Półwysep

Media donoszą, że „rosjanie masowo wyjeżdżają z Krymu”. Fakt, ruch na moście krymskim jest w ostatnich dniach ogromny. Ale nie ma żadnych potwierdzonych informacji o ewakuacji personelu tamtejszych baz. Rodziny wojskowych też jakoś licznie półwyspu nie opuszczają (choć wiele osób z tego grona zrobiło to na przestrzeni minionych dwóch lat). Obecnie migrują turyści, bo skończyły się wakacje – i tyle. Zaś rosjanie, co do zasady, będą się Krymu trzymać do upadłego. Jest on dla nich zbyt ważny ze strategicznego punktu widzenia, zbyt wiele tam wojska i militarnej infrastruktury. O wadze symbolicznej – podbitej kampanią „Krym-nasz” – wspominam jedynie z obowiązku.

Nie sugeruję, że półwysep jest nie do odbicia – po prostu, nie widzę tu szybkich i łatwych rozstrzygnięć. W przeszłości Krym bywał już „twierdzą nie do zdobycia”, a mimo to różnie toczyły się jego dzieje.

—–

O wojnie krymskiej z lat 1853-56, która rozegrała się między rosją a Turcją sprzymierzoną z Brytyjczykami, Francuzami i Sardyńczykami, mówi się, że to „pierwszy konflikt nowoczesnej Europy”. Nigdy dotąd nauka i technika nie miały bowiem tak dużego wpływu na przebieg działań zbrojnych.

Jak możemy się domyśleć, taka sytuacja premiowała przeciwników rosji, ostatecznych zwycięzców zmagań. To oni mieli wydajniejszą logistykę (statki parowe vs. woły), bijące dalej karabiny i działa (różnica zasięgu między bronią brytyjską a rosyjską była czterokrotna), lepszą taktykę, dowodzenie, bardziej rozwiniętą medycynę pola walki. Machina administracyjno-wojskowa moskali okazała się do szczętu niewydolna oraz skorumpowana – w efekcie wojna krymska, poza upokarzającą klęską, przyniosła cesarstwu rosyjskiemu pół miliona zabitych, rannych i zaginionych żołnierzy, ponad trzy razy więcej niż wynosiły łączne straty przeciwników.

W drugiej połowie października 1941 roku, po ledwie trzech miesiącach blitzkriegu, Niemcy przystąpili do uderzenia na Krym. Natarcie (wspierane przez oddziały rumuńskie), wyprowadzono przez Przesmyk Perekopski, jedyny łącznik półwyspu ze stałym lądem, oddzielający Morze Czarne od Morza Azowskiego. Hitlerowcy bardzo szybko oczyścili Krym z sowieckich oddziałów, jednak potrzebowali aż ośmiu miesięcy, by zdobyć Sewastopol – dobrze przygotowaną do obrony twierdzę i główną bazę floty czarnomorskiej. Panowanie nad Krymem kosztowało ich życie i zdrowie 30 tys. żołnierzy. Straty sowieckie – obejmujące również 60 tys. jeńców (z których większość zmarła potem w niewoli) – były cztery razy wyższe.

Czy z obu wspomnianych kampanii można wywieść jakieś użyteczne analogie i przestrogi dla Sił Zbrojnych Ukrainy (ZSU)?

Cóż, rosjanie nadal pozostają tymi „gorszymi” jeśli idzie o kulturę organizacji i jakość dużej części wyposażenia. Także w zmaganiach z Ukrainą to oni ponoszą większe straty – można by zatem rzec, że tradycji staje się zadość. Można też założyć, że dobrze przygotowali Krym do obrony. Ale i trzeba mieć świadomość, że Ukraińcy nie pójdą drogą Brytyjczyków i Francuzów – nie wysadzą desantów na krymskich plażach, bo nie mają technicznych możliwości (floty i wyspecjalizowanych oddziałów piechoty morskiej w odpowiedniej liczbie). Nie zdołają również powtórzyć manewru Niemców i Rumunów z 1941 roku. Uderzenie z lądu wymagałoby przełamania silnie ufortyfikowanego rosyjskiego frontu na południu Ukrainy; sądząc po doświadczeniach z zeszłorocznej kontrofensywy na Zaporożu, takie próby zakończyłyby się ukraińską porażką.

—–

Z zastrzeżeniem wszak, że mówimy o perspektywie „na dziś”. Teoretycznie bowiem nadal istnieje możliwość znaczącego osłabienia rosyjskich oddziałów okupujących południową Ukrainę (i generalnie sił inwazyjnych). Na obecnym etapie operacja kurska ZSU zmusiła rosjan do odwołania do kraju 30 tys. żołnierzy; można sobie wyobrazić, że byłoby czy będzie ich więcej, gdyby Ukraińcy rozszerzyli swoje działania na terytorium wroga. Jeśliby zarazem mieli dość rezerw, by uderzać u siebie i próbować odzyskać okupowane terytoria, Krym zapewne stałby się ich celem. Ta wojna „lubi” obserwatorów zaskakiwać, choćby więc z uwagi na intelektualną uczciwość i ostrożność warto mieć takie scenariusze „z tyłu głowy”.

Warto też mieć świadomość, czym jest dla Moskwy Krym.

W potocznym dyskursie półwysep określa się mianem „klejnotu pośród zdobyczy putinowskiej rosji”, a most łączący go z Kerczem ma być tego triumfu ucieleśnieniem. Zarazem podkreśla się funkcje logistyczne i Krymu, i przeprawy, dzięki którym możliwe jest zaopatrywanie rosyjskich oddziałów na południu Ukrainy. To racjonalne, ale po części zdezaktualizowane argumenty, bo rosjanie zbudowali alternatywny szlak logistyczny – drogowy i kolejowy – w okupowanym „korytarzu” łączącym Krym ze zdobyczami w Donbasie. Most nie jest im niezbędny (podobnie jak infrastruktura drogowo-kolejowa na półwyspie), co zresztą stanowi najlepszą odpowiedź na pytanie, dlaczego Ukraińcy go nie atakują.

Wartość Krymu nie ma związku z Ukrainą, z toczoną tam wojną – półwysep to rosyjskie „okno na świat”. Miejsce, które daje sposobność do kontrolowania Morza Czarnego, skąd można dostać się na śródziemnomorski akwen i dalej.

—–

Imperialne ambicje nadające Krymowi niebagatelną rolę każą rozpatrywać ukraińskie wysiłki odzyskana półwyspu w kategoriach działań wysokiego ryzyka. Można nawet przyjąć, że gdyby Ukraińcy fizycznie zagrozili Krymowi, rosja sięgnęłaby po bombę „A” (zrzuconą gdzieś w Ukrainie). By tym sposobem uzyskać efekt mrożący i zmusić przeciwnika do porzucenia pomysłu odbicia ważnego strategicznie obszaru.

Czy wobec takiego warunku brzegowego ukraińskie próby odzyskania granic sprzed 2014 roku miały kiedykolwiek szanse powodzenia? Spójrzmy wstecz, na przykłady, z których wynika, że mocarstwa atomowe wcale nie są niepokonane. Wielka Ameryka uciekła z Wietnamu, sowietów rozłożyli na łopatki afgańscy mudżahedini. W natowską interwencję w Afganistanie zaangażowane były aż trzy jądrowe potęgi. I w każdym z tych przypadków silniejsi przegrywali, przy czym kluczowe jest tu stwierdzenie, że działo się to p o w o l i. „Atomowi” stopniowo redukowali swoje cele strategiczne, aż na końcu stało się nim w miarę bezpieczne wycofanie, nic więcej. W Wietnamie, gdzie opcja jądrowa leżała już na stole, owe redukcje w sposób naturalny eliminowały zasadność użycia „atomówek”. Odpalenie głowic miało „sens”, gdy komunistyczna Północ walczyła nieustępliwe, ale i proamerykańskie Południe nie dawało za wygraną. Później, wraz z załamywaniem się woli walki u południowych Wietnamczyków, nie było już czego „ratować”.

A więc czysto teoretycznie także i w ukraińskim przypadku strategia „gotowania żaby” – mozolnego oswajania rosjan z kolejnymi niepowodzeniami i wymuszonymi przez nie redukcjami celów – mogłaby się sprawdzić. De facto już się sprawdziła, wszak po dwóch i pół roku pełnoskalowej wojny na Kremlu mają świadomość, że nie sposób zająć całej Ukrainy i że najpewniej trzeba się będzie zadowolić mniejszymi zdobyczami. Od takiego myślenia do pogodzenia się ze stratami wcale nie ma długiej drogi.

—–

Spójrzmy na początek tego procesu (w odniesieniu do Krymu).

Wróćmy do sierpnia 2022 roku i pierwszych ukraińskich ataków na instalacje wojskowe na półwyspie. Ten miał być „nie do ruszenia”, doskonale broniony również przed napadem z powietrza. Tymczasem ukraińskie drony zaczęły się przez ów szczelny parasol przebijać. W szczycie sezonu turystycznego, sprawy więc nie dało się zamieść pod dywan. Media w rosji – by nie pisać o słabości systemów obrony przeciwlotniczej – początkowo unikały zwrotów sugerujących ukraińskie ataki. Używano frazy „słyszalne huki”, brzmiącej znacznie mniej panicznie (i kompromitująco) niż „wybuchy”. Rzecz w tym, że rosyjskie słowo „chłopok” (хлопок), oznacza nie tylko „huk”, ale i „bawełnę”. Jeśli akcent pada na pierwsze „o”, chodzi o włókno, gdy na drugie, idzie o dźwięk. Ta drobna różnica dała początek zjawisku – semantycznej zabawie, podchwyconej też przez rosjan, w ramach której pożary i eksplozje kwituje się słowem „bawełna”. Na lotnisku w rosji wyleciał w powietrze wojskowy samolot? „Bawełna”. Ukraińcy trafili skład paliw? „Bawełna”.

Używana z coraz większą nonszalancją „bawełna” nie jest li tylko zagadnieniem dla językoznawców. Psycholodzy społeczni dostrzegą w tym strategię oswajania się z rzeczywistością, z jej początkowo nieakceptowalnymi elementami.

Dowodów, że ów proces toczy się w rosyjskich głowach jest rzecz jasna więcej – i zasługują na oddzielny tekst. Na potrzeby tego artykułu poprzestańmy na stwierdzeniu, że „rosyjską żabę na Krymie” Ukraińcy gotują bardzo umiejętnie. Niszczą tamtejszą obronę przeciwlotniczą, lotniska, inną wojskową infrastrukturę. Atakują bazy morskie, okręty, w efekcie duża część czarnomorskiego zgrupowania uciekła do portu w Noworosyjsku (w rosyjskim kraju krasnodarskim). Celem tych działań jest uczynienie Krymu „ziemią przeklętą”, „niewartą utrzymania”. To strategia długofalowa, ale już dziś wartość utraconego przez rosjan sprzętu – na półwyspie i Morzu Czarnym – szacuje się na 25 mld dol. „Car” putin takie straty przełknie (pytanie, o ilu wie?), ale wiecznie żyć i rządzić nie będzie…

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego blogu (w ubiegłym tygodniu znów coś się zacięło…) – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. ilustracyjnym żołnierze ukraińscy. Wierzę, że kiedyś pojawią się i wrócą na stałe na krymskie ziemie/fot. Sztab Generalny ZSU

Tekst, w nieco innej formule, ukazał się również w portalu Interia.pl

(Nie)bezpieczny

Reuters donosi, że armia ukraińska rozpoczęła aktywne działania w kolejnym rosyjskim obwodzie – biełgorodzkim. Problem w tym – co sama agencja przyznaje – że źródła informacji są wyłącznie rosyjskie. Ukraińcy – jak miało to już miejsce w początkach operacji kurskiej (i znów się dzieje) – uparcie milczą. Odczyty z FIRMS-a potwierdzają jednak spore ogniska pożarów w dwóch przygranicznych miejscowościach – w Niechotiejewce i Szebiekinie.

Tę pierwszą miało zaatakować 200, drugą 300 ukraińskich żołnierzy – podają lokalne rosyjskie władze. Te same, które kilkanaście dni temu również donosiły o dużym ukraińskim uderzeniu, którego nie było.

Co skrywają panika i szum informacyjny? Czy to początek kolejnej ukraińskiej operacji na wzór tej prowadzonej w sąsiednim obwodzie kurskim? Tam także zaczęło się od ataku ledwie 300 wojskowych, a obecnie mówimy o działaniach angażujących kilkanaście tysięcy ludzi. Które – choć w reżimie izolacji informacyjnej – nadal się toczą, czemu wciąż towarzyszy ukraińskie powodzenie.

Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale zakładam, że sytuacja wyklaruje się do końca dnia.

—–

Pozostając na gruncie rozważań o sytuacji przygranicznej, spójrzmy bardziej na zachód. Media już od wielu dni alarmują, że Białoruś koncentruje wojska przy granicy z Ukrainą. Dla niektórych jest to asumpt dla najczarniejszych scenariuszy, zgodnie z którymi łukaszenko lada moment włączy swój kraj do wojny (de facto już to uczynił, ale tu chodzi o bezpośredni udział). Grozy sytuacji dodaje oświadczenie ukraińskiego MSZ, które wezwało Mińsk do wycofania wojsk z granicy. Część komentatorów – zwłaszcza tych lubujących się w straszeniu – atak armii białoruskiej na Ukrainę postrzega w kategoriach konieczności: w tym ujęciu putin nie ma wyjścia i dla odciągnięcia Ukraińców z obwodu kurskiego zamierza sięgnąć po aktywa swego wasala.

Brzmi to nawet sensownie, do chwili, gdy uświadomimy sobie, że wspomniana koncentracja obejmuje… mniej niż półtoratysięczny kontyngent, wyposażony w kilkadziesiąt wozów bojowych, wsparty kilkoma śmigłowcami i samolotami. Siły symboliczne, niezdolne do czegoś więcej niż ograniczona akcja dywersyjna. Której i tak Mińsk podejmował nie będzie, o czym szerzej w dalszej części tekstu.

Skoro to „hałas o nic”, po co włączają się weń Ukraińcy? Ano Kijów najwyraźniej postanowił skorzystać z pretekstu, jakim są przygraniczne ćwiczenia armii białoruskiej – i uderza w najwyższe tony, chcąc wymusić werbalną reakcję łukaszenki. Zaprzeczenia białoruskiego dyktatora, jego deklaracje o chęci zachowania pokoju – nie raz już powtarzane – irytują putina. Kremlowski zbrodniarz chciałby w Mińsku bezwzględnie lojalnego sługi, a nie wasala z tendencją do lawirowania. Oświadczenie MSZ Ukrainy to zatem kolejna „szpila” wbita w relacje między przywódcami Białorusi i rosji, a nie wyraz rzeczywistych lęków Kijowa.

Ukraina bowiem nie musi obawiać się północnego sąsiada. Ten zaś Ukrainy – owszem.

—–

Dyktator z Mińska jest dziś w potrzasku. Z jednej strony ciśnie go Kreml, oczekując większego zaangażowania w działania przeciw Ukrainie. Z drugiej strony jest Zachód, którego przedstawiciele nie pozostawiają złudzeń, że otwarta agresja spotka się z bolesną ripostą (Białoruś jest dziś beneficjentem systemu sankcyjnego, zbudowanego przeciw rosji, pozostając „niedomkniętą bramą” do importu/eksportu z i do federacji). Są wreszcie Ukraińcy, dużo lepiej przygotowani do przyjęcia intruzów z północy niż zimą 2022 roku. No i ma łukaszenko nie lada kłopot z własnym społeczeństwem, które pchać się do tej wojny nie zamierza. Kolejowi partyzanci, którzy wiosną 2022 roku sparaliżowali zaopatrzenie dla rosjan, siedzą dziś w więzieniach, podobnie jak wielu opozycyjnych aktywistów. Wystarczy jednak iskra, by znów rozpalić ogień społecznych protestów. Wojsko na froncie, rozruchy na tyłach – nie takie reżimy jak białoruski waliły się w podobnych okolicznościach. Zwłaszcza że wojsko – i tu ostatni, choć nie najmniej ważny powód do zmartwień dla mińskiego satrapy – też bić się nie chce. Zaradzić temu miały czystki, rosyjski nadzór nad armią, ale ostatecznie to zwykły żołnierz trafiłby do strefy walk, a nie rosyjscy czy wierni watażce generałowie.

W mojej ocenie łukaszenko będzie więc lawirował, co czyni umiejętnie od początku pełnoskalowej inwazji. Z jednej strony, w wymiarze retorycznym/propagandowym, pozostanie wiernym sojusznikiem putina. Ba, zapewne nie omieszka od czasu do czasu podkręcać atmosfery – sugerować, że już zaraz pośle armię do bitwy. Lecz za kulisami samozwańczy prezydent poprzestanie na tym, co do tej pory – na słaniu do zachodnich stolic (i Kijowa) zapewnień, że to tylko gra o zachowanie resztek białoruskiej niezależności i że tak naprawdę nie zamierza przekroczyć czerwonej linii.

Oczywiście putin ślepy nie jest i „czyta” łukaszenkę. Ale sam ma mocno związane ręce. Może grozić inkorporacją (i utrąceniem mniejszego satrapy), licząc na efekt mrożący, lecz dalej posunąć się nie może. Armia rosyjska nie jest obecnie w stanie wziąć Białorusi w twardą okupację. Zresztą, gdyby spróbowała, mogłoby się okazać, że armia białoruska jednak zamierza walczyć – czynnik motywacji do obrony przed agresją trudno przecenić; to, jak jest ważny, widzimy na przykładzie morale ukraińskiego wojska. Pozostaje więc putinowi manewrować z wykorzystaniem kija (gróźb) i marchewki (wsparcia dla reżimu łukaszenki) i wyciągać z tego „białoruskiego słoika” tyle konfitur, ile się da. I tak jest tego sporo – Białoruś pozostaje zapleczem dla rosyjskich wojsk w Ukrainie, buforem między rosją a NATO, przede wszystkim jednak wymusza na Kijowie szereg absorbujących zasoby działań. Budowa fortyfikacji wzdłuż granicy, konieczność utrzymywania relatywnie licznych sił wokół stolicy i w północno-zachodniej części kraju – to wszystko obniża efektywność ukraińskich działań wojennych na wschodzie.

Wróćmy do „czytania” łukaszenki – putin chyba już pogodził się z faktem, że Mińsk nie pójdzie mu tak całkiem na rękę. Tym tłumaczę drenaż białoruskich składów amunicyjnych i sprzętowych, jakiego dopuszcza się rosja. Ostatnio objął on sprzęt z liniowych (!) białoruskich jednostek, które musiały oddać rosjanom własne czołgi i wozy bojowe. To oczywiście świadczy o fatalnej sytuacji rosyjskiego zaplecza, ale każe też przyjąć, że gdyby istniały realne plany użycia bojowego oddziałów białoruskich, nie pozbawiano by ich narzędzi walki (Białoruś nie jest Ukrainą, która po ZSRR odziedziczyła ogromne nadwyżki uzbrojenia, nie jest też państwem, które jakoś szczególnie dbało o modernizację; oddanie moskalom nawet kilkudziesięciu czołgów oznacza poważny ubytek potencjału).

Załóżmy jednak, że Białoruś wchodzi do wojny „na ostro”. Choćby tylko po to, by dać rosjanom ulgę w Kursku, a więc „na chwilę”. Jestem przekonany, że mielibyśmy do czynienia z masowymi dezercjami i przechodzeniem całych oddziałów na stronę ukraińską. Tam, gdzie Białorusini mimo wszystko podjęliby walkę, czekałyby na nich zaprawione w bojach jednostki ukraińskie. Wynik tych starć byłby łatwy do przewidzenia i skutkował szybkim przeniesienia działań wojennych na terytorium Białorusi. Także rękoma wolnych Białorusinów, bez wątpienia owacyjnie witanych na ojczystej ziemi…

—–

Białoruś – jej status/charakter relacji z rosją – to klucz do przyszłości nie tylko Ukrainy, ale i Polski oraz szerzej, całej Europy środkowo-wschodniej.

Wojna w Ukrainie kiedyś się skończy. Cokolwiek ustalą Moskwa z Kijowem, z nieprzyjazną Białorusią na karku będzie to dla Ukrainy pokój „kulawy”. Wymagający większej mobilizacji zasobów niż w sytuacji, w której Ukraińcom odpadłoby do pilnowania ponad 1000 km granicy. Zrujnowane ukraińskie państwo będzie liczyło każdą hrywnę (i dolara czy euro pomocy), stając na nogi. Trudno w tej chwili ocenić, jaki charakter przybiorą zachodnie gwarancje bezpieczeństwa – idealnie byłoby przyjąć Ukrainę do NATO, ale obecnie bardziej prawdopodobny wydaje się sojusz z częścią członków Paktu. Nim jakikolwiek alians się zmaterializuje, ukraińska niepodległość będzie chroniona tylko przez ukraińską armię. Zapewne niepobitą, być może zwycięską, ale i tak pokiereszowaną.

Tysiąc kilometrów wrogiej granicy mniej dla Ukraińców, to zarazem ponad 400 km nieprzyjaznej granicy mniej dla Polski i ponad 700 dla Litwy i Łotwy. Białoruś niebędąca protektoratem rosji to sytuacja, o której marzyły pokolenia Polaków. Sytuacja, w której rosja zostaje odepchnięta o 500 km, de facto wyrzucona z Europy do Azji. Owszem, Moskwie zostałaby eksklawa w postaci okręgu królewieckiego, ale kompletnie niefunkcjonalna w realiach szerokiego buforu oraz Bałtyku jako „jeziora NATO”.

Brzmi jak political fiction? Fakt, iż „król kartofli” lawiruje, wynika z jego kalkulacji/obawy czy warto się po stronie moskwy tak bardzo angażować. Wizja rozpadu armii i społecznych protestów stopuje łukaszenkę. Stopuje też putina, który chciałby Białorusi w wojnie, ale nie chciałby uruchomić procesów, na skutek których Białoruś by się rosji wymknęła.

I dlatego żadnego ataku z Białorusi nie będzie.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego blogu (w ubiegłym tygodniu znów coś się zacięło…) – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Żadnych strzałek na mapach rysować nie będziemy, chyba że jako artystyczne wizje…

Sterydy

„Nic się nie stało, rosjanie nic się nie stało!” – pozwólcie, że sparafrazuję popularną przyśpiewkę, z zastrzeżeniem, że „nie tykam” jej oryginalnego drwiąco-gorzkiego przesłania. Czemu ów cytat ma służyć? Ano dobrze oddaje ducha narracji, w jaką weszła kremlowska propaganda w odniesieniu do wydarzeń w obwodzie kurskim.

Od kilku dni rosjanie są oswajani z faktem, że Ukraińcy okupują fragment terytorium federacji. Przekonuje się ich, że w gruncie rzeczy nic istotnego się nie wydarzyło. Owszem, 200 tys. ludzi musiało uciekać z domów, przeciwnik zajął ponad 1200 km kw. naszej ziemi i kontroluje setkę naszych miejscowości. Ale miejcie świadomość, bracia rosjanie, że putin czuwa, że już szykuje rekonkwistę, w wyniku której z wroga nie ostanie się marny pył. Armia dostała rozkaz, by do końca września uporać się z problemem – wyrzucić Ukraińców z naszej świętej ziemi. Dzielni żołnierze rosji walczą dniem i nocą, zadając przeciwnikowi potężne straty. Kolejne odwody są w drodze. A tak w ogóle to lada moment odniesiemy historyczne zwycięstwo w Donieckiej Republice Ludowej – wyzwolimy Pokrowsk i pomaszerujemy na Kramatorsk i Słowiańsk. Więc jeszcze raz: „nic się nie stało, rosjanie nic się nie stało!”

—–

To przekaz do wewnątrz; na zewnątrz mamy do czynienia z kolejnymi próbami dyskredytacji wysiłków ZSU podejmowanych na kierunku kurskim. Pojawia się sporo wątków dezinformujących, wybrałem przykład dla mnie najciekawszy, pozornie noszący znamiona konstruktywnej krytyki. I tak Ukraińcy „nie dość, że zużywają szczupłe zapasy i rezerwy, to jeszcze rozciągają linię frontu”, co oznacza, że „na dłuższą metę zabraknie im sił, by obsadzić pozycje obronne”.

Cóż… Nie znam aktualnego przebiegu frontu/linii rozgraniczenia w obwodzie kurskim. W oparciu o dane sprzed 2-3 dni mogę pokusić się o stwierdzenie, że linia styku wojsk (czy precyzyjniej, terenów znajdujących się pod kontrolą obu armii) nie zwiększyła się w stosunku do długości linii granicznej sprzed 6 sierpnia. Ba, były momenty, że się skróciła – i zapewne do takiego stanu rzeczy będzie dążyć ukraińskie dowództwo. W czym pomocny może okazać się fakt, że „oryginalna” granica „meandrowała”, miała skomplikowany przebieg.

W tym kontekście nie ma więc żadnego minusa, jest za to ogromny plus w postaci przeniesienia działań wojennych na terytorium wroga. Nie bez znaczenia jest utworzenie „kordonu sanitarnego”: odepchnięcia rosjan od rdzennych ukraińskich ziem, odebranie im możliwości rażenia ogniem artyleryjskim Sumów – miasta i okolicznych wsi. Wczoraj, gdy prezydent Wołodymyr Zełenski odwiedził region sumski, przedstawiciel lokalnych władz poinformował go o ogromnym spadku liczby rosyjskich ostrzałów. Co więcej, dotychczasowa granica między ukraińskim obwodem sumskim a rosyjskim kurskim, w większości miała „umowny” charakter, nie wyznaczały jej naturalne przeszkody. ZSU w wielu miejscach doszły do rzeki Sejm, czemu prawdopodobnie towarzyszy zamysł oparcia linii obronnych właśnie o rzekę (o czym pisałem kilka dni temu). Sejm szeroki nie jest, ale płynie przez dolinę pełną starorzeczy; trudną do pokonania przez wojskowe pojazdy. Taka linia rozgraniczenia to coś znaczenie lepszego niż granica biegnąca środkiem pola.

—–

Co zaś się tyczy zasobów – nie zapominajmy, jak w gruncie rzeczy niewielka jest skala kurskiej operacji ZSU. Angażuje ona kilkanaście tysięcy ludzi, kilka procent potencjału ukraińskiej armii. Nie ma zatem mowy o żadnym trwonieniu, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę nieproporcjonalnie wielki efekt działań. Król okazał się nagi – Ukraińcy weszli jak w masło, Kreml nie był i nie jest w stanie podjąć działań, które pozwoliłyby na natychmiastowe wyparcie przeciwnika. „Wielka” rosja szykuje się do długotrwałej wojny na własnym terytorium, mobilizując do tego znaczne siły, których ostatecznie zabraknie jej gdzie indziej. Operacja kurska ujawniła fasadowość rosyjskiej państwowości w przygranicznych rejonach kraju. Administracja uciekła, mieszkańcy nie podjęli żadnych prób obywatelskiego oporu. Jak to ujął jeden z mieszkańców Sudży: „wszyscy mieli gdzieś, czy będzie tu rosja czy nie”. Widzieliśmy już tę bierność rosjan – cywilów i przedstawicieli służb – podczas puczu prigożyna.

A są przecież inne objawy kryzysu tożsamościowo-ideowego, toczącego rosyjskie społeczeństwo. Strategia rekrutacyjna tamtejszego MON oparta jest o zachęty finansowe – gotowi jechać na wojnę do Ukrainy otrzymują ogromne jak na rosyjskie standardy pieniądze. Innych chętnych brak, mimo iż w mediach i na ulicach prowadzona jest zakrojona na szeroką skalę akcja odwołująca się do wartości patriotycznych i propaństwowych. Potencjalny rosyjski rekrut deklaratywnie wspiera politykę państwa, lecz ani myśli nadstawiać za nią głowy. Z ideologiczną pustką mierzył się już ZSRR, putin pragnął tę pustkę wypełnić nacjonalistyczno-religijno-imperialnym żarem – jak widać z mizernym efektem.

O czym piszę żałując, że asekuranctwo Zachodu – przejawiające się ograniczonym wsparciem zbrojnym dla Ukrainy – uniemożliwia ZSU przeprowadzenie „operacji kurskiej na sterydach”. Prowadzonej większymi siłami, na rozleglejszym obszarze, bez żadnych ograniczeń jeśli idzie o wykorzystanie dostarczonego Ukraińcom sprzętu. Dla gnijącego państwa z biernym społeczeństwem zapewne byłby to nokautujący cios, skutkujący kaskadowym zawaleniem się putinowskiego reżimu.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zdjęcie ilustracyjne, świetna alegoria rosyjskiej państwowości. U nas, w dyskursie publicznym, zwykło się mówić o „kartonie” (czasem o „gównie i patykach”) – tu mamy gumę…/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Wiatr…

W styczniu 2023 roku wraz z grupą wolontariuszy udaliśmy się do frontowego wówczas Bachmutu – wieźliśmy pomoc humanitarną oraz drony dla wojska (działającej na tym odcinku grupy „Madziara”). W drodze powrotnej, w okolicach wyzwolonego jesienią 2022 roku Iziumu, stanęliśmy przed betonową barierą, blokującą wjazd na wysadzony przez rosjan most. Gdzieś w pobliżu była tymczasowa przeprawa, postanowiłem jej poszukać.

Szybko ustaliłem, że jesteśmy w centrum jakiegoś przysiółka. Po obu stronach rozoranej drogi stały typowo ukraińskie chatki i bez wojny wyglądające jak siedem nieszczęść. Przyzwyczajony do ciemności wzrok pozwalał dostrzec całe pokaleczone bryły. Zarwane dachy, wybite okna, przestrzelone ściany. Powalone płoty, wrak auta – popularnej na wschodzie łady kopiejki. I ani śladu żywej istoty. Osada była martwa, zaś na jednym z budynków widniało wielkie „Z” wymalowane białą farbą, widoczne i bez światła latarki. Żołnierze putina w ten sposób pieczętowali „powrót” wiosek do „rosyjskiej macierzy”. „Z” w tym przypadku znaczyło tyle co „to nasze”. I zwykle wiązało się z destrukcją. Całkowitą, którą można skwitować stwierdzeniem: „byli ludzie–nie ma ludzi”. W drodze z i do Bachmutu widziałem wiele tak potraktowanych osad. Wyzwolonych gruzowisk…

W lipcu 2024 roku wróciłem w opisane okolice. Nadal wyglądają żałośnie (choć w letnim anturażu i przy przyrodzie błyskawicznie wdzierającej się w porzucone posesje trochę jakby mniej). Wciąż mnóstwo jest tabliczek ostrzegających przed minami, dalej niemal bezludnie, ale właśnie – widać już ślady pierwszych powrotów. Takich na stałe, którym towarzyszą remonty zburzonych domostw. Wygląda to surrealistycznie – pojedyncze restaurowane chałupy, zewsząd otoczone gruzowiskami. „Tak musiały wyglądać polskie wsie i miasteczka, wyzwolone spod niemieckiej okupacji”, gdy naszła mnie ta refleksja, ustąpiło przekonanie o bezsensowności życia pośród ruin.

—–

Ale wrażenie braku sensu wróciło jak bumerang – by wyjaśnić dlaczego, cofnijmy się do wiosny 2015 roku. To wtedy pojawiłem się w powiecie iziumskim po raz pierwszy – i wracałem tam w kolejnych miesiącach aż do lata 2016 roku. Podczas pierwszej wizyty, w wiosce Mała Kamaszywacha, spotkałem się ze Swietłaną Dworkiną, ówczesną szefową iziumskiego powiatowego wydziału edukacji.

– W miejscu takim jak to, czas odmierza się nie godzinami, a kilometrami – mówiła Dworkina. – Zimą dzieci z najdalszych wiosek, oddalonych od Małej Kamaszywachy o dwadzieścia kilka kilometrów, wstają o piątej rano, by zdążyć na zajęcia o ósmej. Takie parszywe drogi mamy w okolicy. Ale w samej szkole też nie jest dobrze. Mróz wciska się przez dziurawe okna i drzwi, dzieciaki marzną w klasach. Tak wygląda u nas edukacja w XXI wieku…

Mała Kamaszywacha jawiła mi się jako królestwo eternitu, okrywającego maleńkie szare domki, otoczone walącymi się płotami bądź ogrodzeniami wykonanymi z byle czego. Wioskę przecinała potwornie dziurawa droga, którą co jakiś czas przemykał zdezelowany samochód, trąbiący na wałęsające się bezpańskie psy.

„Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy”, zanotowałem wówczas. „Ów region wygląda jak postapokaliptyczne terytorium, w którym państwo już dawno przestało pełnić swoje funkcje, porzucając obywateli na pastwę losu”.

Paradoksalnie, tocząca się za miedzą wojna w Donbasie, przyniosła szansę na zmianę. Dziesiątki tysięcy uchodźców, którzy schronili się w powiecie iziumskim, przykuło uwagę organizacji humanitarnych i rządu w Kijowie. Szybko stało się jasne, że nie sposób prowadzić efektywnej edukacji w regionie, który nawet jak na ukraińskie standardy był wyjątkowo ubogi. Szkoły w powiecie iziumskim miały rachityczne dachy, nieocieplone ściany i rozpadające się okna. Zniszczone łazienki, zużyte meble, pomoce naukowe i sprzęty pamiętające czasy świetności ZSRR. W salach komputerowych królowały urządzenia z lat 90., niepodłączone do Internetu. Niektóre z placówek pozbawione były nawet dostępu do bieżącej wody.

– Jak w takich warunkach uczyć dzieci? – pytanie Dworkiny miało wymiar retoryczny.

Ale właśnie – za sprawą uciekinierów z Donbasu, pośród których było mnóstwo dzieciaków, kilkanaście szkół w powiecie zakwalifikowano do specjalnego programu. W jego ramach w placówkach wymieniono okna, drzwi, zakupiono mnóstwo nowego wyposażenia. Z czasem miejscowy samorząd uzyskał środki na bardziej zaawansowane remonty i modernizacje. Latem 2021 roku lokalne szkoły znacząco odbiegały od wschodnioukraińskich standardów – rzecz jasna in plus. W początkowej fazie tych działań wiele przedsięwzięć realizowano ze środków Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). Fundacja – z którą od lat współpracuję – nadal działa w Ukrainie. Kilka tygodni temu razem z jej przedstawicielami udaliśmy się do powiatu iziumskiego śladem dawnych projektów. Obejrzeliśmy cztery szkoły, niegdyś „stawiane na nogi” przy udziale Polaków – wszystkie zostały kompletnie zniszczone…

Stąd owo poczucie bezsensu; możesz się starać ile wlezie, ale przyjdzie putinowska szarańcza i obróci w ruinę cokolwiek spotka na swej drodze.

Choć pewnie i tak warto było, wszak kilka roczników miejscowych dzieciaków uczyło się w przyzwoitych warunkach. No ale mogłyby uczyć się kolejne…

—–

O czym wspominam nie po to, by ponarzekać, ale w reakcji na zabiegi (pro)rosyjskiej propagandy. Oto na dobre zaczyna się narracja o „ukraińskiej wojnie napastniczej” – bo ZSU weszły do obwodu kurskiego – w ramach której wybija się na pierwszy plan materialny wymiar działań wojennych. „Cierpią rosyjscy cywile!”, bo niszczone są ich domy, bo równana z ziemią jest infrastruktura obwodu. W tej opowieści zwalenie mostów na Sejmie to wręcz barbarzyństwo, bo tym sposobem „odcina się drogę ucieczki zwykłym ludziom”.

Nie podważam przykrości wynikłej z doświadczenia wojny, doznanej przez zwykłych rosjan. To poczucie subiektywne, w jakieś mierze niezależne od tego, co robi ukraińska armia. A ta ma za zadanie unikać niszczenia cywilnych obiektów. Przykazano jej również, by wobec rosjan zachowywała się przyzwoicie – i nie mamy żadnych dowodów, by działo się inaczej. Ale jako się rzekło, już sama obecność ukraińskich żołnierzy może być dla miejscowych powodem do dyskomfortu. O tym zaś, gdzie toczą się walki, współdecydują obie strony, ba, to rosyjska nie ma problemów ze zrzucaniem bomb na własne wioski. No i na boga, jaka wojna napastnicza? To Ukraińcy od ponad 10 lat bronią się przed rosyjską napaścią, to putin w lutym 2022 roku wzniecił pełnoskalowy konflikt. Przeniesienie działań zbrojnych na obszar przeciwnika nie wypełnia kryteriów agresji (czy sowieci, po wypędzeniu hitlerowców z ZSRR, stali się agresorami?). Fakt, iż ogień przeniósł się na dom podpalacza, nie znosi ani winy, ani odpowiedzialności tegoż. Kto sieje wiatr, ten zbiera burze…

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zniszczone domostwo, obok świeże (sądząc po stanie krzyży) groby. Nie wiem czyje, domyślam się, że gospodarzy. Sprawdzić się nie dało, bo teren wokół zaminowany, o czym ostrzegały przydrożne tabliczki. Okolice Iziumu, lipiec 2024 roku/fot. własne

Przeszkoda

Zacznę od dygresji, w której przywołam dwóch generałów. Czytelnicy „Alfabetu…” znają tę opowieść, tych, którzy mojej najnowszej książki jeszcze nie czytali, być może zachęci ona do lektury. Tak czy inaczej, ów wstęp stworzy nam odpowiedni kontekst dla rozważań o przyszłości operacji kurskiej ZSU.

Jamesa Mattisa spotkałem w 2005 roku, w Iraku. Późniejszy sekretarz obrony USA zaczynał służbę w czasach, kiedy gorąca konfrontacja NATO–Układ Warszawski była realnym scenariuszem. I o tym m.in. przyszło nam porozmawiać. W którymś momencie Mattis przyznał, że priorytetem sił zbrojnych USA w Europie było zniszczenie jednostek inżynieryjnych bloku wschodniego, w tym komponentów ludowego Wojska Polskiego. Były one bowiem – tak wynikało z danych wywiadowczych – niezwykle skuteczne, co w połączeniu z potężnymi pancernymi zagonami armii radzieckiej stwarzała ryzyko szybkich, zmasowanych uderzeń, niezależnie od warunków terenowych.

W 2020 roku przeprowadziłem wywiad z gen. Waldemarem Skrzypczakiem. Tematem rozmowy była m.in. głośna wówczas sprawa mostu pontonowego, budowanego w Warszawie z powodu awarii oczyszczalni „Czajka” (na zaimprowizowanej przeprawie miano położyć rury doprowadzające ścieki). Stawianie mostu szło jak po grudzie, bo wojsko przez lata zaniedbało tę część saperskich kompetencji. Zużył się sprzęt, za mało było szkoleń, te, które się odbywały, rozpisywano na „zawsze zwycięskie”, a w praktyce mało spektakularne scenariusze. Ot, przejście kompanii czołgów przez strumyk na poligonie. „Przygotowanie natarcia w trudnych warunkach terenowych” zaliczone? Zaliczone! I jakoś to się kręciło.

– Tymczasem putin szkoli, modernizuje, stawia przed wojskiem trudne zadania – mówił gen. Skrzypczak. – Jakiś czas temu obejrzałem rosyjski film instruktażowy, zdobyty przez sojuszników, w którym brygada pancerna forsowała Don lub Dniestr. Szeroką jak diabli rzekę. Czołgi się zatrzymały, załogi przygotowały wozy do przeprawy po dnie. Po 45 minutach wszystkie trzy bataliony były już na drugim brzegu.

– A ile zajęłoby to nam bądź Amerykanom? – zapytałem.

– I my, i oni, czekalibyśmy na most, który następnie trzeba byłoby rozwinąć. Przypuszczam, że przeprawa potrwałaby dwa dni.

A teraz wróćmy do teraźniejszości. Po ponad dwóch latach pełnoskalowej wojny w Ukrainie jest już jasne, że rosjanie nie radzą sobie z pokonywaniem przeszkód wodnych. W Donbasie byle ciek stanowił dla nich nie lada kłopot, zatrzymując wojska na długie tygodnie, a w niektórych miejscach „na zawsze”.

Gdzie zatem podziała się owa zdolność do działań o wysokiej mobilności? A może zawsze był to jedynie wymysł propagandowy, na który nabrali się wojskowi NATO, zarówno ci z czasów żelaznej kurtyny, jak i bardziej nam współcześni? Wiktor Suworow – były oficer GRU, który zwiał na Zachód – opisał w jednej z książek manewr forsowania rzeki przez jednostki armii radzieckiej. Wozy, wyposażone w zestawy do głębokiego brodzenia, przejechały po dnie błyskawicznie. Rzecz w tym, że kilka tygodni wcześniej w miejscu przeprawy przygotowano „autostradę dla czołgów”, wylaną po dnie z betonu. „Pic-na-wodę-fotomontaż”, no ale obserwująca ćwiczenia wierchuszka była bardzo zadowolona. Suworow miał tendencje do zmyślania, niemniej w tym przypadku najwyraźniej nie ubarwiał.

—–

Armia ukraińska w obwodzie kurskim zniszczyła w ostatnich dniach trzy mosty na rzece Sejm. Skądinąd przy tej okazji ostatecznie „zwalił się na pysk” kolejny mit dotyczący rosyjskiej skuteczności – ten o „bańkach antydostępowych”, strefach, do których nie przebije się żadne wrogie rosji lotnictwo. No więc ukraińskie się przebiło – operujące nad rosyjskim terytorium samoloty zrzuciły bomby, „dobijając” uszkodzone wcześniej przez artylerię przeprawy. „Niemająca odpowiednika w świecie” moskalska OPL okazała się bezradna.

Okoliczności zmusiły Ukraińców do szybkiego pójścia za ciosem, rosjanie bowiem próbowali zbudować przeprawę pontonową – i ona została „zgruzowana”.

Po co? Sejm rozcina obwód kurski na północną i południową część. Rzeka ma swoje źródło na terytorium rosji, ale ujście znajduje się już w Ukrainie. Wszystkie rosyjskie oddziały znajdujące się między biegiem Sejmu, ukraińską granicą, a terenami zajętymi już przez ZSU (wschodnia ściana „worka”), zostały więc de facto odcięte. Nie wiem, o jak licznych formacjach mowa, ale w odniesieniu do „wyizolowanego” terenu mówi się o powierzchni ponad 600 km kwadratowych. Z dużym prawdopodobieństwem będzie to kolejna ukraińska zdobycz, trudno bowiem – patrząc z perspektywy rosjan – bronić się bez dostępu do zaplecza logistycznego. Oczywiście, do transportu amunicji, jedzenia i ewakuacji rannych można używać łodzi – zwłaszcza że Sejm szeroki nie jest – ale gdy teren znajduje się pod kontrolą wrogiej artylerii (a taka sytuacja ma tam miejsce), będzie to bardzo problematyczne.

A teraz do sedna, czyli do pewnego zamysłu, który – tak sądzę (sądzę; wchodzimy na grunt spekulacji!) – wyłania się z ukraińskich działań. Kilka dni temu jeden z Czytelników zapytał mnie, dokąd pójdą Ukraińcy. Odparłem, że zapewne „do rzeki”, zakładając, że naturalna przeszkoda wodna to niezłe miejsce do ustanowienia rubieży. Zwłaszcza gdy ma się za przeciwnika rosjan, którzy „nie umią w forsowanie”. Obstaję przy tej hipotezie i dziś, zakładając, że maksymalny zasięg operacji ZSU w obwodzie kurskim wyznacza bieg Sejmu – co oznaczałoby podejście pod Kursk (niekoniecznie zdobywanie miasta; dla odpowiedniego efektu politycznego i psychologicznego wystarczy mieć je w zasięgu artylerii). Taki cel wydaje się i realny (nadal…), i odpowiednio ambitny.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Biegu Sejmu w zachodniej części obwodu kurskiego/graf. Google Maps