Kije…

Z buńczucznych zapowiedzi Donalda Trumpa – że zakończy wojnę w Ukrainie w dobę po zwycięskich wyborach – nic nie wyszło. Kampanijna gadka na użytek wewnętrzny brutalnie zderzyła się z realiami międzynarodowej polityki. Prezydent-elekt nie wydaje się tym specjalnie zrażony. Spuścił nieco z tonu, ale wciąż deklaruje szybkie działanie – teraz ma to być 30 dni potrzebnych na wygaszenie konfliktu, liczonych od momentu objęcia funkcji 47. prezydenta USA.

Problem w tym, że Moskwa nie chce rozmawiać. Nie że w ogóle, ale w terminarzu nakreślonym przez Trumpa. Ukraińcy też nie wierzą, by w miesiąc udało się załatwić sprawę. No i wciąż mają nadzieję, że nowy prezydent USA nie zgodzi się na układ, który w oczach opinii publicznych uczyni go tym słabszym. Spodziewają się polityki „wymuszenia pokoju siłą”. Wymuszenia na rosji, rzecz jasna.

Jakie są tu opcje?

Jesienią 2022 roku administracja Joe Bidena zagroziła Moskwie, że siły zbrojne USA zniszczą rosyjską armię w Ukrainie, jeśli Kreml zdecyduje się na użycie broni jądrowej (co wówczas, w obliczu koszmarnych klęsk na froncie, rosjanie rozważali). Tak jak wtedy, tak i obecnie potencjał USA pozwoliłby na zadanie rosji dotkliwego ciosu bez sięgania po „atomówki”. Teraz byłoby to nawet łatwiejsze, zważywszy na postępującą degradację techniczną rosyjskiej armii. Innymi słowy, w zasięgu Trumpa stoi potężny kij – prezydent nie musi go używać, wystarczy, by nim pogroził. Ale czy ma dość charyzmy, by zagrać z rosjanami tak ostro i va banque? Szczerze wątpię.

Inny sposób na „wymuszenie pokoju siłą” to rozbudowa potencjału ukraińskiej armii. Dziś liczy ona ponad 900 tys. żołnierzy. Sporo, zważywszy na fakt, że kontyngent rosyjski w Ukrainie to 600 tys. ludzi, a łącznie w konflikt zaangażowanych jest 800 tys. rosjan. Problem w tym, że sprzętu przyzwoitej jakości starcza dla połowy personelu ZSU. Reszta służy w „gołych” brygadach o nikłej wartości. Uzbrojenie zza oceanu by to zmieniło, ale… Pozwólcie, że jeszcze raz przywołam wyliczenia Ołeksandra Kowalenko, ukraińskiego analityka militarnego. Wynika z nich, że każdym stu tysiącom żołnierzy należałoby przydzielić 1,4 tys. czołgów, cztery tysiące wozów bojowych i półtora tysiąca sztuk artylerii. Taka siła zdziałałaby „cuda”, lecz jej uruchomienie to wymagające zadanie nawet dla USA. Zajęłoby dużo (dużo-dużo) więcej niż 30 dni, a sama groźba dozbrojenia Ukraińców pewnie by tu nie wystarczyła.

—–

To może presja ekonomiczna? Trudno oprzeć się wrażeniu, że kwestia ponownego dopuszczenia rosji do pełnej wymiany gospodarczej jest dla Kremla kluczowa – rosyjska gospodarka bowiem ledwie dyszy. Problem w tym, że gdyby na to pozwolić, federacja w ciągu kilku-kilkunastu lat odbudowałaby zdolności zdegradowanej armii. A wówczas los sąsiadów rosji – nie tylko Ukrainy – znów byłby zagrożony. Zachód, a więc i USA, musi tę okoliczność brać pod uwagę. Obrazowo rzecz ujmując, grać z Moskwą tak, by ta nie zmieniła podarowanej marchewki w kij.

Czym jest ta marchewka? Trzystoma miliardami dolarów zamrożonych aktywów rosyjskiego banku centralnego, które „leżą” na Zachodzie. Te 300 „dużych baniek” to znacznie więcej niż Moskwa wydała dotąd na wojnę w Ukrainie (na co poszło 200 mld dol.), dość, by – patrząc z perspektywy interesów putina i reżimu – zapewnić rosji w miarę miękkie lądowanie po wojennej zawierusze.

No więc gdyby zagrozić Moskwie przepadkiem tego majątku? Przymiarki czyni już teraz administracja Bidena, starają się przekonać europejskich sojuszników do przeniesienia owych 300 miliardów na konto powiernicze, które zostałoby odmrożone wyłącznie w ramach porozumienia o przerwaniu wojny rosji z Ukrainą. Moskwa dostałaby czytelny sygnał: „Jeśli chcecie odzyskać pieniądze, musicie przyjść i rozmawiać”.

Jak wynika z informacji CNN, inicjatywa ta została skonsultowana z otoczeniem Trumpa i nim samym. Według źródeł redakcji, Trump poparł taką strategię, przekonany, że szybko doprowadzi ona rosjan do stołu negocjacyjnego. Kto wie, może nawet w 30 dni…

Problem? Jeden; 280 mld aktywów spoczywa w europejskich instytucjach finansowych, tylko 20 mld pozostaje w bankach z siedzibą w USA. Tymczasem sojusznicy Waszyngtonu nadal mają wątpliwości co do legalności takiego rozwiązania. Owszem, zgodzili się już na wykorzystanie na rzecz Ukrainy odsetek od zamrożonych rosyjskich inwestycji, ale bazowego majątku tykać nie chcą. Czy Trump ich do tego przekona? Czy w ogóle będzie mu się chciało angażować w tę grę?

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Rozbudowa potencjału armii ukraińskiej to sensowna opcja, ale długotrwała. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Kilometr

„Proszę mi wierzyć, robimy, co możemy, żeby ich zatrzymać”, zapewniał mnie wczoraj żołnierz ZSU. Polak, ochotnik, obecnie walczący w okolicach Pokrowska. Dwa dni wcześniej inny pisał: „lezą i lezą, nawet bez wsparcia czołgów i artylerii. Szczerze mówiąc, podziwiam, jak bardzo są nieustępliwi”.

Są – trzeba im to przyznać. Ale praktyka „mięsnych szturmów” jest koszmarnie kosztowna. Wymaga ludzkich mas i wiąże się z ogromnymi stratami. Spójrzmy na obwód kurski, gdzie rosjanie odzyskali około 600 z 1200 kilometrów kwadratowych. Obecnie w operację kurską zaangażowanych jest 100 tys. wojskowych z rosji i Korei Północnej, co stanowi ekwiwalent połowy sił przeznaczonych do inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku. A wciąż niedokończona rekonkwista przełożyła się na 38 tys. zabitych i rannych – takie straty ponieśli rosjanie (i Koreańczycy) między sierpniem a grudniem 2024 roku.

Jeden odzyskany kilometr kosztował życie i zdrowie 63 żołnierzy (co jest pewnym uproszczeniem, bo kilka tysięcy rosjan wyeliminowano w pierwszych tygodniach walk w obwodzie kurskim, na etapie ukraińskiej ofensywy).

A ów współczynnik jest jeszcze gorszy w przypadku rosyjskich zysków terenowych w Ukrainie. W 2024 roku rosjanie wyszarpali Ukraińcom 3200 kilometrów kwadratowych. Dużo? I tak, i nie. To odpowiednik sześciu Warszaw, co przemawia do wyobraźni (szczególnie mieszkańców naszej stolicy). Lecz realnie mówimy o terenach w większości rolniczych i nieużytkach, w najlepszym razie o zrujnowanych małych miasteczkach. Których posiadanie wiązało się z koniecznością zapłaty życiem i zdrowiem niemal 400 tys. żołnierzy, ponad 120 za każdy przejęty kilometr.

Kompania do piachu za kilometr piachu.

A front się przy tym nie posypał. Mimo wielu problemów, ukraińska obrona trzyma się twardo i bez realnych widoków na spektakularne załamanie…

—–

Dziś króciutko, wybaczcie, ale dopadły mnie inne obowiązki. Postaram się podrzuć obszerniejszy materiał jutro.

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. ukraińska artyleria na froncie, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

„Atamanizacja”

Ta historia – mimo oczywistych różnic – mogłaby skończyć się tak, jak potoczyły się losy naszej „Błękitnej Armii”. Na zawsze pozostać pozytywnym przykładem międzynarodowej współpracy wojskowej. A czy tak się zakończy? Nie wiem; na razie mamy międzynarodowy skandal, serię śledztw i wielką niewiadomą co do przyszłości ambitnego projektu. O czym piszę? O zamieszaniu wokół ukraińskiej 155 brygady zmechanizowanej im. Anny Kijowskiej.

Nim przejdę do sedna, pozwólcie że dokończę historyczną analogię. W kwietniu 1919 roku do Polski zaczęły docierać pierwsze jednostki dowodzonej przez gen. Józefa Hallera formacji. Utworzone we Francji oddziały stanowiły najlepiej wyszkoloną, uzbrojoną i wyposażoną część niedawno odtworzonego Wojska Polskiego. Niemal z marszu weszły do walki na polsko-bolszewickim froncie, walnie przyczyniając się do pokonania wroga i ugruntowania świeżo odzyskanej niepodległości.

Nie wiem, czy prezydent Zełenski poznał historię „Błękitnej Armii”, ale zamiar, do którego przekonał sojuszników, nosił istotne podobieństwa. Chodziło w nim o to, by nie tylko wyszkolić, ale i wyposażyć na Zachodzie 14 brygad. Gdyby to się powiodło, mielibyśmy do czynienia z poważnym wzmocnieniem ukraińskiej armii. Przy zachowaniu możliwości „starych” brygad i umiejętnym wykorzystaniu potencjału nowych, dałoby się przełamać impas na froncie. Pomysł zyskał akceptację partnerów Kijowa wiosną 2024 roku, „na pierwszy ogień” poszła 155 brygada ZSU.

Sformowana w marcu ub.r. jednostka, w październiku trafia do Francji. I zaczęły się „schody”. W ciągu kilku dni z ośrodka szkoleniowego oddaliło się pięćdziesięciu mundurowych. Wydawało się, że to nic nadzwyczajnego – od 2022 roku Ukraina wyszkoliła w Europie niemal sto tysięcy żołnierzy, w przypadku każdej jednostki ułamek wojskowych korzystał z okazji i dezerterował. Jednak fala dezercji i oddaleń nasiliła się dramatycznie, gdy brygada wróciła do kraju. Jak wynika z ustaleń dziennikarskiego śledztwa (prowadzonego przez Jurija Butusowa), nim jednostka oddała pierwszy strzał na froncie, jej szeregi samowolnie opuściło 1700 żołnierzy. Jedna trzecia ludzi przy uwzględnieniu najwyższych stanów osobowych.

Gdy pierwsze informacje na ten temat zaczęły docierać do ukraińskiej opinii publicznej, ta przecierała oczy ze zdumienia. „Anna Kijowska” była forpocztą nowej jakości, miała mieć „wszystko”. We Francji wizytował ją prezydent Macron, służby prasowe ZSU wielokrotnie publikowały materiały ze szkoleń, w trakcie których używano na przykład doskonałych francuskich haubic samobieżnych Caesar. Elitarna w założeniu brygada, a tu taki klops? Aż zaczęły wychodzić „kwiatki” o rzeczywistej kondycji jednostki oraz o tym, jak potraktowano ją po powrocie do Ukrainy.

Nim brygada pojechała nad Sekwanę, straciła dowództwo, niemal całą kadrę i większość żołnierzy. Wojskowi ci zostali przeniesieni do innych jednostek. Na Zachód wysłano „świeżaków” – oficerów i personel bez doświadczenia bojowego, ba, część szeregowców stanowili ludzie, którzy nie przeszli podstawowego przeszkolenia. Nieopierzeni rekruci, jeszcze kilka dni wcześniej cywile; to z tej grupy pochodzili dezerterzy, którzy dali nogę we Francji. Innymi słowy, na zaawansowany trening udała się zbieranina bez podstawowych nawyków, niezgrana, nieznająca się, dowodzona przez ludzi, którzy nie mieli czasu, by wypracować sobie posłuch, oraz podstaw – jak frontowa przeszłość – by zyskać autorytet. Co mogło pójść źle?

Oczywiście, motywacją można wiele nadrobić – i tak też działo się ze 155-tą we Francji. Rzecz w tym, że przyzwoity trening dla dwóch tysięcy osób został zaprzepaszczony w Ukrainie. Po ośmiu tygodniach brygada wróciła do kraju i z miejsca wpadła w kadrowo-rotacyjny młyn. Zabrano jej artylerię (wspomniane Caesary), większość czołgów (Leopardów 2), najlepiej wyszkolone bataliony, ba, pojedyncze kompanie, porozdzielano po innych jednostkach, jako bieżące uzupełnienie strat ponoszonych przez „obce” brygady. Wypracowane we Francji elementarne zgranie trafił szlag, a „Anna Kijowska” została bez „kłów” i „pięści”. Jakby tego było mało, w szeregi „skanibalizowanej” brygady wcielono 4 tys. ludzi – kolejnych „świeżaków” bez doświadczenia – i po skandalicznie krótkim szkoleniu, w grudniu ub.r., posłano na front. Co istotne, do okopów trafiła nie tylko „goła” (pozbawiona sprzętu ciężkiego) jednostka – 155-tej nie zapewniono odpowiedniej liczby dronów i wyposażenia do walki radioelektronicznej (co wedle założeń jest powinnością strony ukraińskiej, nie zachodnich partnerów). To wtedy miała miejsce największa fala dezercji.

Dziś „Anna Kijowska” – wzmocniona po ujawnionym skandalu – dzielnie walczy pod Pokrowskiem, a jej perypetie studiują prokuratorzy pod nadzorem samego prezydenta. Paryż dyplomatycznie milczy, ale nietrudno zgadnąć, co myślą nad Sekwaną i w innych sojuszniczych stolicach. Sam uważam – o czym piszę na prośbę Czytelników – że Ukraińcy winni z tej historii wyciągnąć krytyczne wnioski dotyczące organizacji swojej armii i całej operacji obronnej. W przeciwnym razie wzmocnią i tak już silną na Zachodzie refleksję, wedle której wsparcie dla Ukrainy jest niczym krew przelewana w piach.

—–

Jakie problemy ZSU obnaża historia 155 brygady?

Nade wszystko fakt, iż w odtwarzaniu zdolności bojowych armii zbyt duży prym wiedzie propaganda. Po co w ogóle powoływano 155-tą brygadę? Ano po to, by sugerować, że istnieje wiele innych jednostek tej wielkości. Niekoniecznie 154, bo proces tworzenia nowych brygad reguluje nieco więcej czynników niż tylko porządek wynikający z kolejności, tym niemniej poprawnym jest założenie, że tak wysoki numer musi oznaczać istnienie co najmniej setki podobnych formacji. A wiadomo, „w kupie siła”, co jest przesłaniem zarówno do przeciwnika, jak i – chyba głównie – do „swoich”, celem podbudowania ich morale.

Tyle że w praktyce tego typu podejście przekłada się na stopniowe „rozwadnianie” możliwości armii jako całości. Uzupełnienia osobowe i sprzętowe nie trafiają do uszczuplonych na skutek działań bojowych, doświadczonych jednostek, gdzie mogłyby zostać odpowiednio szybko zaabsorbowane. Te brygady, mniejsze o połowę, często nawet o dwie trzecie, dalej tkwią na froncie, realizując zadania ponad własne możliwości. W tym samym czasie na zapleczu powstaje kolejna jednostka z wysokim numerem. I pal licho, gdyby udało się ją przyzwoicie wyposażyć i wyszkolić, rzucić do walki jako pełnowartościową formację. Ale tak się zwykle nie dzieje. Stare brygady „pękają”, bądź „tylko” stają przed taką perspektywą – i wtedy zaczyna się wspomniany młyn. Ad hoc organizowane uzupełniania, klejenie obrony na froncie z oddziałów, które nigdy ze sobą nie współpracowały, ba, których personel jest w minimalnym lub żadnym stopniu ostrzelany. Wszak weterani potrzebni są na froncie, a nowe oddziały formuje się z kompletnie zielonych rekrutów i kadry wyciąganej z „lamusa”.

Konkludując ów wątek – Ukraina nie potrzebuje 150 czy 200 brygad, poza nazwami mających niewiele wspólnego z takimi związkami taktycznymi. Niech będzie ich o połowę mniej, za to nie szkieletowych i nie „gołych”; rosjanie, jakkolwiek w tej wojnie nieudolni, i tak znają wartość kolejnych nowoformowanych jednostek, na tyle ogarnięci wywiadowczo byli, są i będą.

Oczywiście, takie „redukcyjne” podejście wymaga od dowództwa ZSU szeregu innych działań, jak choćby sensownego planowania rotacji zaangażowanych w walkę oddziałów.

—–

Wymaga też zmierzenia się z inną słabością ukraińskich sił zbrojnych – na własny użytek określam ją mianem „atamanizacji”, od słowa „ataman”, czyli kozacki dowódca.

Dla lepszego zrozumienia sytuacji najpierw posłużę się ideą próżni socjologicznej, sformułowaną  w 1979 roku przez profesora Stefana Nowaka. Pokrótce mówi ona o tym, że my, Polacy, silnie identyfikujemy się z grupami pierwotnymi (rodziną, rówieśnikami czy sąsiadami) i z narodem jako takim, przy jednocześnie niskiej identyfikacji z grupami poziomu pośredniego. To jedna z częściej przywoływanych koncepcji, która nadal pozwala wyjaśnić fenomen niskiego zaufania społecznego oraz relatywną słabość społeczeństwa obywatelskiego nad Wisłą.

Tylko jak to się ma do problemów ukraińskiej armii? Ano tak, że dla zwykłego żołnierza brygada jest „wszystkim”. To ta rodzina czy grupa sąsiedzka z konceptu prof. Nowaka. Po niej długo nie ma nic – jest próżnia – i na końcu są ZSU, postrzegane w kategoriach symbolicznych, wszak wszystko co realne i tak dzieje się na poziomie brygady. To „spojrzenie z dołu” wzmacniające „spojrzenie z góry” – percepcje dowódców brygad, którzy traktują „swoje” jednostki niczym atamani sotnie. W tej perspektywie – którą formułuję w oparciu o własne obserwacje, wieloletnie, ale niepoparte profesjonalnymi badaniami, obciążone więc ryzykiem nietrafności – brygady są jak udzielne księstewka. Państwa w państwie, armie w armii, z własnym zapleczem w postaci organizacji wolontariackich, z daleko posuniętą samodzielnością w zakresie rekrutacji i polityki informacyjnej. Nie wiem, dlaczego tak jest – być może to współczesny przejaw kozaczyzny (specyficznie godzący niezależność z logiką instytucji), oraz sposób na przeciwdziałanie endemicznej korupcji (zaopatrywanie się brygad z pominięciem MON zapewne zmniejsza wielkość korupcyjnych premii).

Niezależnie od przyczyn „atamanizacji”, do pełnego obrazu realiów ukraińskiej armii musimy dorzucić złogi sowieckiej mentalności – „umiłowanie” do działań masą, organizacyjne bałaganiarstwo i pogardę dla ludzkiego życia. Gdy zderzymy to z wymaganiami wielkiego konfliktu o wysokiej intensywności, dostrzeżemy sporo wewnętrznych napięć obniżających efektywność sił zbrojnych. Pojedyncze brygady umieją znakomicie walczyć, ale współdziałanie kilku jednostek niespecjalnie Ukraińcom wychodzi. Stawka (naczelne dowództwo) potrafi uderzyć ręką w stół i przywołać do porządku co bardziej niesfornych dowódców brygad, bądź ich odwołać, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że nie do końca nad „tym towarzystwem” panuje. Często miota się, nie w pełni doinformowana; po trzech latach pełnoskalówki trudno nie dostrzec, że solidna wymiana danych i budowanie wysokiej świadomości sytuacyjnej to nie są atuty ZSU. „Każdy sobie rzepkę skrobie”, można by zacytować popularne powiedzenie.

Deficyt wiedzy (na najwyższym szczeblu) przekłada się na nerwowe, desperackie ruchy. Czasem po prostu trzeba ugasić kolejny „nieoczekiwany” pożar na froncie, czasem kadrowo-rotacyjny młyn wynika z czegoś innego. Nie wszystkie brygady są „atamańskie”, wiele z nich to wydmuszki, co w połączeniu z „brygadowym egoizmem” tych najsilniejszych graczy skutkuje „kanibalizacją” tych słabszych. Zabieraniem co cenniejszych aktywów, bo „to mnie się należy i to ja potrzebuję”. Taki los stał się udziałem „Anny Kijowskiej”, potraktowanej jako rezerwuar ludzi i sprzętu.

Problem w tym, że 155-ta była częścią większego międzynarodowego projektu.

Problem w tym, że pośpiesznie i byle jak odbudowana, widniejąca na stanie jako pełnowartościowa jednostka, trafiła na jeden z najcięższych odcinków frontu.

I się zesrało…, jak mawia o dramatycznych sytuacjach mój dobry kolega.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Borysowi Sz., Darijo Dąb-Rozwadowskiemu (za „wiadro” kawy), Grzegorzowi Kozakiewiczowi i Radkowi Gajdzie.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Szkolenie innej brygady z wysokim numerem – 128-ej/fot. SzG ZSU

Wyrok

Przedwczoraj, w zamachu bombowym przeprowadzonym w Szui w obwodzie iwanowskim w rosji, ciężko ranny został kapitan konstantin nagajko. Stan oficera oceniany jest jako krytyczny, z uwagi na poważne obrażenia wielu organów, w tym mózgu, ma niewielkie szanse na przeżycie. Odpowiedzialność za zamach wziął na siebie ukraiński wywiad wojskowy (HUR).

Dlaczego 29-latek o stosunkowo niskiej randzie stał się celem ataku?

By to wyjaśnić, cofnijmy się do 5 października 2023 roku. Tego dnia rosyjski Iskander uderzył we wsi Groza w obwodzie charkowskim. Rakieta trafiła w budynek, gdzie akurat odbywała się stypa, zabijając 59 osób. W miażdżącej większości cywilów, jedną szóstą populacji Grozy, co trzeciego dorosłego mieszkańca.

Na rosyjskich kontach na Telegramie szybko pojawiły się informacje, że celem ataku byli żegnający kolegę oficerowie batalionu „Ajdar”. Formacji, która zalazła moskalom za skórę jeszcze w 2014 roku, walnie przyczyniając się do ograniczenia terytorialnej ekspansji tzw. noworosji. Ukraińskie źródła potwierdziły, że we wsi odbył się pogrzeb poległego wojskowego. Ceremonia powtórna, związana z ekshumacją zwłok oficera, który zginął na początku pełnoskalowej inwazji. Groza była wtedy pod rosyjską okupacją, żołnierza pochowano więc w Dnipro – i dopiero jesienią 2023 roku złożono w rodzinnej miejscowości. W rosyjskim ataku na żałobników zginął m.in. syn chowanego, także żołnierz armii ukraińskiej.

Tuż po tragedii mieszkańcy Grozy nie mieli wątpliwości, że rosjan ktoś o pogrzebie poinformował. Miejscowy, zorientowany w przebiegu ceremonii. Te przypuszczenia potwierdziła Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), wskazując dwóch braci. Mężczyźni już podczas okupacji otwarcie współpracowali z rosjanami. Po wyzwoleniu Grozy uciekli do rosji, lecz nadal zbierali informacje dzwoniąc i pisząc do krewnych i znajomych. Tak ustalili co się święci i przyczynili się do masowej śmierci dawnych sąsiadów.

Obecny los braci-zdrajców nie jest mi znany, ale jak skończą, nietrudno się domyśleć. I w tym miejscu możemy wrócić do kapitana nagajki – otóż był on dowódcą baterii artylerii w 112. Brygadzie Rakietowej. I to jego jednostka dokonywała uderzeń Iskanderami na obiekty cywilne i wojskowe w obwodach sumskim i charkowskim. To on wydał bezpośredni rozkaz o ataku na żałobników w Grozie.

Więc dopadł go miecz sprawiedliwości. Cokolwiek z nim będzie, z pewnością ów rosyjski zbrodniarz nikogo już nie zabije…

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej książki pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. konstantin nagajko z matką, źr. zdj. HUR

Umieralnia

W swym noworocznym wystąpieniu putin kreślił wizję rosji imperialnej, gospodarczo i militarnie potężnej, silnej także witalnością swoich obywateli. Ciekaw jestem, czy ci, którzy go słuchali – w niedogrzanych i rozpadających się domach na głubince – też mieli poczucie głębokiego „odklejenia”, jakie udzieliło się rosyjskiemu przywódcy. Pewnie nie, wszak siła propagandy jest potężna, co nie zmienia faktu, że rosja to żaden raj na ziemi; raczej przedsionek piekła i umieralnia dla wszelkiej maści przedwcześnie odchodzących.

Zerknijmy na współczynnik urodzeń, który zaliczył dramatyczny zjazd – z 16 urodzeń na 1000 mieszkańców w 1989 roku do 8 w połowie lat 90. Tym samym na łeb na szyję poleciał również wskaźnik dzietności – w ciągu dekady (między 1989 a 1999 rokiem) zmniejszył się z 2,13 do 1,15. Potem nieznacznie urósł – w rekordowym 2016 roku wyniósł 1,76 – lecz następnie znów wszedł w trend spadkowy i w 2022 roku był na poziomie 1,42. Dla porządku dodajmy – zapewnienie prostej zastępowalności pokoleń wymaga współczynnika dzietności rzędu 2,1.

Problemy demograficzne federacji obrazują też inne statystyki, na przykład wysoka śmiertelność. W pierwszej dekadzie XXI wieku na dwoje urodzonych przypadało troje zmarłych. Jak zauważa profesor Adam Gwiazda, ekonomista i politolog, w tym okresie stan zdrowia ludności rosji był gorszy niż w epoce Gorbaczowa czy Breżniewa. W artykule o znamiennym tytule Niski standard życia i wysoka śmiertelność (dla portalu Forsal.pl) profesor zwraca uwagę, że średnia długość życia w rosji, która w 2006 roku wynosiła 65 lat, była niższa niż przed 50 laty. Między 1965 a 2005 rokiem stopa śmiertelności rosjan (liczba zgonów na 1000 osób) w wieku od 15 do 64 lat wzrosła przeciętnie o około 50 proc. „Do końca pierwszej dekady XXI wieku nie udało się znacząco wydłużyć średniej długości życia mieszkańców rosji. Nastąpiło to dopiero w drugim dziesięcioleciu”, czytamy w tekście z kwietnia 2019 roku.

A i tak w 2019 roku 15-latek z rosji miał przed sobą krótsze życie niż jego rówieśnicy z 23 najbiedniejszych krajów na świecie. Prognozy z tamtego roku pokazywały też, że średnio jeden na czterech rosyjskich 20-latków umrze przed ukończeniem 60. roku życia. W Szwajcarii ryzyko niedożycia 60 lat, po osiągnięciu 20. roku życia, wyniosło jedynie 4 proc. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia z 2020 roku oczekiwana długość życia rosjanina wynosiła 68 lat, rosjanki – 78, co dawało średnią na poziomie 73 lat, a rosji 96. miejsce na świecie (spośród 195 krajów). Dla porównania średnia oczekiwana długość życia Polaków w tym czasie to 78,3 lat (dla mężczyzn 74,5, dla kobiet 81,9), co było 42. wynikiem w skali globu. W najlepszej sytuacji w tym zakresie byli mieszkańcy Księstwa Monako – tam średnia dobiła do 89 lat (93 dla kobiet i 85 dla mężczyzn). Przyrównując do szerszego grona najlepszych – krajów Europy Zachodniej, Ameryki Północnej i Japonii – rosyjska oczekiwana długość życia w chwili narodzin pozostawała o ponad 10 lat niższa. Patrząc z perspektywy indywidualnej (któż by nie chciał żyć o dekadę dłużej) i społecznej (przez pryzmat wartości, jakie można w tym czasie wnieść dla ogółu), mówimy tu o cywilizacyjnej przepaści.

O ile nierodzeniu sprzyjało ubóstwo, o tyle na statystyki śmiertelności największy wpływ miał zły stan zdrowia publicznego. Jak wylicza profesor Gwiazda, w wyniku epidemii HIV/AIDS, alkoholizmu i fatalnej kondycji systemu opieki zdrowotnej „śmiertelność w rosji była w latach 2005–2015 trzy razy wyższa wśród mężczyzn i dwukrotnie wyższa wśród kobiet niż w innych krajach o podobnym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego”. Po 1991 roku nadużywanie alkoholu powodowało ponad połowę zgonów rosjan w wieku 15–54 lat. Co roku z tego powodu umiera w rosji pół miliona osób. Ćwierć miliona zabrała dotąd epidemia HIV/AIDS. W 2021 roku Wadim Pokrowski, dyrektor Krajowego Centrum ds. Walki z AIDS, przedstawił dane dotyczące zachorowalności na HIV. Wynika z nich, że liczba zakażonych wzrosła do półtora miliona. Jak podaje „Nowaja Gazieta”, od 2019 roku rosja ma drugą najwyższą liczbę przypadków HIV na 100 tys. mieszkańców. Ryzyko zarażenia się wirusem jest w tym kraju 42 razy wyższe niż w całej Unii Europejskiej. Ale rosjan masowo – w skali większej niż w innych rozwiniętych krajach – zabija też chociażby gruźlica (25 tys. zgonów rocznie; w Polsce, przy 38-milionowej populacji, umiera mniej niż 500 osób) oraz choroby wywołane paleniem tytoniu i przyjmowaniem narkotyków. Te ostatnie w kraju putina są znacznie tańsze niż na Zachodzie.

Znacznie łatwiej niż na Zachodzie można w federacji przeprowadzić aborcję, która nadal uchodzi tam za jedną z metod antykoncepcyjnych. W 2002 roku rosjanki poddały się 1,72 mln zabiegów, cztery lata później liczba ta spadła do 1,58 mln. W 2006 roku na każde 10 urodzeń żywych przypadało 13 aborcji (!); w USA – ostoi „zachodniej zgnilizny” – ta relacja wynosiła wówczas 10:3. Pogłębiający się kryzys demograficzny zmusił Kreml do działania – uznano, że dostęp do aborcji jest zbyt łatwy, i zaczęto go administracyjnie utrudniać. Po latach odtrąbiono sukces – według statystyk rosyjskiego ministerstwa zdrowia w 2022 roku liczba wszystkich przeprowadzonych aborcji w rosji spadła o 3,9 proc., z 411 tys. w 2021 roku do 395 tys. Na przestrzeni dwóch dekad mówimy więc o spadku na poziomie 400 proc., tyle że to oficjalne dane. Trudno orzec, czy celowo zafałszowane, w każdym razie mimo raportowanego drastycznego ograniczenia liczby zabiegów nie doszło do wzrostu dzietności. Zapewne ma to związek z istnieniem szarej strefy usług aborcyjnych, choć nie tylko. Inne oficjalne statystyki rzucają dodatkowe światło na zjawisko. W 2021 roku w całej federacji sprzedano ponad milion opakowań mifepristonu i lewonorgestrelu, środków do antykoncepcji awaryjnej.

Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku na 100 kobiet przypadało w rosji 86 mężczyzn. Stan ten nie uległ poważniejszym zmianom w kolejnym dziesięcioleciu, w którym z kolei pogłębił się inny problem – tak przynajmniej, w kategorii problemu, widzą sprawy na Kremlu. Otóż gdy upadał Związek Radziecki, ludność rosji w 90 proc. składała się ze Słowian różnych narodowości. W 2022 roku „biali” obywatele federacji stanowili 72 proc. populacji, a kraj zamieszkiwało już niemal 20 mln muzułmanów. Tymczasem na przestrzeni ostatnich dekad dzietność we wspólnotach etnicznie nierosyjskich (i nieprawosławnych) utrzymywała się na poziomie znacznie wyższym niż wśród rosjanek – w Dagestanie nawet trzykrotnie, generalnie (uśredniając) pozostawała w relacji 2,4:1,5.

I na to wszystko przyszła pandemia COVID-19. W 2020 roku śmiertelność w rosji wzrosła o 18 proc. – w pierwszym roku zarazy zmarło 2,1 mln osób, o 324 tys. więcej niż w 2019 roku. Ujemny przyrost naturalny urósł do 660 tys. (w 2020 roku urodziło się 1,44 mln nowych obywateli federacji) i był największy od 2005 roku. W zestawieniach procentowych tak tragiczne dane odnotowano w 1993 roku (wzrost śmiertelności o 17,8 proc.), a wcześniej w 1947 roku (37,2 proc.). W pierwszym przypadku było to pokłosie rozpadu Związku Radzieckiego i towarzyszącej mu gospodarczej zapaści, w drugim – skutek powojennej klęski głodu. A trzeba tu zastrzeżenia, że oficjalna liczba rosyjskich ofiar pandemii z lat 2020–2022 – 390 tys. osób – jest kwestionowana. Zdaniem specjalistów (epidemiologów i statystyków, także rosyjskich) rosja doświadczyła największej po Indiach liczby zgonów z powodu koronawirusa. Prawdopodobnie był to aż milion dodatkowych śmierci. Te przypuszczenia znajdują częściowe potwierdzenie w danych Rosstatu. Zgodnie z nimi tylko w okresie od kwietnia 2020 do września 2021 roku w kraju zmarło ponad 600 tys. osób więcej, niż wynosiła średnia dla podobnych okresów na przestrzeni poprzednich pięciu lat (wzrost o prawie 27 proc.).

I z takim bagażem rosja, wiedziona przez swojego „genialnego” przywódcę, wpakowała się w pełnoskalową wojnę z Ukrainą. Między lutym 2022 a początkiem stycznia br. zginęło i zostało rannych niemal 800 tys. rosyjskich żołnierzy. Już w 2021 roku – wtedy głównie na skutek pandemii – oczekiwana długość życia rosyjskich mężczyzn spadła do 64 lat. Wojna bez wątpienia ów wskaźnik zaniży. W tym kontekście na ironię zakrawa fakt, że putin zamierza rosjanom płci męskiej podnieść wiek emerytalny z 60. na 65. rok życia. Najpierw umrą, a potem dostaną emeryturę…

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. W grudniu nie udało mi się „spiąć” projektu, ufam, że w styczniu będzie lepiej. Będzie? Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

We wpisie wykorzystałem fragment swojej ostatniej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”. Polecam lekturę całości! Osoby zainteresowane nabyciem „Alfabetu…”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. putin podczas przemówienia/screen za kremlin.ru