Kolektywna

Mariusz Błaszczak nie powiedział, że Polska nie powinna pomóc Litwie, Łotwie czy Estonii zaatakowanym przez rosję. Powiedział jednak, że „polscy żołnierze powinni bronić Polski”, a dopytywany o reakcję na rosyjską agresję odpowiedział, że „wszystko zależy od okoliczności”. Wokół tych słów natychmiast wybuchła polityczna awantura. Tymczasem ciekawsze od niej jest pytanie, czy w razie wojny na wschodniej flance NATO dałoby się w ogóle oddzielić obronę Polski od obrony państw bałtyckich.

Zacznijmy od uporządkowania faktów, bo wypowiedź byłego ministra obrony szybko zaczęła żyć własnym życiem. Bogdan Rymanowski zapytał go w Radiu ZET, czy w przypadku rosyjskiego ataku na Estonię, Łotwę lub Litwę polscy żołnierze powinni ruszyć im z odsieczą.

– Polscy żołnierze powinni bronić Polski – odpowiedział Mariusz Błaszczak.

Prowadzący przypomniał wówczas o artykule 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Błaszczak wskazał, że Polska sama graniczy z rosją, która – jak mówił – „praktycznie objęła terytorium Białorusi”, więc „my też jesteśmy na froncie”. Zapytany następnie, co zrobiłby jako minister obrony w razie ataku na jedno z państw bałtyckich, odpowiedział: „To wszystko zależy od okoliczności”. Przypomniał przy tym, że polscy żołnierze już stacjonują na Łotwie.

To ważne, ponieważ z tej rozmowy trudno uczciwie wyprowadzić wniosek, że były szef MON zapowiedział pozostawienie państw bałtyckich samym sobie. Takich słów nie wypowiedział. Później zresztą, odpowiadając na krytykę, przypomniał działania podejmowane za rządów PiS na rzecz bezpieczeństwa Litwy, Łotwy i Estonii: obecność polskich żołnierzy na Łotwie, udział polskich F-16 w Baltic Air Policing czy współpracę polskich i litewskich wojsk.

Problem z jego odpowiedzią leży gdzie indziej.

—–

Wbrew temu, co czasem można usłyszeć w politycznych sporach, artykuł 5 NATO nie zawiera mechanizmu, który po rosyjskim ataku na Litwę automatycznie nakazywałby Polsce wysłanie tam określonej liczby żołnierzy. Traktat mówi, że zbrojna napaść na jednego lub kilku członków NATO zostanie uznana za napaść na wszystkich. Każdy sojusznik zobowiązuje się wówczas udzielić zaatakowanemu państwu pomocy, podejmując „taką akcję, jaką uzna za konieczną”, włącznie z użyciem siły zbrojnej. Obowiązek pomocy jest więc jednoznaczny, ale jej konkretna forma nie została w traktacie z góry określona.

Polska nie ma zatem traktatowego obowiązku wysłania – dajmy na to – dwóch brygad na Łotwę tylko dlatego, że rosyjski żołnierz przekroczył łotewską granicę. Nie oznacza to jednak, że w takim scenariuszu moglibyśmy potraktować wojnę na Łotwie czy Litwie jako cudzy konflikt, koncentrując się wyłącznie na pilnowaniu własnych granic. Bo rosyjskie natarcie na Litwie zmieniałoby również sytuację wojskową Polski. I odwrotnie – zatrzymanie go odpowiednio daleko od polskiej granicy mogłoby być jednym ze sposobów ochrony polskiego terytorium.

Dość spojrzeć na mapę. Polsko-litewska granica stanowi jedyne lądowe połączenie państw bałtyckich z pozostałą częścią terytorium NATO. Przez Polskę prowadzą więc najważniejsze lądowe szlaki, którymi w czasie kryzysu można wzmacniać Litwę, Łotwę i Estonię. Jednocześnie północno-wschodnia Polska leży między Białorusią a rosyjskim obwodem królewieckim.

Nie oznacza to oczywiście, że każda rosyjska operacja przeciw państwom bałtyckim musiałaby wyglądać jak znany z licznych analiz scenariusz „bitwy o przesmyk suwalski”. Wojna mogłaby rozwinąć się zupełnie inaczej. Nie zmienia to jednak podstawowego problemu wynikającego z geografii. My po prostu już jesteśmy w strefie oddziaływania cyklonu, chcemy tego czy nie.

—–

Tak sprawy widzi NATO. Na szczycie w Wilnie w 2023 roku przywódcy Sojuszu zatwierdzili nową generację regionalnych planów obronnych – najbardziej szczegółowych od zakończenia zimnej wojny. Jeden z trzech takich planów obejmuje wspólnie region bałtycki i Europę Środkową. Jego celem jest między innymi powiązanie planowania NATO z narodowymi planami obronnymi oraz określenie, jakie siły powinny znaleźć się we właściwym miejscu i czasie.

W razie pełnoskalowego konfliktu granica polsko-litewska nie oddzielałaby więc wojny „naszej” od wojny „Bałtów”. Najlepszym dowodem, że nie są to akademickie rozważania, jest obecność polskich żołnierzy na wschodniej flance. 30 czerwca tego roku prezydent Karol Nawrocki przedłużył użycie Polskiego Kontyngentu Wojskowego w ramach natowskiej wysuniętej obecności na Łotwie oraz w Estonii i na Litwie. Kontyngent może liczyć do 320 żołnierzy i pracowników wojska. Jego główne siły stacjonują w łotewskim Ādaži i działają w ramach wielonarodowych sił NATO.

Najciekawszy dla naszej dyskusji jest jednak zakres zadań zapisany w prezydenckim postanowieniu. W czasie pokoju kontyngent szkoli się i rozwija wspólne zdolności obronne. W kryzysie ma wykonywać zadania odstraszania i zapewnienia bezpieczeństwa. A w przypadku konfliktu zbrojnego ma realizować zadania obrony kolektywnej w ramach artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Postanowienie wprost przewiduje możliwość użycia kontyngentu w konflikcie zbrojnym. Innymi słowy polskie państwo zakłada, że polscy żołnierze mogą wykonywać zadania obrony kolektywnej poza granicami Rzeczypospolitej.

Na Łotwie działa wielonarodowa brygada NATO pod dowództwem Kanady, do której siły wystawia kilkanaście państw. Na Litwie Niemcy rozmieściły na stałe brygadę pancerną; wraz z innymi wojskami sojuszniczymi obecność NATO w tym kraju przekracza pięć tysięcy żołnierzy. To nie są oddziały wysłane nad Bałtyk w geście uprzejmości wobec Łotyszy czy Litwinów. Są częścią systemu odstraszania, którego wiarygodność polega właśnie na tym, że ewentualny agresor od pierwszego dnia musiałby mierzyć się nie tylko z armią zaatakowanego państwa, ale również ze stacjonującymi tam wojskami sojuszniczymi.

—–

Nie oznacza to również, że w przypadku ataku na Litwę polska armia powinna rzucić większość swoich sił za północno-wschodnią granicę. Wręcz przeciwnie. Polska miałaby w takim konflikcie ogromną liczbę zadań na własnym terytorium. Musiałaby chronić własną przestrzeń powietrzną, bazy lotnicze, porty, węzły kolejowe, składy paliw i amunicji oraz stanowiska dowodzenia. Musiałaby zabezpieczyć granice z Białorusią i obwodem królewieckim, a jednocześnie przyjmować i przemieszczać przez swoje terytorium wojska sojusznicze zmierzające na wschód.

Polska byłaby w takim scenariuszu nie tylko państwem frontowym, lecz również jednym z najważniejszych zapleczy całej operacji NATO na północno-wschodniej flance.

Dlatego Błaszczak ma rację w jednym istotnym punkcie: konkretna odpowiedź rzeczywiście zależałaby od okoliczności. Od charakteru rosyjskiego ataku, miejsca jego przeprowadzenia, sytuacji na innych kierunkach, dostępnych sił i decyzji podejmowanych w ramach NATO.

Nie sposób dziś uczciwie odpowiedzieć, która polska brygada przekroczyłaby granicę, która pozostałaby w kraju i jakie dokładnie zadania otrzymałoby polskie lotnictwo. Szczegółowe plany operacyjne NATO nie są publiczne.

Można natomiast powiedzieć coś innego. Miejsce stacjonowania żołnierza nie przesądza o tym, czy broni on Polski. Polski oddział walczący na Litwie mógłby w konkretnym scenariuszu chronić polskie terytorium równie bezpośrednio jak oddział rozmieszczony pod Suwałkami. Tak samo niemiecki żołnierz stacjonujący dziś na Litwie uczestniczy nie tylko w obronie Litwinów, ale w obronie całego obszaru NATO – również Polski.

Dlatego przeciwstawienie „obrony Polski” i „obrony państw bałtyckich” niewiele mówi o realiach ewentualnej wojny. Wojska rozmieszczone na wschodniej flance są bowiem tylko pierwszym elementem znacznie większego mechanizmu. Agresja przeciw jednemu państwu ma uruchomić reakcję całego Sojuszu, za którą stoi jego ogromny potencjał militarny – i właśnie świadomość tego ryzyka jest jednym z fundamentów odstraszania.

Czy zatem polscy żołnierze powinni bronić Polski? Oczywiście, że tak. Co wcale nie oznacza, że muszą to robić wyłącznie na terytorium Rzeczypospolitej.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Elita

Jeszcze do niedawna za wojskową elitę uchodzili komandosi GROM-u, SAS, Delty czy Navy SEALs – żołnierze przechodzący morderczą selekcję, doskonale wyszkoleni i przygotowani do wykonywania zadań niedostępnych dla zwykłych jednostek. Wojna w Ukrainie tego wzorca nie unieważniła, ale go poszerzyła. Dziś nieproporcjonalnie duży wpływ na przebieg walk mają operatorzy bezzałogowców, specjaliści walki radioelektronicznej, programiści i analitycy danych.

Według danych przedstawionych na początku 2026 roku przez ukraińskie władze, ponad 80 proc. rosyjskich celów niszczonych przez Siły Zbrojne Ukrainy przypada na systemy bezzałogowe. W samym 2025 roku w ukraińskim systemie ewidencji odnotowano niemal 820 tys. potwierdzonych nagraniami trafień w cele przeciwnika.

Tyle że obraz operatora FPV, który samodzielnie poluje na rosyjskie czołgi, byłby nieadekwatny. Im bardziej bowiem nasycone technologią staje się pole walki, tym mniej zależy na nim od umiejętności pojedynczego człowieka. Największą przewagę dają dziś zespoły zdolne połączyć kolejne elementy jednego procesu: wykryć przeciwnika, rozpoznać cel, przekazać informację, wybrać odpowiedni środek rażenia, zaatakować i sprawdzić rezultat.

Niektóre z takich zespołów stały się już markami rozpoznawalnymi nie gorzej niż nazwy tradycyjnych formacji specjalnych. Dość wspomnieć takie jednostki jak „Ptaki Madziara”, NEMESIS, Raroh czy Achilles. Co więcej, znaczenie systemów bezzałogowych jest na tyle duże, że Ukraina stworzyła poświęcony im osobny rodzaj sił zbrojnych – Siły Systemów Bezzałogowych.

Nie operator, lecz cały system

Skuteczność takich jednostek zależy jednak nie tylko od umiejętności personalu. Jednym z narzędzi pozwalających Ukraińcom łączyć poszczególne elementy pola walki jest DELTA – rozwijany od lat system, który zbiera i porządkuje informacje pochodzące z różnych źródeł i udostępnia je dowódcom oraz żołnierzom. Na początku 2026 roku uruchomiono w nim Mission Control, przeznaczony specjalnie do zarządzania operacjami systemów bezzałogowych. Każda załoga może wprowadzić do systemu m.in. typ używanego drona, miejsce startu, trasę i wykonywane zadanie. Dane nie kończą jednak życia w kolejnym wojskowym raporcie. Są automatycznie przetwarzane i trafiają na cyfrowe pulpity dostępne na różnych szczeblach dowodzenia.

Skala przedsięwzięcia jest już ogromna. Do początku marca Mission Control wygenerował ponad 150 tys. cyfrowych raportów z wykonanych misji, a kilka tygodni później system działał we wszystkich ukraińskich korpusach i zgrupowaniach wojsk. Dowódcy mogą dzięki niemu śledzić wykorzystanie bezzałogowców, porównywać skuteczność jednostek i sprzętu, koordynować ich działanie z obroną przeciwlotniczą oraz walką radioelektroniczną. Informacje są dostępne jednocześnie na różnych poziomach – od batalionu po Sztab Generalny i Ministerstwo Obrony.

– Budujemy system, w którym każde działanie zamienia się w dane, a dane w decyzje – tak wiosną br. sens Mission Control tłumaczył ówczesny minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow.

Jeden człowiek obsługuje sensor, drugi interpretuje dostarczone przez niego informacje, kolejny odpowiada za łączność lub walkę radioelektroniczną, następny uruchamia środek rażenia. Gdzieś za nimi pracują programiści, którzy napisali oprogramowanie łączące wszystkie elementy, oraz analitycy wyciągający wnioski z tysięcy wcześniejszych misji. Żaden z nich sam nie musi dysponować możliwościami kojarzonymi z żołnierzem jednostki specjalnej. Razem mogą jednak w ciągu kilku minut odnaleźć i zniszczyć cel znajdujący się kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów dalej.

I właśnie zdolność skrócenia czasu między wykryciem przeciwnika a jego skutecznym zaatakowaniem staje się jedną z najcenniejszych kompetencji współczesnej armii. Coraz częściej nie wygrywa bowiem ten, kto dysponuje lepszym pojedynczym dronem, sensorem czy pociskiem. Wygrywa ten, kto potrafi szybciej połączyć je w jeden sprawnie działający system.

Technologiczny wyścig

Jest jeszcze jeden powód, dla którego sama umiejętność obsługi drona nie wystarcza, by mówić o wojskowej elicie. Na ukraińskim froncie technologia starzeje się w niezwykłym tempie. Rozwiązanie, które dziś daje przewagę, za kilka tygodni może być znacznie mniej skuteczne, bo przeciwnik nauczy się je zakłócać, wykrywać albo zwalczać. Dlatego jedną z najcenniejszych umiejętności stała się zdolność szybszego dostosowywania się do zmian niż robi to druga strona.

Doskonale widać to w pojedynku między bezzałogowcami a systemami walki radioelektronicznej. Większość popularnych FPV wymaga łączności radiowej między operatorem a maszyną, a wiele innych systemów korzysta z nawigacji satelitarnej. Zakłócenie sygnału sterującego lub GPS może więc uniemożliwić wykonanie zadania. Stąd ogromne znaczenie specjalistów WRE, którzy próbują wykrywać używane przez przeciwnika częstotliwości i zagłuszać je, chroniąc własne oddziały przed atakiem.

Tyle że druga strona natychmiast szuka odpowiedzi. Zmienia częstotliwości, sposób transmisji i oprogramowanie, stosuje rozwiązania zwiększające autonomię dronów. Jedną z najbardziej spektakularnych odpowiedzi stały się bezzałogowce FPV sterowane za pomocą rozwijanego za nimi cienkiego przewodu światłowodowego. Nie potrzebują radiowego połączenia z operatorem, dlatego tradycyjne zagłuszanie nie pozwala zerwać ich sterowania. Problem urósł do takich rozmiarów, że NATO uruchomiło w 2025 roku specjalne wyzwanie technologiczne poświęcone metodom wykrywania i zwalczania dronów światłowodowych.

Na tym technologiczny pojedynek się nie kończy. Coraz większą rolę odgrywają systemy computer vision pozwalające dronowi rozpoznać wskazany obiekt i kontynuować atak nawet po utracie kontaktu z operatorem. Rozwijana jest autonomiczna nawigacja niewymagająca sygnału satelitarnego, a równocześnie powstają kolejne metody wykrywania i fizycznego niszczenia bezzałogowców odpornych na zakłócenia. Każda skuteczna odpowiedź wywołuje więc następną kontrę.

Walka toczy się przy tym nie tylko między urządzeniami. Celem stają się również ludzie, którzy je obsługują. Analitycy brytyjskiego Royal United Services Institute zwracają uwagę, że rosjanie systematycznie wykorzystują rozpoznawcze BSP do poszukiwania ukraińskich stanowisk dowodzenia, systemów WRE i zespołów operatorów bezzałogowców. Po ich wykryciu do ataku mogą zostać użyte kolejne drony albo artyleria. Specjalista siedzący kilka czy kilkanaście kilometrów od pierwszej linii nie musi więc być wcale bezpieczniejszy tylko dlatego, że nie znajduje się w okopie.

Trwa więc nieustanny wyścig. Jedna strona znajduje sposób na skuteczne użycie dronów, druga próbuje je zakłócić lub zniszczyć. Gdy pojawia się skuteczna odpowiedź, przeciwnik szuka sposobu na jej obejście. W tym pojedynku liczy się nie tylko sprzęt, lecz także ludzie, którzy potrafią szybko zrozumieć, dlaczego dotychczasowe rozwiązanie przestało działać, i znaleźć nowe.

To jeszcze jedna cecha łącząca nowych specjalistów z tradycyjnymi siłami specjalnymi. Elitarność nigdy nie polegała wyłącznie na perfekcyjnym opanowaniu określonych procedur. Komandos musi potrafić działać wtedy, gdy sytuacja rozwija się inaczej, niż przewidywał plan. Wojna technologiczna wymaga podobnej zdolności – tyle że czasami zamiast zmiany sposobu wejścia do budynku oznacza zmianę częstotliwości, oprogramowania, anteny albo całej konstrukcji bezzałogowca.

… i na potrzeby tego wpisu to wszystko. Do lektury ciągu dalszego mojego tekstu zapraszam Was do portalu TVP.Info, oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Operator drona z ZSU podczas szkoleń dla ukraińskiej armii organizowanych w Polsce/fot. własne

Model44

Z gen. bryg. Grzegorzem Potrzuskim, szefem Zarządu Planowania i Programowania Rozwoju Sił Zbrojnych w SGWP, o programie pilotażowym SZ RP Model 44, przyszłej strukturze batalionów bojowych Wojska Polskiego i rosnącej roli systemów bezzałogowych rozmawiają Marcin Ogdowski i Tadeusz Wróbel.

W wybranych batalionach z 12 Brygady Zmechanizowanej i 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej testowane są nowe struktury organizacyjne. Co zdecydowało o potrzebie dokonania zmian, znanych pod nazwą Model 44?

Potrzeba wprowadzenia Modelu 44 wynika z doświadczeń współczesnych konfliktów, zwłaszcza wojny w Ukrainie, oraz analiz zmian zachodzących na polu walki. Trwające od roku testy poprzedziły wieloletnie analizy i symulacje prowadzone m.in. przez Sztab Generalny WP oraz podległe dowództwa i centra. Wykazały one, że obecna struktura i wyposażenie ograniczają zdolność batalionów do skutecznego i długotrwałego działania. Model 44 ma wzmocnić ich potencjał rozpoznawczy i uderzeniowy, usprawnić dowodzenie oraz zwiększyć elastyczność, interoperacyjność i zdolność do działań wielodomenowych.

W jaki sposób to zrobić?

Kluczowym elementem Modelu 44 jest nasycenie batalionu systemami bezzałogowymi – od dronów rozpoznawczych i uderzeniowych, przez amunicję krążącą i drony FPV, po platformy lądowe przeznaczone m.in. do dostarczania zaopatrzenia i ewakuacji rannych. Wymagało to przebudowy struktury batalionu: jedną z czterech kompanii bojowych zastąpiono kompanią bezzałogowych systemów uzbrojenia [KBSU]. W efekcie liczba wozów bojowych zmniejszyła się z 58 do 44 – stąd nazwa Model 44.

Dlaczego przyjęto rozwiązanie, które może zostać przez niektórych uznane za osłabiające batalion?

Analizowaliśmy również przydzielenie bezzałogowców do kompanii bojowych oraz dodanie nowej kompanii do obecnej struktury. Rozwiązania te nadmiernie rozbudowałyby jednak batalion, utrudniając dowodzenie i ograniczając jego manewrowość.

Model 44 zachowuje zbliżony stan etatowy, ale zwiększa potencjał bojowy dzięki synergii systemów załogowych i bezzałogowych. Czternaście wozów zastępują setki systemów bezzałogowych, w tym amunicja krążąca zdolna do precyzyjnego rażenia celów na dystansie do 30 km. Dowódca batalionu zyska tym samym możliwość samodzielnego zwalczania celów na odległościach dotychczas nieosiągalnych na tym szczeblu.

Będą też widzieć znacznie dalej niż do tej pory?

Zgadza się. Drony rozpoznawcze pozwolą dowódcy batalionu obserwować sytuację na głębokość kilkudziesięciu kilometrów i otrzymywać obraz niemal w czasie rzeczywistym. Umożliwi to wcześniejsze wykrywanie przeciwnika, śledzenie jego działań oraz szybkie wskazywanie celów środkom ogniowym. Skrócenie czasu od rozpoznania celu do wykonania uderzenia zwiększy precyzję i tempo działania batalionu.

Do tej pory batalion dysponował jedynie plutonem rozpoznawczym, którego możliwości były nieporównywalnie mniejsze. Aby zdobyć informacje o przeciwniku, często trzeba było wysyłać żołnierzy na niebezpieczne misje w głąb jego ugrupowania.

Model 44 zmienia tę logikę. Zadania rozpoznawcze przejmują systemy bezzałogowe, co poza wymienionymi wcześniej korzyściami oznacza też, że nie będziemy narażać zwiadowców na wykrycie i zniszczenie.

Część zadań przejmie sztuczna inteligencja?

To kolejne z założeń Modelu 44. Algorytmy sztucznej inteligencji mają wspomagać proces dowodzenia, zwłaszcza w analizie dużej ilości danych rozpoznawczych pozyskiwanych przez systemy bezzałogowe. Ich zadaniem będzie wstępna analiza, selekcja i priorytetyzacja informacji, w tym wykrywanie i klasyfikowanie celów oraz wskazywanie zagrożeń. Należy jednak wyraźnie podkreślić, że sztuczna inteligencja nie zastąpi dowódcy. Będzie narzędziem zwiększającym jego świadomość sytuacyjną i wspierającym podejmowanie decyzji oraz skuteczne wykorzystanie dostępnych środków walki.

Wstępnie przyjęto, że w kompanii bezzałogowych systemów uzbrojenia znajdzie się drużyna antydronowa. Czy to nie za mało w stosunku do rosnącego zagrożenia ze strony systemów bezzałogowych?

Jednym z wniosków z dotychczasowych testów Modelu 44 jest potrzeba dalszego wzmacniania zdolności batalionu do przeciwdziałania systemom bezzałogowym. Wstępna koncepcja zakłada utworzenie w KBSU wyspecjalizowanej drużyny antydronowej, jednak ochrona nie może ograniczać się do jednego pododdziału. Dlatego wszystkie wozy bojowe batalionu mają zostać wyposażone w systemy wykrywania i zakłócania dronów przeciwnika. Zdolności przeciwdronowe powinny stać się integralnym elementem całego batalionu, tworząc warstwowy system ochrony obejmujący wszystkie pododdziały.

Czy samo zagłuszanie wystarczy? Drony sterowane światłowodowo są na nie odporne.

Dlatego poza systemami walki elektronicznej przewidziano fizyczne osłony pojazdów, takie jak siatki ochronne. Rozważane jest również wyposażenie batalionów w kinetyczne systemy zwalczania dronów, w tym elementy powstającego systemu antydronowego SAN, jak wielolufowe karabiny maszynowe. Połączenie walki elektronicznej, ochrony pasywnej i efektorów kinetycznych ma zapewnić skuteczną obronę przed różnorodnymi zagrożeniami ze strony systemów bezzałogowych.

(…)

Objęte pilotażem kompanie zdały swoje Rosomaki. W to miejsce – poza dronami – pojawiły się wozy typu Ford Ranger oraz cięższe M-ATV, te ostatnie dla plutonu rozpoznawczego. W trakcie kolejnych ćwiczeń okazało się, że „rangery” nie wszędzie się sprawdzają.

Testy wykazały, że Ford Ranger, choć niezawodny w wielu zadaniach, ma zbyt małe możliwości transportowe dla plutonu uderzeniowego wyposażonego w systemy FlyEye i Warmate. Oprócz bezzałogowców i amunicji krążącej pododdział ten przewozi także stanowiska kierowania, agregaty, kompresory oraz inny sprzęt. Dlatego rozważamy wykorzystanie większej platformy, na przykład samochodu dostawczego klasy „bus”. Jest to możliwe, ponieważ pluton operuje na zapleczu batalionu. W jego przypadku ważniejsze od wysokiego poziomu ochrony balistycznej są ładowność, mobilność i możliwość sprawnego rozwinięcia stanowiska.

Pilotażowe jednostki z 12 i 17 Brygady Zmechanizowanej mają być certyfikowane w listopadzie 2026 roku. I co dalej?

O tym dowiecie się z dalszej części wywiadu, który ukazał się w sierpniowym numerze miesięcznika „Polska Zbrojna”. Redakcja publikuje go również w swoim portalu internetowym – oto link do tego materiału.

Notka:

Gen. bryg. Grzegorz Potrzuski jest szefem Zarządu Planowania i Programowania Rozwoju Sił Zbrojnych – P5 w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego. Wcześniej był szefem Zarządu Wojsk Rakietowych i Artylerii w Inspektoracie Wojsk Lądowych DGRSZ.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Radary

– To myśmy widzieli tę rakietę jeszcze nad terytorium Ukrainy? – pyta mnie zdziwiona Czytelniczka. No tak. Polskie i natowskie radary stacjonarne posiadają maksymalny zasięg instrumentalny wynoszący około 470–500 km. Ze względu na położenie przygranicznych baz (np. potężnego radaru RAT-31DL w Łabuniach koło Zamościa), teoretyczna granica „widzenia” sięga w głąb Ukrainy, aż po linię rzeki Dniepr.

Ale – wbrew popularnym teoriom – nasza planeta nie jest płaska i fizyka – a dokładniej mówiąc horyzont radiolokacyjny wynikający z krzywizny Ziemi – trochę miesza wojskowym szyki. Sprawia, że faktyczny zasięg zależy bezpośrednio od wysokości, na której porusza się obiekt. I tak:

Cele wysokolecące (przemieszczające się na wysokości 10 tys. metrów i wyżej, czyli bombowce strategiczne i rakiety balistyczne w fazie środkowej lotu) – polskie stacje radarowe i systemy zintegrowane w ramach NATO NATINAMDS widzą je bez problemu na odległość do 500 km.

Cele średnio- i niskolecące (myśliwce na misjach, pociski manewrujące) – tu zasięg kurczy się do 150–250 km od granicy Polski. Zwłaszcza pociski manewrujące lecące na wysokości kilkuset metrów „chowają się” za horyzontem znacznie szybciej. Radary zlokalizowane w Polsce dostrzegają je dopiero wtedy, gdy znajdą się nad zachodnią Ukrainą (Lwowszczyzną czy Wołyniem).

Cele bardzo niskolecące i małe (drony kamikaze typu Szahed, drony rozpoznawcze) – te są najpóźniej wykrywalne. Latają bowiem na wysokości poniżej 100 metrów. Lądowy radar nie jest w stanie fizycznie ich dostrzec głęboko na terytorium Ukrainy. Wykrywane są najczęściej dopiero w bezpośredniej bliskości polskiej granicy państwowej, jakieś 30–50 km od anteny radarowej.

Oczywiście, Sojusz, w tym Polska, ma „wspomagacze”. Te najwyżej umieszczone – satelity – widzą nie tylko Ukrainę, ale i rosję – rejestrując na przykład start rosyjskich bombowców strategicznych.

Klasyczne radarowe rozpoznanie można też prowadzić za pomocą samolotów AWACS (np. Boeing E-3 Sentry). Krążąc w przestrzeni powietrznej Polski lub Rumunii, dzięki umieszczeniu radaru na wysokości ok. 10 km, istotnie ograniczają problem horyzontu i „widzą” cele niskolecące z odległości ponad 400 km. Daje to niezły wgląd w sytuację nad środkową, a częściowo nawet wschodnią Ukrainą.

Innymi słowy, sytuacja w ukraińskiej (i rosyjskiej!) przestrzeni powietrznej jest dla nas względnie transparentna. Co daje nam trochę czasu na reakcję. Problemem zatem nie wydają się być możliwości wykrycia celu, lecz obowiązujące procedury jego zwalczania. W czasie pokoju sama informacja radarowa zwykle nie wystarcza do podjęcia decyzji o użyciu uzbrojenia. W praktyce oznacza to konieczność dodatkowej identyfikacji obiektu – często z udziałem poderwanej pary dyżurnej myśliwców.

Zastanawiam się, czy nie czas zdjąć ten kaganiec…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

„Odyseja”

Do wczoraj „Odyseja” była dla mnie opowieścią przygodowo-awanturniczą. Element baśniowo-transcendentny – wszyscy ci bogowie, cyklopy, syreny i inne dziwadła – nie przydawał jej powagi. Do tego stopnia, że w oryginalnej wersji miałem ją za głupiutką. Nadal mam, dystansując się od wszystkiego, co nierzeczywiste i nieracjonalne.

Poszedłem więc do kina dla grzesznej przyjemności obejrzenia czegoś, co nie wymaga ode mnie emocjonalnego i intelektualnego zaangażowania. No i wziął mnie reżyser najnowszej adaptacji homeryckiej historii rozsmarował po ścianie. W ciemno założyłem, że sceny będą epickie, scenografia dopieszczona, a poziom realizacyjny najwyższy; w końcu to Nolan. Ale takiej interpretacji mitu tom się nie spodziewał.

Jest bowiem najnowsza „Odyseja” opowieścią o stresie pourazowym. O wyparciu. O poczuciu winy. O skutkach wojennej brutalności i bestialstwa. Historia Odysa ma widzowi pokazać, że z wojny nie wraca się czystym. Z wojny wraca się zadręczonym – dlatego najchętniej by się o niej zapomniało. Dlatego powrót jest tak długi, czasem nigdy się nie kończy, nawet jeśli fizycznie dobijemy do brzegu. Oto przesłanie Nolana. Niepokojąco aktualne w czasach, gdy obleganych jest tyle Troi…

Zdecydowanie polecam!

Nz. Kadr z filmu/fot. materiały dystrybutora