Foto-impresje

… czyli notatnik z podróży po Ukrainie.

Z powodów technicznych nie prowadziłem relacji na blogu, ale na bieżąco udzielałem się na Facebooku. Uzupełniam wpisy post factum, dla zapewnienia ciągłości narracji.

26 września, rano

Zapisek z pociągu do Odesy.

Na dworcu we Lwowie rodzina dwa plus trzy wracająca z krótkiego urlopu w zachodniej Ukrainie. W przedziale młoda dziewczyna, jadąca na spotkanie z chłopakiem. Nad ranem budzi mnie jej rozmowa – wyszła na korytarz, ale i tak słyszę, jak ruga gościa, bo zapił i nie będzie w stanie jej odebrać. Gdy odtrąbiamy koniec spania, Darek, współtowarzysz podróży, idzie organizować coś do picia. Poprosiłem o herbatę, prowadnik każe wybierać między zieloną, czerwoną i czarną.

Czuję się, jakbym jechał na wakacje w starych dobrych czasach. Tyle zwyczajnych sytuacji i zwykłych wyborów.

A jednak nie są to dobre czasy, bo jeszcze we Lwowie czytam o rosyjskich bombowcach, które znów lecą nad Morze Kaspijskie – a więc najpewniej będzie nalot. A tuż przed wejściem do pociągu przychodzi wieść, że skurwysyny właśnie ostrzelały Odesę.

Wojna trwa, życie toczy się dalej.

Nz. Wziąłem czornyj czaj.

26 września, wieczór

Emanacja życia.

Plaża w Odesie. Dziewczęta robią sobie sesję. Za pięć godzin godzina policyjna, za siedem, może osiem, na pobliski port znów spadną szahidy.

A rano plaża ponownie wypełni się ludźmi.

Bo życie MUSI toczyć się dalej.

27 września

Komu w drogę, temu czas. Karetki, medykamenty, chemia, elektronika i… elektryczne rowery dla pracowników socjalnych – wszystko to jedzie do Chersonia.

Organizatorem konwoju jest Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).

28 września, rano

Posad Pokrowskie.

Idzie nowe, idzie odbudowa. Powoli, baaardzo powoli. Na razie rumowisko otoczono płotem. Rozebrano kilka zniszczonych budynków, zaczęło się murowanie fundamentów. Ale bez saperów ani rusz, bez ich ciężkiego sprzętu potrzebnego na froncie.

Więc mieszkańcy pokornie czekają – żyjąc w ruinach lub modułowych tymczasowych domkach – ale nadziei w nich jakby trochę mniej. Na szczęście jest humor, choć czarny jak diabli, do spodu oczyszczający.

– Fundament? Eee… – macha ręką kobieta w sklepie. – Zaraz będą musieli rozebrać, żeby poprawić – śmieje się głośno.

Ps. Dziś pracuję w podchersońskich wioskach, gdzie Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej rozdaje pomoc powodzianom.

28 września, popołudniu

Zahorianiwka od ponad miesiąca nie ma bieżącej wody.

– Przyjechały służby, zbadały, okazało się, że w wodzie jest rakotwórczy arsen. Stężenie siedem razy wyższe od normy – mówi Nadieja (boże broń Nadieżda! – zastrzega na wstępie).

Nie bardzo wiadomo, jak metal ciężki dostał się do ujęcia wody. Dla miejscowych jest oczywiste, że to skutek przerwania tamy na Kachowce i tego, że fala zabrała ze sobą mnóstwo zanieczyszczeń (choć samej osady nie zalała).

– Przed okupacją wodę badano raz na trzy miesiące, wszystko z nią było w porządku – zapewnia Nadieja.

Lokalny samorząd dostarcza wodę techniczną beczkowozami, wodę do picia organizują wolontariusze. Budowa nowego ujęcia to koszt rzędu 1,5 mln hrywień (ok. 190 tys zł). Dla 130 osob, które zostały we wiosce, państwo takiego kosztu nie poniesie.

– Są ważniejsze wydatki – moja rozmówczyni uśmiecha się smutno.

Brutalna, wojenna ekonomia.

28 września, wieczorem

„W związku z tym, że putin to (wiadomo co), sklep otwarty tylko między 8.30 a 10.30″, informuje kartka naklejona na drzwiach. Uśmiecham się na jej widok; uwielbiam tę ukraińską niezłomność w jej szyderczej odsłonie.

„W związku z tym, że putin to (wiadomo co)…”, nieopodal Komyszanów rozciągają się rosyjskie pozycje. Diabły stoją za rzeką i regularnie walą z artylerii. Był czas, przed powodzią, że sklep dzieliło od nich ledwie 800 metrów.

„W związku z tym, że putin to (wiadomo co)…”, jego moździerzyści biorą na cel wybitnie wojskowe obiekty. Jak dom z drugiego zdjęcia, zdemilitaryzowany latem. Akurat był pusty, więc tym razem nikogo draniom zabić się nie udało.

„W związku z tym, że putin to (wiadomo co)…”, na pobliskim cmentarzu przybywa grobów. Śmierć pod ostrzałem to nie tylko żołnierski los – w Komyszanach tak giną cywile, na przykład w drodze do sklepu, otwartego „tylko między 8.30 a 10.30”.

„W związku z tym, że putin to (wiadomo co)…”, u Marii na posesji wylądował pocisk. Zniszczył przedsionek i kawał kuchni. Stało się to w maju, do dziś – dzięki sąsiedzkiej pomocy – szkody udało się naprawić.

– Mario, mogę Wam zrobić zdjęcie i o Was napisać? – pytam.

– Zrób. I opowiedz ludziom, co oni, rosjanie, z nami Ukraińcami robią. Może ktoś będzie wiedział, dlaczego i za co.

Może „W związku z tym, że putin to (wiadomo co)…”? Na pewno tak, ale nie tylko. Bo ostatecznie to nie putin wkłada granaty do moździerzowych luf…

29 września

Antona Jefanowa (na zdjęciu) poznałem w marcu tego roku. Właśnie wrócił z terenu, gdzie nadzorował prace energetyków przywracających prąd na przedmieściach Chersonia. Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) współfinansowało wówczas część wynagrodzeń dla elektryków, Ania, szefowa misji, przymierzała się do kolejnych projektów. Z Antonem więc pogadać należalo, a że chłop zalatany, „wstępniak” odbył się na parkingu.

– Aha, uważajcie – rzekł na koniec Jefanow. Wiedział, że i my jedziemy do naddnieprzańskich wiosek, spotkać się z pracującymi ekipami. – Tamci ciągle strzelają, kilka minut temu pocisk walnął tak blisko naszego auta, że aż szyby poszły – mówił to tak, jak gdyby wybijane falą uderzeniową szkło było oczywistym elementem urzędniczej codzienności. Ścisnął nam dłonie i tyle go widziałem – pobiegł do następnej roboty.

Anton jest dziś zastępcą szefa wojskowej administracji Chersonia. Przed inwazją odpowiadał za pomoc społeczną, obecnie ma dużo więcej obowiązków, do których należy również współpraca z organizacjami humanitarnym. Ta ostatnia forma działalności jest w tej chwili uporządkowana i sformalizowana, ale zaczęła się za okupacji, od pracy w warunkach konspiracyjnych.

– rosjanie nie dostarczali do miasta niezbędnych medykamentów, ba, swoje mają fatalnej jakości, więc co tylko mogli to rozkradli, nie przejmując się potrzebami cywilów – wspomina. – Mój departament opiekował się kilkuset schorowanymi, starszymi osobami, które bez leków po prostu by poumierały. Na szczęście mieliśmy Internet i kontakty w Polsce. Zamawiałem, co było potrzebne, nikt mi nigdy niczego nie odmówił. Z Chersonia można było wyjechać i do niego wrócić. Nie było to bezpieczne, bo rosjanie na blok postach kradli i bili, ale ochotników nie brakowało. I to oni przywozili do miasta kupione w Polsce lub za zebrane przez Polaków pieniądze leki.

– Kto je roznosił potrzebującym w mieście?

– Hahahaha – Anton uśmiecha się szelmowsko. – Ulicą jeździły rosyjskie tigry, a ja biegałem z kontrabandą. Z witaminami znaczy – dodaje, jeszcze szerzej się uśmiechając. Odcięta od zachodnich technologii rosja ma poważne problemy z zaopatrzeniem aptek i szpitali. Konfiskowanie medykamentów było więc także elementem rutynowych działań okupantów. Wspomniani przez Antona ochotnicy znaleźli na to sposób – przekładali specjalistyczne leki w torebki po witaminach. Witamin nie konfiskowano, bo tych akurat w rosji nie brakuje. – I tak się to kręciło aż do wyzwolenia.

– Nadal się kręci – mam na myśli współpracę polsko-ukraińską. – Mimo dużej polityki…

– Marzy mi się, byśmy mogli robić swoje niezależnie od polityków – mówi Jefanow. – Polska i Polacy to jedni z naszych największych donatorów. Dziękowałem, dziękuję i będę wam za to dziękował.

30 września-1 października

Ten tekst ukazał się na łamach portalu Interia.pl (stąd odmienny od przyjętej na blogu praktyki zapis rosjan i rosji).

W Ukrainie alarm przeciwlotniczy ogłaszany jest tradycyjnie – poprzez wycie syren – ale istnieje też cyfrowa „nóżka” systemu. Są dedykowane aplikację, usługę – dla telefonów z włączoną lokalizacją – oferuje Google. Gdy przebywasz w zagrożonym rejonie, dostajesz powiadomienie.

Przespana bitwa

Syren – jakkolwiek dojmujących i złowieszczych – po jakimś czasie zwyczajnie się nie słyszy. Tak często się włączają i tak rzadko ma to związek z realnym zagrożeniem – rzeczywistym atakiem, przeprowadzonym w konkretnym miejscu. Dla Ukraińców po półtorej roku wojny to oczywista-oczywistość, ale w Polsce taki stan rzeczy – owo „niesłyszenie” – może dziwić. W naszych potocznych wyobrażeniach o Ukrainie często zapominamy, jak rozległy jest to kraj. Umyka nam też świadomość, że nawet w wojnie o wysokiej intensywności, większość zaangażowanego w konflikt państwa nie jest objęta działaniami zbrojnymi. Tak czy inaczej, zobojętnienie (na alarmy, zwane z ukraińska „trwogami”), dotyczy też powiadomień telefonicznych.

Pod koniec września trzy noce spędziłem w Mikołajewie. Pierwszego wieczoru słyszałem latające nad miastem odrzutowce, ale chyba nie miało to związku z tym, co działo się nieco później. A później miasto zaatakowały drony – kupowane przez Rosjan w Iranie szahidy – przyleciało też kilka rakiet. Nic nie słyszałem; znajomi śmiali się, że przespałem bitwę. Bitwa czy nie, rzeczywiście spałem mocno.

Tak jak następnej nocy.

W trakcie tej trzeciej usłyszałem syrenę, ale to nie ona mnie obudziła. Alert przyszedł na telefon, telefon mam skonfigurowany z zegarkiem; wibracje na nadgarstku przerwały sen. O 2:47.

Przerwały na chwilę, bo większość alarmów jest na wszelki wypadek, więc po czymś takim idzie się dalej spać. Lub śpi nie usłyszawszy „trwogi”.

Tymczasem wspomnianej trzeciej nocy na Mikołajów spadły cztery szahidy. Gdybym nie znał lokalnych uwarunkowań, uznałbym tę informację za bujdę. Bo byłem na miejscu, a nic nie słyszałem. To tak a propos „całej prawdy”, o „wojnie, której nie ma”.

Tytułem uzupełnienia tej części tekstu – gdy nadlatują rakiety S-300, przeciwlotnicze, wykorzystywane w trybie ziemia-ziemia, w Charkowie – z uwagi na bliską odległość od rosyjskiej granicy – syreny włączają się dopiero po pierwszej eksplozji. W nocy z 30 września na 1 października w mieście doszło do trzech eksplozji. Ta pierwsza była na tyle głośna, że tym razem nie przespałem ataku…

Atomowy mit

„Gdybyśmy mieli broń strategiczną, Rosja nie odważyłaby się nas zaatakować”, to argument, z którym na co dzień można się zetknąć w Ukrainie. Czy racjonalny?

Faktem jest, że memorandum budapesztańskie z 1994 roku zobligowało Ukrainę do przekazania tego rodzaju uzbrojenia Rosji. W zamian Moskwa zobowiązała się uszanować integralność terytorialną południowego sąsiada, a gwarantem porozumienia były USA i Wielka Brytania. Co z tego wyszło, pisać nie trzeba.

Ale. Ale mitem jest, że Ukraina – jako państwo/armia – kiedykolwiek miała do dyspozycji głowice jądrowe. Po 1991 roku, rozpadzie ZSRR, sporo ich zostało na terytorium dawnej sowieckiej republiki, tym niemniej pieczę nad arsenałem sprawowały oddziały dawnej armii radzieckiej, które nie wypowiedziały posłuszeństwa Moskwie. Problemem – rozstrzygniętym na skutek porozumień w Budapeszcie – był tylko transfer tych środków bojowych do Rosji. Zatem opowieści Ukraińców o tym, że „jak mielibyśmy atomówki to…”, należy traktować w kategoriach marzeń ściętej głowy…

Ale. Ale nośniki broni strategicznej – jak na przykład bombowce Tu-95 czy Tu-160 – Ukraińcy owszem mieli. I amunicję o strategicznym znaczeniu – jak dalekonośne pociski manewrujące, zrzucane z tychże samolotów – również. Amunicję wyposażoną w konwencjonalne głowice, lecz i tak groźną. Dziś takie rakiety pozwoliłyby atakować cele w głębi Rosji, nawet na odległość do 2,5 tys. km. Co de facto oznaczałoby, że większość najwartościowszych elementów rosyjskiej infrastruktury militarnej i przemysłowej byłaby w zasięgu armii ukraińskiej. Nie wiem, czy odstręczyłoby to Moskali od inwazji, ale z pewnością spotęgowałoby ich straty, co ostatecznie mogłoby wojnę zakończyć.

Oczywiście, bombowce i arsenały rakiet byłyby dla Rosjan celem numer jeden. Otwartym pozostaje pytanie, czy Ukraińcom udałoby się uchronić cenny sprzęt przed atakami. Po 24 lutego 2022 roku zręcznie rozśrodkowali lotnictwo, ale prościej jest ukryć stosunkowo nieduże migi czy suchoje, trudniej byłoby z ogromnymi tupolewami. Kolejne pytanie wiąże się z możliwościami ukraińskiego budżetu oraz polityczną wolą dla utrzymania sił strategicznych. Są one koszmarnie drogie, a między 1991 a 2014 rokiem wojsko nie było – najoględniej rzecz ujmując – priorytetem dla ukraińskich władz. I oligarchów, a więc władzy nieformalnej. Ci bowiem obawiali się armii jako atutu któregoś z biznesowych konkurentów, wszyscy więc dążyli do jej osłabienia, traktując to jako element stabilizacji systemu oligarchicznego.

Poza tym, że otwarte, są oba pytania czysto akademickie, bo w rzeczywistości miażdżącą większość samolotów i wszystkie pociski Kijów odesłał Moskwie. Okrutnym zrządzeniem losu teraz te rakiety (dokładnie te…), zrzucane także przez niegdyś ukraińskie samoloty, spadają na ukraińskie miasta. A nieliczne nieoddane Rosjanom tupolewy – jak Tu-95 i Tu-160 ze zdjęcia – niszczeją na jednym z lotnisk. Bez szans, że kiedykolwiek wezmą udział w wojnie…

1 października

Charków, cmentarz na południu miasta.

Utonąć można w morzu tych flag, morzu ludzkiego nieszczęścia. I jeszcze ten przejmujący łopot (film pod linkiem).

Taka jest cena…

2 października

Ruskie Tiszki, wioska na północ od Charkowa, nieopodal granicy z federacją. Przez trzy miesiące okupowana przez rosjan, potem regularnie ostrzeliwana przez ich artylerię. Także z użyciem pocisków z białym fosforem.

– Miałam dom, całe 74 metry. Przyleciała rakieta z rosji i nie mam domu – Halina wzrusza ramionami.

68-letnia kobieta mieszka teraz w budynku gospodarczym. Grad, który zniszczył domostwo, uszkodził też dach szopy – ale ten udało się naprawić.

Idzie zima. W podobnej sytuacji są rzesze Ukraińców z terenów charkowszczyzny. Wyzwoleni od rosjan, ale wciąż zmagający się z ich „dziedzictwem”…

3 października

Niedziela była dniem, kiedy mogliśmy trochę odpocząć. Michał, nasz gospodarz, zaproponował popołudniowy wypad nad podcharkowskie jezioro. Pierwszy dzień października był przepiękny, iście letni; należało z tego skorzystać.

Tyle że droga nad wodę wiodła koło cmentarza.

Wypatrzyłem z auta skupisko flag i poprosiłem Michała, byśmy zjechali. Chciałem na własne oczy zobaczyć, jak wyglądają kwatery poległych żołnierzy. I zobaczyłem…

I zobaczyłem kilka pogrzebów w dwóch obrządkach – prawosławnym i katolickim. Nabożeństwo ekumeniczne w intencji chłopców, którzy oddali życie.

I zobaczyłem zapłakane matki, ojców, żony, siostry, braci i dzieci. Mundurowych odwiedzających poległych kompanów. Setki osób, które tego dnia pojawiły się na grobach bliskich.

I zobaczyłem kieliszki z wódką, talerzyki z chlebem i słodyczami, poustawiane na pomnikach i kopczykach. Symboliczne poczęstunki dla zmarłych.

I zobaczyłem ich zdjęcia zdobiące nagrobki. I tabliczki z datami urodzin i śmierci. Tylu dwudziesto-dwudziestoparolatków. Kończę dziś 47 lat; dla większości z tych chłopaków mógłbym być ojcem. Jestem ojcem, więc łatwo mi wyobrazić sobie ból po stracie.

I wyobraziłem go sobie.

A potem Aśka na szybko policzyła rzędy mogił i wyszło nam, że flagi powiewały nad mniej więcej tysiącem grobów. Tysiąc poległych na jednym cmentarzu, w jednym tylko mieście.

I zobaczyłem kolejne jamy, wykopane pod następne pochówki.

I rozjebało mi mózg na strzępy.

Nie wiem, jakbym się zachował, gdyby nie zawodowy nawyk, gdyby ktoś odebrał mi aparat i możliwość dokumentowania…

Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy dalej.

Kilka kilometrów od nekropolii życie toczyło się nieśpiesznym rytmem nadwodnego wypoczynku. Opaleni, zrelaksowani i wypoczęci ludzie – starsi, młodsi, dzieci – cieszący się ze słońca, białego piasku i czystej wody.

Czystej wody surrealizm.

Asia z Michałem poszli pływać, Ania wyjęła książkę, a ja stałem na brzegu i nie bardzo wiedziałem, co z sobą począć. W obliczu tego morza flag i nieszczęść, idea plażowania wydała mi się obrazoburcza, w najlepszym razie niestosowna.

Aż przyszło olśnienie – że ci, którzy tych chłopców zabili, oczekują właśnie takiego myślenia. Poczucia winy – że się żyje i chce żyć. Przekonania o niestosowności zwyczajnych zachowań. Pal licho mnie i moje dylematy; przecież nawet nie jestem tutejszy. Celem rosjan w tej wojnie jest zaszczucie Ukraińców, odebranie im prawa do normalności.

„Idi na chuj!”, orzekli napadnięci. „Idi na chuj!”, orzekłem i ja. Rozebrałem się do slipek, wziąłem rozpęd i wbiegłem do cudownie orzeźwiającej wody.

3 października, popołudniu

Urodziny spędzam z dala od domu – nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Taka praca. Ani myślę narzekać, przeciwnie – chciałbym się z Wami podzielić swoją radością. I wzruszeniem.

Nadieja to emerytowana nauczycielka z Cyrkunów, wsi położonej pod rosyjską granicą. Raszyści zbombardowali jej dom; film, który zamieszczam, to fragment opowieść o czasach napaści, okupacji i wojennej tułaczki. Historii przejmującej do spodu, zasługującej na obszerny tekst, który napiszę, jak przepracuję w głowie ten wyjazd.

Historii tym dramatyczniejszej, że opowiadanej także przy dźwiękach alarmu, który zapowiadał kolejny rosyjski ostrzał.

Za sprawą Aśki, wolontariuszki z Polski, Nadieja dowiedziała się, że mam dziś urodziny. Znikła na moment i pojawiła się z dwiema bombonierkami, wyciągniętymi gdzieś ze schowka uszkodzonego przez Grad i moździerze domu.

– Szczęścia ci życzę – rzekła i mocno mnie objęła. Hojność kobiety, która straciła tak wiele, sprawiła, że zawilgotniały mi oczy.

A potem było spotkanie z Igorem z miejscowej administracji wojskowej. Kolejne, już mniej formalne. I znów się rypło, że mam urodziny, więc poszedł toast.

– Życzę Ci, żeby w Polsce był pokój – usłyszałem. – I w całej Europie.

Najlepsze życzenia, jakie mogłem dziś usłyszeć. Choć nieco gorzkie, bo zaraz po tym, jak wybrzmiały, znów zawyły syreny…

4 października, rano

Lipce dzieli od rosyjskiej granicy zaledwie 8 km – raszyści wtargnęli do wsi już w pierwszych godzinach inwazji. Czołówki poszły dalej, na Charków, w lokalnym szpitalu – obsługującym kilka okolicznych miejscowości – rozłożył się oddział rosgwardii. I został tam na wiele tygodni.

Szpital przestał pełnić swoją funkcję nie tylko dlatego, że zmieniono go w koszary. W ramach zorganizowanego szabru, wspartego zwykłym żołdackim złodziejstwem, placówkę ogołocono ze sprzętu i medykamentów. Okupanci powybijali też dziury w stropach/podłogach. Zdaniem miejscowych, otwory o regularnych kształtach służyły rosjanom do ewakuacji. Szpital – jako miejsce koncentracji wojska – był kilka razy celem ukraińskiej artylerii. W momencie ostrzału dziury pozwalały szybciej dostać się na niższe kondygnacje.

Na najniższej, w piwnicy, wciąż zalegają śmieci pozostawione przez moskali. Wśród nich znalazłem taktyczne apteczki, których zawartość widać na zdjęciach. Szokująco skromne i archaiczne, zwłaszcza te różowe opaski uciskowe. Nic dziwnego, że tak wielu rannych rosjan umiera, nim udzielona im zostanie bardziej profesjonalna pomoc.

Gdzie nie ma medycyny, jest magia. Są talizmany i wiara w ich moc. Przypinka ze zdjęcia była w jednej z zabranych przeze mnie apteczek. Przedstawia starosłowiański symbol chroniący przed złem i sprowadzanymi przez nie chorobami. Na swój sposób to przewrotne, że znaczek nosił w apteczce rosyjski żołnierz…

4 października, popołudniu

Facebook przypomniał mi, że mamy dziś Światowy Dzień Zwierząt. Moje czworonogi daleko, ale Cyrkuna była blisko. I skradła serca naszej ekipy. Moje oczywiście też.

Ten wyjazd pokazał mi, jak wielka trauma trawi Ukraińców, którzy przeżyli okupację i znaleźli się w strefie aktywnych działań wojennych.

– Ona młodziutka, urodziła się już po wyjściu rosjan – usłyszałem od opiekunki suczki. Brzmiało to nieco absurdalnie, póki człowiek nie uświadomił sobie, że biały fosfor spadający na wieś, że grady i granaty moździerzowe lądujące na posesjach, że całe to pierdolone gówno przeraża nie tylko ludzi, ale i zwierzęta. Je pewnie bardziej, bo my przynajmniej rozumiemy, co się dzieje. Albo tak nam się wydaje…

5 października

Cyrkuny, wieś na północ od Charkowa.

„Tu (są) dzieci!!!”, głosi napis na bramie. Po rosyjsku, by żołdakom putina nie przyszło do głowy ładować po chałupie.

I co? I jajco. Dom bez dachu, bo runął pod ogniem artylerii, wnętrze wytrawione pożarem, wrota usiane dziurami po odłamkach. I dzieci już nie ma, bo uciekły z rodzicami po „przylocie”, jak mówi się o uderzeniu rakiety czy granatu. Żyją, ale czy wrócą?

Ja wracam do domu; jestem już na finiszu. Wiozę mnóstwo historii i zdjęć, którymi będę się chciał podzielić. Ale najpierw dwa-trzy dni oddechu.

Dziękuję Wam za wirtualne towarzystwo (zwłaszcza za urodzinowe życzenia!) i do zobaczenia na łączach.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. To zdjęcie – przez przestrzelinę w bramie – zrobiono mi w Cyrkunach/fot. Darek Zalewski

„Wiatr”

32 lata temu nie było aż tak gorąco jak dziś; klimat mieliśmy deczko inny. Ale zrobiło mi się gorąco, gdy przyszły wieści z Moskwy.

„I to już, ledwie dwa lata i koniec?” – dręczyło mnie to pytanie. Pucz Giennadija Janajewa, który miał na celu restytucję Związku Sowieckiego, postrzegałem jako niebezpieczny regres. „Te diabły znów tu przyjadą” – orzekła Babcia, która raz już wizytę bolszewickich żołdaków przeżyła, zimą 1945 roku. Nie znajdywałem argumentów, by jej zaprzeczyć. Miałem 15 lat; za mało, by mieć na zawołanie sensowne i przekonujące pocieszenia, dość, by zupełnie świadomie się bać. Przeżyłem w komunie 13 pierwszych lat życia, groza wcale nie była dominującym doświadczeniem tamtych czasów, ale obawiałem się, że powrót starego w towarzystwie sowieckich czołgów nie będzie niczym dobrym.

Tego dnia sprawy postrzegało w ten sposób wielu Polaków. A ulubiona wówczas rozgłośnia – Radio PiK – raz za razem nadawała „Wind of change” Scorpionsów. Po 1989 roku z Moskwy wiał wiatr zmian. Dobrych zmian, które chcieliśmy, by trwały.

Czołgi i komusze ryje aparatczyków odbierały nadzieje.

Na szczęście puczystom nie pykło. A sowiety wkrótce ostatecznie się rozpadły. Polska weszła w okres prosperity, na lata zapominając o rosyjskim zagrożeniu.

Aż putinowi zechciało się wojować; zamarzył mu się Związek Sowiecki 2.0. W 2014 i w 2022 roku dał nam, szuja, mnóstwo powodów do strachu.

Strachu, z którego mnie na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy wyleczyli Ukraińcy. Nie boję się już dziś „diabłów ze wschodu”. Wiem, że mają broń jądrową, ale my (wolny świat) też ją mamy, co czyni zagrożenie mocno abstrakcyjnym. Wiem, że gdyby rosjanie zwrócili się przeciw nam, zginęłoby wielu ludzi – tak, jak giną teraz Ukraińcy. Ale wiem też, że nie są niepowstrzymani, że można im spuścić łomot i zachować wolność. Dla mnie to ożywcza świadomość, prawdziwy wind of change.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Borys Jelcyn, zwycięzca puczu, następnie „ojciec” nieudanej próby demokratyzacji rosji/fot. Kremlin.ru

Wakacje…

…od wakacji, czyli kilka krótkich wpisów, które popełniłem na Facebooku podczas urlopu. Załączam dla zachowania ciągłości relacji.

7 sierpnia 2023

Chwila wakacji od wakacji – i mały ukraiński komentarz.

W piątek Ukraińcom udało się poważnie uszkodzić jeden z rosyjskich okrętów desantowych. Jednostka wymaga bardzo poważnych napraw, niewykluczone, że już nie wróci do służby.

Skarpetkosceptyczni pożal się boże analitycy orzekli, że to sukces co najwyżej propagandowy, bo okręt leciwy (prawda), no i nie zatonął. (Pro)ukraiński internet radował się widokiem holowanego wraku, jakby chodziło o odebranie moskiewskiej flocie czarnomorskiej co najmniej połowy zdolności.

A patrząc na chłodno (z chłodnej, deszczowej i mglistej Małej Fatry)?

Graf. Google Maps

Zacznijmy od uporządkowania faktów. Przed inwazją moskale wzmocnili flotę w obszarze Morza Czarnego i Azowskiego o sześć okrętów desantowych należących do floty bałtyckiej i północnej. Oficjalnie jednostki wpłynęły na czarnomorski akwen z zamiarem wzięcia udziału w ćwiczeniach. Kilkanaście dni później maski spadły, zaczął się pełnoskalowy atak na Ukrainę. Dziś wiemy już, że desantowce planowano wykorzystać do ataku z morza na Odesę. Na skutek wielu czynników – przede wszystkim porażki uderzenia lądowego, które miało wspomóc desant oraz kompromitującej nieudolności marynarki wojennej rosji – okręty desantowe nawet nie zbliżyły się do odeskich wybrzeży.

Stąd opinie, że desantowce okazały się, i nadal są, bezużyteczne. Zatem ich atakowanie nie ma większego sensu.

Idźmy dalej. Ukraińcy od wielu tygodni prowadzą działania w terminologii wojskowej określane mianem izolowania pola walki. A po ludzku rzecz ujmując, odcinają ruskich na południu Ukrainy od stałego zaopatrzenia. Po to uszkodzono most krymski, po to atakowane są przeprawy łączące Krym z okupowaną częścią obwodu chersońskiego. Obecnie rosyjska logistyka jest w sytuacji skazańca, na szyi którego już mocno zacisnęła się pętla. Jeszcze jakoś łapie oddech, jeszcze ma pod nogami stołek, ale ma też atak paniki, za którym stoją realne powody.

Wobec postępującej niewydolności drogi przez Krym, moskalom zostają dwie opcje – przeniesienie ciężaru logistyki na korytarz lądowy, gdzie a. szosy są kiepskie, b. tory znajdują się w zasięgu ukraińskiej artylerii, i/lub wykorzystanie drogi morskiej. Teoretycznie mogą w tym celu użyć trzech portów – w Przymorsku, Berdiańsku i Mariupolu. Co zresztą w ograniczony sposób już robią.

A dlaczego w ograniczony? I tu jest pies pogrzebany. Morze Azowskie to płycizna, do wymienionych portów nie wejdą zbyt duże jednostki. Za to uczynią to dostosowane do operowania na płytkich akwenach okręty desantowe (w końcu ich zadaniem jest dostarczenie sił inwazyjnych jak najbliżej wybrzeża). Oczywiście użyte do transportu zaopatrzenia nawet wszystkie desantowce nie zniwelują problemów logistyki – są za małe i jest ich za mało. Niemniej pozwolą ruskim na płytki, ale zawsze oddech. Po niechybnym zerwaniu wszystkich przepraw drogowych – do czego ZSU konsekwentnie dąży – byłby to jedyny drożny kanał „oddechowy”.

Który Ukraińcy już teraz zamierzają „zatkać”.

Więc nie, ataki dronów morskich na okręty desantowe nie są „chodzeniem na łatwiznę”. Podobnie jak uderzenia rakietowe na instalacje portowe w Mariupolu czy Berdiańsku służą dalszej izolacji pola walki.

Zatem należy spodziewać się kolejnych takich incydentów. Za powodzenie których rzecz jasna trzymam kciuki.

—–

11 sierpnia 2023

Chwila wakacji od wakacji, część 2. – i odrobina refleksji po lekturze książki „Barbarossa. Jak Hitler przegrał wojnę” Jonathana Dimbleby’a. Rzecz jasna w ukraińskim kontekście.

Książka Jonathana Dimbleby’a. Skończyłem ją w mało-fatrzańskich okolicznościach przyrody.

Dimbleby należy do grona tych historyków, którzy uważają, że III Rzesza przegrała wojnę już w 1941 roku – mimo gigantycznych zdobyczy terytorialnych na wschodzie i zadaniu armii czerwonej monstrualnych strat w ludziach i sprzęcie. Sama decyzja o wojnie totalnej z sowietami była wyrokiem śmierci dla hitlerowskich Niemiec, niezdolnych do tak wielkiego wysiłku logistycznego; demografia, zasoby gospodarcze oraz przestrzeń na wejście premiowały ZSRR.

Nie zamierzam z tym dyskutować, bo nie taki jest zamysł wpisu (a i autor przekonująco snuje narrację). Pragnę zwrócić uwagę na co innego – na motywację do walki sowieckiego żołnierza. Dramatycznie niską w czerwcu 1941 roku i zdecydowanie wyższą już po kilku miesiącach zmagań. To ona, obok wspomnianych zasobów, ostatecznie zdecydowała o pokonaniu Niemców.

A piszę o tym, bo w publicystyce poświęconej współczesnej armii rosyjskiej często pojawia się argument „odrodzenia” – niczym z czasów wielkiej wojny ojczyźnianej – jakiemu ulega, czy też niebawem ulegnie, żołnierz putina. Który po tym przeobrażeniu będzie już nie do pokonania. Co oczywiste, taki obraz rysuje kremlowska propaganda (w tym jej lokalni przedstawiciele), ale ślady podobnego rozumowania odnajdujemy także w tekstach bynajmniej nie rusko-mirskich autorów. „Bo przecież już raz tak było, bo iwan, bo II wojna”.

Wróćmy zatem do tamtego czasu. Dimbleby wyszczególnia trzy elementy ostatecznie wysokiej motywacji sowieckiego żołnierza. Po pierwsze, świadomość czym jest niemiecka niewola, która dla żołnierzy Stalina oznaczała śmierć przez zagłodzenie, z ran czy wyczerpania. Jako drugą historyk wymienia brutalną opresyjność sowieckiego reżimu – kary śmierci za próby poddania się i dezercje (realizowane przez doraźne sądy i oddziały zaporowe) oraz rozszerzenie odpowiedzialności na rodziny wojskowych (odbieranie świadczeń, infamia). I wreszcie po trzecie, barbarzyński charakter wojny, narzucony przez Niemców, bez litości zabijających ludność cywilną i niszczących wszelką infrastrukturę; czyniących to w apokaliptycznych wymiarach. To wszystko niejako nie pozostawiało wyboru – żołnierz sowiecki, chciał czy nie, musiał walczyć.

A współczesny rosyjski? Czy budowanie analogii historycznej rzeczywiście ma sens?

Otóż nie istnieją obiektywne przesłanki, które pozwalałyby na odwzorowanie jeden do jednego. Niewola nie jest dla rosjan wyrokiem śmierci, ba, w wielu przypadkach oznacza lepsze warunki bytowe, niż zapewnia swoim żołnierzom rosyjska armia. Putinowski system, jakkolwiek opresyjny, nie karze śmiercią za „niegodne żołnierza” postępowanie. Wojna zaś toczy się w Ukrainie, bez szkody dla rosyjskiej ludności cywilnej, z minimalnymi szkodami dla rosyjskiej infrastruktury (choć coraz bardziej dotkliwymi dla kompleksu wojskowo-przemysłowego).

Ale…

Ale kremlowska propaganda rysuje kłamliwy obraz niewoli u Ukraińców, przekonując, że rosjan czeka tam na przykład status dawców narządów. Absurdalne to do spodu, ale – sądząc po stosunkowo małej liczbie poddających się moskali – chyba działa. Prawo przewiduje „zaledwie” 15 lat za oddanie się do niewoli, ale przypadki bandyckich rozliczeń z jeńcami (odzyskanymi po wymianie) – jak wagnerowskie rozwalenie młotem łba jednego z ex-jeńców – stanowią próbę nieformalnego szantażu. W socjologii określa się to mianem „terroru selektywnego”; dotyka on nielicznych, ale stanowi przykład dla całej populacji. I wreszcie ta sama propagandowa machina nieustannie przekonuje, że zasadniczym celem „spec-operacji” jest „wyzwolenie” rosyjskojęzycznych „braci i sióstr”, gnębionych przez ukraiński („nazistowski”!) reżim.

Tylko co z tej rzekomej paraleli wynika? Jedzie iwan do Ukrainy, gdzie strzelają do niego także rosyjskojęzyczni żołnierze ZSU. Owszem, natyka się na zadowolonych z „wyzwolenia” kolaborantów, ale głównie styka się z postawami miejscowych, lokującymi się między obojętnością a otwartą wrogością. Trudno na takiej bazie zbudować patriotyczną motywację. Dużo prościej podważać sens prowadzonych działań.

Zwłaszcza gdy w inny czynnik (nieujęty w rozważaniach Dimbleby’a) – świadomość imperialnej roli rosji – tak łatwo zwątpić. Bo cóż to za imperium, które ma tak fatalnie zorganizowaną armię?

Nie wierzę w „odrodzenie” rosyjskiego żołnierza. Mogłoby ono nastąpić, gdyby Ukraina (i NATO) rzeczywiście fizycznie zagroziła rosji; obce wojska wtargnęłyby na jej terytorium. Ale przecież nikt wjeżdżać im do kurnika nie chce. Nie sądzę, by motywacje rosjan dorównały tym ukraińskim. By walczyć z zaciekłością podobną czy większą niż obrońcy, agresorów musi coś „rozpalać”. Młodych żołnierzy Wehrmachtu niosła nazistowska ideologia, którą przesiąknięci byli do szpiku kości. Kremlowska propaganda staje na głowie, by w podobny sposób zainfekować swoich, ale półtora roku wojny to dość czasu, by na skutek takiej infekcji rusek zaczął „walczyć jak szatan”. Jeśli do tej pory nie zaczął, to już nie zacznie.

—–

12 sierpnia 2023

Wakacje od wakacji, część 3. – naprawdę króciutki komentarz.

Ukraińcy zaatakowali dziś most krymski. W tym celu użyli przestarzałych rakiet S-200 (nie da się wykluczyć, że z zapasu otrzymanego z Polski). „Dwusetka” to pocisk przeciwlotniczy, ale ZSU wykorzystuje przerobione rakiety do ataków ziemia-ziemia.

Skuteczność tego ustrojstwa jest taka-se, zakładam zatem, że Ukraińcy nie liczyli na skuteczne porażenie mostu. O co więc im szło? A najprawdopodobniej o zmuszenie do reakcji rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. By móc rozpoznać na przykład jej rozmieszczenie. Co chyba się udało.

—–

14 sierpnia 2023

Chwila wakacji od wakacji, cz. 4., ostatnia – i krótki komentarz w temacie parady z okazji święta Wojska Polskiego. Pojawiają się bowiem głosy, że to niepotrzebne, kosztowne, odciągające armię od „prawdziwych” zadań. No i kojarzące się z prężeniem „sztucznie nadmuchanych” muskułów.

Nie znam bieżących badań opinii publicznej, poświęconych percepcji parady. Historycznie patrząc, tego rodzaju aktywność wojska bardzo się Polakom podobała. Znam mnóstwo osób, które jechały setki kilometrów, by oglądać przemarsze w stolicy, organizowane w ostatnich latach. Potężne tłumy gapiów – nie tylko na paradach, ale na wszelkiej maści wojskowych piknikach – również potwierdzają moją socjologiczną intuicję – że naród takiego kontaktu z wojskiem potrzebuje.

A armia jest od tego, by narodowi służyć.

Kilka dni bez poligonu – za to na ćwiczeniu defilady – na obniżenie zdolności wojska nie wpłynie. Może ją za to podnieść, bo pamiętajmy, że mamy armię ochotniczą, która musi nieustannie i na bieżąco przyciągać nowe kadry. W tym kontekście wojsko jest jak każdy pracodawca – opinia i oferowane warunki nie załatwiają w pełni sprawy; czasem trzeba sięgnąć po kampanie promocyjne. Publiczne pochwalenie się własnymi atutami – w tym przypadku nowoczesnym sprzętem – jest właśnie taką kampanią.

Oczywiście, zawsze można przyjąć postawę naiwnie pacyfistyczną i uznać, że świat bez wojen i wojska byłby lepszy. Ano byłby, gdyby wszyscy tak sądzili. Nie sądzą, co sprawia, że konieczność zbrojeń jest obiektywna. W warunkach geopolitycznych Polski nieusuwalna. Dla naszego dobra należy to czynić w oparciu o najlepszy, czyli zachodni sprzęt. Który ma mnóstwo zalet i jedną wadę – jest drogi. A składamy się na niego wszyscy. I wszyscy mamy prawo go zobaczyć. Z przyczyn oczywistych lepiej na paradzie niż na poligonie czy, nie daj boże, miejskim placu boju. Państwo płacą, państwo chcą wiedzieć za co.

No i państwo chcą też być z wojska dumni. Tak samo jak dumni jesteśmy z innych przejawów naszej zaradności, zamożności, wyjątkowości, szeroko rozumianej wpływowości i siły. Tak buduje się morale społeczeństwa. Jak jest ono istotne, przykład Ukrainy ilustruje znakomicie.

A skoro przy nim jesteśmy – jeden z moich Czytelników zwraca uwagę, że w Polsce parady nienajlepiej się kojarzą. „Najpierw nie oddamy ani guzika, a potem nie tylko guzik biorą. Guzik wychodzi. Inaczej to wygląda z Ukrainą obecnie. Miała paść w trzy dni” (cytat pochodzi z dyskusji, jaką prowadziłem na cudzym profilu).

Skojarzenia, o których wspomina Czytelnik, są faktem – i pojawiają się w głowach wielu Polaków. Moim zdaniem, to efekt komunistycznej propagandy, która brutalnie i nieuczciwie eksploatowała wątek „paradnego wojska II RP”. Z szablami na czołgi, przestarzała kawaleria itp. Tymczasem tamto Wojsko Polskie było armią, która w swej krótkiej historii pokonała bolszewickiego olbrzyma. I do wojny z tym olbrzymem się przygotowywała. Nieźle zresztą (czego opisanie wymagałoby odrębnego wpisu).

Uderzenie przyszło z Niemiec, z użyciem sił zbrojnych, które zaraz potem złamały potężniejsze od WP wojsko francuskie. Zatem w 1939 roku nie było większych szans na samotne wytrwanie – wzorem dzisiejszej Ukrainy – zwłaszcza po sowieckim ciosie w plecy. Wyobraźmy sobie – idąc tropem idiotów z Kremla, sugerujących takie zakusy – że ruskie atakują z północy, wschodu i południa, a korzystające z okazji WP wchodzi do zachodniej Ukrainy. Dziś byłoby już po herbacie, po niepodległym państwie ukraińskim.

No i z „Ukrainą wygląda inaczej” także dlatego, że WP oddało jej dużo więcej niż guzik; mam rzecz jasna na myśli transfer sprzętu i środków bojowych, który mocno wydrenował zasoby naszej armii. Słusznie, bo lepiej zabijać rosjan tam niż tu, ale uczciwość wymaga, by to poświęcenie podkreślić.

Ale istotnie, jest pewna analogia między obecną paradą, czy szerzej, propagandą „silni, zwarci, gotowi AD 2023”, a tym, co było tuż przed II wojną. Władza znów buduje nierealistyczne oczekiwania pośród obywateli. Wojsko jest w okresie transformacji, ma widoki na bycie naprawdę silnym, ale to pieśń przyszłości – najbliższych kilkunastu lat. I to przy założeniu, że uda się znaleźć sposób na kryzys demograficzny, który wprost przekłada się na możliwości rozbudowy armii. Obecnie, poza wybranymi elementami (np. siłami specjalnymi czy lotnictwem uderzeniowym), WP wcale nie jest silne, zwarte i gotowe. Twierdzenie, że jest inaczej, to gwałt na prawdomówności. Zupełnie niepotrzebny, bo Polacy przyjęliby do wiadomości, że wojsko jest w okresie przejściowym. Zwłaszcza że tym razem stoi za nami prawdziwy sojusz, a i potencjalny wróg wybił sobie zęby, na lata tracąc zdolność do większych operacji zaczepnych. Mamy więc trochę czasu…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Przygotowania do defilady/fot. DGRSZ

Biznesplan

Wielu z nas zastanawia się obecnie, o co chodzi Niemcom, skąd ich kunktatorstwo, niechęć do poważnego zaangażowania się w pomoc Ukrainie. Kuglarskie sztuczki – sumujące wsparcie militarne i humanitarne, to, co już poszło, z tym, co zostało dopiero zadeklarowane – na papierze czynią z Republiki Federalnej jednego z wiodących darczyńców. Fakty zaś są takie, że Niemcom łatwiej zarzuć sabotowanie niż podziękować za wspieranie wysiłków na rzecz budowania ukraińskich możliwości obronnych. Sprawa leopardów najlepszym tego przykładem.

Nie trafia do mnie opinia o rozbudowanej rosyjskiej agenturze na szczytach władzy w Berlinie, która paraliżuje działania Niemiec. Opiera się ona na błędnym przekonaniu o jakości rosyjskich służb specjalnych. Konflikt w Ukrainie sfalsyfikował nie tylko mit „drugiej armii świata”, ale i obnażył niekompetencje agencji (kontr)wywiadowczych rosji. To nieco ułomna metoda wnioskowania dedukcyjnego, ale w mojej ocenie właściwa – nie wierzę, by gamonie, którzy tak dramatycznie pomylili się w ocenie ukraińskiego potencjału, mając na miejscu stada współpracowników, byli zdolni do rozbudowania i utrzymania siatki wpływowych agentów na terenie Niemiec.

Moskwa ma na Berlin argumenty, ale nie są one wynikiem zakulisowych rozgrywek.

Rzecz w tym, że powojenni Niemcy – wytrzebieni z militaryzmu – przekształcili swoje państwo-armię w państwo-przedsiębiorstwo, po 1990 roku rozszerzając ów wzór zachowań na wschodnie landy. Spółka o nazwie RFN działała i działa w oparciu o kalkulacje biznesowe. W relacjach międzynarodowych tak dobierając partnerów, by przynosiło to przede wszystkim ekonomiczne zyski. Ta strategia – jakkolwiek uwzględnia również rację stanu (wszak dobrobyt obywateli to jeden z nadrzędnych celów powoływania państwa) – nie jest z nią w pełni tożsama. Niespójności czy wręcz sprzeczności pojawiają się wszędzie tam, gdzie wysiłek finansowy nie przynosi szybkich zysków i przekłada się na nieco abstrakcyjne wartości, jak na przykład bezpieczeństwo sojuszników (które ostatecznie jest związane z bezpieczeństwem Niemców, ale widać to dopiero w dłuższej perspektywie czasowej, wymykającej się bieżącym „biznesplanom”; pokonana Ukraina to rosja na granicy z Polską, co nadal nie stanowi śmiertelnego zagrożenia dla Niemiec, ale je do niego przybliża). Mięta, jaką Berlin czuje do Moskwy, bierze się przede wszystkim z ekonomicznej atrakcyjności tej drugiej. I wcale nie chodzi o ogromny rynek zbytu, gdyż większość rosjan żyje na poziomie typowym dla krajów trzeciego świata, a o tanią energię, głównie gaz, która płynęła ze wschodu na zachód, pozwalając niemieckiemu przemysłowi na redukcję kosztów i utrzymywanie konkurencyjności.

Sankcje, jakie kolektywny Zachód wprowadził na rosję, postawiły ten model gospodarczy przed nie lada wyzwaniem. Niemieckie państwo i niemiecki biznes zakumulowały dość oszczędności, by trudny okres przeczekać bez większych perturbacji, ale przy założeniu, że wojna w Ukrainie nie potrwa długo. Niestety – patrząc z punkty widzenia Berlina – rosja okazała się słabo-silna: za słaba, by pokonać Ukrainę, za silna, by przegrać i zakończyć konflikt. Ten sam dualizm – choć w odwróconym porządku – jest też udziałem Ukrainy, co stawia niemiecki „biznesplan” przed perspektywą niewykonalności. Dla dobra wyniku finansowego „Deutschland GmbH” wojnę na wschodzie należy niezwłocznie zakończyć. Z analiz potencjałów obu stron wynika, że więcej atutów ma rosja i choć można ją pokonać, szybciej będzie pozwolić przegrać Ukrainie. Nie totalnie; Berlin nie chce rosyjskiej aneksji całej Ukrainy, ale na utratę wschodnich obszarów kraju chętnie przystanie. Byleby wrócić do „business as usual”.

—–

Ale analogia z przedsiębiorstwem nie wyjaśnia całej złożoności problemu. Mimo „ubiznesowienia” państwa, Niemcy przez dekady prowadziły coś na wzór działalności dobroczynnej. To sformułowanie nie jest zbyt fortunne, lecz narzuca je wspomniana analogia, bo mówimy o aktywności niezorientowanej na zysk. Powojennym Niemcom udało się zaszczepić poczucie winy za zbrodnię Holocaustu, którego konsekwencją były i są nadzwyczajne stosunki z Izraelem. Oparte w istotnej mierze o współpracę wojskową, której początek sięga 1957 roku. To wówczas doszło do potajemnego spotkania Szymona Peresa, odpowiedzialnego za zakupy broni dla Izraela, z Franzem Josefem Straussem, ministrem obrony RFN. Młode żydowskie państwo na gwałt potrzebowało broni i wyposażenia wojskowego – kolejna wojna z arabskimi sąsiadami, zapowiadającymi „wrzucenie syjonistów do morza”, wisiała na włosku. Żydom tymczasem brakowało gotówki, a stosunki z Ameryką Eisenhowera znajdowały się w krytycznym momencie. Peres poprosił więc Straussa o darmowe dostawy sprzętu z zasobów Bundeswehry. I Niemiec się zgodził – przy pełnym, choć nieformalnym poparciu całego rządu. Odtąd, przez kilka lat, do Izraela trafiały statki po brzegi wyładowane czołgami, samolotami, działami, amunicją i częściami zamiennymi (głównie amerykańskimi, zakupionymi wcześniej na potrzeby Bundeswehry). Gdyby nie te dostawy, Izraelczycy prawdopodobnie przegraliby wojnę sześciodniową z 1967 roku.

Z czasem współpraca wojskowa Niemiec i Izraela stała się jawna, choć – z uwagi na rosnące zagrożenie palestyńskim terroryzmem – raczej dyskretna. Pomogło temu nawiązanie stosunków dyplomatycznych między oboma krajami w 1965 roku. Obecnie w arsenale armii izraelskiej znajduje się sporo broni rodzimej konstrukcji, mnóstwo amerykańskiej, ale nie brakuje też produktów made in Germany. To w niemieckich stoczniach zbudowano okręty podwodne klasy Dolphin i Dolphin II. Jedne z najlepszych na świecie (jeśli nie najlepsze) czołgi Merkawa Mk IV napędzane są niemieckimi silnikami i strzelają z armat Rheinmetall, produkowanych na niemieckiej licencji. Izraelskie ministerstwo obrony wybrało niedawno amerykańsko-niemiecką przekładnię automatyczną dla nowego kołowego transportera piechoty Eitan. Przykładów można by mnożyć, choć żaden system uzbrojenia i rozwiązanie technologiczne nie będą tak istotne, jak wspomniane okręty Dolphin. Pierwszy z nich trafił do służby w 1999 roku, ostatni, szósty, w 2019. Budowę dwóch pierwszych jednostek sfinansowali Niemcy, kosztami trzeciej oba kraje podzieliły się po połowie. W 2006 roku Izrael zamówił dwa okręty Dolphin II warte po około 500 mln euro każdy, z czego Niemcy zapłaciły 1/3 tej kwoty. Pięć lat później podpisano kontrakt na szósty okręt, w ramach którego niemiecka subwencja zamknęła się w kwocie 135 mln euro. Kilka lat temu rząd Angeli Merkel zgodził się na sprzedaż kolejnych trzech okrętów (mają wejść do linii do końca bieżącej dekady). Tym razem Niemcy pokryją 30 proc. kosztów, wyliczonych na 540 mln euro.

Co istotne, mówimy o okrętach dostosowanych do przenoszenia pocisków manewrujących, uzbrojonych w głowice jądrowe o mocy 200 kT (dla porównania, moc bomby zrzuconej na Hiroszimę wynosiła 16 kT). Izrael nigdy oficjalnie nie potwierdził, że posiada broń jądrową, ale zakulisowo wielokrotnie dawał do zrozumienia swoim wrogom, że próba zniszczenia państwa żydowskiego spotka się ze srogą ripostą. Najważniejszym elementem tej strategii odstraszania są dziś dyżury „stalowych delfinów”, z których każdorazowo dwa przebywają gdzieś w morzu, gotowe do śmiercionośnego kontrataku. Dodajmy, że rozwijanie izraelskich technologii atomowych również odbyło się za pieniądze z RFN. W 1960 roku jeden z zachodnioniemieckich banków w większości kontrolowanych przez państwo, przekazał 2 mld marek na humanitarny projekt przekształcenia pustyni Negew w grunty rolne. Pieniądze trafiły tam, gdzie zapowiadano, ale – za zgodą Niemców – użyto ich do zgoła innego celu – rozbudowy Nuklearnego Centrum Badawczego.

Tych pieniędzy i tego wsparcia z pewnością by nie było, gdyby nie niemieckie poczucie winy.

Mówiła o nim w 2008 roku, podczas słynnego przemówienia w Knesecie, poruszona Angela Merkel. „Właśnie w tym miejscu chcę wyraźnie podkreślić: każdy rząd Niemiec i każdy kanclerz przede mną, byli świadomi historycznej odpowiedzialności Niemiec za bezpieczeństwo Izraela. Ta odpowiedzialność jest elementem racji stanu naszego państwa. (…) bezpieczeństwo Izraela jest dla mnie, jako niemieckiej kanclerz, czymś niepodlegającym dyskusji”, zapewniała polityczka, która podczas 16 lat urzędowania odwiedziła Izrael aż siedem razy.

—–

Poczucie winy wynikające ze zbrodni popełnionych podczas II wojny światowej miało, i nadal ma, wpływ również na relacje niemiecko-sowieckie i niemiecko-rosyjskie. Berlin wybaczał Moskwie masę niegodziwości, tłumacząc, że mu „nie wypada” łajać, karać, pouczać. Problem w tym, że po 1991 roku rosja zawłaszczyła sobie historię ZSRR (przy obojętności części dawnych republik, w tym Ukrainy, które chciały zerwać z sowieckim dziedzictwem), a wielka wojna ojczyźniana stała się jej „własnością”. Jej zwycięstwem, ale i jej koszmarnym doświadczeniem, wynikłym z niemieckich zbrodni. A Zachód kupił tę narrację, tym łatwiej, że już wcześniej – w czasach zimnej wojny – w językach potocznych obywateli wolnego świata „sowieci” funkcjonowali zamiennie z „rosjanami”, a „Związek Radziecki” z „rosją”.

Skutek? Niemcy nie czują dziś żadnych moralnych zobowiązań wobec Ukrainy. A powinny, na co rok temu – jeszcze przed rosyjską inwazją – zwrócił uwagę ówczesny ambasador Ukrainy w RFN Andrij Melnyk. Powiedział on wprost, że Niemcy „ponoszą za Ukrainę taką samą historyczną odpowiedzialność, jak za Izrael”. W efekcie działań wojennych z lat 1941-45 i niemieckiej okupacji ukraińskich terenów ZSRR, śmierć poniosło co najmniej 7 mln Ukraińców, co szósta osoba o takim etnicznym pochodzeniu. To więcej niż 6 mln ofiar Holocaustu, który stał się podstawą dla specyficznych kontaktów między RFN a Izraelem.

Polityka to cynizm, ale i powinności, na które jest miejsce także w państwie przerobionym w przedsiębiorstwo. Należy to Niemcom przypominać na każdym możliwym kroku. Wybijając wielkimi literami, że wsparcie dla Ukrainy to ich psi obowiązek.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bachmut i budynek o symbolicznej nazwie…/fot. Marcin Ogdowski

Jedyny

Hermaszewski był „ponad”. I jako kosmonauta, i jako człowiek, który łączył odmienne światy.

Latem 2019 r. – sześć miesięcy przed jego śmiercią – rozmawiałem z Alfredem Alem Wordenem, uczestnikiem misji Apollo 15. Amerykanin przebywał w kosmosie dwanaście dni, na przełomie lipca i sierpnia 1971 r. Samotnie krążył wokół Księżyca, gdy dowódca David Scott i pilot modułu księżycowego James Irwin, eksplorowali powierzchnię ziemskiego satelity. „Piętnastka” była dziewiątą misją załogową programu Apollo i czwartą, podczas której doszło do lądowania. W drodze powrotnej Worden opuścił moduł dowodzenia, aby wyjąć film z kamer niedostępnych z wnętrza. Tym samym wykonał spacer kosmiczny na orbicie Srebrnego Globu, 315 tys. km od Ziemi.

– Spędziłem w próżni trzydzieści osiem minut, mając doskonały widok i na Ziemię, i na Księżyc. Niesamowite, mistyczne doświadczenie… – wspominał pułkownik, a mnie przypomniały się słowa gen. Mirosława Hermaszewskiego, który w wielu wywiadach podkreślał metafizyczny charakter doznań, będących udziałem ludzi posłanych w kosmos. „Lecimy, koledzy śpią, patrzę przez iluminator i czuję, jakby ktoś tu był, ktoś, kto to wszystko wymyślił, stworzył. Zresztą, gdyby go nie było, to i mnie by tu nie było. Niektórzy moi koledzy przed wylotem w kosmos nie tylko byli ateistami, ale i zatwardziałymi poganami. Jednak wracali stamtąd wyraźnie odmienieni”, mówił Hermaszewski w rozmowie z reporterką Dziennika.pl Magdaleną Rigamonti.

 Podzieliłem się z Wordenem refleksją na temat religijnych racjonalizacji autorstwa „ludzi gwiazd”. Al uśmiechnął się jedynie, zaś nazwisko Hermaszewski skłoniło go do ciekawego wywodu. Jak zauważył, idea podboju kosmosu była dzieckiem politycznej i militarnej rywalizacji USA i ZSRR. Obie strony, w ramach zimnowojennych rozgrywek, usiłowały udowodnić sobie technologiczną i organizacyjną wyższość, przy okazji testując rozwiązania techniczne niezbędne do zwycięstwa w wyścigu zbrojeń.

– Lecz dziś nie myślę o dawnych konkurentach, ludziach, którzy wsiadali do rakiet, inaczej jak o przyjaciołach – zadeklarował wieloletni pracownik NASA. Dwa dni po naszej rozmowie usiadł z Hermaszewskim przy konferencyjnym stole (obydwaj jako goście honorowi Targów Kielce). Wiekowi panowie, niczym starzy kumple, ze swadą i wzajemnym szacunkiem opowiadali o kosmicznych przygodach. W tym też było coś mistycznego.

Autor z Alfredem Wordenem/fot. z archiwum blogu

A zarazem symbolicznego, charakterystycznego dla osoby zmarłego przed kilkoma dniami jedynego polskiego kosmonauty. Hermaszewski był „ponadto”. Nie tylko jako pilot, ale i jako człowiek, który łączył odmienne światy. Z Wordenem spiął dawny Wschód z Zachodem, w życiu prywatnym stał się pomostem między skłóconymi polskimi plemionami. On, oficer ludowej armii, Bohater Związku Radzieckiego, został teściem Ryszarda Czarneckiego, wpływowego polityka PiS. To na Hermaszewskiego – i potencjalnie wyrządzoną mu niesprawiedliwość – powołał się Andrzej Duda, wetując pisowski projekt tzw.: ustawy degradacyjnej, która miała odebrać stopnie generalskie członkom Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (gwoli rzetelności zauważyć należy, że wcześniejsza ustawa deubekizacyjna pozbawiła generała części emerytury). Dziś, mimo pomruków niezadowolenia ze strony zapiekłych lustratorów, nie było publicznej dyskusji o tym, w jaki sposób pochować kosmonautę. Pogrzeb państwowy z ceremoniałem wojskowym nie jest żadną łaską, ale niegodna praktyka odmawiania tego przywileju emerytowanym oficerom, uskuteczniana przez MON po 2015 r., nie czyniła go oczywistym. Mówiąc wprost, pisowska zajadłość okazała się za krótka na zasługi Hermaszewskiego.

Ale i on sam, własnymi czynami, wiódł życie człowieka pojednania. „W dniu, gdy włożył skafander kosmiczny i gdy zamknęli za nim właz do rakiety, przypomniał sobie banderowca, który strzelił w skroń jego matce. Kamila Hermaszewska uciekała z płonącego domu, z małym tylko zawiniątkiem w rękach. Tamten ją dogonił. Wycelował, pociągnął za spust. W tym zawiniątku był on, mały Mirek”, tak zaczyna się rozdział poświęcony Hermaszewskiemu w książce Witolda Szabłowskiego pt.: „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”. Urodzony w 1941 r. w Lipnikach przyszły generał stracił w wołyńskiej rzezi 19 członków rodziny, w tym ojca. Jego matka przeżyła – kula tylko ją musnęła. Nim trafiła pod bezpieczny dach, godzinami szukała syna. Półtoraroczny chłopiec przeleżał marcową noc w zaspie. Cudem przeżył. „Spotykaliśmy się wiele razy i były to bardzo treściwe, ciekawe spotkania”, napisał na facebookowym profilu Szabłowski, w dniu, w którym zmarł generał. „Pod wpływem tych rozmów jeździłem po Wołyniu tropem Ukrainek, które ratowały jego matkę (…). Bardzo kibicował moim poszukiwaniom”, czytamy. I nic w tym zaskakującego, Hermaszewski bowiem (podobnie jak i jego brat Władysław) daleki był od rewanżyzmu i promowania odpowiedzialności zbiorowej. Jego publiczne wypowiedzi na temat rzezi – choć dramatyczne – nigdy nie podsycały antyukraińskich nastrojów.

Hermaszewski i Klimuk po powrocie odbyli triumfalny objazd po Polsce/fot. NAC

Ale obok powagi i klasy miał Hermaszewski również poczucie humoru i dystans. „Wierzy Pan w istnienie obcych cywilizacji?”, zapytał go kiedyś Zbigniew Górniak, dziennikarz „Nowej Trybuny Opolskiej”. „Nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było. Tylko niech pan nie pyta mnie, jak wyglądają. Niech pan spyta Boga. A swoją drogą, głupszych od nas chyba nie mógł stworzyć”, tej odpowiedzi towarzyszył śmiech generała.

Który nie schodził mu z ust nawet w sytuacjach trudnych. W 1998 r. jego syn, również pilot, został oskarżony o współpracę z gangsterami. Miał im wystawić do rabunku arsenał jednostki wojskowej na warszawskim Bemowie. „H”, jak przedstawiały syna media, został zdegradowany, półtora roku przesiedział za kratami. Ostatecznie uwolniono go od zarzutów i uchylono wyrok pięciu lat więzienia. Sąd Najwyższy nie dał wiary zeznaniom świadków incognito, nowych dowodów nie znaleziono. Generał wraz z żoną i córką byli na każdej rozprawie. To w takich okolicznościach poznał Hermaszewskiego Wojciech Tumidalski, w 2001 r. reporter sądowy PAP (dziś w „Rzeczpospolitej”).

– W przerwach w rozprawie pan generał snuł opowieści z kosmicznych podbojów i różnych podróży. Słuchaliśmy tego z kolegami reporterami zauroczeni – wspomina Tumidalski. I przytacza anegdotę o tym, jak któregoś razu dziennikarze zapytali oficera o techniczne aspekty działania pokładowej ubikacji. – „Masz zeszyt?”, spyta generał kolegę. „To dawaj”. I wyrysował mu cały schemat. A potem jeszcze opowiedział, jak raz się koledze Klimukowi (Piotrowi Klimukowi, załogantowi Sojuza-30 – dop. MO) nie udało trafić we właściwy otwór i żółta kula cieczy w stanie nieważkości przemierzała pomieszczenie statku kosmicznego, aż w pewnym momencie niebezpiecznie zbliżyła się do portretu Lenina… – uśmiecha się dziennikarz. I zaraz dodaje: – A kumplowi do dziś zazdroszczę tego zeszytu ze schematem kosmicznego kibla. Takiego autografu kosmonauty nie ma nikt na świecie.

A czy mieć będzie? Czy jest szansa, by był to rysunek spod polskiej ręki? Gdy w czerwcu 1978 r. Mirosław Hermaszewski wsiadał na pokład Sojuza, podkreślano, że jest pierwszym Polakiem lecącym w kosmos. Po nim mieli być następni, jak wiemy, nic z tego nie wyszło. Obecnie największe szanse na międzygwiezdną eskapadę ma Sławosz Uznański, wybrany niedawno do korpusu załóg rezerwowych Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). Ale nawet jeśli łodzianin oderwie się od Ziemi, Hermaszewski i tak pozostanie tym jedynym. Zmiana sojuszy i orientacji geopolitycznej, jaka nastąpiła po 1989 r., przyniosła też skutki semantyczne. Ewentualni następcy generała nie będą już jak on – kosmonautami – a astronautami, zgodnie z anglosaską terminologią. Nie będą również żołnierzami (bądź byłymi żołnierzami), jak miażdżąca większość pionierów kosmicznych eksploracji. Dr Uznański to inżynier, projektant elektroniki, absolwent cywilnych uczelni, co jest dziś normą w agencjach typu ESA czy NASA. Hermaszewski to wojskowy – przed, jak i po locie Sojuzem, rasowy pilot bojowych odrzutowców (generał odszedł z armii w 2005 r., wykonując pożegnalny lot na myśliwcu MiG-29; za sterami samolotów z biało-czerwoną szachownicą spędził łącznie 2047 h i 47 min.). Gdy kwalifikowano go do programu Interkosmos, jednym z atutów ówczesnego majora była biegła znajomość języka rosyjskiego. Dziś nie miałoby to znaczenia, trudno bowiem nawet wyobrazić sobie Polaka w organizowanym przez rosjan locie. I nie chodzi tu o konsekwencje fatalnych polsko-rosyjskich relacji, a o fakt, że rosja i Zachód nie zamierzają kontynuować kosmicznej współpracy. Ale to już zupełnie inna historia.

F-16 Polskich Sił Powietrznych dokonały przelotu nad Warszawą, by oddać ostatni hołd Generałowi. Na skrinie widać lidera, ale formacja składała się z czterech maszyn/fot. globe.adsbexchange.com

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Mirosław Hermaszewski podczas ćwiczeń na siłowni/fot. NAC