Zawziętość

Zdjęcie Wołodymyra Zełenskiego na tle F-16, w towarzystwie holenderskiego premiera Marka Rutte, rozeszło się wczoraj po sieci niczym burza. Co ciekawe, w Ukrainie nie było aż tak popularne, jak można by się tego spodziewać; mimo iż „selfiak” niósł niezwykle istotną dla kraju wiadomość, o jego percepcji zadecydował wizerunek prezydenta, który nie ma już takiego rządu dusz jak w pierwszych miesiącach wojny. W zakresie polityki wewnętrznej sytuacja w Ukrainie ulega stabilizacji – jakkolwiek prezydencka władza pozostaje niezagrożona, w coraz większym stopniu musi się mierzyć z ponownie wyrażanymi partyjnymi i środowiskowymi interesami. Mam też wrażenie, że Ukraińców męczy już celebrycki nieco charakter autoprezentacji głowy państwa (co za granicą czyni Zełenskiego wciąż niezwykle lubianym politykiem). Ale to uwagi na marginesie – dziś chciałbym się zająć istotą tematu, czyli „efami”.

O F-16 w kontekście Ukrainy napisano mnóstwo tekstów, nie zamierzam więc powielać łatwo dostępnych informacji. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na kilka istotnych kwestii.

Zacznijmy od liczby zadeklarowanych samolotów. Zełenski mówił wczoraj o 42 sztukach z Holandii, kilkadziesiąt minut  później pojawiła się informacja o gotowości Danii do przekazania 19 F-16. Czyli razem byłoby to 61 sztuk; niebagatelna siła. Dla porządku przypomnijmy – Polska zakupiła 20 lat temu 48 „efów”. Problem w tym, że strona holenderska nie potwierdza danych Zełenskiego. Niderlandy mają obecnie 24 operacyjne (sprawne) „efy”, około dwudziestu pozostałych maszyn jest w stanie nielotnym, a część z nich służy jako rezerwuar części zamiennych. I zapewne w takim charakterze te maszyny zostaną przekazane Kijowowi. Spośród sprawnych 24 holenderskich F-16, jeden samolot już de facto został Ukraińcom podarowany – latają nim ukraińscy piloci, kilka dni temu maszyna była nawet w Ukrainie. Zostają zatem 23 myśliwce, co z 19 duńskimi daje 42 sztuki (jestem pewien, że taki był kontekst wypowiedzi Zełenskiego). Czterdzieści dwa samoloty to nadal dużo, no i pamiętajmy, że Holandia i Dania jedynie przecierają szlak – że będą inni donatorzy, w tym USA, gdzie najnowsza wersja rozwojowa „efów” nadal jest produkowana.

Holenderskie i duńskie „szesnastki” młode nie są, ale pozostały resurs pozwala na ich intensywną eksploatację jeszcze przez kilka lat. Z powodu wieku nie są też demonstratorami szczytowej zachodniej techniki lotniczej, były jednak modernizowane i stanowią groźną broń. Ich zasadniczą zaletą jest możliwość przenoszenia zachodnich systemów uzbrojenia, pełnego spektrum, obejmującego zarówno amunicję do niszczenia celów powietrznych, różnego rodzaju bomby, lotnicze pociski manewrujące, a nawet rakiety przeciwokrętowe. Są do tego zaprojektowane, więc dla ukraińskiego lotnictwa skończy się okres „radosnej” improwizacji – nie trzeba już będzie integrować „na siłę” zachodniej amunicji z poradzieckimi samolotami, na czym zwykle cierpiała skuteczność tej pierwszej.

Do tej pory wyprodukowano ponad 4,5 tys. „szesnastek”, co przy trwającej nadal produkcji oznacza – przynajmniej potencjalnie – brak kłopotów, z jakimi borykają się obecnie siły powietrzne Ukrainy. Posowiecki sprzęt się zużywa, niszczeje w akcji, a możliwości jego zastępowania w zasadzie już nie ma. Ukraina nie produkuje własnej broni tej klasy, zasoby sojuszników niegdyś korzystających z uzbrojenia wyprodukowanego w ZSRR są na wyczerpaniu, a rosyjski przemysł z oczywistych powodów nie stanowi żadnej alternatywy. W tej chwili ukraińska flota powietrzna ma około 60 sprawnych maszyn różnych typów – przy obecnej dynamice działań bojowych za rok większość z nich zostanie zniszczona lub „zajechana na amen”. Jest więc transfer „efów” nie tyle sposobem na zbudowanie nowej jakości ukraińskiego lotnictwa, co przede wszystkim metodą na podtrzymanie jego zdolności bojowych; jakościowa zmiana in plus to w tym ujęciu „bonus”.

Ale i nie czarujmy się co do skali tej zmiany. F-16 napsują rosjanom krwi, ale radykalnych rozstrzygnięć nie przyniosą. Wynika to z dwóch rodzajów czynników – ludzkich i technicznych – wzajemnie się przenikających. Wielu z nas ma błędne wyobrażenia na temat jakości ukraińskich pilotów. Legenda „Ducha Kijowa” i późniejsze działania propagandy każą postrzegać ich jako doświadczonych zawodowców. Nic bardziej błędnego. Ukraińskie lotnictwo po 1991 roku funkcjonowało w realiach permanentnego kryzysu – nie zmieniła tego nawet wojna w Donbasie, bo między 2014 a 2022 rokiem prawie nie używano tam lotnictwa. Dość wspomnieć, że większość pilotów mogła się pochwalić nalotami na poziomie 30-40 proc. niezbędnego minimum. Pełnoskalowy konflikt niewiele w kwestii wyszkolenia zmienił. Brytyjskie źródła wywiadowcze szacują, że do tej pory rosjanie stracili około 70 samolotów, Ukraińcy 60. Tylko kilka maszyn – głównie ukraińskich – spadło na skutek starć powietrznych; miażdżąca większość strat obu stron to skutek porażenia przez systemy obrony przeciwlotniczej (niekiedy własnej…). Słabi nie tylko liczbowo, ale i jakościowo Ukraińcy nie walczą z rosjanami o uzyskanie przewagi powietrznej. Realizują przede wszystkim misje wsparcia wojsk lądowych i to w iście partyzanckim stylu: wystartuj, leć jak najniżej, doleć jak najbliżej, poślij rakiety/bomby, wiej (znów ryzykując otarcie spodu samolotu o korony drzew). Te zadania wymagają wielkiej odwagi, poprawiają ogólne zdolności pilotażu, ale nie czynią z lotników fachowców o umiejętnościach absolwentów Top Gun. Szczęśliwie u rosjan jest niewiele lepiej – kompetencje są na tyle niskie, że siły powietrzne rosji nie potrafią wykorzystać atutu, jaki daje im nowocześniejszy i liczniej posiadany sprzęt. W efekcie strony konfliktu szachują się własnymi słabościami. Konkludując wątek – Ukraina nie wyśle na Zachód supermenów, tylko taką kadrę, jaką ma. I ona owszem, mogłaby na „efach” zrobić „cuda na kiju” – ale na to potrzeba czasu, lat intensywnych szkoleń.

„Ale przecież ukraińscy piloci już od dawna się szkolą w USA” – słyszę i czytam. Wiem o jednej takiej grupie, która w połowie zeszłego roku poleciała za ocean, inne doniesienia znam wyłącznie z dziennikarskich spekulacji. Wspomniana grupa miała doskonalić techniki pilotażu i obsługi na poradzieckim sprzęcie, zgromadzonym swego czasu przez Amerykanów. I niejako przy okazji zapoznawać się też z produktami made in USA. Wobec braku politycznej zgody na transfer samolotów z tej drugiej opcji nic nie wyszło. Ukraińcy czasu nie zmarnowali, zwłaszcza że to przy ich pomocy testowano możliwości adaptacji zachodniego uzbrojenia do sowieckich maszyn. Niemniej wrócili do ojczyzny bez większych doświadczeń za sterami „efów”. Część z nich już zresztą nie żyje, bo to z tego grona pochodzą piloci obsługujący posowieckie samoloty, wyposażone w zachodnią amunicję – a na ten personel, i te samoloty, rosjanie polują z szaloną zawziętością.

Polować też będą na „efy”, gdy już pojawią się na ukraińskiej ziemi; za pewnik można uznać, że zniszczenie jak największej liczby F-16 będzie dla moskali punktem honoru. Co oznacza, że transferowi samolotów muszą towarzyszyć dostawy nowoczesnych systemów OPL – na przykład patriotów. Mało kto zdaje sobie sprawę z tej korelacji (konieczności) – i jej możliwych implikacji. Wyrzutnie Patriot czy NASAMS to koszmarnie drogie „zabawki”, Ukraińcy nie mają ich dość, by skutecznie bronić wszystkich większych miast, a możliwości finansowe i produkcyjne donatorów nie są z gumy. Chronić cywilów czy cenne uzbrojenie? – oto dylemat, przed jakim mogą stanąć ukraińskie władze. Tym większy, że samoloty to jedno. Drugie wynika z faktu, że „efy” potrzebują specyficznej infrastruktury lotniskowej. Dość o tym napisano w innych publikacjach, zauważę więc tylko, że przebudowanych lotnisk, nawet jeśli pustych (konieczność częstych przebazowań to jedna z wojennych oczywistości) i tak trzeba będzie bronić.

Chyba że… – o czym jutro, w kolejnym wpisie. Do lektury którego zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi i Patrycji Złotockiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Marcinowi Lyszkiewiczowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Prezydent Ukrainy i premier Holandii/fot. Wołodymyr Zełenski

Integracja

„Ukraina niczego w Wilnie nie uzyskała”, „Zełenski rozżalony”, „NATO okrakiem wycofuje się ze wsparcia dla Kijowa” – oto trzy z wielu krzykliwych nagłówków, na jakie natknąłem się przeglądając rosyjskie i polskie media (także społecznościowe). Intencje kremlowskiej propagandy są dla mnie oczywiste – dezawuowanie szczytu ma podnieść na duchu rosjan, zaś u rosyjskojęzycznych Ukraińców wywołać przekonanie, że zostali zdradzeni/porzuceni. Polskie źródła albo działają z prorosyjskich pobudek, albo dla taniej sensacyjności bezmyślnie kopiują tę narrację. Fałszywą, a w niektórych obszarach opartą o niezrozumienie bądź świadome ignorowanie reguł dyplomatycznej gry.

Zacznijmy od podstawowych faktów. NATO nie może przyjąć do swojego grona państwa w stanie wojny. Z uwagi na wzajemne zobowiązania oznaczałoby to konieczność włączenia się Sojuszu do działań zbrojnych. W tym konkretnym przypadku pójście na wojnę z rosją, której NATO – z powodu ryzyka nuklearnej eskalacji – wolałoby uniknąć. Zatem tak długo, jak długo trwa konflikt na wschodzie, nie będzie mowy o członkostwie Ukrainy i wynikających z niego gwarancjach bezpieczeństwa. Co więcej, wielu z nas umyka fakt, że w warunkach akcesji jest coś więcej niż tylko nieprowadzenie aktywnych działań bojowych. Aspirujący kraj musi mieć uregulowane kwestie własnych granic – nie może rościć sobie pretensji, słusznych czy nie, do terytoriów będących pod kontrolą innego państwa. Tak więc sam koniec wojny to w odniesieniu do Ukrainy za mało, jeśli nie będzie to koniec poprzedzony wyzwoleniem wszystkich ziem utraconych między 2014 a 2022 rokiem.

Oczywiście, są alternatywy dla „pełnego ukraińskiego zwycięstwa”, ale na tym etapie tekstu pozwolę je sobie pominąć.

Świadomość wymienionych uwarunkowań jest dla polityków oczywista. Stąd kłamliwość twierdzeń, że Zełenski, i ktokolwiek z jego delegacji, jechał do Wilna z nadzieją, że przywiezie Ukraińcom członkostwo, konkretną datę czy dokładny kalendarz integracji. Nie da się ich wyznaczyć z prostego powodu – nie sposób przewidzieć, kiedy skończy się wojna. Zwłaszcza że nie wszystko zależy od natowskiej i ukraińskiej strony, bo nie będzie końca konfliktu, jeśli takiej woli nie wykażą rosjanie. Niestety, cechą charakterystyczną wszystkich społeczeństw jest powszechność nierealistycznych oczekiwań. Większość Ukraińców chciałaby, żeby ich ojczyzna była w NATO już teraz (część proukraińskich opinii publicznych na Zachodzie również), a choćby i za cenę ryzyka eskalacji konfliktu do rozmiarów wojny światowej. Wołodymr Zełenski nie może ignorować takich postaw. I jakkolwiek naiwnością jest wiara, że w Wilnie czymkolwiek go zaskoczono – bo w przypadku takich „imprez” kluczowe ustalenia podejmuje się wcześniej, a szczyt ma służyć jedynie ich prezentacji – to i tak ukraiński prezydent musiał dać do zrozumienia, że nie jest w pełni usatysfakcjonowany. Pod publiczkę i w imieniu publiki, czyli przede wszystkim własnych obywateli. Każdy uczestnik szczytu ma świadomość rutynowości tego zabiegu, zatem darujmy sobie bajeczki o „kwasach” pośród głów państw antyrosyjskiej koalicji czy wręcz rozłamie (i jego dramatycznych skutkach). Nic takiego się nie dzieje.

Gdy piszę te słowa szczyt w Wilnie jeszcze trwa, lecz już teraz jasne jest, że Ukraina otrzymała zapewnienie dotyczące członkostwa. Że proces akcesyjny zostanie maksymalnie skrócony, a formalnie zacznie się „gdy pozwolą na to warunki”. Do tego czasu sojusznicy zobowiązują się do doradztwa i finansowania przebudowy armii ukraińskiej do standardów natowskich. Nade wszystko zaś do dalszego wspierania wysiłków ZSU w zwalczaniu rosyjskiej agresji – zakrojonej na szeroką skalę pomocy sprzętowej, szkoleniowej i wywiadowczej. Szczyt stał się okazją do zadeklarowania kolejnych pakietów pomocy; nie będę Was zanudzał szczegółami, ale warto odnotować doniesienia o zintegrowanym programie szkoleniowym na samolotach F-16 dla ukraińskich pilotów, który wystartuje w sierpniu br., dobrze też wspomnieć o francuskiej deklaracji dostarczenia pocisków manewrujących SCALP (storm shadowów znad Sekwany). Część deklaracji ma charakter niejawny – dowiemy się o nich zapewne dopiero po pierwszym użyciu posłanego sprzętu na froncie.

A teraz Realpolitik. Jest rzeczą oczywistą, że rosja – przy obecnym reżimie – będzie korzystać z własnych możliwości, by członkostwo Ukrainy zablokować. Ba, nawet upadek obecnej władzy może tu nie wnieść istotnej zmiany. Z punktu widzenia Kremla, wystarczy utrzymać wojnę na niskim poziomie intensywności i odmawiać podpisania porozumienia pokojowego. Ciągłe odsyłanie Ukrainy do poczekalni nie przysłuży się wiarygodności NATO, Sojusz zatem musi wypracować na tę okoliczność jakąś strategię. Znaleźć konsensus dotyczący nieidealnych, ale akceptowalnych warunków członkostwa. Załóżmy, że Ukraińcom uda się wyprzeć rosjan ze swojego terytorium – rzecz w tym, że w takim scenariuszu Moskwa nie utraci zdolności ostrzału Ukrainy pociskami manewrującymi. I nie musi tego robić często, by podtrzymać faktyczny stan wojny, która w takiej postaci może trwać nawet dekady. Co wtedy? Ano NATO będzie musiało zagrać va banque, zaryzykować integrację. Z Wilna nie płyną żadne informacje, by Sojusz wypracował w tej kwestii jakieś stanowisko, uzgodnił, jaki rodzaj ryzyka poniesie, a jaki nie. Z drugiej strony, wśród zachodnich przywódców coraz powszechniejsze jest przekonanie, że presją ekonomiczną (sankcyjną) da się Moskwie wybić z głowy długoletnie wojowanie. Jeśli mają rację, może rzeczywiście na tym etapie nie ma czego ustalać.

Ale spychanie problemów „na później” dotyczy również Ukraińców. Co jeśli nie odbiją wszystkich ziem, a rosja jednostronnie ogłosi zakończenie spec-operacji, nie opuszczając okupowanych terytoriów? Czy za cenę członkostwa w NATO Kijów wyrzeknie się roszczeń terytorialnych? Obecnie taki scenariusz jest nieakceptowalny przez większość Ukraińców, głównie z uwagi na świadomość poniesionych strat i „świeżość” tej rany. Co wcale nie wyklucza sytuacji, w której Ukraina przed takim dylematem stanie. Jest kwestią niedyskutowalną – patrząc z ukraińskiej perspektywy – że dziś trzeba robić wszystko, by wyeliminować ryzyko trudnych kompromisów. Ale nie wolno też z góry oznaczać ich piętnem tabu zamykanego w publicznej debacie diagnozą zdrady. Bo w którymś momencie może nie być innego wyjścia.

O czym piszę z intelektualnej uczciwości, osobiście nie tracąc wiary w pełne ukraińskie zwycięstwo. Zwieńczone szybką integracją z NATO.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zapłata

14 lipca 2022 roku około godz. 10.40 w centrum Winnicy spadły pociski rakietowe Kalibr. Tego dnia rosjanie wystrzelili cztery rakiety, ale dwie zostały strącone przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Niestety, pozostałe uderzyły w budynki cywilne, w których znajdowały się centrum medyczne, biura, sklepy i mieszkania. Zginęło 27 osób, w tym trójka dzieci, liczba rannych przekroczyła setkę. W oficjalnym komunikacie rosjanie stwierdzili, że atakowali cel wojskowy – miejscowe dowództwo sił powietrznych. Nawet jeśli tak było, przestrzelili. Świadomi pory dnia (a więc i zagęszczenia na ulicach) oraz problematycznej celności swoich rakiet i tak zdecydowali się przeprowadzić atak. Ukraińcy zakwalifikowali ów czyn jako zbrodnię wojenną i wszczęli formalne dochodzenie. Prezydent Zełenski nazwał uderzenie „jawnym aktem terroryzmu”, zapowiedział również adekwatne reakcje. Rozkręcone wówczas na dobre „himarsowanie” rosyjskiego zaplecza jeszcze przybrało na sile, ale oczywistym było, że nie tylko o taką wendetę Ukraińcom chodziło. Szef wywiadu wojskowego Ukrainy Kiryło Budanow dał wprost do zrozumienia, że jego ludzie będą ścigać sprawców. Ponoć – tego akurat nie jestem w stanie zweryfikować – obiecał bliskim ofiar z Winnicy, że przed pierwszą rocznicą dramatu dopełni się akt sprawiedliwości.

14 lipca ub.r. napisałem:

„Skoro na Winnicę spadły kalibry, wiadomo, że strzelano z morza. Z daleka, co wcale nie gwarantuje bezkarności. Cechy współczesnej biurokracji oraz technologia zaprzęgnięta do działań wojennych pozwolą zidentyfikować sprawców. Ruch rosyjskich okrętów na Morzu Czarnym jest non stop monitorowany przez natowskie satelity i samoloty rozpoznawcze. Wejścia i wyjścia do portów odnotowuje ukraińska agentura na Krymie. Startu rakiety nie da się ukryć przed amerykańskim systemem detekcji, pociski od pewnej fazy lotu namierzane są przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Nazwiska dowódców okrętów są jawne, spisy załóg – w tym funkcje poszczególnych marynarzy – nie stanowią wielkiej tajemnicy dla służb specjalnych. Łatwo będzie ustalić, jaki okręt strzelał, kto wydał rozkaz, kto odpalił rakiety. Ze szczątek zaś odczytać dane pocisku i połączyć je z informacjami od producenta; odtworzyć cykl życia rakiety – od momentu wyjazdu z fabryki po załadowanie jej do wyrzutni. To wszystko nawet w warunkach rosyjskiego bardaku zostało zapisane. A Ukraińcy udowodnili już, że mają długie ręce. (…)”.

Wywieszczyłem? Chyba tak.

Jak informuje rządowa rosyjska agencja TASS, Komitet Śledczy rozpoczął dochodzenie w sprawie zabójstwa urzędnika departamentu mobilizacji w Krasnodarze na południu rosji. „Kapitan drugiej rangi Stanisław Rżycki został zastrzelony w poniedziałek rano podczas joggingu w pobliżu kompleksu sportowego Olympus. 42-latek miał cztery rany postrzałowe, zmarł na miejscu. Według śledczych, do oficera strzelono dwukrotnie w głowę i dwa razy w klatkę piersiową”. Z oficjalnych informacji wynika, że śledczy nie wiedzą jeszcze, ilu było sprawców.

Jaki ma to związek z Winnicą? Otóż latem zeszłego roku Rżycki był dowódcą okrętu podwodnego, który wystrzelił rakiety w Winnicę. Zmarł na cztery dni przed rocznicą popełnionej przez siebie zbrodni.

Amen.

Ciekawe są prawdopodobne okoliczności tej śmierci. Kapitan Rżycki lubił biegać (i jeździć na rowerze), lubił też się tym chwalić. Miał profil na aplikacji biegowej Strava, gdzie na bieżąco zamieszczał swoje rekordy. Inni użytkownicy aplikacji mieli więc sposobność zapoznania się nie tylko z wynikami oficera, ale i z dokładnymi trasami, jakie wybierał. I z godzinami, w których zwykle oddawał się aktywności sportowej. Dla wywiadu takie dane to nieocenione źródło informacji, dla samego Rżyckiego śmiertelna w skutkach nieroztropność (albo i dowód, jak bardzo pewny był, że nic mu nie grozi).

Biegał może i szybko, ale kul i tak nie prześcignął…

Pozostając przy tropieniu bandytów – portal śledczy Bellingcat właśnie udostępnił dane rosyjskiego zespołu odpowiedzialnego za organizowanie prawie codziennych ataków rakietowych na Ukrainę. Dochodzenie Bellingcat trwało przez wiele tygodni, w jego ramach nie tylko zhakowano korespondencję osobistą trzydziestu podwładnych gen. majora Roberta Baranowa, ale prześledzono ich całościową aktywność w sieci, w tym zwyczaje zakupowe. To nie pierwsza tego typu akcja Bellingcata – czekamy na więcej.

Graf. Bellingcat

A na koniec kilka ważnych oraz mniej istotnych, ale i tak sprawiających radość informacji – zebranych do kupy, gdyż warto, by Wam nie umknęły.

W Wilnie zaczyna się szczyt NATO. Nie jest to pierwsze spotkanie sojuszników, zorganizowane w kraju będącym niegdyś częścią ZSRR, ale dziś, w dobie konfrontacji z Zachodem, ten prztyczek w noesowiecki nos musi boleć wyjątkowo mocno. Stąd biorą się powtarzane od wielu dni – nie tylko przez wiecznie pijanego lub skacowanego miedwiediewa – nuklearne groźby Moskwy.

W trakcie przedszczytowych negocjacji dogadano się w sprawie członkostwa Szwecji – Turcja nie staje już okoniem.

Ta sama Turcja zapowiedziała też, że zamierza zagwarantować bezpieczną żeglugę ukraińskich statków ze zbożem siłami własnej marynarki wojennej. A to tylko jeden z policzków wymierzonych przez Erdogana putinowi – kolejnym jest zwolnienie w ostatni weekend internowanych w Turcji dowódców Azowa. Przypomnijmy, rosjanie wzięli ich do niewoli w maju zeszłego roku, we wrześniu przekazali Turkom, pod warunkiem, że oficerowie pozostaną w Ankarze do końca wojny. No więc w niedzielę Wołodymyr Zełenski – po spotkaniu z tureckim prezydentem – osobiście odebrał przetrzymywanych wojskowych. W rusnecie płaczą nad tym do teraz.

Lepiej poinformowani rosjanie płaczą nad sytuacją „obrońców Bachmutu” (po ichniemu Artiomowska) – oto bowiem ukraińska armia zyskała nad miastem kontrolę ogniową. Oskrzydlanie miejscowości przez ZSU trwa, scenariusz utraty wyszarpanej przez moskali z tak wielkim trudem twierdzy staje się coraz bardziej realny. Dowódcom rosyjskim brakuje wagnerowców, rzuceni w ich miejsce czeczeńcy – zaprawieni w terroryzowaniu ludności cywilnej, strzelaniu do wycofujących się rosjan i rozstrzeliwaniu krzaków pod filmy z Tik-Toka – wczoraj dostali wciry. Oczywiście kadyrowcy chwalą się zniszczeniem kilkunastu ukraińskich czołgów, w tym abramsów (których w Ukrainie jeszcze nie ma…), no ale nikt rozsądny nie bierze tego na poważnie. Tak czy inaczej, rosjanie mają problem i czeczeńcami go nie rozwiążą.

Mają też – prawdopodobnie – kolejnego generała mniej. Ukraińskie źródła podają, że w Berdiańsku zlikwidowano grupę rosyjskich oficerów, w tym zastępcę dowódcy Południowego Okręgu Wojskowego gen. Olega Cokowa. Do potwierdzonego przez rosjan ataku na zapasowe stanowisko dowodzenia 58. Armii użyto rakiet Storm Shadow. Na razie informacja ma status „do weryfikacji”, zwłaszcza że sam Cokow już raz został „zabity” w tej wojnie. Bo i rzeczywiście raniono go we wrześniu 2022 roku w okolicy Swatowa, ale przeżył i po rekonwalescencji w rosji wrócił na front.

Tymczasem na zapleczu frontu Ukraińcy zniszczyli rosyjski system S-400 Triumf. Nie pierwszy to zestaw przeciwlotniczy i nie ostatni puszczony z dymem – rzecz w tym, że triumfy to takie „anałoga-w-miru-niet” i przykład rosyjskiej „supertechniki”. Szukając adekwatnej sytuacji po drugiej stronie – to tak, jakby moskalom udało się zniszczyć patriota. Zdjęcia rozbebeszonego S-400 latają po branżowym internecie. Jak trzeźwo zauważył jeden z analityków, warto się im przyjrzeć, bo za jakiś czas użyją ich rosjanie, jako dowód, że zniszczyli kolejny ukraiński zestaw OPL, na przykład (starszy, ale wizualnie podobny) pozyskany ze Słowacji S-300. Propagandziści Kremla mają bowiem hopla na punkcie sprzętu przekazywanego Ukrainie przez kraje NATO. Zniszczony – realnie czy nie – ma w ich oczach rangę super-fetyszu. Kilka dni temu skarpetkosceptycy, w tym ich lokalne odmiany, piali z zachwytu nad filmikiem przedstawiającym płonący eks-polski czołg Twardy. Zniszczona 30-letnia maszyna to istotnie niezłe osiągnięcie jak na drugą armię w Ukrainie.

A propos polskich podarków – w weekend „Wall Street Journal” ujawnił, że Polska przekazała niedawno Ukrainie „tuzin” śmigłowców bojowych Mi-24. Po prawdzie chodziło o 10 maszyn, które dołączyły do wcześniej podarowanych „hokejów” – 10 macedońskich i czterech czeskich. To duże wsparcie dla ZSU, które pozwoliło skompensować dotychczasowe straty w tym zakresie. Co więcej, Czesi zapowiadają kolejne dostawy Mi-24/35 (a mają ich jeszcze kilkanaście). I tak „najpiękniejsze śmigłowce świata” z przytupem odchodzą na emeryturę.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Kapitan Stanisław Rżycki/fot. MOFR

„Zamach”

Władze rosji twierdzą, że dziś w nocy doszło do ataku dwóch ukraińskich dronów na Kreml. Kijów wypiera się odpowiedzialności za incydent, Moskwa publikuje filmik, na którym widać eksplozję tuż nad jedną z kremlowskich wież.

„Działania te traktujemy jako planowany akt terrorystyczny i zamach na prezydenta, przeprowadzony w przededniu dnia zwycięstwa, parady 9 maja, na której planowana jest również obecność gości zagranicznych. W wyniku tego aktu terrorystycznego prezydent nie został ranny. Harmonogram jego pracy nie uległ zmianie, toczy się jak zwykle. Strona rosyjska zastrzega sobie prawo do podjęcia działań odwetowych tam, gdzie i kiedy uzna to za stosowne” – czytamy w oświadczeniu, pod którym podpisał się pieskow, rzecznik putina.

Nie podejmę się jednoznacznej oceny, czy mamy do czynienia z rzeczywistym ukraińskim atakiem czy z rosyjską prowokacją. Chciałbym tylko zauważyć, że prezydent Wołodymyr Zełenski przebywa w Finlandii i zwyczajnie nie chce mi się wierzyć, by pod jego nieobecność przeprowadzono tak spektakularną akcję. Teoretycznie zamach mógłby spowodować gwałtowną reakcję rosjan – żaden odpowiedzialny głównodowodzący nie ryzykowałby nieobecności w kraju w takim momencie. Oczywiście, możemy rozważać, na ile odpowiedzialny jest Zełenski – ale dla mnie to puste dywagacje (ten facet nie musi już nikomu niczego udowadniać – że tak to ujmę). Można też zastanawiać się, czy głowa ukraińskiego państwa sprawuje realną kontrolę nad wszystkimi swoimi służbami (czy ktoś przypadkiem – z różnych pobudek – nie działał za jego plecami)? Dopuszczam taki scenariusz jako możliwą hipotezę, na poparcie której nie dysponuję żadnymi informacjami.

Gwoli rzetelności trzeba jednak zauważyć, że na ten moment Ukraińcy mają mnóstwo propagandowych korzyści z tego, co wydarzyło się nad Kremlem. Bo choć drony zestrzelono, stało się to w ostatniej chwili, czyli możemy mówić o blamażu moskiewskiej OPL. I państwa rosyjskiego, i armii rosyjskiej jako takich – skoro wrogie obiekty latające były w stanie znaleźć się w TAKIM miejscu.

A może im na to pozwolono? Co rosjanie mogliby zyskać na prowokacji? Pierwsze, co przychodzi do głowy, to pretekst do użycia ekstraordynaryjnych środków przeciwko Ukrainie. Brzmi to logicznie do czasu, gdy uświadomimy sobie, że pula rosyjskich działań została w zasadzie wyczerpana. W wymiarze konwencjonalnym Moskwa nie dysponuje już niczym, czym mogłaby „ukarać” Ukraińców i przestraszyć świat. Nadal wisi w powietrzu opcja jądrowa, ale jej prawdopodobieństwo jest nawet niższe niż kilka miesięcy temu – po tym, jak Chiny dały rosji do zrozumienia, wprost, że nie życzą sobie atomowej eskalacji.

Prędzej uwierzę w to, że celem mogłaby być dalsza konsolidacja rosyjskiego społeczeństwa wokół władzy, przeciwko Ukrainie i Zachodowi, wsparcie dla „świętej wojny”, tym świętszej, skoro tamci atakują TAKIE symbole. „Chcieli nam zabić prezydenta!?”. Przecież to może wkurzyć także rosyjskich putinosceptyków…

Nie da się też wykluczyć, że atak to sposób na zagospodarowanie lęków samego putina. Dobrze wiemy, jakim jest tchórzem, publicznie wystąpienie 9 maja może mu „nie leżeć”. Ryzyko „zamachu terrorystycznego” to sensowne wytłumaczenie absencji czy wręcz zwinięcia całej tej żałosnej parady.

Długo można by prowadzić takie rozważania. W gruncie rzeczy to nieistotne, kto przeniósł wojnę nad Kreml – czy zuchwali Ukraińcy czy podstępni rosjanie. Sam fakt, że w sercu rosji wybuchają drony, jest symbolicznie nie do przecenienia. Najlepiej dowodzi, jak srogą porażką okazała się tzw. specjalna operacja wojskowa.

PS. Skarpetkosceptycy piszą o „próbie zamachu”, o „terroryzmie”, o „niegodnym sposobie prowadzenia wojny”. Załóżmy na chwilę, że ataku rzeczywiście dokonali Ukraińcy, i że było to coś więcej niż demonstracja siły. Niech będzie, że zamierzali zabić putina. Tym, których to oburza, chciałbym przypomnieć o dwóch udaremnionych dzięki Amerykanom próbach zamachu na prezydenta Zełenskiego, podjętych tuż przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji. Kali mógłby się wreszcie nauczyć, że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Niehumanitaryzm

Podczas walk w obwodzie mikołajowskim w lutym i marcu zeszłego roku, rosjanie ponieśli spore straty. Stolicy obwodu nie zajęli, wypchnięto ich w stronę Chersonia (który trzymali przez ponad osiem miesięcy). Wycofujące się oddziały nie zbierały zabitych, mieszkańcy gminy Szewczenkowe znaleźli blisko setkę ciał.

– Nasi złożyli je w jednym miejscu, wojsko dało znać rosjanom, żeby zabrali swoich poległych – relacjonował Oleh Pilipienko, wójt gminy Szewczenkowe. Tej części opowieści mężczyzna nie znał z własnego doświadczenia – w połowie marca ub.r. został pojmany przez rosjan i spędził w niewoli trzy kolejne miesiące. – Moskale kazali naszym iść w diabły, ludzie więc chwycili za łopaty i wygrzebali dół, w którym złożono ciała. Trzeba było się śpieszyć, bo większość zwłok już się psuła, no i to niehumanitarne nie pochować zmarłych.

Przytaknąłem. Elementarny szacunek dla ciał zabitych to dla mnie oczywista oczywistość.

– Nieprawdopodobne – rzekłem zaraz. – Jak można zostawiać swoich poległych? – byłem oburzony. Wtedy, podczas spotkania z Olehem, jak i wcześniej, na początku inwazji, gdy z Ukrainy docierały coraz liczniejsze dowody na to, że rosjanie mają gdzieś, co się będzie działo z ciałami ich poległych. Lata pracy na wojnach prowadzonych przez zachodnie armie nauczyły mnie, że „nikt nie zostaje”, że owa fraza wcale nie jest filmowym wymysłem, a praktyką, do której przykłada się ogromną wagę.

– No latem albo coś się u nich zmieniło, albo zorientowali się, że wśród pochowanych był ktoś z jakiegoś powodu ważny. I upomnieli się o te ciała – mówił Pilipienko. – Więc je wykopaliśmy – mężczyzna uśmiechnął się smutno. – Lepiej późno niż wcale – skwitował tę osobliwą rosyjską troskę.

—–

Oleha spotkałem pod koniec marca, wspominam tę opowieść dziś, bo dobrze ilustruje szerszy problem, jakim jest rosyjski niehumanitryzm. Ta postawa ma rozmaite oblicza – stosunek do ciał poległych towarzyszy jest jedną z nich, inną brutalność w odniesieniu do jeńców. W historii Oleha odnajdujemy ślady obu tych praktyk – mężczyzna brał udział w prowadzonym po niewczasie przekazaniu ciał, a wcześniejszy pobyt „u rosjan” kosztował go mnóstwo zdrowia („wróciłem jako szkielet…” – przyznał w pewnym momencie).

18 kwietnia trochę niezauważenie przeszła przez media informacja udzielona przez Wołodymyra Zełenskiego.

„Od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na pełną skalę 24 lutego 2022 roku Ukraina sprowadziła z rosyjskiej niewoli 2235 jeńców wojennych” – ujawnił prezydent. W dalszej części komunikatu mowa była o 130 ukraińskich jeńcach, którzy wrócili do domu w prawosławną Wielkanoc. „Żołnierze, personel marynarki wojennej, pracownicy Państwowej Służby Transportu Specjalnego, straży granicznej i gwardii narodowej” – wyliczał Zełenski. „10 kwietnia uwolniono kolejnych 100 Ukraińców, w tym 80 mężczyzn i 20 kobiet. Prawie połowa jeńców zwolnionych 10 kwietnia odniosła poważne obrażenia, cierpiała na choroby lub była torturowana”.

Ot, lapidarny zapis dramatu.

—–

Również 18 kwietnia Ołeh Kotenko, pełnomocnik do spraw osób zaginionych w szczególnych okolicznościach, podał informację dotąd pilnie strzeżoną przez Ukraińców. Mogliśmy w niej przeczytać, że „ponad 7 tys. ukraińskich żołnierzy uważa się za zaginionych, ponad połowa z nich najpewniej jest w rosyjskiej niewoli”.

Do tej pory można było – biorąc pod uwagę wielkość zaangażowanych potencjałów oraz intensywność walk – co najwyżej szacować liczbę przetrzymywanych przez rosjan żołnierzy ZSU. Zwykle mówiło się o „kilku tysiącach” jeńców (4-8 tys.), podkreślając, że rosjanie najbardziej „obłowili się” po kapitulacji Azowstalu, biorąc jednorazowo aż 2,5 tys. więźniów. Przy czym wszyscy znani mi eksperci twierdzili, że istnieje spora asymetria w liczbie przetrzymywanych przez obie strony wojskowych – że w Ukrainie jest mniej jeńców rosyjskich niż ukraińskich w rosji. Kijów nie podaje konkretnych danych dotyczących wziętych do niewoli rosjan. Czynił to na początku inwazji – wówczas średniotygodniowo w ukraińskie ręce oddawało się stu żołnierzy federacji. Władze Ukrainy zapewniają, że druga strona wie o wszystkich swoich jeńcach, podkreślając brak rosyjskiej transparentności (rosja faktycznie nie współpracuje w tym zakresie z ONZ), konkretnych danych jednak upubliczniać nie zamierzają. Szacuje się, że na terenie Ukrainy przebywa około 2 tys. rosyjskich jeńców.

Wróćmy do wspomnianych 7 tys. zaginionych żołnierzy ZSU. Jeśli ponad połowa jest w niewoli, to co stało się z resztą? Część poległa, a ich ciała (groby) znajdują się na terenach zajętych przez okupanta. Część to dezerterzy, zarówno ci, którzy przeszli na drugą stronę oraz tacy, którzy ukrywają się gdzieś w Ukrainie bądź udało się im z niej wydostać. W tej kategorii mieszczą się także maruderzy – pojedyncze osoby lub całe grupy uzbrojonych dezerterów, trzymających się strefy przyfrontowej i żyjących z rabunku. Ukraińskie media i władze nie donoszą o takich przypadkach, ale gwoli rzetelności warto odnotować, że to zjawisko typowe dla wojennej rzeczywistości.

—–

Co zaś się tyczy sygnalizowanej przez prezydenta brutalności – więcej uwagi poświęcił jej Dmytro Łubinec, ukraiński rzecznik praw człowieka.

– 86 proc. jeńców, którzy wrócili z rosyjskiej niewoli, potwierdziło, że dopuszczano się wobec nich bezpośredniej przemocy fizycznej – mówił podczas audycji w portalu Ukraińska Prawda. – Ujawniony przed kilkoma dniami materiał wideo, na którym widać, jak rosjanie ścinają bezbronnego ukraińskiego jeńca, nie jest niestety jedyną taką historią. Dysponujemy kilkudziesięcioma nagraniami ukazującymi ścięcie głowy, a także między innymi obcinanie kończyn, organów płciowych, nosa, uszu, kości palców. Są to treści nagrane i udostępnione w sieci przez rosyjskich wojskowych.

W ocenie rzecznika, sprawcom zbrodni i osobom odpowiedzialnym za ich nagłaśnianie (wszak to nie muszą być te same osoby), przyświecają cztery cele:

– podtrzymanie antyukraińskiej histerii w rosyjskim społeczeństwie poprzez ukazanie Ukraińców jako podludzi i tym samym wzbudzenie wobec nich jeszcze większej nienawiści;

– ostrzeżenie ukraińskich wojskowych przed konsekwencjami trafienia do rosyjskiej niewoli („lepiej więc nie walczcie…”);

– zmotywowanie własnych żołnierzy do walki do końca w obawie przed odwetem przeciwnika (co może być najważniejszą odpowiedzią na pytanie, dlaczego rosjanie poddają się rzadziej niż Ukraińcy);

– uniemożliwienie sprawcom zbrodni ewentualnej dezercji w wyniku ujawnienia makabrycznych nagrań („jesteście spaleni, lepiej zatem nie uciekajcie”).

—-

„No dobrze, ale Ukraińcy nie są lepsi” – czytam tu i ówdzie. Koronnym argumentem jest zwykle materiał filmowy z jesieni zeszłego roku, zarejestrowany w Makijewce. Widzimy na nim śmierć kilkunastu składających broń rosyjskich żołnierzy, do których Ukraińcy otwierają ogień. „To potwierdza zbrodniczą istotę obecnego kijowskiego reżimu na czele z Zełenskim oraz tych, którzy go bronią i popierają” – grzmiało rosyjskie ministerstwo obrony. Tamtejsza komisarz praw człowieka (skądinąd emerytowana generał policji…) tatiana moskalkowa zwróciła się z kolei z żądaniem „osądzenia zbrodni” do Rady Europy, ONZ, Europejskiego Komitetu Zapobiegania Torturom i OBWE.

Tymczasem z analizy filmu wynika, że głównym winowajcą był… rosyjski żołnierz, który tylko udawał, że się poddaje i jako pierwszy zaczął strzelać do Ukraińców.

Pozwólcie, że posłużę się opisem wydarzenia za „Rzeczpospolitą”:

„Na jednej z posesji, w parterowym budynku gospodarczym, za głównym budynkiem mieszkalnym, Ukraińcy wykryli rosyjskich żołnierzy. Strzelec natychmiast wycelował karabin maszynowy w stronę wyjścia, wezwano Rosjan do poddania się. Ci zaczęli wychodzić pojedynczo, co najmniej dziesięciu z podniesionymi rękoma. Ale gdy Ukraińcy zaczęli wołać: „Gdzie jest oficer? Jest tu jakiś oficer? Kto dowodzi” z budynku wyskoczył żołnierz (być może był to właśnie dowódca) i zaczął strzelać.

Pierwszą ofiarą strzelaniny został ukraiński żołnierz nagrywający zdarzenie (został ciężko ranny lub zabity). Ukraiński kaemista i pozostali żołnierze otworzyli gwałtowny ogień. Rosyjski żołnierz, który sprowokował strzelaninę prawdopodobnie przeżył, ciężko ranny – tak przynajmniej twierdzą Ukraińcy. Zginęli za to wszyscy, którzy wcześniej wyszli z budynku”.

Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, gdyby na miejscu Ukraińców byli Polacy, Brytyjczycy czy Amerykanie, rosjan spotkałby ten sam los. RoE (ang. Rules of Engagement, dosłownie „zasady zaangażowania”, we właściwym tłumaczeniu „zasady otwarcia ognia/użycia broni”), nie pozostawiają tu żadnych złudzeń – branie do niewoli przeciwnika, zwłaszcza gdy przyszłych jeńców jest więcej niż żołnierzy, którzy mają ich ująć, uchodzi za procedurę wyjątkowo ryzykowną, wymagającą nadzwyczajnej czujności i „palca na spuście”. Jakiekolwiek niezrozumiałe ruchy wroga należy traktować jako zagrożenie i z miejsca na nie reagować. Tak, by przede wszystkim samemu przeżyć. W opisanym przypadku nie było zatem żadnej zbrodni wojennej, ba, to fałszywe poddawanie się jest uznawane za przestępstwo wojenne…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zniszczony dom w Posad-Pokrowskie. W obliczu takich widoków, rosyjskie argumenty o ataku na Ukrainę z pobudek humanitarnych, brzmią jak jeszcze bardziej ponury żart…/fot. Marcin Ogdowski