„Postępy”

W styczniu 2015 roku odwiedziłem szpital w Sełydowie. Srogie to było doświadczenie, bo placówka wyznaczona do obsługi oddziałów na froncie nie miała dostępu do bieżącej wody. Podstawowe techniczne instrumentarium pamiętało późny ZSRR, a stół operacyjny pochodził z połowy lat 50. „Nie mamy sprzętu do intubacji”, skarżył się jeden z lekarzy. Zaraz potem planowałem jechać na pierwszą linię i przygnębiła mnie świadomość, że w razie kłopotów trafiłbym w to miejsce. Dawało ono szanse lżej rannym, o dawaniu nadziei w cięższych przypadkach nie było mowy.

Dyrektor szpitala przyjęła dziennikarzy w gabinecie. Wyjęła szampana, jakieś czekoladki. „Nieczęsto zdarzają mi się tacy goście”, tłumaczyła, zadowolona, że wreszcie może się komuś wyżalić. „A nuż ktoś przeczyta i pozwoli klinice stanąć na nogi…”. Nie wiem, czy moje i kolegów teksty przyniosły taki skutek. Wiem, że w ubiegłym roku – czyli już podczas „pełnoskalówki” – rosjanie uderzyli w szpital bombami i rakietami; musiał zatem dalej pełnić rolę lecznicy dla wojskowych.

Lecz nie o tym chcę Wam dziś napisać – wybaczcie dygresję, ale jej zwieńczenie pozwoli nam pójść dalej. Otóż w pewnym momencie pani dyrektor stwierdziła ze smutkiem: „Możesz nie interesować się polityką, ale prędzej czy później polityka zainteresuje się tobą”. Miała na myśli wojnę oraz fakt, że wielu doniecczan „przespało” pierwsze rosyjskie ingerencje (rzekome bunty miejscowych), a potem było już za późno. Powstały tzw. ludowe republiki, pojawiło się regularne ruskie wojsko; życie mieszkańców regionu zmieniło się nie do poznania. O czym podczas tego spotkania przypominało nam drżenie okiennych szyb, w oddali bowiem regularnie biła artyleria. „Polityka dopomina się o zainteresowanie…”, konkludowała szefowa placówki.

—–

Raz jeszcze to podkreślę – mowa o wydarzeniach sprzed ponad dziewięciu lat. Front przechodził wówczas przez poddonieckie Piski, od Sełydowa dzieliło „separatystów” 20 km. Dystans na dłuższy spacer, którego „watnicy” do spółki z rosjanami, a obecnie już przede wszystkim moskale, nie pokonali do dziś.

Czytam, że rosjanie są już pod Sełydowem, że miasto niebawem wpadnie w ich łapy. Wpadnie czy nie, ton tych doniesień jest taki, jakbyśmy mieli do czynienia z jakimś nieprawdopodobnym rosyjskim blitzkriegiem. I kolejną nieuchronną zdobyczą, wpisującą się w całe pasmo błyskotliwych i niemal niezliczonych sukcesów putinowskiej armii. „Idą ruskie przez Donbas jak burza!”, można by wywieść taki wniosek – i wielu go wywodzi. Umyka wyczucie realnego tempa tego marszu – napisać, że mozolnego, to jakby nic nie napisać. Przepada świadomość, że za nazwami przejętych przez moskali miejscowości kryją się przysiółki, wioski, że od czasu do czasu jest to ledwie powiatowa mieścina, o istnieniu której przed wojną większość Ukraińców nie miała bladego pojęcia.

„Na miejscu sprawy nigdy nie wyglądają ani tak dobrze, ani tak źle, jak się o nich pisze i mówi”, usłyszałem kiedyś od znajomego oficera ZSU. Całe moje wojenno-dziennikarskie doświadczenie potwierdza zasadność tej obserwacji. Co podkreślam, bo duża część alarmistycznych doniesień na temat bieżącej sytuacji w Donbasie pochodzi od analityków, którzy wojny na oczy nie widzieli, ba, wielu nawet nie było w Ukrainie choćby z dala od frontu (a niektórzy wręcz nie znają rosyjskiego i ukraińskiego, o znajomości podstawowych kodów kulturowych już nie wspomnę). Tymczasem bez odpowiedniej wiedzy kontekstowej pewne rzeczy wydają się niezrozumiałe, nielogiczne czy wręcz pozostają niewidzialne. Niewiele wówczas trzeba, by wpaść w panikę i panikę szerzyć. W tym konkretnym przypadku wystarczy, że rosjanom udało się podnieść dynamikę działań bojowych. Że w ciągu miesiąca przesunęli się o kilka kilometrów, na co wcześniej potrzebowali roku. I łup! Mamy narrację, że idą jak burza.

To jak oceniać ich (rosjan) postępy? Najpierw należy zdać sobie sprawę, że ZSU prowadzi operację obronną w skali c a ł e g o kraju – jednego z największych w Europie.

Później dopuścić świadomość, że Ukraińcy nie realizują stalinowskiej strategii „ani kroku wstecz!” – że wrócili do idei obrony manewrowej. Że dopuszczają utratę terytoriów, jeśli tym sposobem można podjąć bardziej efektywną walkę, w której nie dość, że zadaje się przeciwnikowi poważne straty, to jeszcze dba o redukowanie własnych ubytków. Skądinąd to zabawne, jak wielu analityków z Polski pozostaje w tej kwestii niezdecydowanych. Gdy Ukraińcy prowadzili uporczywą obronę Bachmutu czy Awdijiwki, krytykowali ich za ten upór. Gdy ZSU porzucają nieperspektywiczne rubieże, szukają lepszych – czyniąc to w reżimie zorganizowanego odwrotu i pozostając w nieustannej walce – ci sami analitycy piszą o „trzeszczącym froncie”, wieszczą katastrofę, znajdują asumpt do krytykowania operacji kurskiej armii ukraińskiej (która w tym ujęciu ma być „trwonieniem cennych rezerw”). Są mądrzejsi niż naczelne dowództwo ZSU, wiedzą i słyszą więcej niż Ołeksander Syrski i jego podwładni. Po prawdzie to trochę żenujące.

No ale nie o polo-OSINT-cie jest ten tekst; wróćmy do Donbasu. Na kierunku pokrowskim (gdzie znajduje się Sełydowe) i toreckim Ukraińcy rzeczywiście ustępują rosjanom. Niewykluczone, że moskale zajmą i Pokrowsk (a wcześniej Sełydowe) i Toreck – i będzie to ich kolejny „sukces” ma miarę Bachmutu i Awdijiwki. Lokalnie pokomplikuje to sytuację ZSU (zwłaszcza utrata Pokrowska, który jest sporym węzłem logistycznym), ale w skali całej operacji obronnej byłby to niewiele znaczący incydent. Wszak nie o Pokrowsk czy Toreck tu chodzi – celem rosjan nacierających na obu kierunkach są bliźniacze miasta Kramatorsk i Słowiańsk, łącznie ćwierćmilionowa przed wojną metropolia. Zdobycie takiego „molocha” na obecnym etapie wydaje się poza możliwościami moskali. Ale pewnie będą próbować, a biorąc pod uwagę dotychczasowy przebieg walk, wytracą w tych działaniach nie mniej niż 150 tys. zabitych i rannych, a najpewniej dużo więcej. I co im to da? Ano kontrolę nad całością obwodu donieckiego. I co dalej? Ha! Po takich stratach, uwzględniwszy wcześniejsze i inne, które będą też ponosić, czy rosjanie pokuszą się o coś więcej? „Kołderka” sprzętowa coraz krótsza, ludzka – okazuje się w ostatnich dniach – również. No więc co dalej? A pewnie nic, poza próbą utrzymania wyszarpanych terytoriów. Niewielkich, biorąc pod uwagę obszarową rozległość Ukrainy.

—–

Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że należy machnąć ręką na realne i ewentualne (!) ukraińskie utraty na rzecz rosjan. Niemniej dla oceny efektywności działań armii rosyjskiej potrzebne jest szersze spojrzenie (w tym przypadku także dosłownie szersze – radzę zerknąć na mapę Ukrainy, by uzmysłowić sobie skalę bieżących „sukcesów”). To spojrzenie winno uwzględniać percepcję samych Ukraińców. A tu – zdaje się – mamy do czynienia z pewnym urealnieniem postaw i oczekiwań. Postulat powrotu do granic z 1991 roku oficjalnie nadal jest aktualny, takie społeczne oczekiwania da się wyczytać z sondaży. Ale widać też rosnącą gotowość do ustępstw pośród zwykłych ludzi, a z działań wojska i władz wyłania się pewien zamysł strategiczny. Po pierwsze, ochrony centrów przemysłowych – charkowskiego, dniepropietrowskiego i zaporoskiego. Po drugie, rekonkwisty południa Ukrainy i Krymu. Donbas schodzi na dalszy plan, wciąż będąc przy tym użyteczny. W jaki sposób?

„Musimy z nimi walczyć tu, bo inaczej znów przyjdą pod nasz dom”, to słowa mojego znajomego z Kijowa, nieżyjącego już żołnierza ZSU, który walczył – i poległ – w nielubianym przez siebie Donbasie. Donbasie, który dla wielu Ukraińców z zachodniej i środkowej części kraju jest „końcem świata”. „Czarną dupą”, co odwołuje się zarówno do kopalin, jak i perspektyw życiowych w regionie na długo przed wojną zdemolowanym ekonomicznie, ekologicznie i społecznie. A mimo to pozostającym przedmiotem zażartej obrony. Stojące za tym motywacje mają i takie oblicze, jak w zacytowanym zdaniu. „Wybraliśmy najbardziej zapuszczoną chałupę na skraju osiedla i tam łomoczemy się z łobuzami z drugiej dzielnicy”, tak można by to ująć w realiach „podwórkowych”. Pozostając na gruncie tej analogii – nie ma większego znaczenia, że tamci zajęli kolejny pokój jednego z mieszkań (nawet jeśli przy windzie). Ważne, by z tego bloku już nie wyleźli gotowi przeskoczyć do następnego budynku.

PS. A jutro wracamy do obwodu kurskiego – „odwiedzin” na osiedlu tamtych łobuzów.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Rucińskiemu, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelniczce Małgoni, Tomaszowi Szewcowi i Bernardowi Afeltowiczowi.

Nz. Przebitka ze szpitala w Sełydowie. Mężczyzna ze zdjęcia to cywil ranny w ostrzale Gradów/fot. własne, styczeń 2015 roku

„Malcziki”

„Przecież to dzieci…”, pisze Czytelniczka pod jednym ze zdjęć rosyjskich jeńców, wziętych do niewoli w obwodzie kurskim. Ano dzieci; jest ich tam nadreprezentacja po moskalskiej stronie. 18-19 latków, wcielonych do armii wiosną, mających za sobą ledwie podstawowe (unitarne) szkolenie. Albo i nie.

Gdy zaczęła się pełnoskalowa wojna, szybko wyszło na jaw, że w szeregach armii inwazyjnej znaleźli się żołnierze z poboru. Zapewne nie byłoby z tego wielkiej chryi, gdyby „specjalna operacja wojskowa” przebiegła po myśli Kremla. Chłopcy przejechaliby się przez Ukrainę, odbębnili parady w kilku największych miastach i wrócili do domu. Czy nawet zostali jako część kontyngentu okupacyjnego, ale w kraju spacyfikowanym, nieprzejawiającym żadnych form „twardego”, zorganizowanego oporu. Wyszło jak wyszło – Ukraińcy sprawili rosjanom krwawą łaźnię; zdjęcia i filmy przedstawiające przerażonych gołowąsów masowo poddających się do niewoli, wypłynęły już w pierwszym dniu pełnoskalówki.

W rosji zawrzało, putin zwalił winę na wojskowych i ministerstwo obrony, twierdząc, że zgodnie z jego wolą, poborowych w Ukrainie miało nie być. „To nieporozumienie, chłopcy wrócą do rosji, gdzie dokończą służbę”, obiecał. I w sumie słowa dotrzymał, choć w następnych miesiącach nie brakło doniesień o przypadkach rozmaitych nadużyć, w wyniku których poborowi i tak na front trafiali. Tym niemniej, formalnie, działo się to wbrew woli „cara” i oficjalnych dekretów. Wojna (która wojną nie jest…) powinna być domeną ochotników (żołnierzy kontraktowych), no i „mobików” 30 plus; młodzież z przymusowego poboru miała się od niej trzymać z daleka.

To element umowy społecznej między obywatelami a władzą. Część szerszego układu, w ramach którego zwykli rosjanie mają „święty spokój”, w zamian nie krytykując i nie sabotując potencjalnie niepopularnych działań Kremla.

„Dupochron” dla poborowych to efekt rosyjskiej, a wcześniej radzieckiej traumy – fatalnego losu „malczików” wcielanych do wojska, a potem rzucanych na niezwykle brutalne wojny w Afganistanie i Czeczenii, gdzie ginęło ich nieproporcjonalnie dużo, a jeszcze więcej zmagało się później z traumami. „Zmarnowany kwiat młodzieży”, mówiło się jeszcze w czasach sowieckich, a lata przełomu (upadku ZSRR i nastawania rosji) –postępującej brutalizacja życia społecznego, do czego walnie przyczynili się zdegenerowani weterani – tylko wzmocniły tę narrację. Niezależnie od opresyjności obu reżimów – sowieckiego i rosyjskiego – na gruncie tej narracji powstał chyba jedyny oddolny ruch obywatelski, otwarcie krytykujący władzę, stworzony przez matki poborowych. To najlepszy dowód, że los „naszych chłopców” był i jest dla rosjan niezwykle ważny. Na Kremlu nie mieli i nie mają odwagi otwarcie mierzyć się z tą emocją ludu.

Pobór do zasadniczej służby wojskowej odbywa się w rosji dwa razy do roku, wiosną i jesienią. W ostatnim czasie każda z rund skutkuje mobilizacją od 120 do 150 tys. nastolatków. Nim wybuchła wojna w Ukrainie, chłopcy ci przechodzili w miarę przyzwoite przeszkolenie, dziś – gdy z perspektywy generałów są mało bądź w ogóle nieprzydatni, bo nie można ich posłać w bój – karabin często zastępuje łopata. Pół biedy, jeśli ma to jakiś związek ze służbą wojskową – budowaniem koszar czy umocnień – często to po prostu tania siła robocza, na pracy której dorabiają się oficerowie i wszelkiej maści szemrani przedsiębiorcy.

6 sierpnia w obwodzie kurskim – poza nieszczęsnym czeczeńskim Achmatem – stacjonowali nade wszystko tacy właśnie poborowi. W żaden sposób bądź w niewielkim zakresie przygotowani do walki. Tymczasem naprzeciw nich stanęli zaprawieni w boju ukraińscy weterani, w dodatku znakomicie wyposażeni, no i działający w warunkach zaskoczenia. Efekt musiał być (dla rosjan) porażający.

Minęło kilkanaście dni, a „gówniarze” wciąż stanowią istotną większość rosyjskich sił w obwodzie. To ich bowiem w pierwszej kolejności ściąga się w rejon ukraińskiej operacji. Formalnej przeszkody nie ma – prawa (i wola „cara”) gwarantuje poborowym, że nie zostaną wysłani na wojnę za granicę, ale gdy wojna przyszła do nich, to już zupełnie inna sprawa…

Ukraińcy chyba trochę się przeliczyli, zakładając, że w obliczu zagrożenia własnego terytorium, Moskwa zacznie naprędce ściągać frontowe oddziały z Ukrainy. Tak się dzieje, ale poza nielicznymi przypadkami (dotyczącymi głównie „spokojniejszych” odcinków styku wojsk), rosyjskie dowództwo najpierw sięga po stacjonujące w Ukrainie rezerwy. Co docelowo osłabi te pierwszoliniowe formacje – bo ileż można funkcjonować bez uzupełnień i rotacji – ale nie nastąpi to od razu. W kluczowych dla rosjan miejscach w Donbasie jeszcze nie nastąpiło – tam nadal obserwujemy silną rosyjską presję (co wymaga oddzielnego tekstu, w którym zmierzę się z alarmistycznym tonem doniesień niektórych analityków; obiecuję taki materiał po weekendzie).

Wracając do sedna – fakt, iż w obwodzie kurskim nadal mamy nadreprezentację żołnierzy z poboru, oznacza, że Kreml prowadzi bardzo niebezpieczną dla siebie grę. Owszem, najpewniej krzyżuje jakąś część ukraińskich planów, ale zarazem w samym obwodzie ułatwia ZSU robotę. Bo „malcziki”, jakkolwiek wymieszane z przyzwoitym wojskiem, nie będą dla Ukraińców równorzędnym przeciwnikiem. Czyli stan ukraińskiego posiadania będzie się powiększał, w którymś momencie osiągając rozmiar wymagający nieproporcjonalnie dużej mobilizacji potencjału, by zniwelować zagrożenie.

Kolejny element ryzyka to „granie na nerwach” rosyjskiej opinii publicznej. W tamtejszej przestrzeni informacyjnej – mimo iż cenzurowanej – widać poważne emocjonalne wzmożenie. Mówiąc wprost, ruscy są oburzeni tym, że do „łatania dziur” rzuca się poborowych. Da się wyczuć rosnącą świadomość opłakanych skutków tej strategii rosyjskiego dowództwa. Z czego zresztą Ukraińcy zdają sobie sprawę i z premedytacją „dokładają do pieca”. Dziwią Was wypływające co rusz obrazki przedstawiające pojmanych gówniarzy? Mnie nie, to doskonała zagrywka psychologiczna (działania PSY-OPS, jak określa się je w natowskiej nomenklaturze), wykorzystująca rosyjską traumę i status poborowych. „Mamy ich!”, mówią Ukraińcy i więcej mówić nie muszą. Fakt, iż obiektywnie patrząc los rosyjskich jeńców w ukraińskich rękach bywa lepszy niż warunki służby w putinowskiej amii, nie ma tu znaczenia. „Obrobieni” przez propagandę rosjanie żyją w przeświadczeniu, że pojmanych czeka okrutny los.

Na razie proszą putina, by „malczikom” tego losu oszczędził, ale w końcu tego zażądają. Nie, nie spodziewam się jakichś gwałtownych protestów, ale wiem, że kropla drąży skałę. A tych kropel – wszelkich słabości rosji obnażonych przy okazji operacji kurskiej ZSU – sporo się zebrało.

—–

Dziękuję za lekturę! Widzimy się na łączach po weekendzie (no, chyba że wydarzy się coś nadzwyczajnego).

Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Ukraiński czołg, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

„Nic”

W obwodzie kurskim walki nie ustają. Sądząc po odczytach z mapy pożarowej, toczą się wzdłuż niemal całej linii styku wojsk. Zarazem Ukraińcy wciąż raportują, że posuwają się dalej – kilometr-trzy na dobę – co znajduje potwierdzenie w satelitarnych danych. Spadek tempa natarcia wynika przede wszystkim z dwóch czynników: ZSU umacniają się na zajętych terenach, a rosyjski opór – choć nadal słabo skoordynowany i sprowadzający się do „łatania dziur czym popadnie” – mimo wszystko tężeje.

Co dalej? Wiele zależy od tego, jakie cele postawili sobie Ukraińcy.

Jeśli chodziło o zajęcie jak największego obszaru rosji, jeszcze przez 7-10 dni możemy spodziewać się ukraińskiej presji. Później – niezależnie od intencji Ukraińców – dalsze natarcie będzie mało prawdopodobne, rosjanom bowiem zapewne uda się skonsolidować obronę. Oczywiście, możliwe jest angażowanie kolejnych ukraińskich sił – tak, by „większą masą móc się bardziej rozepchać” – ale dotychczasowe posunięcia dowództwa ZSU przeczą takiemu scenariuszowi. Jak na razie naliczyłem dwie wymiany personelu zaangażowanego w operację kurską. Rotacje odbywają się w obrębie pododdziałów sześciu brygad (i kilku jednostek pomocniczych), w obszar sąsiadujący z rejonem działań nie pchnięto dodatkowych odwodów. Walczyć ma to, co jest na miejscu – czyli łącznie kilkanaście tysięcy ludzi.

Niewykluczone więc, że Ukraińcy właśnie osiągnęli lub za chwilę osiągną zakładane cele terytorialne. Że dalej nie pójdą, chyba że rosyjska obrona – zamiast dalej tężeć – zwyczajnie się posypie („wykorzystanie powodzenia” to jeden ze składników dobrze realizowanej sztuki wojennej). Ale to już zaawansowana „gdybologia”, na obszar której wolałbym nie wchodzić.

—–

„Tak mało (ambitnie)!?”, mógłby zapytać ktoś spodziewający się ukraińskiego rajdu daleko w głąb rosji. Doprawdy mało?

Jak już pisałem, jeśli idzie o strategiczne cele operacji kurskiej, skazani jesteśmy na spekulacje. Nie znamy planów, założeń, wytycznych. Coś tam wiemy z oficjalnych wypowiedzi, czegoś się domyślamy, ale ma to swoje oczywiste ograniczenia. Możemy jednak przyjrzeć się skutkom ukraińskich działań – i w oparciu o nie formułować jakieś oceny.

Skutki typowo wojskowe zostawię sobie na kolejny wpis – dziś chciałbym wskazać najdonioślejszy moim zdaniem efekt natury politycznej.

Oto po raz pierwszy od ponad 80 lat rosyjskie terytorium znajduje się pod okupacją. Okupantem zaś jest przeciwnik znacząco mniejszy i w wielu obszarach słabszy. Próby jego wyparcia po raz kolejny obnażają słabości „drugiej armii świata”: kiepsko dowodzonej, źle wyposażonej, fatalnie zmotywowanej. Co oznacza, że rosji jeszcze trudniej dziś udowodnić, że jest mocarstwem, a podstawowe narzędzie rosyjskiej „dyplomacji” – siłowy szantaż – chyba nieodwracalnie traci rację bytu. Przecież gdyby literalnie traktować płynąc z Kremla groźby, Ukraina spłonęłaby w atomowym ogniu. Ukraiński atak nie stanowi „zagrożenia dla istnienia państwa” (choć po prawdzie, nie byłbym tego taki pewien…), ale wypełnia inny warunek przewidziany w rosyjskiej doktrynie użycia broni jądrowej – narusza „integralność terytorialną” federacji. I co? I nic.

Tym bardziej zdumiewające „nic”, jeśli pójdziemy tropem rosyjskiej propagandy, która wojnę z Ukrainą przedstawia jako konflikt z „kolektywnym Zachodem”. A więc to Zachód – śmiertelny wróg – wszedł do rosji. Nie wiem jeszcze, jak rosyjska propaganda poradzi sobie z dysonansem poznawczym u „swoich”, w głowach których gnieździ się teraz natrętna myśl: „i oni tak mogą, tak bezkarnie?”.

 Ano mogą.

Wiele napisano o „odklejonej od rzeczywistości” rosyjskiej władzy – cywilnej i wojskowej. Moim zdaniem, po kilkudziesięciu miesiącach „trzydniowej operacji specjalnej” ruskie elity są już świadome słabości własnego państwa. Teraz – dzięki Ukraińcom – ta świadomość „poszła w świat”.

Przy okazji – odpalenie głowic nie następuje „z automatu”. Przycisk w słynnej walizce nie posyła rakiet „w świat”, a jedynie rozkaz ich użycia. Ostateczne decyzje podejmują dowódcy wyrzutni. Wykorzystanie broni strategicznej (dużych głowic przenoszonych przez międzykontynentalne rakiety) poprzedza proces decyzyjny, który nie jest ograniczony do jednej osoby – putina. Tyle wiemy na pewno – klarownej wiedzy na temat szczegółów tego procesu nie mamy. Zdaniem wielu analityków, inicjacja na poziomie strategicznym wymaga jednoczesnej zgody prezydenta, ministra obrony i szefa sztabu generalnego. Z kolei sięgnięcie po broń taktyczną (małe głowice) leży w kompetencjach dowódcy teatru działań, choć z jednej strony wymagana jest zgoda (polityczna) naczelnego dowódcy, z drugiej, rozkaz wędruje przez kolejne szczeble aż do operatora nośnika – pilota czy dowódcy działonu (który musi wiedzieć, co zrzuca/czym strzela). Innymi słowy, mamy do czynienia z długim łańcuchem zależności i reakcji, o czym wspominam na okoliczność jojczenia, że „Kijów postawił putina pod ścianą i teraz to on już nie będzie miał wyjścia – wciśnie ten przycisk”.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Mowa była o przycisku – te, które warto wciskać, znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Łowienie rosyjskich jeńców trwa w najlepsze. Tu mamy ponad setkę z nich/fot. SBU

Zasób

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że broń z czasów ZSRR będzie używana w rozmaitych wojnach – głównie „egzotycznych” – przez kolejne pół wieku. Tyle jej wyprodukowano. Ale koszmarnie materiałochłonny konflikt w Ukrainie sprawił, że posowieckie zapasy – w rosji, Ukrainie i dawnych krajach bloku wschodniego – topnieją w oczach. Dla rosjan, z ich niewydolnym przemysłem zbrojeniowym, oznacza to nie lada kłopot. W perspektywie roku utracą możliwość prowadzenia działań zbrojnych o wysokiej intensywności. Już dziś braki sprzętowe kompensują ludzką masą, czemu towarzyszy przekonanie, że tej „broni” im nie zabraknie. Czy rzeczywiście?

Najnowsza odsłona rosyjsko-ukraińskiej wojny – operacja Sił Zbrojnych Ukrainy (ZSU) w obwodzie kurskim – potwierdza, że armia putina funkcjonuje w realiach „krótkiej kołderki”. Ukraińcy weszli do rosji jak w masło, mając naprzeciw siebie nieliczne, słabo wyposażone jednostki, których personel w większości rozpierzchł się bądź poddał atakującym. Gdy piszę te słowa – ponad tydzień po rozpoczęciu operacji kurskiej – rosjanie nadal z trudem gromadzą siły, które mogłyby powstrzymać ZSU, a następnie przejść do kontruderzenia. Nominalnie wielka armia nie bardzo ma kogo (i co) posłać w bój na własnym terytorium (!), rzuca więc „zielonych” poborowych i „skubie” inne odcinki frontu, ryzykując osłabienie własnych linii.

No to jak to w końcu z tym „ludzkim bogactwem” jest?

—–

Przyjrzyjmy się najpierw bieżącym potencjałom – obu stron, dla pełniejszego obrazu sytuacji. W połowie 2024 roku armia federacji rosyjskiej miała pod bronią milion sto tysięcy ludzi, z czego 570 tys. zaangażowanych było w Ukrainie (a pośrednio – do „obsługi” konfliktu z obszaru rosji – kolejne 130 tys.). ZSU liczyły w tym czasie 600 tys. żołnierzy. Front (rozumiany jako bezpośrednia linia styku) absorbował tylko część tych sił – w danym momencie po 150–180 tys. wojskowych z obu armii. Reszta odpoczywała, stanowiła odwód, szkoliła się, służyła w jednostkach wsparcia.

Co istotne, stany osobowe mają charakter płynny. Wojujące armie zmuszone są do nieustannej wymiany personelu (w nomenklaturze wojskowej nazywa się to „odtwarzaniem gotowości bojowej”) – ludzie bowiem giną, zostają ranni lub czasowo wyłączeni z walki ze względu na stan psychiczny i fizyczne „zużycie”. Natura wojny premiuje zatem kraje ludniejsze, zwłaszcza w realiach konfliktów długotrwałych, o wysokiej intensywności.

Fakt, iż na linii styku ilościowe potencjały udaje się równoważyć, jak dotąd wystarcza Ukrainie do przetrwania. Rzecz w tym, że owo równoważenie na dłuższą metę będzie wyzwaniem nie do udźwignięcia, dysproporcja w ludzkich zasobach mobilizacyjnych jest bowiem rażąca. W 2022 roku populacja Ukrainy liczyła 41 mln osób, według dostępnych danych z końcem 2023 roku mieszkało w niej już tylko 29 mln ludzi. Brakujące 12 mln to przede wszystkim uchodźcy i mieszkańcy okupowanych terytoriów. Podstawowa baza rekrutacyjna została więc uszczuplona, a niekorzystna proporcja w odniesieniu do zasobów rosyjskich jeszcze się pogorszyła – w lutym 2022 roku wynosiła 1:3,5, w 2023 roku 1:5.

—–

Ale czy to daje podstawy do twierdzenia o rzekomej niewyczerpalności rosyjskich rezerw? Opartych – co warto podkreślić – głównie na wciąż żywej analogii z możliwościami ZSRR.

Jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny rosjan było dużo mniej niż rosjanek – na każdą setkę kobiet przypadało mniej niż 90 mężczyzn. To wyjątkowo upośledzona proporcja (w Polsce wynosi ona 100:96 i nie odbiega od średniej dla rozwiniętych państw), która w praktyce oznaczała, że w rosji żyło nieco ponad 64 mln mężczyzn. Ilu z nich nadawało się do wcielenia? Według raportu ONZ World Population Prospects w 2020 roku w federacji było 14,25 mln mężczyzn w wieku poborowym (18–40 lat). Wówczas przewidywano, że w 2025 roku liczba ta spadnie do 11,55 mln, a w 2030 roku do 11,23 mln. Po drodze wydarzyła się jednak pandemia (która zabiła ponad milion rosjan), potem exodus potencjalnych rekrutów (kolejny milion ludzi), no i koszmarne straty na froncie (dziś szacowane na 600-700 tys. zabitych i rannych). Ale mieliśmy też zabieg administracyjny, polegający na podniesieniu górnej granicy wieku poborowego o pięć lat, co pozwoliło zniwelować ubytki.

Nie zapominajmy jednak o niskiej kondycji zdrowotnej rosyjskiego społeczeństwa. To temat na oddzielny tekst, na potrzeby tego dość napisać, że średnia długość życia rosyjskiego mężczyzny to dziś 64 lata – o kilkanaście mniej niż w krajach rozwiniętych. Oczywiście, walczą młodsi, ale średnia jest efektem tego, w jakich warunkach ci młodsi żyją. Wielu z nich zwyczajnie się do wojska nie nadaje. Wedle nieoficjalnych danych, mimo niewygórowanych norm, aż jedna trzecia potencjalnych rekrutów zostaje odrzucona z powodów zdrowotnych.

Poza tym kilkunastomilionowa rzesza potencjalnych żołnierzy to zbiór w istotnej mierze tożsamy z zasobem osób w wieku produkcyjnym. Gospodarka rosyjska jest nieefektywna, w wielu obszarach przestarzała, wciąż jednak opiera się na przemyśle i usługach, które wymagają wykwalifikowanej siły roboczej. Gospodarka ZSRR w 1941 roku – mimo wcześniejszej, intensywnej industrializacji – oparta była na rolnictwie, ono zaś zmagało się z problemem ogromnego ukrytego bezrobocia. W realiach nadpodaży rąk do pracy masowa mobilizacja kołchozowych chłopów nie wpłynęła na efektywność produkcji rolnej i gospodarki jako całości. Tymczasem rosja takich niewykorzystanych zasobów nie ma za wiele, nie może więc w nieskończoność ściągać kolejnych roczników mężczyzn do armii.

—–

Dla porządku zerknijmy, jak to wygląda po drugiej stronie.

Gdy zaczęła się inwazja, ukraińskich mężczyzn w wieku 18–60 lat objął zakaz opuszczania kraju. Istniały wyłączenia (na przykład dla ojców trójki dzieci), pojawiło się zjawisko nielegalnych wyjazdów, lecz i tak cztery piąte uchodźców stanowiły kobiety, dzieci i osoby starsze. Rząd w Kijowie nie publikuje danych o strukturze wieku i płci „swojej” populacji. Jednak założenie, że w 29-milionowej społeczności występuje nadreprezentacja mężczyzn, wydaje się prawidłowe. Potwierdza je wynik przeprowadzonej niedawno obowiązkowej rejestracji rekrutów – okazuje się, że w Ukrainie żyje ponad 3 mln mężczyzn w wieku poborowym, dotąd nieobjętych mobilizacją. Jest więc jeszcze kim walczyć, bez sięgania po drastyczny środek w postaci powoływania większej liczby kobiet oraz dzieci i starców.

Ale jak długo? Jesienią 2023 roku ukraińskie straty doszły do poziomu około 20 tys. miesięcznie – zabitych, rannych i z różnych powodów niezdolnych do walki; rosyjskie w listopadzie 2023 roku dobiły do tysiąca zabitych i rannych dziennie. Nadal więc pozostawały wyższe od ukraińskich, co jest tendencją obserwowaną od początku wojny na pełną skalę. Wiosną 2024 roku straty ukraińskie zaczęły spadać i dziś utrzymują się na poziomie 250-300 wyeliminowanych z walki, rosyjskie nieznacznie wzrosły. Proporcja, w której na trzech (czy nawet czterech) zabitych i rannych rosjan przypada jeden Ukrainiec, nadal pozostaje niekorzystna dla Ukrainy.

Ponure konkluzje płynące z zestawienia potencjałów ludnościowych nie muszą być jednak wiążące. A klucz demograficzny wcale nie jest odpowiedzią na pytanie, kto w przedłużającej się wojnie zwycięży. Dziesięciokrotnie mniejszy Wietnam ostatecznie pokonał USA w połowie lat 70., siły zachodniej koalicji – nominalnie mniejsze o połowę – rozniosły w pył wojska Saddama Husajna podczas drugiej „Pustynnej Burzy” w 2003 roku. Maleńki Afganistan upokorzył olbrzymie sowieckie imperium w latach 80., a 70-milionowe Niemcy hitlerowskie w dwa lata zawojowały kawał Europy, zamieszkały przez 150 mln ludzi (wszyscy znamy finał, ale załóżmy, że ta historia kończy się wiosną 1941 roku). Już po tych przykładach widzimy, że istotnych zmiennych jest więcej. Poza „masą demograficzną” liczy się przewaga technologiczna, organizacyjna, determinacja (rozumiana jako wola walki), baza przemysłowa czy wreszcie potężni sojusznicy, którzy wcale nie muszą angażować się wprost w działania wojenne, by mieć na nie istotny czy wręcz decydujący wpływ.

—–

Tekst powstał na bazie rozdziału „Demografia”, który jest częścią mojej najnowszej książki pt: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”. Zainteresowanych odsyłam do lektury – znajdziecie tam znacznie więcej danych statystycznych.

Zarówno „Zabić Ukrainę…”, jak i „Międzyrzecze. Cena przetrwania” – w wersji z autografem i pozdrowieniami – możecie nabyć w moim sklepie na Patronite, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. rosyjscy jeńcy wzięci do niewoli w obwodzie kurskim. Ukraińcy ujęli dotąd ponad tysiąc rosjan, ale z rosyjskich źródeł wynika, że dowództwo armii straciło kontakt z czterema tysiącami wojskowych w obwodzie. Nie znaczny to, że wszyscy zostali schwytani – część walczy w okrążeniu, część zdezerterowała, niektórzy ukrywają się na terenie zajętym przez ZSU/fot. ZSU

Artykuł opublikowałem w portalu Interia.pl

Kontrola

Słusznie przekonani, że istotą polityki informacyjnej Moskwy jest dezinformacja, czasem zapominamy, że Ukraińcy również sięgają po wszelkiej maści wrzutki i fakenewsy. Skutkuje to nadmiernie asymetrycznym postrzeganiem wojennej rzeczywistości, zgodnie z którym ruscy tylko kłamią, a ich przeciwnicy zawsze podają prawdę. Wprowadzanie w błąd wroga, jego wojska i cywilnego zaplecza – czy to bezpośrednio (na przykład pozorowanymi atakami) czy pośrednio (poprzez fałszywe przekazy propagandowe) – to absolutne abecadło wojennego rzemiosła. Warto o tym pamiętać także gdy przyglądamy się i przysłuchujemy Ukraińcom.

Dlaczego o tym piszę? Ano wczoraj – po raz pierwszy od momentu wejścia ZSU do obwodu kurskiego – na temat operacji wypowiedzieli się ukraińscy oficjele. Pośród nich gen. Ołeksander Syrski – naczelny dowódca armii – który stwierdził, że pod kontrolą jego podwładnych znajduje się obecnie (w poniedziałkowy wieczór) 1000 kilometrów kwadratowych terytorium rosji. Wielu obserwatorów konfliktu przyjęło to zapewnienie za dobrą monetę, bezrefleksyjnie kolportując coś, co ma wszelkie znamiona dezinformacji.

—–

Zacznijmy od kwestii wielkości obszaru, na którym toczy się operacja kurska. Trudno tu o precyzyjne wskazania, wszak Ukraińcy zręcznie wyizolowali pole walki. Na miejscu nie ma korespondentów, żołnierze zachowują wysoką dyscyplinę i nie publikują własnych zdjęć i filmów o wartości geolokalizacyjnej. To, co z ukraińskiej strony przebija się na zewnątrz, to wyselekcjonowany materiał, zwykle wypuszczany mocno post factum, z intencją budowania przekonania o wysokiej dynamice działań (ich rozległości i szybkości). Co w założeniu ma wywołać pozytywny efekt u „swoich” (podbudować morale) i negatywny u rosjan (zmylić ich, przestraszyć, skłonić do pochopnych działań).

Druga strona nie ułatwia sprawy. O ile w pierwszych dniach operacji mieliśmy do czynienia z nadmiarem relacji (w wydaniu z-blogerów, żołnierzy i cywilów), o tyle teraz w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej następuje uporządkowanie. Idzie za tym dyskrecja oraz dezinformacja – moskale już nie publikują zdjęć i filmów kolumn zmierzających z odsieczą, chętnie za to mówią o walkach w miejscach, gdzie z dużym prawdopodobieństwem nie ma ani jednego ruskiego sołdata.

Jak się w tym wszystkim połapać?

Wybaczcie metodyczną dygresję, ale chyba warto w nią pójść. Otóż co do zasady, front na wschodzie od początku pełnoskalowych zmagań nie jest miejscem transparentnym informacyjnie – pozorne bogactwo filmików tego nie zmienia (wszak w większości to wyselekcjonowany materiał). Obie strony nie są „media-friendly”, choć obie korzystają z usług propagandystów obecnych na pierwszej linii. Zewnętrzni obserwatorzy mają pod górkę, ale nie są bezradni (kwestie warsztatowe, związane z kulisami pracy analityka, to temat na odrębny tekst – obiecuję, kiedyś się go podejmę). Z pomocą przychodzą na przykład ogólnodostępne narzędzia, jak wspomniany już nie raz przeze mnie FIRMS – globalny systemu nadzoru satelitarnego rejestrujący pożary na Ziemi. Wiemy już – za sprawą wielokrotnych analiz krzyżowych – że za jego pośrednictwem można w przybliżeniu wyznaczyć linie frontu/styku wojsk/punkty zwarcia – w takich miejscach bowiem zawsze pojawia się duże skupisko pożarów.

Co nam mówi FIRMS o sytuacji w obwodzie kurskim? Do tekstu załączam odczyt z dzisiejszego popołudnia. Te niebieskie linie to już moja osobista ingerencja, poczyniona po to, by wyznaczyć obszar kontroli. Jakby się nie starać, nie da się tam upchnąć tysiąca kilometrów kwadratowych.

—–

Idźmy dalej – dotychczasowe wojenno-reporterskie doświadczenie każe mi z dystansem podchodzić do zapewnień o kontrolowaniu jakiegoś obszaru. Nieufność zaszczepiono mi w czasie wojny w Afganistanie, kiedy wielokrotnie słyszałem o „kontrolowaniu polskiej prowincji”. Mniejsza o polityków – pamiętam rozmowę z ówczesnym dowódcą bazy Giro, którą odbyłem 3 września 2009 roku. Ów sympatyczny skądinąd i ceniony przez podwładnych major przedstawił mi swoją wizję tak zwanych kręgów bezpieczeństwa. O ile dobrze pamiętam, pierwszy krąg miały stanowić mury bazy, drugi rozciągał się w promieniu kilometra od obozowiska, trzeci sięgał do trzech kilometrów itd. Oficer zapewniał mnie – a kilka godzin wcześniej wizytującego Giro szefa MON-u – że w promieniu trzech kilometrów sytuacja jest pod kontrolą. I że czas zabrać się za kolejne kręgi.

Dzień później pojechałem z konwojem logistycznym do Ghazni. W drodze powrotnej, nieco ponad dwa kilometry od Giro, jadący na czole Rosomak wjechał na IED (minę-pułapkę). Jeden żołnierz zginął, pięciu zostało rannych. Kilka tygodni wcześniej do podobnego zdarzenia doszło przy bazie Warrior – ranny wówczas w głowę wojskowy zmarł wiele tygodni później w Polsce. W czerwcu 2010 roku – dwanaście kilometrów od murów Ghazni, w zasięgu urządzeń obserwacyjnych kontrolujących teren wokół bazy – na najbardziej uczęszczanej drodze Afganistanu rebelianci zainstalowali potężny IED. Rosomak, który w niego wjechał, został doszczętnie zniszczony, zginął żołnierz, kolejnych kilku odniosło rany. Cztery miesiące później – w połowie listopada 2010 roku – znów o przysłowiowy rzut kamieniem od bazy Ghazni talibowie zaatakowali kolumnę polskich pojazdów. Użyli granatników RPG, strzelając z dachu przydrożnego budynku. Jeden z pocisków wpadł do Rosomaka, raniąc trzech ludzi, w tym jednego ciężko – chłopak mało nie stracił ręki.

To tylko kilka incydentów, celowo dobranych spośród wielu innych. Podczas letnich zmian polskich kontyngentów w Afganistanie nie było dnia bez kontaktu z nieprzyjacielem, ale te historie najlepiej obrazują fakt, że mówienie o kontrolowaniu prowincji było składaniem deklaracji na wyrost. Bo Polacy prowincji Ghazni nigdy nie kontrolowali. Nie wynikało to z ich nieudolności. Po prostu, liczący w okresie największego zaangażowania dwa i pół tysiąca ludzi kontyngent, nawet doliczając kolejny tysiąc Amerykanów – nie był w stanie upilnować obszaru o powierzchni 23 tysięcy kilometrów kwadratowych. Zwłaszcza, że część tego terenu to wysokie góry.

– Możemy wjechać do dowolnej wioski i włos nam z głowy nie spadnie. W tym sensie kontrolujemy prowincję – wyjaśniał mi swego czasu pewien oficer. Przy czym, mówiąc o wjeździe, miał na myśli całą uzbrojoną po zęby kolumnę, wspartą dodatkowo z powietrza. A po chwili dodał: – Ale kto się w niej pojawi i co się będzie działo, jak już wyjedziemy, to zupełnie inna bajka.

Obszar ukraińskiej operacji jest znacząco mniejszy, ale i ludzi zaangażowanych w nią (bezpośrednio na rosyjskim terytorium) nie ma tylu, by upilnowali przysłowiowy „każdy kamień”. Efekt kontroli uzyskuje się nie tyle po wyparciu przeciwnika, co po długotrwałej obecności na danym terenie, po uprzednim spacyfikowaniu lub przekonaniu do siebie/nakłonieniu do współpracy miejscowej ludności. Im dalej od linii walk, tym łatwiej ten proces przeprowadzić – bo wówczas okupacyjne wojsko może zadania w tym zakresie delegować na inne służby i cywilną administracji. A i tak nikt nie zagwarantuje – tak długo, jak toczy się wojna – że wróg nie wyśle na utracone obszary grup dywersyjnych, które dadzą w kość okupantom.

Dlatego rozumiejąc logikę, jaką kieruje się gen. Syrski, mimo wszystko nie fetyszyzowałbym tej „kontroli”. Nie o nią w gruncie rzeczy w całej tej – bardzo udanej jak na razie – akcji chodzi.

A co chodzi, to już pisałem, a jutro podrzucę aktualizację.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.