Ogon

Nie bez powodu to właśnie dziś doszło do kontrolowanego wycieku informacji na temat skali polskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy. Nikt oficjalnie nie potwierdził, ile dokładnie tego jest, ale dziennikarzom wyszło, że w kwestii czołgów chodzi o niemal 200 sztuk. Trochę to nazbyt optymistyczne, bo jeśli trzymać się słów Morawieckiego – że przedmiotem donacji były maszyny T-72 nieprzeznaczone do modyfikacji – to wychodzi jakieś 150-170 sztuk. Dalej bardzo dużo, no ale nie 200. Chyba że… Skądinąd wiem, że na poważnie rozważa się podarowanie Ukraińcom także części maszyn zmodyfikowanych oraz przeznaczonych do tego celu. Przedmiotem wsparcia mogłyby być również nasze Twarde (będące krajową, dość gruntownie zmodernizowaną wersją radzieckich T-72). Nie wszystkie i w dalszej kolejności, ale – ujmę rzecz w ten sposób i nie będę dalej rozwijał – ukraińscy czołgiści mają już okazję do zapoznania się ze specyfiką Twardych. A nie czynią tego dla zabawy.

Wracając zaś do myśli przewodniej – nie bez powodu pojawiają się szczegóły, bo oto Rosja na dobre już zaczęła kampanię (dez)informacyjną, wymierzoną w nasz kraj i jego relacje z Ukrainą. Tak naprawdę – twierdzi Kreml – udajemy tylko sojuszników, a po cichu, i przy wsparciu Amerykanów, szykujemy się do operacji wojskowej, której celem będzie zajęcie zachodniej Ukrainy. Cios w plecy ukraińskiej obrony, na wzór sowieckiego ataku z 17 września 1939 roku, do czego Moskwa rzecz jasna w żaden sposób nie nawiązuje. „Strzeżcie się Ukraińcy Polaków!”, radzi szef Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji Siergiej Naryszkin. Rosji wierzyć to kłamcy zaufać, ale Moskwa dobrze wie, że jej przekazu „nie kupi” istotna większość ukraińskiej i zachodnich opinii publicznych. W swych działaniach Rosja stosuje strategię „długiego ogona” – usiłuje dotrzeć do wielu rozdrobnionych grup odbiorców, często między sobą skonfliktowanych (czy potencjalnie skonfliktowanych), za to licznych w swej masie. W tym przypadku chodzi o „zagospodarowanie” lęków, pragnień czy uprzedzeń części zachodnich Ukraińców, antyukraińsko nastawionych Polaków, w tym „nosicieli” idei powrotu na Kresy, uprzedzonych do Polaków mieszkańców Europy Zachodniej i wywodzących się stamtąd przeciwników amerykańskiego imperializmu. To rzecz jasna także gra „na swoich”, Rosjan, których ten element narracji ma utwierdzić w przekonaniu o słuszności „operacji specjalnej”. Która przecież nie jest żadną wojną z pragnącym zachować niezależność narodem ukraińskim, a misją pokojową ratującą Ukraińców z rąk lokalnych nazistów i obrzydliwego NATO. „Dlaczego w Ukrainie nie ma partyzantów?”, zastanawia się sowieciarska Prawda. Partyzantów-Ukraińców, którzy działaliby na tyłach kijowskiej-faszystowskiej armii, gnębiącej naród i niepozwalającej go wyzwolić rosyjskim sołdatom. Odlot, czyż nie? No ale takim tropem idzie kremlowska propaganda i choć racjonalnie myślący człowiek puknie się w czoło, nie zabraknie i takich, którzy pomyślą sobie, że „coś na rzeczy jest”. Sukcesy Moskwy w zakresie kampanii antyszczepionkowej pokazują, że ów „długi ogon” potrafi być liczny, hałaśliwy i skuteczny we wpływaniu na klasę polityczną. Przypomnijcie sobie, z jakim powodzeniem antyszczepy trzymały za wiadomą część ciała PiS – choć w efekcie rażących zaniedbań rządu codziennie umierały setki ludzi.

A Moskwa Polsce nie odpuści – będzie nas straszyć, także atomowym argumentem, będzie próbować rozhulać pośród Polaków antyukraińskie nastroje. Wykorzysta każdy nasz wewnętrzny kryzys i słabość (dlatego tak ważna jest penalizacja prokremlowskich działań w polityce; ja naprawdę nie rozumiem, jakim cudem Konfederacja i Solidarna Polska są legalnie działającymi partiami). W tej wojnie pozycja Rzeczpospolitej nabiera coraz większego znaczenia. Oto Stany Zjednoczone zapowiadają kolejny pakiet pomocy dla Ukrainy, tym razem w wysokości 33 mld dolarów. 20 ma być przeznaczone na wsparcie militarne. To równowartość dwóch rocznych budżetów naszego wojska, suma, za którą można dostarczyć ilości ciężkiego sprzętu idące w setki (tytułem unaocznienia, z jaką skalą pomocy mamy do czynienia – rocznie nasza armia, która wcale mało nie strzela, wydaje 250-300 mln dol. na odtwarzanie zapasów amunicji). Zawartość tego „zastrzyku” w większości przejdzie przez Polskę, jesteśmy bowiem zapleczem logistycznym tej wojny. Bez nas ani rusz – i Moskwa dobrze o tym wie.

Tym, którzy chcieliby moskiewskiej narracji ulec („walić” w Ukraińców, Unię, NATO czy tylko „ostrzegać” przed ryzykiem wybuchu III wojny światowej), warto przypomnieć, jakie były pierwotne cele rosyjskiej inwazji. Zajęcie i zwasalizowanie całej Ukrainy, co w sposób dramatyczny wpłynęłoby na sytuację strategiczną Polski. De facto mielibyśmy zagrożoną całą wschodnią i w istotnej części północną granicę kraju (tak, jak iluzoryczna jest podmiotowość Białorusi, tak iluzoryczna byłaby w przypadku pokonanej Ukrainy). Niewykluczone, że za jakiś czas ciężkie walki – na wzór tych, toczonych dziś w Donbasie – miałyby miejsce na wschodzie Polski. Fakt, iż jest to coraz mniej prawdopodobny scenariusz, to zasługa Ukraińców, którzy toczą swoją wojnę także w naszym interesie. Zatem musimy ich wspierać i musimy aktywnie i z wielką determinacją brać udział w budowaniu antyrosyjskiej koalicji. To zadanie dla polityków, w jakiejś części dla wojskowych, ale też dla zwykłych obywateli, od opinii których uzależniona jest każda władza. Ot, uroki demokracji.

I rozumiem strach przed eskalacją. Rosja nie wygrywa, Rosja co rusz się kompromituje, ale Rosja nadal niszczy i zabija. Straty pośród ukraińskich cywilów idą w dziesiątki tysięcy, wraz z przeniesieniem walk do Donbasu skokowo wzrosły też straty ukraińskiej armii. Na północnym odcinku frontu obrońcy musieli wycofać z walki cztery brygady, celem ich przeformowania/reorganizacji. A to oznacza, że poległo, zostało rannych bądź wziętych do niewoli od 30 do 50 proc. żołnierzy tych jednostek. Jedna brygada to 3-4 tys. wojskowych, mamy więc do czynienia z poważnymi ubytkami. I z każdym dniem przybywa kolejnych zabitych żołnierzy, cywilów, zburzonych domów, szkół, szpitali (Rosjanie już nawet się nie kryją, że nagminnie „walą” po obiektach niewojskowych). A to może przerażać. Zwłaszcza gdy Ławrow czy sam Putin dodadzą do swych gróźb element atomowego szantażu. Ale…

Rosjanie wysłali do Ukrainy połowę elity swojej armii – wojsk powietrznodesantowych (WDW). Dziś 90 proc. tego komponentu nie istnieje bądź nie nadaje się do walki. WDW, jako formacja, przez 2-3 lata nie odzyska możliwości ofensywnych. Rosja straciła bezpowrotnie od tysiąca do dwóch tysięcy oficerów liniowych (w tym 10! generałów). Poległ kwiat korpusu oficerskiego i jakkolwiek dalsza wojna wykreuje kolejnych doświadczonych dowódców szczebla taktycznego i operacyjnego (z których część przeżyje), znów trzeba kilku lat, by zasypać tę „dziurę”. O skutkach sankcji w kontekście precyzyjnej amunicji czy produkcji nowoczesnych systemów broni już pisałem, o wytraceniu istotnej części najmłodszych czołgów i wozów bojowych również. W moich wcześniejszych wpisach, ale i w doniesieniach innych mediów znajdziecie sporo informacji o tym, że ta wojna przywiodła rosyjskie siły zbrojne do poważnego kryzysu. Dziś grożenie nimi komukolwiek z NATO jest żałosne. „Z czym do ludzi”, skoro to, co najcenniejsze, wykrwawia się właśnie w Ukrainie? Z atomówkami? „Rosjanie chcą, żebyśmy uwierzyli, że są szalonymi samobójcami. Ale oni nimi nie są. I nie są jednolitym systemem, w którym każdy jest gotów popełnić samobójstwo, nawet jeżeli TA jedna osoba by o tym zadecydowała. Prawidłową odpowiedzią na taki szantaż jest niepoddawanie się mu”, pisze Mikolaj Susujew, Ukrainiec mieszkający w Polsce. Nic dodać, nic ująć.

A na opamiętanie się samych Rosjan na razie nie ma co liczyć – z badania przeprowadzonego w kwietniu przez niezależny ośrodek Centrum Lewady wynika, że aż 74 proc. z nich popiera wojnę w Ukrainie. Niemal tyle samo twierdzi, że „specjalna operacja wojskowa” zakończy się zwycięstwem Rosji.

No to się zdziwią – dodam od siebie.

—–

Nz. T-72 podczas ćwiczeń Anakonda 2010. Ciekawe czy ten egzemplarz pojechał do Ukrainy/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Siekiery

We wrześniu 1939 roku rodzina mojej Babci została ewakuowana na wschód Rzeczpospolitej – na tereny ówczesnego województwa wołyńskiego. Po koszmarze ucieczki pociągiem ostrzeliwanym przez samoloty Luftwaffe, uchodźców ulokowano w jednej z wiosek. I tam nie dane im było zaznać spokoju. Po kilku dniach, nocą, musieli uciekać przed skrzykniętymi ad hoc ukraińskimi bandami, które upadek państwa polskiego sprowokował do rozliczeń z Lachami.

„Moi” nie zostali na Wołyniu – jeszcze jesienią 1939 roku wrócili do Torunia, na terytoria zajęte przez Niemców. Niewykluczone, że była to decyzja, która uratowała im życia (cała czwórka – pradziad, prababka, Babcia i jej brat – doczekali końca wojny). Rzeź wołyńska z lata 1943 roku nie była zatem ich osobistym doświadczeniem. Lecz traumatyczne przeżycia z 1939 roku sprawiły, że temat ukraińskich mordów na Polakach wracał w moim domu przy różnych okazjach.

Babcia nie pielęgnowała nienawiści. Nie chciała jej przekazywać – przynajmniej intencjonalnie. Lecz dzieląc się swoim strachem, sprawiła, że wyszedłem z domu wyposażony w pewien myślowy schemat. Odkąd pamiętam, słowo „Ukrainiec” przywodziło skojarzenie z siekierą. Wracały babcine opowieści, do których z czasem dołączyły historie wyczytane z książek i wysłuchane od innych świadków tamtych wydarzeń. Tym łatwiej, że przez wiele lat nie miałem z Ukraińcami żadnych kontaktów. Ukraina to był odległy ląd w posowieckim Mordorze, z którego mojemu krajowi szczęśliwie udało się wyrwać.

Zjeżyłem się, gdy latem 2005 roku spotkałem ukraińskich żołnierzy w Iraku. Byli sojusznikami, ale ja widziałem te przeklęte siekiery.

Kibicowałem Majdanowi w 2013 i 14 roku, ale morze ukraińskich flag – dobitny wyraz lokalnego etnosu – nie pozwalało tak do końca zidentyfikować się ze słusznym przecież protestem. Znów zaważyły siekiery.

Zdrętwiałem, gdy ukraiński żołnierz, ze słowem „brat” na ustach, objął mnie gdzieś na linii frontu pod Debalcewem. Była zima 2015 roku, Ukraina toczyła wojnę z rosyjskim najeźdźcą. Wrogim także nam, Polakom. Świadom tego, wciąż ciążyłem ku siekierom.

To siekiery – chyba bardziej niż przywiązanie do potrzeby zachowania dziennikarskiego obiektywizmu – napędzały moje oburzenie widokiem polskich reporterów, w geście solidarności owijających się ukraińskimi flagami.

Więc gdy wiosną 2016 roku na froncie pod Mariupolem zobaczyłem Ukraińców w pobliżu prawdziwych siekier, nie mogłem się powstrzymać. Zwolniłem migawkę, rejestrując swoje uprzedzenia. Załączam je jako ilustrację do tego postu.

Tak, uprzedzenia – bo w istocie o coś złego tutaj szło. O paskudne uproszczenie, które uwiodło mnie przed laty. Które sprawiło, że tak bardzo bałem się filmu „Wołyń”. Tego, że znów poczuję niemal fizyczną obecność siekier. I tak też się stało. Wyszedłem z seansu utwierdzony w przekonaniu, że Ukraińcy tak długo, jak stanowią etniczną wspólnotę genetycznie związaną ze sprawcami mordów, winni się czuć odpowiedzialni za Wołyń. Zawstydzeni, skruszeni i przepraszający – podobnie jak Niemcy w odniesieniu do Holocaustu i piekła II wojny światowej. Choć sytuacja na Wołyniu czarno-biała nie była, nie może być mowy o żadnym „symetrycznym dzieleniu winy”. Kat był jeden i ofiara jedna.

To rzecz dla mnie niedyskutowalna – ani wtedy, ani dziś. Tylko u licha, co dalej?

Prof. Maria Janion wspominała kiedyś o konieczności przemiany żałoby w empatię. Pisała szerzej – o całościowym stosunku do polskiej historii – lecz jej radę można wykorzystać i w tym kontekście. Empatia to między innymi zrozumienie, zrozummy zatem, skąd się bierze ukraińskie wyparcie wołyńskiej zbrodni, co decyduje o tym, że znienawidzony u nas Bandera w Ukrainie zyskuje status narodowego bohatera. Przecież większość Ukraińców nie ma pojęcia o wołyńskich wyczynach UPA, dla innych ważniejszy jest fakt, że formacja ta walczyła z sowietami. Część wierzy w radzieckie prowokacje, niektórych przekonuje argument o rzekomo masowej współpracy Polaków z Niemcami – przeciw Ukraińcom. Znamy skądś te schematy znoszenia odpowiedzialności, prawda? Dość przypomnieć sprawę Jedwabnego i histeryczne reakcje rodzimych „patriotów”.

Gdy zacząłem poznawać Ukraińców, łatwiej mi było przetwarzać żałobę (i wynikłe z niej uprzedzenia) w empatię, która z czasem zmieniła się w miłość. Zwłaszcza że widziałem ich w sytuacjach granicznych, na wojnie. I tak przepędziłem z głowy siekiery, co wcale nie oznacza „wyczyszczenia” pamięci. Wojna na wschodzie zmusiła nasze kraje do współpracy, a miliony Ukraińców pchnęła do Polski jako uchodźców. Nigdy po 1945 roku nie byliśmy tak blisko, stąd moja wiara, że gdy minie rosyjskie zagrożenie, porozmawiamy jak przyjaciele o wspólnej, tragicznej przeszłości. Ostatecznie więcej nas łączy, niż dzieli – i żaden moskiewski satrapa, któremu ta przyjaźń tak bardzo wadzi, nie będzie nam się wpierdalał między wódkę a zakąskę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Orki

Trochę niepostrzeżenie mija nam kolejna rocznica katastrofy w Czarnobylu. Warto o niej wspomnieć z uwagi na towarzyszącą nuklearnej awarii symbolikę. Gdy w kwietniu 1986 roku doszło do eksplozji reaktora RBMK-1000, Kreml próbował sprawę zatuszować. Nie odwołano pochodów pierwszomajowych w miastach zagrożonych opadem radioaktywnym, co wkrótce zemściło się na radzieckim kierownictwie. Ta bezduszność wzmogła bowiem nastroje antysowieckie w Białorusi i Ukrainie, w republikach najbardziej dotkniętych skutkami tragedii. Wraz ze splotem innych okoliczności, wypadek przyczynił się do upadku ZSRR pięć lat później. Ukraińcy nadali mu dodatkowe znaczenie – stał się, obok Hołodomoru, przykładem sowieckiego i rosyjskiego imperializmu oraz pogardy dla ludzkiego życia. Po 2014 roku wykorzystano go w nacjonalistycznej kampanii, promującej antyrosyjskie postawy. Gdy w kwietniu 2016 roku odwiedziłem Muzeum Czarnobylskie w Kijowie, poza eksponatami i multimediami dotyczącymi katastrofy oraz ekspozycją poświęconą wielkiemu głodowi, były tam również zdjęcia z Donbasu, ilustrujące ukraińsko-rosyjskie zmagania.

Zimą 2022 roku do czarnobylskiej zony wkroczyli żołnierze armii rosyjskiej, a ich dowódcy kazali im ryć okopy w skażonej glebie. Trudno o lepszy dowód, że dla Kremla wojsko to nadal „bydło”, nawet przy założeniu, że ryzyko napromieniowania nie było tak duże, jak donosiła część mediów. Bo z drugiej strony, po co były orkom te jamy? Sytuacja militarna nie uzasadniała „prac ziemnych”.

Ale pal licho ruskich sołdatów – dziś w niemieckim Ramstein odbędzie się konferencja ministrów obrony NATO, podczas której uzgodnione zostaną dalsze kroki dotyczące wsparcia militarnego dla Ukrainy. Wiadomo już, że nie będzie to gadanie dla samego gadania; że sojusznicy przyklepią niebagatelny pakiet pomocy dla Kijowa. Oto więc Zachód okazuje swą hojność w rocznicę katastrofy postrzeganej jako zło wyrządzone narodowi ukraińskiemu przez Rosjan. W polityce takie symbole mają ogromne znaczenie.

Pozostając przy polityce – nie milkną opinie na temat asekuranckiej postawy Niemiec w obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę. Głosy krytyki płyną i z kraju, i ze świata, miażdżące dla kanclerza Scholza recenzje wystawiają nawet koalicjanci. Nie będę ich przytaczał, bo sprawa jest dobrze opisana przez media, ale chciałbym zwrócić uwagę na poczynania samych Rosjan. Jak na razie Moskwa odcina kupony od swych działań wobec Niemiec – RFN sporo Ukrainie pomaga, ale zważywszy na potencjał gospodarczy i militarny republiki, jest tego o wiele za mało. Berlin za bardzo się waha i niemal wprost daje do zrozumienia, że nie chciałby Rosjan aż nadto „skrzywdzić”. To oburzające, zwłaszcza w kontekście Buczy i innych rosyjskich zbrodni w Ukrainie, ale jako się rzekło, Moskwa przez lata budowała relacje z Niemcami tak, by prorosyjskość stała się elementem DNA niemieckiej polityki zagranicznej.

Lecz presja sojuszników Berlina nie słabnie i władze Niemiec niebawem będą musiały skapitulować; wejść na dobre w politykę wspierania Ukrainy. W Moskwie to widzą i sięgają po ukryte zasoby. Tak tłumaczę sobie aktywność rozmaitych środowisk w Niemczech, nawołujących do bezwarunkowego wsparcia Rosji. List niemieckich intelektualistów, w którym czytamy, że Ukraina winna skapitulować (a rząd w Berlinie zabiegać o taki scenariusz), to najgłośniejszy ostatnio przejaw rzekomo-obywatelskiego wzmożenia o oczywistych źródłach inspiracji. Tyleż spektakularny, co żałosny, de facto bowiem mamy do czynienia z apelem elity „gorszego sortu”, osób pozbawionych atutu wpływowości i/lub skompromitowanych choćby podejrzeniami o korupcję.

Dlaczego to podkreślam? Na razie wolałbym unikać konkluzywnych twierdzeń; to, o czym piszę, to wstępne intuicje. Otóż przez dekady żyliśmy w przekonaniu o potędze rosyjskiego wywiadu, o jego gęstych siatkach agenturalnych i całych ekosystemach agentów wpływu funkcjonujących w Europie. Paraliżowała nas myśl o zdolnościach tych środowisk, niejako pogodziliśmy się ze świadomością infiltracji przez Rosjan wielu kluczowych dla Europy i Polski instytucji. Umykały nam dowody na nieporadność orkowych spec-służb, na przykład w akcjach podtruwania przeciwników Putina. Gamoni z ruskiego wywiadu rozpracowywali dziennikarze śledczy, pozbawieni warsztatowych i technicznych możliwości profesjonalnych służb śledczych. Mit trwał, tak samo jako przekonanie o potędze i nowoczesności rosyjskiego wojska. Dziś wiemy już, że Rosja nie dysponuje „trzecią armią świata”; że gdyby nie broń jądrowa, działania zbrojne już dawno przeniosłyby się na teren Federacji. Po dwóch miesiącach wojny widzimy, że osławione służby specjalne także nie mogą się pochwalić spektakularnymi sukcesami. Ławrow co rusz grozi NATO ripostą, a strumień zachodniej broni i tak płynie do Ukrainy. Gdzie są zatem ci chłopcy z grup dywersyjnych GRU? Nie ma mowy o paraliżu decyzyjnym w krajach dawnego bloku wschodniego, gdzie – jak sądziliśmy – rosyjska agentura była najsilniejsza. Jest wręcz przeciwnie – państwa nadbałtyckie, Czechy, Słowacja i Polska idą na przedzie peletonu pomocy dla Ukrainy. Jeśli ktoś miał na kogoś kwity, to musiały okazać się słabe. Próby wpływania na opinię publiczną przybierają postać listu „niemieckich intelektualistów” – jeśli tak wyglądają owe słynne siatki agentów wpływu, to daj nam boże takich przeciwników (w wojnie wywiadów).

I mógłbym tak sporo i długo, lecz jedna rzecz mnie niepokoi. Wpadł mi ostatnio w ręce skrypt rozsyłany pośród rodzimych użytecznych idiotów – ewidentnie pochodzący z Rosji, miał bowiem bardzo charakterystyczne błędy językowe. No i w całości poświęcony został technikom nastawionym na obronę „rosyjskich racji” w toczonej na wschodzie wojnie. „Inscenizacje zbrodni” (Bucza), krwiożerczy Ukraińcy, którzy z czasem „dojadą i nas, Polaków”, uchodźcy utrudniający „zwykłym Polakom” dostęp do usług publicznych – sporo było tych „wyjaśnień”, linków do „niezależnych źródeł”; słowem, cały narracyjny pakiet. Zetknąłem się z czymś takim już wcześniej – w odniesieniu do pandemii – i tak jak uprzednio, tak i tym razem widzę owe kalki narracyjne na „niezależnych”, „prawdziwie-polskich”, „racjonalistycznych” i „patriotycznych” stronach, profilach, vlogach czy blogach.

I ta obserwacja przywodzi mnie do niewesołego wniosku. Łatwiej byłoby nam niszczyć siatki agenturalne rosyjskich spec-służb. Paraliżować działania agentury wpływu, która „tylko” – często nawet nieświadomie – dba o odpowiedni wizerunek Rosji w danym kraju. Szpiegów można wyłapać, „wpływakom” pokrzyżować szyki zakazując prorosyjskiej propagandy i banując rosyjską kulturę. Ale – tak podpowiada mi socjologiczna intuicja – znacznie trudniej będzie uporać się ze strukturami myślowymi od dwóch dekad sprzedawanymi nam (Polsce, Zachodowi) przez rosyjskich speców od wojny hybrydowej. Wyjaśnień Buczy pewnie nie kupimy (trudno o bardziej oczywistą zbrodnię), ale wielu z nas już dawno temu kupiło „przywiązanie do tradycyjnych wartości rodzinnych, jakże lepszych od homopropagandy”, przekonanie o tym, że „władza musi być silna, nawet kosztem wolności osobistych obywatela”, antyzachodniość jako cnotę, pewność, że „Zachód się kończy; że jest zły i zepsuty”. Innymi słowy, cały ten syf stanowiący ideologiczną istotę putinizmu. Gdyby chodziło tylko o marginalne środowiska, machnąłbym ręką, ale owo zaczadzenie dotyczy także elit politycznych – w Polsce, w Niemczech, we Francji czy na Węgrzech. Jak wytrzebić orka z naszych własnych głów? Wybić go z łbów politykom? To najważniejsze pytanie „na jutro” w kontekście wojny cywilizowanego świata z Rosją.

Orki tymczasem trzebią się same. Przeżywalność pośród rannych rosyjskich żołnierzy spadła do 30 proc. (dotąd tak niska była jedynie wśród personelu milicji separatystycznych i u kadyrowców). Poza brakiem odpowiedniego wyszkolenia w zakresie technik ratownictwa pola walki, na rosyjskim wojsku mści się „wola Kremla”, który nie chce, żeby zwykli Rosjanie wiedzieli, jak źle jest w Ukrainie. Wojskowych nie wywozi się zatem do Rosji, co mogłoby wywoływać panikę wśród cywilnych pacjentów w szpitalach przygranicza. Ranni żołnierze są zaopatrywani w placówkach polowych, nieliczni tylko trafiają do kraju. Dla najciężej poszkodowanych niedostateczna opieka bądź opóźniony transport zwykle oznacza wyrok śmierci.

Nz. Amerykańskie haubice M777 – jeden z najważniejszych elementów nowego pakietu wsparcia USA dla ukraińskiej armii/fot. US Army.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zasoby

Rosyjskie rakiety spadają dziś na ukraińskie węzły kolejowe. Jeśli coś w tym zaskakuje, to fakt, że Rosjanie wzięli się za tego rodzaju akcje po dłuższej przerwie, a i tak czynią to w zakresie, który trudno nazwać masowym. Ku wściekłości telewizyjnych ekspertów, chadzających na pasku Kremla, którzy nie mogą zrozumieć – i dają temu wyraz na wizji – „dlaczego armia tak cacka się z Ukrainą!?”. „Przecież przez te węzły idzie zachodnia pomoc!”, grzmią, świadomi, że pozycja eksperta w państwowej telewizji pozwala na łajanie generalicji (byle nie po nazwisku!). Tak putinowcy budują pośród zwykłych Rosjan przekonanie, że niepowodzenia w Ukrainie wynikają z samoograniczającego się charakteru „operacji specjalnej”, co zostawia furtkę dla argumentacji typu „ale jak już NAPRAWDĘ zaczniemy…”. Jednocześnie w takich okolicznościach Kreml tworzy dodatkową presję na wojskowych („widzicie, co o was mówią w telewizji…?”), dopingując ich do bardziej zdecydowanych działań.

Rzecz w tym, że generałowie (zwykle) głupi nie są – i nie trzeba im porad czy drwin. Mają za to związane ręce. Bo po pierwsze, Ukraińcy wykazują się niesamowitą determinacją, jeśli idzie o odbudowę uszkodzonej infrastruktury transportowej. Zniszczone węzły kolejowe reaktywowane są w ekspresowym tempie (tak samo zresztą jak uszkodzona infrastruktura komunalna; służby miejskie robią wszystko, by jak najszybciej przywracać dostawy energii i podstawowych usług). Po drugie, w rosyjskim arsenale rakietowym na dobre rozhulał się wiatr. O brakach w rakietach i pociskach manewrujących, zdolnych do precyzyjnych rażeń dużych obiektów z dużej odległości, najlepiej świadczy fakt, że armia najeźdźcza zaczęła używać pocisków morskich do ataków na cele lądowe. Odpowiedników słynnych ukraińskich Neptunów, zaprojektowanych do odnalezienia i trafienia poruszających się po wodzie obiektów. Amunicja tego typu jest znacznie droższa od Iskanderów czy Kalibrów, które lecą „po sznurku”; fakt, iż cel się nie przemieszcza, eliminuje konieczność zainstalowania dodatkowych, kosztownych systemów celowniczych/manewrujących. Teoretycznie Rosjanie mają wszystko, żeby uzupełnić magazyny i nie strzelać z arcydrogich rakiet, w praktyce wygląda to dużo gorzej. Cała elektronika tych systemów uzbrojenia jest bowiem zachodnia i w tym momencie niedostępna z uwagi na sankcje. Rosjanie zatem nie są w stanie odtworzyć zapasów „inteligentnej amunicji”, a tym, co mają, gospodarzą oszczędnie. Co ostatecznie i tak zmusza ich do rozrzutności, gdy warta kilka milionów dolarów rakieta, z mniejszą niżby tego wymagały okoliczności głowicą (bo wspomniane dodatkowe oprzyrządowanie pakuje się do kadłuba kosztem wielkości ładunku bojowego), niszczy rampę i skupisko torów o wielokrotnie niższej wartości. I to niszczy na kilkanaście-kilkadziesiąt godzin, potrzebnych ekipom remontowym na odbudowę uszkodzonego węzła. Krew w piach.

Dużo większe efekty mogą przynieść ataki na obiekty cywilne, bo dają nadzieję na złamanie woli oporu obrońców – kalkulują rosyjscy dowódcy. Rażona rakietami Odessa to najnowszy przykład tego typu zbrodniczych założeń.

I tylko Ukraińcy ani myślą się poddać. Co więcej, właśnie realizują zapowiadaną natowskim partnerom już jakiś czas temu strategię „podpalania Rosji”. Nie wiem, czy wysiłki białoruskich „kolejowych partyzantów” – którym udało się mocno pokrzyżować rosyjskie plany wykorzystania białoruskich kolei do przerzutu wojska – były w jakiś sposób koordynowane z Kijowa. W mojej ocenie mieliśmy tu do czynienia z „braterskim wsparciem” dla Ukraińców ze strony lokalnych przeciwników Putina i Łukaszenki. Ale za tym, co od kilku dni dzieje się w Rosji, bez wątpienia stoją sami Ukraińcy. Pożary w instytucjach naukowych pracujących na rzecz armii, ataki na mosty i wreszcie płonące składy paliw i amunicji (jak dziś w Briańsku), to efekty twardych kinetycznych uderzeń (ataków lotniczych/rakietowych) oraz bardziej skrytych działań grup dywersyjnych. Ukraińcy mają w prowadzeniu takich operacji spore doświadczenie – SBU nauczyła się ich w Donbasie, na terytoriach okupowanych po 2014 roku. Przez niemal osiem lat tak, jak „znikali” donbascy zdrajcy i dowódcy lokalnych milicji, tak „znikały” ważne elementy infrastruktury, niezbędne do prowadzenia wojny (mosty, magazyny broni itp.). Rosja – z jej koszmarną korupcją, bylejakością wykonania strategicznych dla państwa instalacji oraz całym kontekstem kulturowym (język, powiązania rodzinne) – jest dla ukraińskich sabotażystów idealnym miejscem do działań. Szczególnie, że Rosjanie wykazują się wyjątkową nonszalancją. Kluczowych obiektów znajdujących się w promieniu do 120-150 km od granicy nie strzegą przeciwlotnicze systemy obronne, a w miejsce oddziałów wojsk wewnętrznych, wysłanych do Ukrainy, nie dotarły uzupełnienia z głębi kraju. Oczywiście, poza nonszalancją może to też być kolejny dowód na „krótką kołderkę” rosyjskich sił zbrojnych.

Których siły specjalne właściwie w ukraińskiej wojnie nie istnieją. Na początku inwazji mówiło się o spec-komandzie przerzuconym do Kijowa z zadaniem pojmania ukraińskiego prezydenta. Błędnie identyfikowano ów zespół jako oddział najemnych wagnerowców (po prawdzie – biorąc pod uwagę powiązania między wywiadem wojskowym GRU a Grupą Wagnera – nie było w tym wielkiego nadużycia). Ukraińcy z kolei ostrzegali NATO przed atakami rosyjskich „specjalsów” na centra logistyczne i kanały przerzutowe dla sprzętu płynącego do Ukrainy. Chodziło tu o działania dywersyjne, nie pod własną flagą, na terytorium Rumunii, Słowacji, ale przede wszystkim Polski. Jak na razie do żadnych „wypadków” nie doszło, co każe wierzyć w odpowiednie zabezpieczenie dostaw, skutkujące bezsilnością Rosjan.

I skoro o dostawach mowa – jest tego tyle, że Ukraińcy mają ogromne szanse na przetrzebienie Rosjan i odebranie im inicjatywy strategicznej. Ale nie wpadajmy w nadmierny entuzjazm. Setka naszych T-72, odpowiednio apgrejdowanych przez Ukraińców – wraz z całą masą innego ciężkiego uzbrojenia, które jest już albo na miejscu, albo w drodze – rozstrzygnie pierwszą bitwę o Donbas. I zapewne nie przetrwa do kolejnej. Wojna na wschodzie jest konfliktem niezwykle materiałochłonnym („front przetrawi wszystko”, mawia mój kolega). Rosjanie – jeśli teraz nie dojdzie do istotnego przełomu – za dwa-trzy tygodnie nie będą mieli już dość sił, żeby atakować. Ale Putin nie sprawia wrażenia gotowego do rozmów pokojowych, orki zatem najpewniej się okopią na zajętych pozycjach, a w kraju będą zbierały siły do kolejnego, dużo potężniejszego uderzenia. Do drugiej bitwy o Donbas, latem bądź na początku jesieni. Masowa mobilizacja i równie masowe czyszczenie magazynów ze sprzętu, który będzie się jeszcze nadawał do użycia – oto rosyjskie sposoby na zbudowanie przewagi. Ilościowej, bo o jakości nie będzie tu mowy. Ukraińcy tak zasobnych magazynów nie mają, a wytraconego sprzętu – za miesiąc czy dwa – nie da się już uzupełnić poradzieckim, stanowiącym dotąd podstawę w ukraińskiej armii. Nie da się, gdyż nie będzie już czym i skąd. Dlatego coś, co wciąż jest dla nas nowością i co w gruncie rzeczy nie ma jeszcze charakteru zjawiska masowego – dostawy ciężkiej broni zachodnich producentów – musi się wkrótce stać oczywistą oczywistością. Bez której Ukraina nie przetrwa.

—–

Nz. Płonący dziś w środku nocy rosyjski Briańsk/fot. klatka z filmu udostępnionego przez Ukraińską Prawdę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wojowniczki

Ukrainki masowo wkładają mundury i włączają się w walkę z najeźdźcą.

„Nasze oddziały się wycofywały, więc dowódca zlecił odesłanie wszystkich kobiet na tyły. Mama odmówiła, zawsze była na pierwszej linii. Nosiła kamizelkę kuloodporną i hełm, ale tamci strzelali z czołgów. Matkę ranił odłamek. Nie zmarła od razu, wykrwawiła się. Rana brzucha była zbyt poważna”, relacjonuje jedna z córek Olgi Semidianowej, ukraińskiej medyczki, która 4 marca poległa w obwodzie donieckim. Semidianowa pracowała dla armii na cywilnym stanowisku, ale w 2014 r. postanowiła zostać sanitariuszką. Do chwili rozpoczęcia rosyjskiej inwazji odbyła kilka tur w Donbasie, gdzie wojsko ukraińskie walczyło z separatystami. Jak wspominają koledzy i dowódcy, cechowała się niesamowitą odwagą. Nie raz wyciągała rannych spod ognia. Ale i w cywilu Olga wykazywała się nie lada heroizmem. Matka sześciorga dziewcząt i chłopców, wraz z mężem prowadziła rodzinną placówkę, w której schronienie znalazła kolejna szóstka dzieci. „Jeśli nas tam nie będzie, oni przyjdą do naszych domów”, tłumaczyła dzieciom swoje wyjazdy na front. Dzień przed śmiercią odesłała do Margańca plecak z osobistymi rzeczami. Kilka godzin przed tragicznym bojem zapewniała dzieci o swojej miłości. „Jadę w miejsce, gdzie trwają intensywne walki”, pisała w SMS-ie. Zmarła mając 48 lat, pół roku wcześniej doczekała się pierwszej wnuczki. O jej śmierci poinformowały Inna Sowsun, deputowana Rady Najwyższej Ukrainy i Mariana Betsa, ambasadorka tego kraju w Estonii. „Olga jest naszą bohaterką”, zapewniały obie polityczki.

Na takie miano zasłużyła także Ołena Kusznir, lekarka ukraińskiej Gwardii Narodowej. Starsza sierżant Kusznir zginęła 16 kwietnia podczas rosyjskich bombardowań ostatniej reduty obrońców Mariupola – zakładów metalurgicznych Azostal. Jeszcze w marcu poległ jej mąż, również żołnierz ukraińskiej armii. Z rodziny ocalał jedynie kilkuletni syn pary, którego zdołano ewakuować z oblężonego miasta. O Ołenie świat usłyszał w marcu, gdy zamieściła w sieci apel o pomoc dla Mariupola. „Miasto nie potrzebuje, aby w przyszłości pisać książki i kręcić filmy o jego heroicznej walce”, mówiła. „Świecie, pomóż cywilom przetrwać. Dzisiaj!”, prosiła. Nagranie powstało w dniach, kiedy ponad 100 tys. cywilnych mariupolan znajdowało się w strefie walk, a Rosjanie bombardowali i pacyfikowali osiedla mieszkaniowe, jednocześnie nie zezwalając na tworzenie korytarzy humanitarnych, przeznaczonych do ewakuacji kobiet, starców i dzieci (a kiedy już się na nie zgodzili, nierzadko ostrzeliwali bezbronne konwoje). „Ołena Kusznir nie otrzymała pomocy od świata”, napisała ukraińska dziennikarka Ołeksandra Matwijczuk, która jako pierwsza poinformowała o śmierci medyczki. Sierżant nie przyjęła propozycji ewakuacji, odrzuciła rosyjską ofertę niewoli. Została przy rannych obrońcach i mieszkańcach miasta. I ona, i Olga Semidianowa otrzymały tytuły Bohaterek Ukrainy. Pośmiertnie…

„Węgielek” sieje postrach

Sofia i Solomia Artemczuk, 30-letnie bliźniaczki z Kijowa, żyją. Obie należą do ochotniczego batalionu medycznego joannitów. Nie walczą, ale noszą mundury i są uzbrojone. „Przeszłyśmy szkolenie wojskowe, ale do tej pory nie musiałyśmy używać broni. Jesteśmy od ratowanie życia, to nasz priorytet, ale w razie potrzeby musimy też się bronić”, wyjaśnia Sofia. Dziewczęta ewakuowały już rannych spod ciężki ostrzałów, były też pod ogniem snajperów. W bitwie o Kijów szczęście im dopisało, żadna nie została nawet draśnięta. „Mama się niepokoi, choć nie oczekuje, byśmy zrezygnowały”, opowiada brytyjskim mediom Solomia. Po prawdzie, siostry nie spodziewały się negatywnych reakcji matki, która w 2014 r. była jedną z pierwszych kobiet-ochotniczek w ukraińskiej armii. „Służba to część naszego DNA”, zapewnia bliźniaczka o dłuższym imieniu.

Własnego imienia strzeże „Węgielek”, ukraińska snajperka, o której wojskowe służby PR piszą, że jest postrachem Rosjan. „Likwiduje pięć-sześć ‘celów’ dziennie”, donoszą Ukraińcy, ilustrując materiały zdjęciami ciemnowłosej i ciemnookiej, drobnej kobiety z częściowo zasłoniętą twarzą. Trudno powiedzieć, ile mamy tu wojskowo-wojennego marketingu, a ile prawdy. Jest oczywiste, że snajperzy nie pracują sami, że towarzyszą im spotterzy, że wspiera wywiad i ochrania zwykła piechota. De facto to robota zespołowa, w której pociągający za spust strzelec jest ostatnim ogniwem łańcucha. W przypadku „Węgielka” najpewniej mamy do czynienia z sytuacją podobną do „Ducha Kijowa” – ze scaleniem, na użytek propagandy, kilku tożsamości różnych wojskowych (niekoniecznie wszystkich płci żeńskiej). Do idei, że to kilku snajperów może pracować na rzecz sławy „Węgielka”, przekonuje historia z drugiej strony linii frontu. Kilka tygodni temu Ukraińcy pojmali ranną i porzuconą przez towarzyszy Danijelę Lazović aka Irinę Starikową – Serbkę, byłą zakonnicę (!), która w 2014 r. przyłączyła się do prorosyjskich separatystów. „Bagirze” przez lata zmagań w Donbasie przypisywano niemal każde snajperskie „trofeum” (poza strzelaniem do ludzi, w tym cywilów, Serbka wyspecjalizowała się również w strącaniu dronów). Dziś, w oparciu o zeznania samej Lazović, jej osiągnięcia zredukowano do 40 „trafień”.

Motywacyjna moc brutalności

Nie jest jasne, jak skończy „Bagira” – Kijów uznaje separatystów za terrorystów. Lazović nie ma więc takiego komfortu prawnego, jaki posiadają ukraińskie wojowniczki, które chronią Konwencje Genewskie. Ukrainki – niezależnie od tego, czy służą w regularnej armii, w gwardii czy w oddziałach obrony terytorialnej – są częścią personelu sił zbrojnych. Rosjanie zasadniczo to respektują, choć nie brak doniesień o brutalnych praktykach, stosowanych wobec jeńców-kobiet. Golenie głowy „na zero” i codzienne poranne rewizje z wymogiem rozebrania się do naga – i taki obraz rosyjskiej niewoli rysuje się z zeznań wymienionych na Rosjan więźniarek. „Trzymano ich w piwnicach, nie dawano jedzenia”, opisuje los jeńców obojga płci Ludmiła Denisowa, ukraińska rzecznik praw człowieka. A z przechwyconych przez zachodnie wywiady rozmów telefonicznych rosyjskich żołnierzy wynika, że część pojmanych Ukraińców była wręcz okaleczana. „Przywozili do nas jeńców, znęcałem się nad nimi. A to odrąbię im palce, a to całą dłoń. (…)”, chwalił się podczas jednej z takich rozmów 27-letni Saławat Sarsionow z Astrachania, który przyjechał do Ukrainy jako żołnierz kontraktowy rosyjskiej armii.

Wspominam o tej brutalności nie bez powodu, okazuje się bowiem, że ma ona istotny wpływ na motywacje ukraińskich kobiet. Zwłaszcza zaś doniesienia o mordach na cywilach i masowych gwałtach na zajmowanych przez Rosjan terenach. Coraz więcej mówi się o tzw.: efekcie Buczy, czyli wzrastającym zainteresowaniu służbą w formacjach militarnych. „Po tym, co zrobili Rosjanie pod Kijowem, nawet ja, zdeklarowana pacyfistka, zdecydowałam się włożyć mundur”, pisze mi Switłana, do niedawna dziennikarka z Chmielnickiego. „Oni muszą za to zapłacić”, przekonuje. Identyczne powody przyświecają Ukraińcom wracającym do ojczyzny. W naszych mediach zwykle podaje się dramatyczne liczby dotyczące uchodźców, którzy zdecydowali się uciec z kraju (jest ich już ponad 5 mln, z czego 2,9 mln przebywa w Polsce). Tymczasem nasila się ruch w drugą stronę – do 20 kwietnia tylko z terytorium RP wróciło do siebie 760 tys. Ukraińców. Większość deklarowała chęć włączenia się do walki, i o ile na początku byli to przede wszystkim mężczyźni, o tyle teraz coraz częściej towarzyszą im kobiety. Gwoli rzetelności dodać wypada, że na motywacje powracających wpływać może też rosnąca wiara w zwycięstwo, rozumiane jako zachowanie niepodległości i wyrzucenie Rosjan z kraju.

Tuż przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji, w ukraińskich siłach zbrojnych odsetek kobiet wynosił 17% – tyle samo, ile w armii USA, przez dekady uchodzącej za najbardziej sfeminizowane wojsko świata. Dla porównania, w Polsce tylko siedem na stu żołnierzy jest płci żeńskiej. Ale i w Ukrainie do niedawna nie było tak kolorowo. W 2008 r. w siłach zbrojnych służyło tylko 1,8 tys. kobiet, w 2014 r. – gdy zaczęła się rosyjsko-ukraińska wojna – 14 tys. Między rokiem 2014 a 2020 liczba kobiet w armii zwiększyła się dwukrotnie i stanowiły one 15,6% personelu. Dziś mówi się, że co piąta, a w obronie terytorialnej nawet co czwarta osoba to żołnierka. W rosyjskim wojsku służy nieco ponad 40 tys. pań, ale do sił inwazyjnych delegowano niewiele z nich. Po stronie agresorów walczą zatem mężczyźni, co przy wyraźnie patriarchalnym rysie rosyjskiej kultury, odsłania nam dodatkowy symboliczny wymiar tej wojny. W której napastnikom spuszczają łomot pogardzane kobiety.

—–

Nz. „Węgielek”/fot. Ukraińskie Siły Zbrojne

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 18/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to