(Nie)wolni

Przez front przewinęło się do tej pory mniej więcej 1,2 mln ukraińskich żołnierzy oraz około miliona rosjan. To moje autorskie szacunki, oparte o dostępne dane. Służba w ZSU trwa rok (co nie oznacza roku na froncie; na pierwszej linii członek personelu sił zbrojnych Ukrainy spędza 3-4 miesiące), rosjanie wysyłani na obszar „spec-operacji” spędzają tam pół roku. Armia ukraińska liczy 700 tys. żołnierzy (milion, o jakim się czasem mówi, dotyczy wszystkich służb mundurowych w Ukrainie), rosyjski kontyngent to obecnie około 350 tys. ludzi (z których dwie trzecie stacjonuje na okupowanych terenach) – i jest to wartość, którą można uznać za średnią dla tego konfliktu (moskale zaczynali z mniej niż 200 tys. wojskowych, ale był okres, że wojna angażowała niemal pół miliona żołnierzy). Ukraińcy ponieśli dotąd straty na poziomie 170 tys. zabitych, rannych i zaginionych (jedna trzecia to polegli), rosyjskie szacowane są na 220-250 tys. (z których zabici to 70-90 tys.); takie dane podają zachodnie źródła wywiadowcze.

Obie strony przetrzymują obecnie po około 1,5-2,5 tys. jeńców, przy czym w rosyjskiej niewoli przebywa więcej Ukraińców niż rosjan w ukraińskiej. Ta przewaga to „premia” Mariupola, kiedy moskale za jednym razem pojmali 2,5 tys. ukraińskich żołnierzy. Jeńcy są najczęściej po kilku miesiącach wymieniani, a niektórzy nie trafiają nawet do oficjalnej ewidencji. Obie armie stosują praktykę „podręcznych obozów” – konkretne jednostki frontowe trzymają jeńców w strefie walk i na podstawie porozumień z dowódcami niższego szczebla z drugiej strony wymieniają obcych na swoich. Taka niewola trwa od kilku godzin do kilkunastu dni i choć praktyka ta jest formalnie zakazana przez dowództwa obu armii, nadal ma miejsce. Niezależnie od tego sumaryczna liczba więźniów wojennych w tym konflikcie nie przekracza kilkunastu tysięcy. Odnosząc się do doświadczeń historycznych, na tym etapie wojny (po 1,5 roku bardzo intensywnych zmagań, które mają obecnie patowy status), jeńców powinno być kilka razy więcej.

Dlaczego żołnierze obu stron unikają niewoli i zamiast niej często wybierają walkę do końca? W sytuacji dysproporcji w morale – które u Ukraińców jest wyższe niż u rosjan – tak postawione pytanie może się wydawać dziwne. Potoczne doświadczenie każe bowiem założyć, że przy takich różnicach w nastawieniu do służby i walki, moskale winni poddawać się masowo.

W przypadku Ukraińców sprawa też nie jest oczywista. Nie da się jej wyjaśnić jedynie wyższą motywacją, wynikającą na przykład z rosyjskiego bestialstwa i przekonania, że należy wrogowi uniemożliwić kolejne zbrodnie, a choćby i za cenę własnego życia.

Szukając odpowiedzi, przyjrzyjmy się jeńcom filmowanym podczas wymian. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to kondycja uwalnianych Ukraińców, który najczęściej wyglądają jak żywe trupy. W odróżnieniu od nich, rosyjscy więźniowie mają się bardzo przyzwoicie – widać, że ich karmiono, że zapewniono im opiekę medyczną, że nie poddawano okaleczającym torturom. Podłe warunki niewoli, będące standardem rosyjskich obozów – przemoc, niedożywienie, niezaopiekowane rany i nieleczone choroby – są dobrze znane pośród ukraińskich żołnierzy. Wystarczyło kilka pierwszych wymian, by wiedza na ten temat stała się powszechna. Szczególną grozę budzi lęk przed kastracją; rosjanie co najmniej kilkanaście razy dopuścili się takiej zbrodni na jeńcach (nie raz i nie dwa, chwaląc się własną brutalnością w sieci). Zatem to strach przed koszmarnym doświadczeniem powstrzymuje Ukraińców przed podniesieniem rąk.

Brakuje uzasadnionych przesłanek, by takie lęki były również udziałem rosjan. Mimo to ci także drżą przed wizją pojmania. Po pierwsze, ponieważ żyją pod presją ogłupiającej propagandy, która przekonuje ich o ukraińskiej brutalności. Ba, często przy tym sięgając po argumenty absurdalne, jak groźby zabicia dla narządów czy okaleczeń na skutek eksperymentów medycznych. Możemy się z tego śmiać, ale rosjanie w to wierzą, sądząc po relacjach jeńców z „drugiej armii świata”, zaskoczonych łagodnym potraktowaniem. Po drugie, moskale boją się konsekwencji prawnych – w ojczyźnie za „dobrowolne poddanie się” grozi im kara 10 lat więzienia (wzorce stalinowskie wiecznie żywe…). Po trzecie wreszcie, Ukraińcy ogrywają medialnie każdą wymianę jeńców, uwolnionych traktując jak bohaterów i mówiąc o nich jak o bohaterach. W rosji tymczasem to tabu – o jeńcach właściwie się nie mówi, temat jest wstydliwy i potencjalnie defetystyczny, brakuje zatem szerszej świadomości, szczególnie pośród żołnierzy, że niewola nie jest wyrokiem śmierci czy kalectwa. I tak lezą iwany pod lufy, choć wcale by nie musiały…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bachmut z czasów tuż przed finalną bitwą, zdjęcie ilustracyjne/fot. Marcin Ogdowski

Propagandyści

„Błogosławiona przez was rakieta trafiła prosto w największą świętość: ołtarz”, napisał Wiktor, wikariusz eparchii odeskiej Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego (UKPPM) do patriarchy cyryla. Formalnie zatem jest to list do najwyższego zwierzchnika, wysłany po tym, jak rosyjska rakieta zniszczyła Sobór Przemienienia Pańskiego w Odesie.

Wojna z rosją ma także wpływ na organizację życia religijnego w Ukrainie. Tamtejsza Cerkiew – Kościół Prawosławny Ukrainy (KPU) – w 2018 roku zerwała z podległością wobec Moskwy, ale w kraju nadal funkcjonuje odłam – wspomniany UKPPM – uznający przywództwo cyryla. Rozłamowi towarzyszą poważne napięcia, włącznie z oskarżeniami o kolaborację, wysuwanymi przez wiernych KPU. Nie są to zarzuty bezpodstawne, bo wielu duchownym UKPPM udowodniono działalność agenturalną na rzecz rosji, tym niemniej względna popularność „starej” Cerkwi nie ma silnego związku z prorosyjskimi sympatiami. Wielu wiernych przynależy do UKPPM raczej z przyzwyczajenia niż z wyboru światopoglądowego (co piszę świadom uproszczenia, ale nie czas i miejsce na rozważania z zakresu socjologii religii).

Podział na Kościół „nasz” (ukraiński) i „ich” (moskali) na dobre zakorzenił się w społecznej wyobraźni Ukraińców. Jednym z jego skutków jest obojętność – a czasami wręcz zadowolenie – części mieszkańców Ukrainy, wyrażane w obliczu rosyjskiego barbarzyństwa, kiedy ofiarami padają funkcjonariusze „Kościoła moskiewskiego” czy „moskiewskie” obiekty sakralne. „Uderzyli w swoich”, sam usłyszałem coś takiego w Odesie, gdy w marcu tego roku lokalny wolontariusz opowiadał mi o ataku rakietowym, w którym rannych zostało trzech duchownych. I nie mówił tego ze smutkiem.

I dlatego właśnie zniszczenie Soboru Przemienienia Pańskiego w Odesie – trafionego rakietą w nocy z soboty na niedzielę – nie rezonuje w Ukrainie tak mocno, jak mogłoby rezonować uderzenie w obiekt sakralny. Co nie zmienia faktu, że dla wiernych UKPPM to sytuacja wywołująca co najmniej konfuzję – czego najlepszym przykładem fragment listu wikariusza Wiktora.

A nuż skończy się to kolejnymi odejściami ze „starej” Cerkwi.

Dla rosyjskiej propagandy to sytuacja wyjątkowo niezręczna, kremliny bowiem ogrywają wewnętrzny podział religijny w Ukrainie zgodnie z własnym interesem. Członków UKPPM przedstawiając jako wspólnotę prześladowaną za wiarę i prorosyjskość. „Swoich”. A tu jep!, rosyjska flota wrzuca im rakietę w uświęcone miejsce. Zapewne nie z premedytacją, a na skutek legendarnej celności rosyjskich środków rażenia, no ale „mleko się rozlało”. Co robią spece od przekazu? Odwracają kota ogonem. Twierdzą, że w świątynię trafiła ukraińska rakieta przeciwlotnicza. I przedstawiają świadectwa, jak relacja rzekomego świadka: „Jestem z Odesy i widziałem jak ukraińska rakieta trafiła w Sobór Przemienienia Pańskiego (…). Bardzo mnie to zasmuciło. Świecie, usłysz nas, ZSU nas zabija”, czytamy. Ta narracja przedostała się również do Polski, kolportowana przez prokremlowskich aktywistów medialnych i całą masę naiwnych „użytecznych idiotów”. Tymczasem nie ma żadnych dowodów wskazujących na taki scenariusz.

Ale załóżmy na moment, że tak właśnie było – że ukraińska antyrakieta z jakiegoś powodu nie dosięgła pierwotnego celu i uderzyła w świątynię (bądź na cerkiew spadły jej szczątki i wywołały pożar). Wówczas warto się zastanowić nad pewną kwestią: co mianowicie nad Odesą robiła rosyjska rakieta? Przyleciała w podróż krajoznawczą?

Ano właśnie…

Dla uzupełnienia obrazu dodam, że w weekend na skutek rosyjskich ostrzałów zniszczono w Odesie 25 zabytków, będących częścią historycznej zabudowy, wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

—–

O tym, że ich kraj znajduje się w stanie wojny, nad ranem mogli się przekonać mieszkańcy Moskwy. Co najmniej dwa ukraińskie drony – a mówi się również o czterech – nadleciały nad kompleks budynków należących do rosyjskiego ministerstwa obrony. Oczywiście rosjanie chwalą się, że obezwładnili maszyny „bronią elektroniczną” (rodzajem zagłuszarek, które „oślepiły/ogłupiły” systemy dronów?), niemniej jedna z nich uderzyła w budynek (a wedle innych źródeł w sąsiedni obiekt) należący do wywiadu wojskowego. A ściślej do filii zajmującej się cyberprzestępczością, czyli także przeprowadzaniem ataków hakerskich.

Niezależnie od tego, czy taki był cel bezzałogowców-samobójców, niezależnie też od zakresu poczynionych szkód, poranny atak zasługuje na więcej uwagi. Oto bowiem znów duże ukraińskie drony dalekiego zasięgu wleciały nie niepokojone nad rosyjską stolicę. Gdzież ta słynna „bańka antydostępowa” Moskwy? Co robiła OPL na dystansie kilkuset kilometrów dzielących terytoria ukraińskie od miasta? Kolejna ukraińska eskapada potwierdza, że rosjanie zdekompletowali krajową obronę przeciwlotniczą, przesuwając część sprawnych systemów na front i w miejsca notorycznie narażone na ataki, w ten sposób kompensując wcześniej poniesione straty. Być może czas, towarzysze, wykonać ruch w drugą stronę, bo jak wam spalą ministerstwo obrony, to dopiero będzie ból…

—–

I na koniec jeszcze jedna kwestia, sprowokowana Waszymi pytaniami o mój stosunek do opisanych wydarzeń. W czwartek zginął w Ukrainie niejaki michaił łuczin, w sobotę zaś rostisław żurawliow. Pierwszy to znany bloger militarny („misza na Donbasie”), drugi – „korespondent wojenny” agencji RIA Novosti. Obydwaj ponieśli śmierć w wyniku ukraińskich ostrzałów artyleryjskich, łuczin w okolicach Doniecka, żurawliow na Zaporożu.

Nikt celowo do nich nie strzelał – ogień artylerii wymierzony był w rosyjskie oddziały, którym łuczin i żurawliow towarzyszyli. I nie, nie ma we mnie ani krzty współczucia, które mogłoby być skutkiem własnych zawodowych doświadczeń. Ci goście bowiem nie zasługiwali na miano reporterów – byli jedynie narzędziami, które pod przykrywką dziennikarskiej aktywności służyły do rozsiewania kremlowskiej propagandy i dezinformacji. Dziennikarz może mieć swoje sympatie (nie musi być obiektywny w ocenie stron konfliktu), jednak kłamać mu nie wolno – ci zaś kłamali jak najęci, zwłaszcza o rzekomych neonazistowskich ekscesach w armii ukraińskiej (w tym celu wielokrotnie sięgając po spreparowane artefakty). Nade wszystko jednak brali aktywny udział w działaniach zbrojnych – żurawliow przyłączył się do donbaskich „separatystów” jeszcze w 2014 roku, łuczin blogowanie łączył z ochotniczą służbą w jednostce dronowej.

Więc to nie byli moi (młodsi i aktywni) „koledzy po fachu”.

Jedna rzecz mnie tylko w kontekście tych śmierci zasmuca – że rosjanie mają teraz pretekst, by strzelać do dziennikarzy po drugiej stronie. Prawdziwych, którzy narażają życie i zdrowie, by rzetelnie relacjonować ten konflikt. Chociaż tak po prawdzie – czy oni potrzebują pretekstu?

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi i Andrzejowi Kardasiowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Dorocie Barzan, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Joannie Cz., Wojciechowi Bardzińskiemu, Czytelnikowi Andrzejowi i Tomaszowi Jakubowskiemu (za małe wiaderko kawy).

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. „Gieroje” w postaci tzw.: gruzu 200 wracający do domu. Zdjęcie bez ścisłego związku z treścią postu, ale nie chciałem, by umknęło Waszej uwadze…/fot. rosyjski Telegram

„Zachęta”

Władze miejskie Odesy zwróciły się do UNESCO – oenzetowskiej agendy zajmującej się m.in. ochroną dziedzictwa kulturowego – o wyrzucenie z organizacji rosji. Powód? Odesa od kilku dni jest celem zmasowanych ataków rakietowych, w wyniku których zniszczeniu ulega infrastruktura portowa oraz przyległe doń fragmenty miasta. Tymczasem historyczne centrum „perły Morza Czarnego” znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Najeźdźcy łamią zatem statut organizacji, niszcząc i narażając na zniszczenie obiekty o niepowtarzalnych walorach historycznych.

Zaciętość, konsekwencja i barbarzyństwo, jakie towarzyszą nalotom, zdumiewają nawet Ukraińców. Miasto dotąd raczej oszczędzane, nagle stało się w zasadzie jedynym celem dla rosyjskich rakiet i dronów-samobójców. Dlaczego?

Powodów jest kilka. Pierwszy, „ogólny”, wpisuje się w szerszą rosyjską strategię, której ofiarami padają wszystkie większe miasta Ukrainy. Najeźdźcy usiłują zmusić Ukraińców, by ci jak największą część potencjału obrony przeciwlotniczej trzymali z dala od frontu. Konieczność ochrony zaplecza niezbędnego dla podtrzymania wojennego wysiłku, poza wymiarem technicznym, przemysłowym, ma także postać czysto humanitarną. Kondycja ludności cywilnej wprost przekłada się na morale armii, więc żadne kierownictwo wojskowe i polityczne nie może sobie pozwolić na nadmierne narażanie społeczeństwa. Dlatego tak zaciekle broniony jest Kijów – największa ukraińska aglomeracja – przy użyciu najnowszych i najskuteczniejszych systemów. Brakuje ich dla pozostałych miast, lecz i one nie są bezbronne – po prostu, pozostają gorzej chronione, wszak z widokami na uszczelnienie „parasolów”. Tylko Amerykanie zamierzają do końca przyszłego roku dostarczyć do Ukrainy pięć kolejnych baterii Patriot, co oznacza pięć przyzwoicie chronionych obszarów miejskich. Ale właśnie – obszarów miejskich, a nie rejonów, w jakich operują wojska frontowe. Świetne zachodnie systemy, gdyby ukraińskie dowództwo mogło pozwolić sobie na używanie ich wyłącznie w strefie walk, „wyczyściłyby” niebo do spodu. Rosyjskie lotnictwo nie jest szczególnie aktywne na pierwszej linii, ale bywa dokuczliwe, zwłaszcza śmigłowce szturmowe; na utratę tego atutu moskiewscy dowódcy nie mogą sobie pozwolić.

Kolejny powód jest ściśle związany z Odesą. Gdy byłem w mieście w marcu tego roku, z żalem przekonałem się, że nie zobaczę historycznych schodów. Port i okolica stały się strefą zamkniętą, zmilitaryzowaną. Nie mam pojęcia, kto tam stacjonował i co przechowywano, ale rosyjskie twierdzenia o atakach na obiekty wojskowe akurat w tym przypadku mogą być prawdziwe.

Tylko dlaczego u licha niszczone są również instalacje portowe, w tym dźwigi, niezbędne do realizacji tzw.: umowy zbożowej? Dlaczego płoną silosy z pszenicą? W odpowiedzi na te pytania zawiera się trzeci, czwarty i piąty powód rosyjskiej rakietowej presji wymierzonej w Odesę. Jak wiemy, rosja nie przedłużyła porozumienia, zgodnie z którym od lipca zeszłego roku możliwy był wywóz ukraińskich zbóż za pośrednictwem czarnomorskich portów. Teraz podbija stawkę, niszcząc niezbędną infrastrukturę. Media grzmią, że putin zamierza w ten sposób wywołać poważny kryzys żywnościowy, zwłaszcza w Afryce. Ukraina była jednym z największych na świecie producentów i eksporterów zbóż, brak tego gracza na rynku rzeczywiście oznacza problemy. Ale czy głód? A jeśli tak, to gdzie? W Afryce Subsaharyjskiej – która w medialnych doniesieniach ma być najbardziej poszkodowana – pszenica wcale nie jest podstawą menu i stosunkowo łatwo można ją zastąpić sorgo czy kukurydzą. Tak naprawdę ucierpią państwa arabskie, szczególnie zaś Egipt, który – co oczywiste – zacznie szukać alternatywnych dostawców. Tymczasem rosja – tak się składa – ma jeszcze możliwości częściowego wypełnienia rynku własnymi produktami (pytanie jak długo, wszak efektywność rosyjskiego rolnictwa w dobie sankcji spada i będzie spadać). Innymi słowy, w Odesie jesteśmy świadkami wyjątkowo brutalnej odmiany walki konkurencyjnej.

Ale są też zamysły czysto polityczne. Wpływy ze sprzedaży zboża są dla ukraińskiego budżetu w realiach wojny niezwykle istotne. W żywotnym interesie państwa jest zatem je utrzymać. Techniczną alternatywą dla eksportu morskiego jest wysyłka zbóż „naokoło” – najpierw drogą lądową do Europy, a dopiero z tamtejszych portów „w świat”. Problem w tym, że państwa tranzytowe niespecjalnie radzą sobie z organizacją przerzutu, co w Polsce doprowadziło nawet do poważnych konfliktów społecznych, gdy ukraińskie zboże zaległo w naszych magazynach. I Moskwa doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dostrzegając w pszenicy potencjał do antagonizowania Ukrainy i jej sojuszników.

W nieprzedłużeniu umowy zbożowej i niszczeniu infrastruktury chodzi również o inny rodzaj presji. Zeszłoroczne porozumienie nie miało charakteru dwustronnego – Ukraina zawarła je z rosją za pośrednictwem Turcji i ONZ. Tymczasem Moskwie zależy na bezpośrednich rozmowach z Kijowem. Omawianie paktu zbożowego mogłoby wówczas stać się pretekstem do negocjacji pokojowych, które w obliczu słabości własnej armii i coraz bardziej kulejącej gospodarki, stają się dla rosji niechybną koniecznością. „Rakietowa zachęta” to rzecz jasna chuligańska, ale przecież typowo rosyjska metoda zaciągnięcia drugiej strony do stołu.

Ukraińcy pozostają nieugięci, więc Odesa płonie. A wraz z nią kawał ważnej dla świata historii…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Odesa, zdjęcie ilustracyjne/fot. Marcin Ogdowski

Ćma

Dzisiaj króciutko, bo zaraz wsiadam w auto i jadę na spotkanie autorskie na Śląsk Opolski. Pozwólcie, że wrócę do sprawy, którą zasygnalizowałem wczoraj w facebookowej rolce – nie wszyscy tam zaglądają, a rzecz warta jest tego, by Wam nie umknęła.

Otóż putin miał się w sierpniu pojawić na szczycie ekonomicznym państw BRICS. Skrót pochodzi od pierwszych liter nazw krajów: Brazylii, rosji, Indii, Chin i Południowej Afryki (ang. South Africa). BRICS nie jest sojuszem politycznym (na wzór Unii Europejskiej), ani stowarzyszeniem handlowym, nie ma również cech aliansu wojskowego. To luźne zrzeszenie, ale z ogromnymi aspiracjami – m.in. stworzenia nowego systemu walutowego, zwiększenia roli państw rozwijających się w światowych instytucjach finansowych oraz zreformowania ONZ. Innymi słowy, podważenia pozycji szeroko rozumianego Zachodu jako najważniejszego globalnego gracza. Wychodzi to „tak se”, no ale nie tym chciałbym się teraz zajmować.

BRICS w rosyjskiej propagandzie ma postać potężnego sojuszu, przy którym Unia Europejska czy NATO to karlejące byty. W przekazie Kremla, większość świata marzy o członkostwie w organizacji, w której rosja – co oczywiste – pełni rolę starszej siostry i lidera. Obecność rosyjskiej „głowy państwa” na szczycie BRICS byłaby zatem czymś absolutnie naturalnym i jak najbardziej pożądanym. A tu zonk – Międzynarodowy Trybunał Karny wydał za putinem nakaz aresztowania za zbrodnie wojenne w Ukrainie. Tymczasem RPA uznaje jurysdykcję MTK, co oznaczałoby konieczność aresztowania rosyjskiego prezydenta. O czym prezydent RPA poinformował moskali.

W odpowiedzi usłyszał, że zatrzymanie putina równałoby się z wypowiedzeniem wojny. I tu zrobiło się śmieszno-straszno. Bo wiadomo, wojna nie brzmi dobrze. Tylko jaka? Rozumiem, że rosja wysłałaby na ocean – indyjski i atlantycki – wszystkie swoje lotniskowce, by z ich pokładów przeprowadzić bombardowania i pod ich osłoną wysadzić potężny desant morski. Ale zaraz, przecież moskowia lotniskowców nie ma. To znaczy ma, jeden, „Admirała Kuzniecowa”, od lat stojącego w stoczni remontowej, gdzie zresztą spłonął, zatopił dok i bóg wie co jeszcze w nim i przez niego się popsuło. Ten lotniskowiec nawet w czasach swojej świetności budził raczej politowanie niż strach. Opalany mazutem kopcił jakby płonął, samolotów na pokładzie przenosił kilkanaście, zaś piloci tych maszyn często nie potrafili na nim lądować, co skończyło się kilkoma katastrofami. Taka to „projekcja siły”.

No ale ok, ma rosja jeszcze międzykontynentalne pociski rakietowe. Dziadostwo to może przelecieć i 11 tys. km, więc dałoby się porazić wrednych Afrykanów. Atomówkami? Tak od razu z najgrubszej rury?

Te pytania musieli zadawać sobie rosjanie, musiał też zastanawiać się nad tym putin. Bo ostatecznie, ćma bunkrowa, wydygał i stwierdził, że nigdzie nie pojedzenie. I na szczyt pośle przydupasa ławrowa. putin szczególnie mądry nie jest, ale ma dość oleju w głowie, by uświadomić sobie, że dla niego – w jego obronie – mogłyby te rakiety nie polecieć (a sam decyzji o ich wystrzeleniu podjąć nie może). Że w Moskwie raczej wykorzystano by okazję do zmiany reżimu. Ba, w ramach przewrotu ktoś pojedynczy pocisk mógłby i posłać – tak, by piekielny ogień pochłonął również samego putlera. A gość, mimo zaawansowanego wieku, śmierci boi się jak diabli. I tak jego lęki znów przełożyły się na blamaż rosji.

Raszan stronk pałer :D

—–

Wybaczcie frywolną formę, ale naprawdę rozbawiła mnie ta historia. Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. sam on(a), ćma bunkrowa/fot. kremlin.ru

Rojenia

Kremlowska propaganda nie ustaje w działaniach wymierzonych w zachodnie opinie publiczne. Z afisza w zasadzie nie schodzą atomowe groźby, ale pojawiają się również nowe „atrakcje”. Jedną z nich – skierowaną do Polaków i narodów nadbałtyckich – jest zapowiedź użycia Grupy Wagnera do… zajęcia tzw.: przesmyku suwalskiego. Rejonu, gdzie stykają się granice Polski i Litwy, który odcina obwód królewiecki od zwasalizowanej przez rosjan Białorusi. Mówił o tym przed kilkoma dniami emerytowany generał andriej kartapołow, przewodniczącym komisji obrony w rosyjskiej dumie. Groźby te uskuteczniał w państwowej telewizji Kanał 1, w programie władimira sołowiowa. Jego zdaniem, wagnerowcy mogą zająć przesmyk „w kilka godzin”, odcinając państwa nadbałtyckie od lądowego połączenia z resztą krajów NATO.

Gen. kartapołow od dawna wygłasza rozmaite kocopoły, chwalące potęgę rosyjskiego oręża, podobnie zresztą jak gospodarz wspomnianego programu. Patrzeć na to można z uśmiechem na twarzy, pogardą bądź politowaniem, co nie zmienia faktu, że w świecie klikbajtów i dominacji taniej sensacyjności, zawsze znajdą się użyteczni idioci, którzy z trwogą (zwykle udawaną) poniosą takie informacje dalej. Tak właśnie zareagowała część polskich mediów, kolportując wynurzenia kartapołowa w tonie, który u części odbiorców mógł wywołać zaniepokojenie. „Czy oni, ci wagnerowcy, naprawdę byliby w stanie wejść do nas?”, pyta mnie Czytelniczka.

I właśnie o to w tym chodzi – patrząc z rosyjskiej perspektywy. Niepokój nie musi być powszechny; grunt, by był, a w sprzyjających okolicznościach da się go rozniecić. Wystarczy, że kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy Polaków (i Bałtów), zacznie się zastanawiać, „co by było gdyby?”. W takich okolicznościach pojawi się refleksja związana z sensownością pomocy Ukrainie czy generalnie „drażnienia rosji”, która może poskutkować postulatem, by „lepiej siedzieć cicho”. W odróżnieniu od rosji, której władza (de facto właściciele) nie musi się przejmować głosami obywateli, w państwach demokratycznych przestrach i wynikające z niego postawy mogą się przełożyć na decyzje polityczne. A w Polsce mamy już ugrupowanie wybitnie prorosyjskie, z apetytem na udział w rządach, które chętnie wprowadziłoby w życie doktrynę „pokojowych relacji z rosją” (kpię rzecz jasna z tej „pokojowości”, bo w istocie o kolaborację chodzi).

No więc apeluję przy tej okazji o rozsądek w informowaniu o rosyjskich groźbach. I wracam do sedna.

Nie, wagnerowcy nie stanowią militarnego zagrożenia dla Polski czy Litwy, a już zwłaszcza dla NATO jako całości. Wagner to lekka piechota, która owszem, w Ukrainie – zwłaszcza podczas zmagań o Bachmut – „dorobiła się” sporo ciężkiego sprzętu, ale ten wrócił już do armii (co było skutkiem rozbrojenia formacji po puczu prigożyna). I generalnie, wagnerowcy nie są w stanie działać bez wsparcia logistycznego regularnych sił zbrojnych – nie mają do tego ani służb, ani doświadczenia, ani niezbędnego zaplecza technicznego. Oczywiście, czołgi zawsze można najemnikom „podrzucić”, amunicję do nich również. Czy to z zasobów armii rosyjskiej czy białoruskiej – która, czego nie wszyscy mają świadomość, od początku pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie służy rosjanom jako darmowy dostawca sprzętu i, przede wszystkim, amunicji. Tyle że to oznaczałoby otwartą wojnę z NATO. Stałe wsparcie uczyniłoby z Wagnera to, czym grupa była w Ukrainie – integralną część rosyjskich sił zbrojnych. Podziwiam fantastów, którzy nadal wierzą, że armia rosyjska posiada zdolności do atakowania Sojuszu. Wojsko federacji nie może sobie dać rady z Ukrainą, której potencjał militarny odpowiada może kilku procentom możliwości kolektywnego NATO. Z czym zatem do ludzi?

I z kim? Wagner w początkach swojego istnienia skupiał byłych żołnierzy sił specjalnych i jednostek powietrznodesantowych. Nie był to może kwiat światowego najemnictwa – jak chcieliby tego rosjanie – o czym można się było przekonać w Syrii. Tym niemniej było to przyzwoite wojsko, które świetnie sprawdzało się w Afryce, jako wsparcie dla lokalnych reżimów. Ta część grupy funkcjonuje zresztą do dziś – nikt jej nie rozbrajał, nikt nie ściągał do domu; Moskwa nie zamierza rezygnować z ambicji siania fermentu na „czarnym lądzie”, więc nie pozbywa się użytecznego narzędzia. Przy czym miejmy świadomość, na czym robota wagnerowców tam polega. Nie są to intensywne działania zbrojne z wykorzystaniem całej gamy nowoczesnych systemów uzbrojenia. Najemnicy Kremla – na zlecenie afrykańskich sponsorów – co najwyżej pacyfikują lekkozbrojną partyzantkę, przede wszystkim wykonując stricte policyjną robotę. W stylu SS, bo także poprzez terror i zbrodnie.

W Ukrainie wagnerowcy działali od samego początku konfliktu, gdy przyszła inwazja, dostali nawet „swój” odcinek frontu. Zdziesiątkowani, bardzo szybko stracili elitarny charakter. A ponieważ prigożyn przegrał z regularną armią bitwę o bardziej wartościowych rekrutów, późnym latem zeszłego roku zaczęła się rekrutacja kryminalistów. Ściągnięto ich do Wagnera prawie 50 tys. i to oni – trzy czwarte członków formacji – stanowili o jakości grupy. Bardzo niskiej jakości, wszak zwłaszcza w szczytowych zmaganiach o Bachmut chodziło wyłącznie o „armatnie mięso”. Jego masa miała ściągać ukraiński ogień i uwagę, „zużywać” obrońców, ich zapasy, demaskować stanowiska obronne. Na tak przygotowany grunt wchodziły wartościowe jednostki Wagnera i regularnej armii. W takich okolicznościach, jak przyznaje sam prigożyn, zginęło 20 tys. wagnerowców-kryminalistów. Należy założyć, że co najmniej drugie tyle zostało rannych. Mówmy zatem o formacji ponownie zdziesiątkowanej – a więc nielicznej – w istotnej mierze pozbawionej taktycznego kunsztu. Do takich „wojowników” strzela się jak do kaczek.

Z danych polskich służb wynika, że w tej chwili w Białorusi przebywa najwyżej 800 wagnerowców. Oczywiście, mogą dojechać następni, kolejnych najemników można zrekrutować – tylko skąd wziąć ludzi, skoro regularna armia rosyjska boryka się z niedostatkiem personelu, szczególnie dotkliwie odczuwanym tam, gdzie wojska najbardziej potrzeba, czyli w Ukrainie? I nie, jakoś nie widzę oczyma wyobraźni tłumów Białorusinów, garnących się do Wagnera.

Nie ma czym, nie ma kim – i nie ma też za bardzo jak stworzyć na przesmyku realne zagrożenie. To teren mocno zalesiony, ze słabą infrastrukturą drogową, bez linii kolejowych. Mogę sobie wyobrazić szybki przemarsz piechurów wzdłuż polsko-litewskiej granicy, ale szybki przemarsz wojska jest tam zwyczajnie niemożliwy. A wiemy już dobrze, czym jest rosyjska logistyka i jak bardzo się „rozkracza”, gdy nie może operować na torach.

Uczciwość każe jednak rozważyć scenariusz zuchwały, skrajnie dla rosjan optymistyczny. Oto udało im się stworzyć kilkunastotysięczny kontyngent, dobrze uzbrojony i wyszkolony, teoretycznie zdolny pokonać przeszkody terenowe, logistyczne – i zająć przesmyk. Na zasadzie gry va banque – „nie chcemy wojny z NATO, ale co weźmiemy, tego nie oddamy. A jak spróbujecie nam to zabrać, użyjemy atomówek”. Obawy Litwinów, Łotyszy i Estończyków związane z rosją sprowadzały się do podobnego scenariusza. To kraje małe, które można szybko wchłonąć, korzystając z przewagi potencjału (faktu, że w regionie rosja miała więcej wojska niż NATO). Tyle że po 24 lutego 2022 roku Sojusz wzmocnił swoją obecność w tej części Europy, a wiele wartościowych jednostek armii rosyjskiej – które mogłyby Wagnera wesprzeć – zostało z obwodu i Białorusi przerzuconych do Ukrainy. Gdzie zresztą część solidnie pogruchotało. Przede wszystkim zaś zmieniła się filozofia polityki obronnej NATO. Przed inwazją planiści Sojuszu dopuszczali możliwość zajęcia części przyfrontowych krajów i późniejsze ich odbicie w ramach kontrofensywy. Obecnie – jak to ujął prezydent Joe Biden – NATO będzie bronić każdego centymetra swojej ziemi. Miałoby czym? Tak. Sojuszniczy komponent lotniczy na wschodniej flance bije jakościowo wszystko, czym w tej materii może dysponować rosja. Dodatkowe niemal 20 tys. żołnierzy, wśród których jest kilkanaście tysięcy Amerykanów, z naddatkiem wystarczy, by poradzić sobie z wagnerowskim wyzwaniem.

A wciąż nie mówmy o możliwościach, jakimi dysponuje Wojsko Polskie. Które owszem, jest „rozgrzebane”, bo brakuje mu ludzi i sprzętu, ale tym, co ma, nawet samodzielnie by sobie z problemem poradziło. Kilka kluczy F-16 wybombardowałoby ruską kolumnę, artylerzyści z Mazur – ich Kraby i Langusty – dołożyliby trzy grosze, a resztę zaoraliby pancerniacy z Wesołej na swoich Leopardach (spokojnie, byłby czas, by je tam rozmieścić). Kilkanaście godzin i nie byłoby czego zbierać.

I jeszcze a propos zebrania. Koncentracja Wagnera nie uszłaby uwadze natowskiego zwiadu. Skutek? Koncentracja sił własnych i „palec na spuście”. A kto wie – może i atak wyprzedzający. Dajmy na to „zhimarsowanie” pozycji wyjściowych Wagnera. W końcu to tylko najemnicy, z którymi rząd rosyjski nie ma nic wspólnego…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Najemnik pod Bachmutem/fot. Grupa Wagnera