegać zgodnie z regułami, wydłuża się. W jednej z odmian tej bredni, Ukraińcy sięgają po inne „nieczyste” środki, na przykład zmodyfikowane do przenoszenia bomb ptaki. Usprawiedliwienie natury geopolityczno-militarnej brzmi w tym zestawieniu wyjątkowo sensownie i bazuje na czymś, co można określić ziarnem prawdy. Oto rosja mierzy się z całym NATO, tak zwanym kolektywnym Zachodem – ale nie tak, jak ma to miejsce realnie, ona bowiem walczy w Ukrainie z żołnierzami NATO, z regularnymi oddziałami. W sobotę rozbawił mnie prorosyjski gamoń z Twittera (ze słowackim zdaje się paszportem) – napisał, że w Bachmucie grupa Wagnera wygrała z całym Sojuszem i sprzymierzeńcami, że pokonała w sumie 44 armie świata. Tyleż to megalomańskie, co głupie, ale dobrze ilustruje pożądaną percepcję – Goliat złego Zachodu stanął na drodze rosyjskiego Dawida, lecz Dawid nie w ciemię bity, wie, jak miotać kamieniami.

Łup! – przywalił w oko olbrzyma (Bachmut wzięty!), łup! – zadał kolejny cios (bohaterska armia wyparła dywersantów z terytorium rosji). Sru! – kamień trafił Goliata w czoło, wielkolud się chwieje i krwawi (kontrofensywy nie będzie…). Same sukcesy na drodze do zwycięstwa.

I w ramach tych sukcesów wojska rosyjskie nie wykorzystują bachmuckiego powodzenia – „otwartej” przez prigożyna „drogi na Kijów” (a wedle innej prigożynowej wypowiedzi wręcz „na Warszawę”). Miast iść „wpieriod!” (za rodinu, za putina!), wgryzają się coraz głębiej w ziemię, kryjąc w niej kadłuby coraz starszych czołgów z coraz głębszych magazynów.

Skromni są, wolą takie nienachalne zwyciężanie…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi i Przemkowi Piotrowskiemu. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Czytelnikowi posługującemu się nickiemTurboQna666, Zbigniewowi Cichańskiemu, Maciejowi Jakóbiakowi (za małe wiaderko kawy!), Nikodemowi Chinowskiemu i Iwonie Grotnik.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Droga z Konstantynówki do Bachmutu (miasto w tle). Jechałem tym autem z Jurijem Łucenką, byłym szefem ukraińskiego MSW, ochotnikiem z Obrony Terytorialnej. „Propaganda moskali robi z Bachmutu Stalingrad”, rzekł w którymś momencie Łucenko. „Zrównają miasto z ziemią, ale nie odpuszczą”, zapowiadał. Działo się to pod koniec stycznia br., rosjanie istotnie, zrównali Bachmut z ziemią…/fot. Marcin Ogdowski

Pożar

To, co działo się wczoraj wieczorem w rosyjskiej wojennej blogosferze, zasługuje na miano „pożaru w burdelu”. Mój boże, czegoż to ruskie nie napisały… Że czołgi ZSU zjeżdżają z obwodnicy Charkowa i kierują się na Biełgorod, że doszło do intensyfikacji walk wzdłuż całej linii frontu, że to najpewniej początek ukraińskiej kontrofensywy. Gdyby wziąć te sensacje na poważnie, można by odnieść wrażenie, że oto nadchodzi przełomowy moment wojny. Gdyby… Mimo później pory poświęciłem sprawie kilkadziesiąt minut – tyle wystarczyło mi, by zorientować się, że moskale albo niepotrzebnie wpadli w panikę, albo celowo robią zamieszanie. Pozostając na gruncie przywołanej analogii, podpalili burdel, a teraz udają spanikowanych sąsiadów, klientów i pracownice.

Skłaniam się ku opcji drugiej. Wiele można Z-blogerom zarzucić w kwestii ich obiektywności czy rzetelności, ale z pewnością są to osoby dobrze poinformowane. Nie mówimy tu o niezależnej prasie, a o propagandystach pracujących na zlecenie Kremla (mamy tu do czynienia z różnymi koteriami – jednym płaci MON, innym Wagner, jeszcze innym na przykład Gazprom – ale to wszystko dzieje się pod kremlowską „czapką” i nadzorem). No więc ludzie z takim wglądem w bieżącą sytuację na froncie dobrze wiedzieli, że Ukraińcy nie ruszyli. Dlaczego zatem narobili zamieszania?

Moim zdaniem, odpowiedź znajdziemy w Bachmucie, gdzie Ukraińcy rzeczywiście uderzyli na skrzydłach rosyjskiego zgrupowania walczącego o miasto. I odnieśli relatywnie duże sukcesy, zajmując kilka kilometrów kwadratowych terenu. Informacje napływające z Bachmutu są pełne sprzeczności i niejasności, ale wynika z nich z całą pewnością, że oddziały ukraińskie wczoraj wieczorem wzmogły presję. Do tego stopnia, że rosjanie stanęli przed widmem utraty kolejnych fragmentów miasta (i jego okolic), przede wszystkim zaś inicjatywy operacyjnej na tym odcinku frontu. Byłby to blamaż porównywalny z wcześniejszymi klęskami armii rosyjskiej pod Kijowem, w charkowszczyźnie i Chersoniu. Bo choć Bachmut to mała mieścina, rosjanie nadali mu ogromną propagandową rolę, a w dziewięciomiesięcznych zmaganiach stracili – wedle różnych źródeł – od 50 do 100 tys. zabitych i rannych. I teraz miałoby się okazać, że był to wysiłek daremny?

Sądzę, że rosyjska propaganda przygotowuje odbiorców na scenariusz utraty miasta bądź utrzymania status quo, czyli dalszych walk bez gwarancji szybkiego sukcesu. Ta druga opcja jest dla konsumenta rosyjskiego przekazu niemal równie irytująca, jak wycofanie się – dmuchanie balonika „Bachmut-za-chwilę-nasz”, szczególnie w okresie poprzedzającym dzień (pa)biedy, wywindowało oczekiwania na poziom, z którego upadek to gwarancja bolącego tyłka. Te przygotowania polegają na stworzeniu odpowiedniego kontekstu, narracji wielkiego ataku. „Odparliśmy i odeprzemy wszystkie ukraińskie uderzenia, no ale, wicie-rozumicie, Bachmutu (części pozycji w Bachmucie) zachować się nie udało”. Tak przedstawiona porażka – albo dalszy brak sukcesu – boli trochę mniej.

O ile szum wywołany rzekomym zmasowanym ukraińskim atakiem był ściemą, o tyle reakcje na dostarczenie przez Wielką Brytanię rakiet Storm Shadow wywołały u ruskich autentyczny lęk. Mowa bowiem o pociskach manewrujących dalekiego zasięgu (powyżej 300 km), przeznaczonych do rażenia punktów dowodzenia, centrów logistycznych, baz lotniczych oraz elementów krytycznej infrastruktury. Zeszłoroczne pojawienie się himarsów najpierw zdemolowało rosyjską logistykę, a później solidnie ją pokomplikowało, gdyż zmusiło rosjan do odsunięcia składów na odległość 100 km od linii frontu. Teraz obszar rażenia znaczącą się powiększył, co oznacza nie tylko kolejne dotkliwe zniszczenia, ale następny kłopotliwy w konsekwencjach odskok baz logistycznych i centrów dowodzenia. Oczywiście, Storm Shadow nie są wunderwaffe – jak każde pociski manewrujące i je można zestrzelić, ale wymaga to angażu sporych sił i środków, a rosjanie mają coraz mniejszą swobodę w dysponowaniu własną OPL. „Stormy” zrzuca się z samolotów, co może się okazać ukraińskim „wąskim gardłem” – niedostatek samolotów i rosyjska przewaga w powietrzu będą determinować sposób i zakres użycia tej broni. No i Ukraińcy nie mogą liczyć na jakieś wielkie dostawy – mówi się o najwyżej kilkuset rakietach. „Małych” kilkuset, bowiem RAF nie posiada ich więcej niż tysiąc, a to z magazynów sił powietrznych Wielkiej Brytanii pochodzą przekazywane Ukrainie pociski.

Tym niemniej to i tak kilkaset powodów do zmartwień dla dowództwa rosyjskiej armii, które dodatkowo staje przed koniecznością oswojenia się z myślą, że nawet z dala od frontu coś może mu spaść na głowę.

Dziś to tyle – siadam za chwilę do tekstu o incydencie rakietowym i jego skutkach. Sprawa rosyjskiego pocisku, którego wrak znaleziono pod Bydgoszczą, przeradza się w demoralizującą aferę – nie mam mocy, by temu przeciwdziałać, ale postaram się pewne rzeczy wyjaśnić. Zainteresowanych moją opinią i ustaleniami zapraszam do lektury w poniedziałek. Dobrego weekendu!

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Opuszczone rosyjskie pozycje pod Bachmutem/fot. ZSU