Spłata

Zaproszeni do obserwacji ćwiczeń oficerowie rosyjskiej armii przecierali oczy ze zdumienia. Nie sądzili, że sprzęt wyprodukowany w ich ojczyźnie, przez kilkanaście lat intensywnie eksploatowany, może być w tak dobrej kondycji technicznej. To wtedy pojawił się pomysł, by czołgi i wozy bojowe od Koreańczyków odkupić, a najlepiej uczynić przedmiotem jakiejś transakcji wymiennej. Był rok 2015, Seul odrzucił propozycję rosjan – T-80 i BMP-3 pozostały na wyposażeniu południowokoreańskiej 3 Brygady Pancernej.

Jak w ogóle się tam znalazły?

Historia tego nietypowego transferu wojskowej technologii zaczęła się jeszcze w czasach ZSRR, w 1990 roku. Sowiet trzeszczał w szwach, jak kania dżdżu potrzebował twardej waluty, więc zapożyczał się u „kapitalistycznych wrogów”. Republika Korei, której władzom zależało na normalizacji stosunków z Krajem Rad, przystała na ofertę Moskwy – i w zamian za nawiązanie dyplomatycznych relacji udzieliła blisko półtoramiliardowej pożyczki (dolarowej rzecz jasna). Związek upadł, rosja – jako prawny następca – chciała czy nie, musiała przejąć zobowiązania wobec Korei. A że kasy dalej brakowało, rosjanie zaproponowali spłatę „w naturze”. I tak na Półwysep Koreański, na jego lepszą część, trafiło w latach 1995-2006 ponad 40 czołgów T-80 i blisko 70 wozów BMP-3 (a ponadto kilkanaście śmigłowców ratowniczych i ponad 20 lekkich samolotów szkolnych).

Po co Koreańczykom dysponującym amerykańską i własną technologią – lepszą i bardziej zaawansowaną – rosyjski sprzęt? Ano była to niezła okazja, by poznać najnowsze i najsolidniej wykonane odmiany „techniki”, stanowiącej podstawę wyposażenia armii północnokoreańskiej (w jej arsenale nie ma T-80 i BMP-3; są wyłącznie starsze wzory uzbrojenia, no ale wywodzące się z tego samego „sowieckiego pnia”). Pokaźna liczba i nielimitowany czas eksploatacji pozwalały dokładnie poznać charakterystyki sprzętu, zweryfikować wywiadowcze ustalenia na temat taktyk użycia pojazdów pancernych. Korzystali z tego nie tylko wojskowi z Republiki Korei, ale także Amerykanie. Abramsy ścierały się z T-80 na długo zanim wybuchła pełnoskalowa wojna w Ukrainie – na Półwyspie, choć wówczas w reżimie ćwiczeniowym. Koncepcje wykorzystane przy projektowaniu i budowaniu południowokoreańskiego czołgu K-2 – zakupionego przez Polskę na okoliczność ewentualnej konfrontacji z rosją – weryfikowano w oparciu o doświadczenia z eksploatacji potencjalnego czołgu-przeciwnika. Mamy więc powody i tu, nad Wisłą, by docenić koreański eksperyment z posiadania (neo)sowieckiej techniki.

Która z okolic Seulu być może niebawem trafi nad Dniepr. Kijów już dwa lata temu zabiegał o przekazanie posowieckich czołgów, ale Republika Korei stała na stanowisku, że nie będzie wspierać Ukrainy dostawami „śmiercionośnej broni”. „Lepsi” Koreańczycy skupili się na pomocy humanitarnej, choć wieść gminna niesie, że już kilka razy poratowali Kijów dostawami amunicji artyleryjskiej. Nie ma na to przekonujących dowodów, więc potraktujmy rzecz jako spekulację.

Kilka dni temu, gdy stało się jasne, że Kim Dzong Un wysłał do rosji własnych żołnierzy, pojawiły się inne spekulacje, dotyczące możliwej reakcji Korei Południowej. Jasnym jest, że Kim nie pomaga putinowi za darmo. I że nie chodzi tylko o kasę, ale także o transfer rosyjskich technologii militarnych, zwłaszcza rakietowych, będących oczkiem w głowie północnokoreańskiego reżimu. Korea Północna z jeszcze większą liczbą jeszcze lepszych rakiet to jeszcze większe zagrożenie dla sąsiadów z Południa. Więc ci coś zrobić muszą, by zakłócić współpracę między Moskwą a Pjongjangiem. Wspomniane spekulacje dotyczą właśnie tego – możliwej reakcji – pośród jej przejawów jako oczywisty i pierwszy krok wymieniając przekazanie posowieckiego sprzętu.

Czy i kiedy do niego dojdzie? Z badań opinii publicznej wynika, że Koreańczycy z Południa niechętnie popierają ideę wojskowej pomocy dla Ukrainy. I najpewniej stąd bierze się powściągliwość rządu w Seulu, której nie zmieniły ostatnie doniesienia o poczynaniach Kima. Władze Republiki Korei spoglądają też w stronę USA, chcąc dostosować własne działania do polityki Waszyngtonu. Tymczasem za oceanem mamy do czynienia z polityczno-ustrojowym dryfem – wybory za tydzień, w tym czasie administracja nie będzie podejmować żadnych radykalnych kroków. Więc i Korea czeka z reakcją.

Jeśli Seul zdecyduje się na dostawy do Ukrainy, posowieckie czołgi – i wszystko inne, co miałoby nad Dniepr trafić – przypłyną najpierw do polskich portów.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępnijcie go proszę.

Będę też wdzięczny za Wasze subskrypcje i „kawy”. Kolejny miesiąc tuż-tuż i to od Was zależy, czy w listopadzie będę w stanie dalej raportować. Jeśli zechcecie mnie wesprzeć…

…polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem moją najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. T-80 i BMP-3 armii Republiki Korei/fot. domena publiczna

Z(de)motywowani

Jeden z moich krewnych, kuzyn Babci, wiosną 1944 roku poległ na froncie wschodnim. Jego ciało nigdy nie wróciło do rodzinnego Torunia, miał symboliczny pogrzeb; nie wiem, co włożono do trumny (i czy w ogóle była jakaś trumna), ale tablica na rodzinnym nagrobku zachowała się do późnych lat 90.

W chwili śmierci chłopak miał 19 lat. Był jednym z 450 tys. Polaków pochodzących z Pomorza i Śląska, siłą wcielonych do Wehrmachtu.

W 1944 roku niemiecki mundur założyło również trzech innych krewnych, w tym rodzony brat Babci. Tych wysłano na front zachodni. Służyli w różnych jednostkach, niezależnie od siebie dwóch zdezerterowało, jeden dostał się do niewoli. Cała trójka trafiła do tego samego obozu jenieckiego we Francji, łut szczęścia sprawił, że mniej więcej w tym samym czasie. Spotkali się w każdym razie „za drutem” i razem stamtąd wydostali, wstępując w szeregi dywizji gen. Maczka.

Szacuje się, że niemal 90 tys. żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie to dawni jeńcy, wcześniej przymusowo wcieleni do armii niemieckiej.

Wielu z nich zmieniając mundur na polski zmieniło też nazwiska, wielu ruszając do walki pozbywało się przedmiotów pomocnych w identyfikacji. Po co? By w razie śmierci czy nie daj boże dostania się do niemieckiej niewoli nie zostać rozpoznanym. I nawet nie chodziło o to, że Niemcy zarzuciliby im dezercję i zdradę, za co groziła kula w łeb. Rzecz w tym, że ryzykiem śmierci obarczone były również pozostawione w okupowanym kraju rodziny.

Bliscy wcielonych do Wehrmachtu Polaków byli dla Niemców zakładnikami – to jedna z podstawowych reguł tej perfidnej, narzucanej przez okupantów „gry”. W razie stwierdzonej dezercji rodziny żołnierzy mogły trafić – i czasem tak właśnie się działo – pod ścianę, w najlepszym razie do obozu koncentracyjnego.

Ta „niemiecka smycz” sprawiała, że uciekać trzeba było z głową – tak, by dowódcy i koledzy nie zorientowali się, w jakich okolicznościach stracili żołnierza. Dla brata Babci (i jego polskiego towarzysza) oznaczało to konieczność podstępnego zabicia niemieckich członków pododdziału (załogi działa samobieżnego) – czego wuj do końca życia nie mógł sobie wybaczyć. Nie wszyscy mieli tyle odwagi, sprytu, determinacji, szczęścia – i pozostali na uwięzi do końca. A ponieważ wojna na jednostkowym poziomie to być albo nie być – „ja lub on”, kimkolwiek jest ten ktoś z drugiej strony – bywało, że tacy żołnierze, choć pozbawieni ideologicznej motywacji, walczyli jak lwy. Pośród przymusowo wcielonych nie brakowało chłopców odznaczonych Żelaznym Krzyżem – dobrze znam jedną taką historię, ale wiem, że było ich więcej.

O czym wspominam w reakcji na niemądre komentarze, jakie wywołuje kwestia koreańskich „ochotników” rzuconych na front ukraińsko-rosyjskiej wojny. To nie jest dobre wojsko – sam o tym pisałem kilka dni temu (i wrócę do tematu w najbliższym czasie) – biorąc pod uwagę rozmaite cechy północnokoreańskiego reżimu oraz ich zdrowotne, techniczne i społeczne skutki. Desperacki krok rosjan – by w ten sposób wetować koszmarne ubytki we własnej armii – zapewne na niewiele się zda. Lecz mimo wszystko daleki byłbym od dezawuowania w czambuł żołnierzy Kima. Są młodzi, źle wyszkoleni, niedożywieni i będą walczyć w nieswojej wojnie. Ale są też szantażowani, w ojczyźnie bowiem pozostały ich rodziny. Których członkowie trafią pod ścianę lub do obozów śmierci, jeśli posłany do rosji „ochotnik” zawiedzie zaufanie „najukochańszego przywódcy”.

Takie są reguły tej „gry”.

W Korei Północnej od dekad przeprowadzany jest obrzydliwy eksperyment, w ramach którego państwo (należące do dynastii Kimów) usiłuje osłabić więzi rodzinne i zastąpić je lojalnością wobec reżimu. Bardzo mało wiemy o realiach życia w najbardziej zamkniętym kraju świata, trudno zatem oszacować, jak dalece posunęła się ta zbrodnicza inżyniera społeczna. Świadectwa uciekinierów z Korei pozostają niejednoznaczne – wyłania się z nich zarówno obraz dezintegracji elementarnych więzi, jak i ogromnego oddania cechującego związki z krewnymi. Przykład sowiecki pokazuje, że istnieją granice, których najbardziej opresyjne polityki nie są w stanie przekroczyć. Nachalny kult Pawlika Morozowa – chłopca, który wydał własnego ojca stalinowskim oprawcom – najlepszym tego dowodem. Przez dekady promowano „Pawkę” jako wzór cnót, a wystarczyło, by upadł ZSRR, i o Mrozowie w rosji zapomniano.

Tak czy inaczej byłoby naiwnością sądzić, że „ochotnicy” z Korei zapomną o swoich rodzinach. A ta pamięć – moim zdaniem – uczyni ich motywację bardziej zbliżoną do ukraińskiej, gdzie walczy się dla bliskich (za ich bezpieczeństwo), niż do rosyjskiej, bazującej na bodźcach materialnych.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem moją najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Żołnierze z Korei Północnej w koszarach w rosji/fot. screen z filmiku udostępnionego przez anonimowe źródło rosyjskie

(Nie)moc

Zachodni sojusznicy Kijowa nie pragną zwycięstwa rosji, to oczywiste. Ale nie chcą również eskalacji, obawiając się, że mogłaby doprowadzić do jądrowej konfrontacji. Dlatego nie ma mowy o natychmiastowym i bezwarunkowym zaproszeniu Ukrainy do NATO czy o wysłaniu sojuszniczych oddziałów nad Dniepr w roli gwarantów bezpieczeństwa – jak chciałby tego w swoim „planie zwycięstwa” Wołodymyr Zełenski. Niechęć Zachodu do bezpośredniego zaangażowania się to pierwsza zmienna, która będzie miała istotny wpływ na sposób, w jaki zakończy się wojna na Wschodzie.

Równie ważny jest inny warunek brzegowy: realne możliwości rosyjskiej armii. Wbrew buńczucznej retoryce, wojsko putina nie jest w stanie podbić Ukrainy. A w 2024 roku poniosło sromotną klęskę, bo tak trzeba oceniać efekty prowadzonej od października ub.r. ofensywy. Nie doprowadziła ona do załamania się frontu, ba, w jej trakcie Ukraińcy przenieśli działania zbrojne na obszar federacji. rosjanie zdobyli kilka miasteczek i kilkadziesiąt wiosek, punktowo przesunęli się o 30 km, ale za cenę 400 tys. (!) zabitych i rannych. Dziś te koszmarne straty wetują, rekrutując 50-latków i sięgając po „ochotników” z Korei Północnej.

Nie mylą się ci, którzy twierdzą, że w Ukrainie toczy się wojna na wyniszczenie – a Ukraińcy też ponoszą w niej duże straty – i że zdobycze terytorialne mają drugorzędne znaczenie. Mają, ale wciąż liczą się jako bieżący wskaźnik powodzenia „spec-operacji”. No i docelowo to jednak o ziemię w tej wojnie chodzi (o jej mieszkańców i zasoby). Wykrwawianie przeciwnika – doprowadzenie do sytuacji, gdy wyczerpany „opuści gardę” – jest tu jedynie środkiem do celu. Na Kremlu wiedzą, że w bezpośredniej walce co najwyżej uda się „wyrwać” Ukraińcom resztę obwodu donieckiego (i na tym koncentrują się wysiłki rosjan poza kurskim odcinkiem frontu). Ale mają też nadzieję, że intensywność wymiany ciosów na tyle osłabi Ukrainę, że gdy dojdzie już do rozmów, uda się nakłonić Kijów do wycofania z obwodów zaporoskiego i chersońskiego. To jest moskiewska „pełna stawka na miarę możliwości”.

—–

Ukraińska to ograniczanie strat terytorialnych i – podobnie jak w przypadku rosjan – „spuszczanie krwi” z wojennej machiny przeciwnika, by w ostatecznym rozrachunku osłabić jego pozycję negocjacyjną. Tak naprawdę o to toczy się dziś wojna, choć dla pełnego obrazu należy dodać „wątek amerykański”. Obie strony usiłują dobrnąć do momentu, w którym możliwe będzie rozeznanie się w skutkach wyborów prezydenckich w USA. Moskwa chciałaby, żeby presja nowej administracji skłoniła Kijów do ustępstw, Kijów liczy, że sojusznik zza oceanu „nie podłoży mu nogi”.

Trudno ocenić, jak będzie – sondaże w Stanach są na tyle wyrównane, że wskazywanie zwycięzcy to wróżenie z fusów. Wydaje się jednak, że niezależnie od tego czy wygra Kamala Harris czy Donald Trump, Waszyngton będzie zabiegał o wygaszenie rosyjsko-ukraińskiego konfliktu. Nieznane – warunkowane tym, kto obejmie Biały Dom – pozostają metody tej presji, choć z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że nowa/stara administracja skupi się na „realistycznych” scenariuszach. W których nie ma już miejsca na rekonkwistę utraconych ziem. Tak dochodzimy do trzeciego warunku brzegowego: ukraińskiej (bez)siły. W realiach pomocowej „kroplówki” – a także z powodu wewnętrznych słabości państwa i społeczeństwa – armia Ukrainy nie jest i nie będzie w stanie wyrzucić z kraju wojsk inwazyjnych.

—–

A więc zamrożenie frontu oraz szukanie pól do ustępstw/zysków na drodze negocjacji – przed taką perspektywą stoją obie strony konfliktu. W przypadku Ukrainy proces pokojowy musi toczyć się jednocześnie z zabiegami o uzyskanie zewnętrznych gwarancji bezpieczeństwa. rosja nie słynie z przestrzegania obietnic i scenariusz, że nabierze sił i ponownie spróbuje „zagrać o całą stawkę”, trudno uznać za przesadzony. „Własna broń jądrowa albo członkostwo w NATO” – tak, w rozmowie z Trumpem, postawił sprawę Zełenski. Nie blefował, nie szantażował, nie snuł fantazji o powrocie do statusu atomowego mocarstwa (na co Ukraina nie ma w tej chwili szans), a jedynie zwrócił uwagę, że bez zachodniej protekcji jego kraj prędzej czy później wpadnie w łapy rosji.

I jakkolwiek to realistyczna diagnoza, alternatywa „atom albo NATO” wydaje się fałszywa. Ukraina może zyskać odpowiednie gwarancje także w inny sposób. Jaki? Wymóg formalnej neutralności – na co naciska i naciskać będzie Moskwa oraz ku czemu skłania się obóz Trumpa – nie musi oznaczać rozbrojenia ukraińskiej armii. Szwajcaria, a do niedawna także Szwecja i Finlandia, pozostawały neutralne, jednocześnie utrzymując relatywnie silne, świetnie wyposażone i wyszkolone armie. Nietykalność wynikała z innych cech państwowości tych krajów, ale element odstraszania też odgrywał swoją rolę.

A więc jeśli przyjęcie Ukrainy do NATO to problem (ryzyko, którego część członków Sojuszu, w tym ci najwięksi, nie chcą podjąć), można wybrać półśrodek: uzbroić ukraińskie wojsko po zęby. Po kilkudziesięciu miesiącach pełnoskalowej wojny rosjanie dobrze wiedzą, że ich broń w większości kategorii ustępuje zachodnim systemom. Mają świadomość, że dziś ratuje ich stosunkowo niewielka ilość tej broni na wyposażeniu Ukraińców. Kilka F-16 różnicy nie czyni, ale 150-200 maszyn wymiotłoby z ukraińskiego nieba rosyjskie lotnictwo. Tak samo jest i byłoby z czołgami, artylerią, bronią rakietową, zwłaszcza średniego i dalekiego zasięgu. Czy mając takiego przeciwnika rosja poszłaby na kolejną wojnę? Nie sposób tego wykluczyć, ale ryzyko z pewnością byłoby mniejsze.

—–

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na dwie sprawy. Formalny pokój wpłynąłby na ocenę ryzyka, jakim obciążone są dostawy zachodniego sprzętu dla Ukrainy. Dziś amerykańskie i europejskie uzbrojenie wydajnie zabija rosjan, co w którymś momencie może pchnąć Kreml do eskalacji. Może-nie może, tego obawiają się na Zachodzie i stąd biorą się realia „kroplówki” i obostrzenia w używaniu broni. Czym innym jednak będzie sytuacja, w której sprzęt posłuży „jedynie” do odstraszania. Dla lepszego zobrazowania posłużmy się przykładem: nasz znajomy bił się z obcym mężczyzną, który go zaatakował. Podrzuciliśmy napadniętemu nóż, tamten go użył, dzięki czemu uszedł z życiem. W innym scenariuszu też dajemy znajomemu groźne narzędzie – ale nie podczas bójki, a na wszelki wypadek, bo wiemy, że ktoś na niego dybie. Skutki mogą być takie same, lecz psychologicznie to diametralnie różne sytuacje, druga jest dla nas znacznie łatwiejsza i w jakimś wymiarze (subiektywnie) znosząca odpowiedzialność.

No ale rosjanie wykazują w tej wojnie niezwykłą determinację – rozumianą jako nonszalancja wobec ponoszonych strat – dlaczego miałoby im zabraknąć jej w przyszłości? – mógłby zapytać ktoś, powątpiewając w odstraszającą moc zwesternizowanej armii ukraińskiej. „Próg bólu” moskali rzeczywiście znajduje się wysoko, jednak nie jest nieosiągalny. Przekonuje mnie interpretacja zaangażowania rosjan w oparciu o mechanizm znany w psychologii społecznej jako „pułapka utopionych kosztów”. To stan, gdy wpakowaliśmy w jakieś przedsięwzięcie czas, pieniądze, energię (jakiekolwiek inne zasoby) i trwamy przy inwestycji chociaż ona nam się już nie opłaca. „Spec-operacja” jest taką właśnie inwestycją – za dużo już „zżarła”, by teraz się z niej wycofać. Co innego, gdyby można było cofnąć czas…

Tak, zakładam, że rosjanie są racjonalni. Owszem, ich racjonalności towarzyszy inne pojmowanie wartości ludzkiego życia, a wiele decyzji podejmowanych jest po niewłaściwym rozeznaniu sytuacji, ale co do zasady, mając „czarne na białym”, Kreml nie wpakowałby się w kłopoty. W opisanym kontekście owe „czarne na białym” oznacza zmilitaryzowaną ukraińską neutralność.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi i Arkowi Drygasowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze i Marcinowi Barszczewskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich 10 dni: Wojciechowi Jóźwiakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Grzegorzowi Lenzkowskiemu, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Łukaszowi Podsiadle.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zwesternizowane oblicze współczesnej ukraińskiej armii – należący do 47 Brygady Zmechanizowanej amerykański czołg Abrams/fot. SzG ZSU

Tekst, w nieco szerszej formule, ukazał się na łamach portalu Interia.pl

Podsumowanie

„Własna broń jądrowa albo członkostwo w NATO” – to fałszywa alternatywa. Ukraina może mieć odpowiednie gwarancje bezpieczeństwa pozyskane w inny sposób.

Europo-i-polskocentryczna wizja konfliktu w Ukrainie to poważny błąd poznawczy, któremu masowo ulegamy, oceniając postępowanie Stanów Zjednoczonych.

Inny błąd poznawczy sprowadza się do tego, że dostrzegamy słabnącą Ukrainę, a nie widzimy coraz bardziej słaniającej się rosji.

Czy operacja kurska się powiodła?

O co dziś dziś toczy się wojna w Ukrainie – jakie są rosyjskie i ukraińskie cele na najbliższe miesiące?

O tym wszystkim, i o wielu innych kwestiach, mówię w wywiadzie udzielonym Podkastowi Dezinformacyjnemu. Odcinek nosi tytuł „Wojna na wyczerpanie”, jest dostępny na kilku platformach, oto linki do dwóch najpopularniejszych – na Spotify oraz w YouTubie.

Wybaczcie, że brzmię jak ze studni (to moja wina; zepsułem mikrofon), ale da się tego słuchać bez szkody na zdrowiu. Co więcej, sądzę, że warto, bo zrobiło nam się z tego wywiadu „gęste” podsumowanie sytuacji Ukrainy, okraszone kilkoma predykcjami.

A zatem dziś Ogdowski w wersji słuchanej, nie pisanej. Zapraszam!

—–

Dziękuję za uwagę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszej pracy, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem moją najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Zdjęcie ilustracyjne, fot. SzG ZSU

Wygłodzeni

Korea Północna wspiera rosję już od kilkunastu miesięcy, dostarczając jej amunicję artyleryjską i rakietową. W ograniczonym zakresie Kim Dzong Un śle putinowi również sprzęt ciężki, głównie holowane armaty. Dziś, wiele na to wskazuje, mamy do czynienia z kolejną odsłoną tej współpracy: oto w federacji pojawili się północnokoreańscy żołnierze, którzy przechodzą szkolenia zgrywające i niebawem mają trafić na ukraiński front lub do obwodu kurskiego.

W Ukrainie przyjmuje się te wieści bez większego zaskoczenia, jako naturalną konsekwencję ostatniego zbliżenia obu bandyckich reżimów. „Stare zobowiązania”, śmieje się znajomy dziennikarz z Kijowa, mając na myśli wsparcie ZSRR udzielone Korei Północnej na przełomie lat 40. i 50., podczas jej wojny z Południem (i stojącą za nim koalicją ONZ). Po prawdzie, sowiecki wkład ludzki – zespół pilotów i mechaników – nie miał takiego znaczenia, jak 200 tys. chińskich „ochotników”, no ale Moskwa umiejętnie zagospodarowała poczucie wdzięczności koreańskich sojuszników.

A dziś to po prostu interesy dwóch skazanych na siebie pariasów.

Naiwnością bowiem byłoby sądzić, że Kim wysyła mundurowych w geście solidarności – rosjanie sowicie mu za to zapłacą. Bezpośrednio Kimowi, gdyż w przypadku Korei Północnej mówimy o wyjątkowo zwyrodniałym systemie władzy i upośledzonej strukturze społecznej. Ekspediowani do rosji żołnierze to nie jest „wojsko Kima” z tytułu wspólnego pochodzenia i identyfikacji, ale z racji prawa własności – niczym niegdyś niewolnicy należący do plantatorów bawełny. Taki status ma niemal każdy obywatel Korei, co nakłania na niego obowiązek bezwzględnego służenia „najwyższemu przywódcy”. Także za granicą, jako tania siła robocza (z czym mieliśmy do czynienia i w Polsce, w sektorze budowlanym), bądź jako mięso armatnie.

Bo to będzie mięso armatnie. „Nasi chłopcy zabiją ich wszystkich”, deklaruje mój kijowski rozmówca i nie mam powodów, by nie wierzyć, że Ukraińcy będą próbować. Ale wiem też, że eliminować trzeba mieć kim (i czym), a dobrze znam problemy ukraińskiej armii z odtwarzaniem gotowości bojowej. W ich kontekście – braków sprzętowych, ludzkich, motywacyjnych/ogólnego wyczerpania – pojawienie się „na teatrze” kolejnego podmiotu nie jest dobrą wiadomością. Kyryło Budanow, szef ukraińskiego wywiadu wojskowego, szacuje, że na terenie federacji szkoli się obecnie 11 tys. północnokoreańskich żołnierzy. To nie jest liczba, która ma moc przesądzenia o wyniku wojny, ale nie wiemy, co będzie dalej. A już kilkadziesiąt tysięcy Koreańczyków mogłoby dać rosyjskiej machinie wojennej kilkanaście tygodni oddechu, którego Ukraińcy by nie mieli, co tylko pogłębiłoby niekorzystne dysproporcje w potencjałach obu stron. Można sobie wyobrazić, że „zaoszczędzone” na Koreańczykach rosyjskie wojsko użyte zostałoby w jakiejś kolejnej operacji zaczepnej, na wzór tej charkowskiej, z wiosny. Ile jeszcze takich ataków wytrzyma Ukraina?

I właśnie stąd moje zmartwienie.

Ale pojawienie się Koreańczyków tylko potwierdza diagnozę o kiepskiej bieżącej sytuacji rosyjskiej armii. „Tonący brzytwy się chwyta”, mówi popularne przysłowie, nieco w tym kontekście przesadne, ale jednak, rosjanie mają bowiem za sobą koszmarny rok. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy – od momentu podjęcia działań zaczepnych po nieudanej ukraińskiej kontrofensywie – Moskwa straciła około 400 tys. ludzi (zabitych i rannych). 2024 rok będzie najkrwawszym rokiem tej wojny (co dotyczy również Ukraińców). I oczywiście, rosyjskie zasoby mobilizacyjne są duże, większe od ukraińskich, ale widać znaki „dochodzenia do ściany”. Kilka dni temu, przytaczając ustalenia rosyjskiej „Wiorstki”, pisałem o dramatycznym wzroście średniego wieku powołanych do służby; ogromna część mężczyzn, którzy trafią dziś na ukraiński front, ma 50 lat i więcej.

Drugi znak wymaga małego wprowadzenia. Mil-blogerzy, dziennikarze rosyjskich mediów relacjonujący konflikt w Ukrainie, poza funkcjami propagandowymi pełnią też role „wentyli bezpieczeństwa”. To za ich pośrednictwem w obiegu pojawiają się treści opisujące problemy rosyjskiego kontyngentu. Bez nadmiernego krytycyzmu, ale czytający między słowami są w stanie wyłowić esencje. Tym sposobem rosyjscy dowódcy i urzędnicy starają się „korygować kurs”, wszak w kraju autorytarnym nie ma mowy o wolności i otwartości dyskusji. W każdym razie w ostatnich tygodniach pośród mil-blogerów sporo pisało się o mięsnych szturmach. Na zasadzie „wicie-rozumicie, to może nie jest najszczęśliwsza metoda na pokonanie przeciwnika, ale w obliczu różnych niedoskonałości lepszej nie mamy”. Mają czy nie (moim zdaniem nie mają), idzie tu o próbę racjonalizacji potwornych strat; na tyle potwornych, że tej racjonalizacji już wymagających. Pośród rosjan narasta świadomość, jak bardzo wojna demoluje ich społeczeństwo od strony demograficznej. Jak niebezpiecznie zbliża się do momentu, w którym trzeba będzie sięgnąć po „uprzywilejowanych”: „białych”, prawosławnych i wielkomiejskich rosjan, których dotąd putinowski reżim oszczędzał. Inaczej tego wytłumaczyć nie potrafię.

Jest więc „tonący”, jest i „brzytwa”, tyle że ta północnokoreańska – w dobrym dla Ukrainy scenariuszu – na niewiele może się rosjanom zdać. Kilka lat temu światem wstrząsnęła relacja lekarza z Korei Południowej, który opowiadał o stanie zdrowia żołnierza z Północy, dezertera. „W mojej ponad 20-letniej karierze chirurga widziałem coś takiego tylko w podręczniku”, mówił ów medyk podczas konferencji prasowej. I pokazał zdjęcia, na których widać było liczne pasożyty wydobyte z uszkodzonego przewodu pokarmowego dezertera. Jeden z pasożytów miał 27 cm długości.

Korea Północna od ponad 30 lat zmaga się z falami głodu. Ludzie jedzą korę z drzew, znane są liczne przypadki kanibalizmu. Jednocześnie kasa władców puchnie, oni sami też; dużo by o tym pisać, sytuacja w „królestwie Kimów” to temat na oddzielny tekst. Na potrzeby tego dość stwierdzić, że kondycja zdrowotna Koreańczyków z Północy jest fatalna, co w istotnej mierze dotyczy także sił zbrojnych. Mundur to gwarancja nieco lepszej diety (i paru innych przywilejów), ale co do zasady, północnokoreański żołnierz okazem zdrowia nie jest. Kim ma 200 tys. „specjalsów” – wykarmionych byczków – ale to gwardia reżimu i nie sądzę, by ludzi z tych formacji posyłał do rosji. Idą zwykłe „szweje”, ze swoimi problemami.

I wysoką motywacją, na którą zwróciłem uwagę w grudniu 2023 roku, gdy spotkałem się z emerytowanym generałem południowokoreańskiej armii. Głównym tematem rozmowy była współpraca przemysłów naszych krajów, ale skorzystałem z okazji i poprosiłem o ocenę możliwości wojsk Kim Dzong Una. „Są liczne i sfanatyzowane”, stwierdziłem. „Owszem”, usłyszałem w odpowiedzi. „Ale to nie jest żołnierz zdolny do długotrwałego wysiłku”, zapewnił mnie ów generał.

I najpewniej tacy ludzie szkolą się teraz w rosji. W kraju, która z dobrej kondycji zdrowotnej ludności też nie słynie, jednak aż tak źle tam nie jest. Czy w oparciu o taki zasób da się stworzyć przyzwoitą jakość, inną niż armatnie mięso jednorazowego użytku?

—–

Na dziś to wszystko – dobrego weekendu Wam życzę!

Dziękuję za lekturę i udostępnienia. Pamiętajcie proszę, że piszę głównie dzięki Wam – i jak kania dżdżu potrzebuję Waszych subskrypcji i „kaw”. Kapie ostatnio; symbolicznie i nie na tyle, bym ze spokojem planował kolejne działania. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen filmiku nagranego w tajemnicy przez rosyjskiego żołnierza/Fot. anonimowe źródło rosyjskie