„Fosa”

Czy ze współczesnej armii rosyjskiej można czerpać pozytywne wzorce? Nauczyć się czegoś inaczej niż na zasadzie: „nie powtarzajmy ich błędów”? Ano można – jakkolwiek wielokrotnie skompromitowane, siły zbrojne federacji rosyjskiej coś tam jednak potrafią (zresztą, gdyby było inaczej, do wojny albo w ogóle by nie doszło, albo już dawno by się skończyła). Zwraca na to uwagę Jacek Siewiera, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, w szeroko komentowanym dziś w branżowym Twitterze wpisie. „To, co sprawia, że rosyjskie wojska stawiają skuteczny opór ukraińskiej armii (dziś jednej z największych w Europie), to szerokie pola minowe w pasie przesłaniania, zza których oddziaływuje piechota i artyleria. To najskuteczniejsza realizacja strategii ‘nie oddamy ani piędzi ziemi’, choć niestety w wykonaniu wrogich wojsk. Dla krajów wschodniej flanki to powinno być jak podręcznik, studiowany kartka po kartce”, czytamy.

Siewierze chodzi rzecz jasna o sytuację na zaporoskim odcinku frontu, gdzie ukraińskie wojska – wbrew hurraoptymistycznym opiniom przewidującym blitzkrieg – z mozołem wbijają się w rosyjskie pozycje. Zajmuje to mnóstwo czasu, kosztuje sporo zasobów, a malkontentów – grających w tym przypadku na jedną nutę z kremlowską propagandą – skłania do katastroficznych wniosków typu „porażka!”. Tymczasem – jestem co do tego absolutnie pewien – nie dzieje się nic nadzwyczajnego, nic, czego ukraińskie dowództwo by nie przewidziało i nie skalkulowało. Nie sądzę, by którykolwiek ze sztabowców ZSU zakładał realną możliwość szybkiego marszu do brzegów Morza Azowskiego. Przy tak skutecznym wywiadzie i rozpoznaniu (wspartym przecież o możliwości NATO), oraz jednoczesnej świadomości własnych ograniczonych (!) możliwości, na bank zakładano, że będzie mniej więcej tak, jak jest. Jako się rzekło – mozolnie.

Zatem tempo działań nie przesądza o powodzeniu czy niepowodzeniu ukraińskiej kontrofensywy. Patrząc jednak z perspektywy rosyjskiej, wymuszoną na Ukraińcach dynamikę działań można uznać za sukces. Jego tymczasowość wpisuje się w strategię defensywną, realizowaną obecnie przez armię rosyjską w Ukrainie. Pisałem już o tym, ale rzecz wymaga powtórzenia: jakkolwiek putin konsekwentnie twierdzi, że rosja dąży do „pokonania kijowskiego reżimu”, nie sądzę, by generałowie federacji mierzyli dalej niż „dowiezienie” przynajmniej części zdobyczy terytorialnych do momentu, kiedy staną się one przedmiotem rozmów pokojowych. Bronią więc rosjanie twardo Zaporoża, ustępują powoli, cały czas z nadzieją, że ukraińska presja w końcu osłabnie. Jeśli nie na skutek wyczerpania, to może za sprawą odwróconej uwagi. Co mam na myśli? Ano rosyjskie działania zaczepne, podjęte na północno-wschodnim odcinku frontu. Nie jest to żadna generalna ofensywa, a Donbas nie ma dla rosjan takiego znaczenia, jak lądowy korytarz na Krym. Rosyjskie dowództwo rzuciło do walki rezerwy nie dla kolejnych zdobyczy terytorialnych, ale po to, by ocalić to, co już zajęto. Atak z terenów obwodu ługańskiego ma Ukraińców zaabsorbować do tego stopnia, by odpuścili na Zaporożu. Czy tak się stanie? Wszystko zależy od tego, jak dużymi rezerwami dysponuje armia ukraińska.

Wróćmy do wypowiedzi szefa BBN. Wspomniany tam „pas przesłaniania” to nic innego jak pozycje i urządzenia inżynieryjne rozbudowywane przed pierwszą zasadniczą linią obrony. Gdy szukałem w pamięci pomocnej analogii, na myśl przyszła mi fosa, odgradzająca atakujących od murów obsadzonych przez obrońców. Zadaniem pasa – podobnie jak fosy – jest osłona własnych wojsk przed zaskakującym uderzeniem wroga. Ten najpierw narobi hałasu, usiłując pokonać wodę, nim wedrze się na mury zamku. Najpierw wpakuje się na pola minowe, nim dostanie się bezpośrednio przed „nasze” pozycje obronne. Na południu Ukrainy rosjanie rozłożyli setki tysięcy min. Każdego dnia – korzystając z techniki minowania narzutowego – dokładają kolejne. Pola minowe są na tyle szerokie i głębokie, że nie sposób ich obejść. Trzeba torować sobie drogę przez nie (właściwe „trałować”, biorąc pod uwagę potrzebę rozminowania). A wszystko to pod ogniem piechoty i artylerii wroga. Dlatego tyle to trwa.

Jacek Siewiera ma oczywiście rację, postulując konieczność budowy pasów przesłaniania w krajach wschodniej flanki. Tyle że instalacje obronne – nie tylko pola minowe, ale też sieci umocnień – to nie są jedyne składowe twardej rosyjskiej obrony na Zaporożu. Niezwykle istotna jest również ukraińska słabość – niemożność wywalczenia przewagi powietrznej. Nie mają jej i rosjanie – kilkudniowe „fifokowanie” śmigłowców szturmowych Ka-52 z początku czerwca skończyło się, gdy Ukraińcy podciągnęli na front zestawy przeciwlotnicze o większym zasięgu. Ukraińskie lotnictwo jest zbyt małe, by podjąć rękawicę, no i wciąż bazuje na przestarzałym sowieckim sprzęcie, na rosyjskiej awiacji – jakkolwiek wielokrotnie większej – mści się uskuteczniane latami pozorowane szkolenie, niska kultura techniczna, zapóźnienie technologiczne i poziom wykonawstwa teoretycznie nowego sprzętu. Obie strony szachują się silną obroną przeciwlotniczą, w efekcie lotnictwo to wielki nieobecny tej wojny, także w kampanii zaporoskiej.

Żadna natowska armia nie podjęłaby się operacji ofensywnej bez wywalczenia bądź posiadania „na wejście” przewagi powietrznej. W obliczu dominacji na niebie pasy przesłaniania nie byłby tak skuteczne – po prostu, samoloty i śmigłowce obezwładniłyby stanowiska piechoty i artylerii, tym samym znacząco ułatwiając pracę saperów. Jest dowodem wielkiej odwagi i determinacji Ukraińców fakt, że bez silnego lotnictwa zdecydowali się na uderzenie na południu. No ale gen. Walery Załużny nie ma takiego komfortu jak marszałek Bernard Law Montgomery, który nie ruszył do ataku nim nie upewnił się, że wszystkie klocuszki jego wojennej machiny są na swoim miejscu. Że ma wystarczającą przewagę, by zwyciężyć.

—–

O pasach przesłaniania – w wersji „hard”, bo związanej z bezpośrednimi przygotowaniami do wojny – pisałem w 2019 r. w powieści „Międzyrzecze”, opowiadającej o toczonej współcześnie wojnie polsko-rosyjskiej. Rad z wielu innych trafnych spostrzeżeń, zachęcam do lektury.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

(Samo)zaduszanie

Dobrze wchodzić w nowy tydzień z dobrymi wiadomościami. Część z nich spłynęła już w weekend, część nad ranem; wszystkie świadczą o kłopotach rosjan.

Zacznijmy od mostu krymskiego, zaatakowanego dziś o 3.00 w nocy przez Ukraińców. Co na ten temat wiemy? Znamy skutki uderzenia – w jego wyniku zarwała się jedna z nitek przeprawy drogowej. Sądząc po szczegółach uszkodzeń (widocznych na upublicznionych zdjęciach), do eksplozji doszło pod mostem, co uprawdopodabnia doniesienia, wedle których w operacji użyto nawodnych dronów. Wczoraj kilka takich jednostek – w towarzystwie maszyn latających – pojawiło się w pobliżu portu w Sewastopolu, będącego dużą bazą marynarki wojennej rosji. Nie wiemy, jakie miały cele, rosjanom bowiem udało się zniszczyć wszystkie drony. Niewykluczone jednak, że atak miał charakter pozorowany – był jedynie odwracającym uwagę moskali wstępem przed nocnymi działaniami w cieśninie kerczeńskiej. Jeśli tak to wyglądało, ukraińska „maskirówka” odniosła sukces.

Sukces – trzeba to podkreślić – o ograniczonej skali. Most krymski to wąskie gardło rosyjskiej logistyki, zaopatrującej oddziały walczące na Zaporożu. Teraz na jakiś czas stanie się jeszcze węższe. Konstrukcja przeprawy składa się z modułów – wymiana uszkodzonych nie powinna nastręczać gigantycznych problemów. Lecz i tak zajmie co najmniej kilkanaście dni, najpewniej kilka tygodni, i to akurat w trakcie nasilonych działań bojowych na południu Ukrainy. Kłopoty rosjan z zaopatrzeniem tylko się zaostrzą, ale nie oczekujmy cudów – raczej nie na tyle, by doszło do „zaduszenia”. Sprawna pozostaje druga nitka przeprawy drogowej, no i przede wszystkim kolejowa część mostu. A rosyjska logistyka bazuje głównie na transporcie kolejowym.

Gwoli uczciwości warto jednak zadać pytanie: w jakim stanie są zapasy rosyjskich oddziałów na Zaporożu? Jeśli w fatalnym – za czym przemawia wiele relacji jeńców – nawet nieznaczne obniżenie dostaw może mieć kluczowe znacznie. Zwłaszcza gdyby Ukraińcy wzmogli presję, zmuszając moskali do większego zużycia amunicji i paliw. Ale to wariant bardzo optymistyczny.

Okolicznościowa grafika

Na pewno częściowe wyłącznie z ruchu mostu krymskiego utrudni życie cywilnym rosjanom. Wiem, że niektórym wydaje się to nieprawdopodobne, ale mieszkańcy moskowii dalej wyjeżdżają na Krym na wakacje. A sezon w pełni. Ruch turystyczny nie jest tak duży jak w minionych latach, więc przedsiębiorcy z branży mamią ludzi 40-procentowymi obniżkami. Mimo znamion (para)wojennej turystyki, każdego dnia tysiące chętnych przybywa na półwysep. Teraz mają problem, by się zeń wydostać – a inni zainteresowani, by nań wjechać – władza tymczasem zachęca poddanych do skorzystania z „mostu lądowego”, czyli przejazdu przez terytoria zajęte po 24 lutego 2022 roku. Generałom włosy jeżą się na głowach, bo cywilny ruch to dodatkowe przytkanie wojskowej komunikacji. Na ich szczęście cywilni moskale niespecjalnie garną się do podróży przez teren będący w zasięgu ukraińskiej artylerii.

Warto odnotować, że atak na most zaktywizował lotnictwo rozpoznawcze NATO. Dziś nad ranem w rejonie Krymu operowały aż trzy samoloty – jeden załogowy i dwa drony. Biorąc pod uwagę, jak blisko brzegu (de facto granicy wód międzynarodowych) latały, możemy mówić o prztyczku w nos rosjanom. Kolega lepiej niż ja obeznany w tematyce lotniczej stwierdził, że jego zdaniem – właśnie z uwagi na tę bliskość – maszynom rozpoznawczym musiały towarzyszyć samoloty obstawy (których na cywilnym rejestratorze lotu nie zobaczymy). Jeśli tak, w tle akcji z mostem mielibyśmy całkiem niezgorszy natowski show of force. Jak zły musiał być poranek „ćmy bunkrowej” putina, możemy się tylko domyśleć.

Smutny poranek mają również rosyjscy mil-blogerzy i wszelkiej maści skarpetkosceptycy, z podziwem spoglądający na rosyjską armię. Oto bowiem – można to już napisać bez cienia wątpliwości – trwa w niej festiwal niesubordynacji i kadrowa czystka. Buntują się uznani w wojsku generałowie, czyści ich kierownictwo sił zbrojnych i resortu obrony. Dziś nad ranem rosyjskie źródła doniosły, że dowódca 7. Dywizji Desantowo-Szturmowej gen. aleksandar kornew oraz generał pułkownik michaił tepliński, który od czerwca 2022 roku pełni funkcję dowódcy sił powietrznych federacji, zostali odwołani ze swoich stanowisk. Panowie dołączyli do grona innych wysokich rangą oficerów: dowódcy 58. Armii gen. iwana popowa (odwołanego w zeszłym tygodniu) oraz dowódcy 106. Dywizji Powietrznodesantowej gen. władimira seliwerstowa (poleciał w weekend). W rosyjskich mediach pojawiły się też informacja o aresztowaniu dowódcy 90. Dywizji Pancernej gen. ramila ibatullina.

Jak wylicza „The Moscow Times”, od końca czerwca br. zawieszonych zostało 15 najwyższych rangą rosyjskich oficerów, a kolejne 13 osób zatrzymano w celu przesłuchania. Wśród nich znalazł się m.in. gen siergiej surowikin i jego zastępca andriej judin. Przydybano także gen. władimira aleksiejewa, pierwszego zastępcę szefa Głównego Zarządu Wywiadowczego (dawnego GRU). O ile judin i aleksiejew zostali później zwolnieni, o tyle los surowikina oraz wiceministra obrony narodowej generała pułkownika michaiła mizincewa pozostaje nieznany.

Dymisje i zatrzymania są wprost związane z puczem prigożyna oraz ze skutkami, jakie wywołał. Poddanie w wątpliwości kompetencji ministra obrony szojgu oraz szefa sztabu generalnego gierasimowa – co uczynił boss grupy Wagnera – jakkolwiek dla progożyna skończyło się wysyłką w niebyt, zachęciło jednocześnie rosyjskich generałów do otwartej krytyki. Duet szojgu-gierasimow sygnalizuje, że nie zamierza odpuszczać buntownikom – stąd takie a nie inne decyzje kadrowe. Nie wiem, jaka jest w tym rola putina, formalnie w każdym razie kierownictwo resortu i armii musi działać z jego upoważnienia. Jeśli putin rzeczywiście jeszcze rządzi, decyduje się na czystki w armii dla ochrony „swoich” – szojgu i gierasimowa. Ale możliwe, że karty rozdaje ta dwójka, a putin de facto stał się figurantem. Tak czy inaczej, cierpi na tym kwiat rosyjskiej armii, bo większość „posadzonych na dupie” to kompetentni oficerowie. Cenieni przez podwładnych, co jest o tyle istotne, że może oznaczać niesubordynacyjną reakcję łańcuchową.

Powtórka z 1917 roku jawi się gdzieś na horyzoncie…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Dorocie Barzan, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Michałowi Wielickiemu i Monice Rani.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Radosławowi Gajdzie, Michałowi Wacławowi i Jarkowi Hryszko.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Zniszczenia mostu krymskiego/fot. rosyjski Telegram

„Uwikłani”

Osiem lat temu też było gorące lato. Ledwo co wróciłem z Donbasu i w głowie miałem pomysł na książkę. Powieść toczącą się w realiach ukraińskiej wojny, ale z Polakami w roli głównej. Usiadłem do komputera i po czterech tygodniach pracy, w trakcie których narzuciłem sobie naprawdę mordercze tempo, powstali „Uwikłani”.

O czym przypomniał mi dziś Facebook. A ja dzielę się tym wspomnieniem zamiast regularnym wpisem, bo odrobinę się zajechałem. Wybaczcie, ale potrzebuję nieco dłuższego weekendu, by się zregenerować.

Wracam z raportowaniem w poniedziałek, a dziś – w ramach „rekompensaty” – podrzucam fragment „Uwikłanych”. Książkę nadal można kupić – oto link do sklepu wydawnictwa Warbook.

Zapraszam do lektury otwierającego powieść rozdziału!

Okolice Słowiańska, obwód doniecki, 20 lipca

Młody żołnierz nazwiskiem Daniłow leżał kilka metrów od drewnianej chałupy, do której chwilę wcześniej usiłował wejść. Odrzucony siłą eksplozji darł się wniebogłosy, unosząc kikuty zakrwawionych przedramion.

– Aaa! – przez moment słychać było tylko ten potworny dźwięk.

Zaraz jednak odezwało się co najmniej kilka AKM‑ów, których serie siekały ściany rachitycznej budowli.

– Wstrzymać ogień! – Michał Domański uniósł lewą dłoń. – Tam nikogo nie ma! – krzyczał. – To była mina pułapka! – dodał i nie czekając na reakcję kolegów, ruszył w stronę rannego.

Zrobił ledwie kilka kroków i padł na brzuch – żołnierze za nim przestali strzelać, ale ci, których miał po prawej stronie, nadal walili w rozpadający się dom.

– Kurwa! Co za debile!? – zaklął po polsku, gdy tuż obok przeleciał pocisk odpalony z granatnika RPG.

„Ki chuj użył rury, i to na tak małą odległość!?” – przeszło mu przez myśl, gdy dociskał głowę do wilgotnej po niedawnym deszczu ziemi. Wraz z wybuchem poczuł ciarki na plecach, a potem zasypał go stos drewnianych odłamków. „Zabiją swojego…” – Michał troszczył się nie tyle o siebie, co o Daniłowa, który leżał tak blisko trafionego budynku. „Ochotnicy, psia ich mać!”.

Uniósł głowę, wypatrując rannego. Chłopak wciąż był w tym samym miejscu, teraz przywalony stertą desek. Domański nie słyszał jego jęków, lecz zaraz zdał sobie sprawę, że poza nieprzyjemnym szumem w uszach nie dociera do niego niemal nic. „Ogłuszyło mnie” – uznał, zrzucając z siebie resztki zdemolowanej chałupy.

Podniósł się i z ulgą dostrzegł opuszczone kałachy kolegów. Przez moment walczył z pokusą, by pójść w ich kierunku i zdzielić pierwszego z brzegu kolbą w pysk. Opamiętał się jednak i podbiegł do Daniłowa.

– Trzymaj się! – znów mówił po polsku, zdejmując z nóg rannego kawałki wyrwanej eksplozją ściany. – Trzymaj!

– Misza! – Ktoś klepnął go w ramię. – Misza! – Dźwięk imienia przedarł się przez szum. Domański odwrócił się i zobaczył Wadima, trzydziestoparolatka, jednego z najstarszych chłopaków w oddziale.

– Miszka, zostaw, my się nim zajmiemy! – Wadim musiał krzyczeć, by Michał był w stanie go zrozumieć.

Domański pokiwał głową – Wadim był lekarzem, przed wojną w rodzinnej Winnicy jeździł w karetce pogotowia.

– Pomóżcie mu. – Michał raz jeszcze spojrzał na Daniłowa i jego okaleczone ręce. Spróbował przypomnieć sobie, skąd Ukrainiec pochodził. „Charków. Chyba Charków” – stwierdził. „Mają tam dobry, wojskowy szpital” – skojarzenie przyszło samo i na kilka sekund odpędziło ponury nastrój.

„I co z tego, kurwa, skoro to tak daleko?” – Domański westchnął głośno. Skrzywił usta w uśmiechu, w ten sposób żegnając się z rannym, i ruszył w miejsce, w którym zastał go wybuch miny pułapki.

Usiadł na twardej drewnianej ławie przed jednym z domów i zapalił papierosa.

Dobrze wiedział, co się niebawem wydarzy. Za jakieś trzydzieści–czterdzieści minut na miejsce dotrze zdezelowany ambulans z najbliższego cywilnego szpitala – najpewniej z odległego o kilkanaście kilometrów Słowiańska. Z kierowcą, wkurwionym, że musiał pętać się po wiejskich drogach, w rejonie, w którym jeszcze wczoraj toczyły się ciężkie walki. Z otyłą lekarką koło czterdziestki, narzekającą na polityków i oligarchów, bo ci „własnych synów na wojnę nie puścili”. I dwoma pijanymi sanitariuszami, którzy swój stan wytłumaczą stwierdzeniem, że „przecież nikt na trzeźwo w takie miejsce nie przyjedzie”. To oni zapakują Daniłowa do karetki, z której chłopak trafi na stół operacyjny pamiętający czasy świetności Związku Radzieckiego.

Tak to zwykle do tej pory wyglądało.

– Do dupy! – Michał wdeptał papierosa w ziemię. Wojskowe śmigłowce ewakuacji medycznej, doskonale wyposażone szpitale, lekarze najwyższej klasy – o systemie, który znał z poprzedniej wojny, tu można było tylko pomarzyć. „I jeszcze ta ochotnicza zbieranina, bez pojęcia o walce” – Domański westchnął ponownie. Wioska – a właściwie przysiółek liczący osiem chat – miała być już wcześniej sprawdzona. Tak wynikało z zapewnień dowódcy kompanii, który informował przez radio, że trafił na opustoszałą osadę. Gdy pluton Michała dotarł na miejsce, panowała tam już iście piknikowa atmosfera. Żołnierze ulegli jej na tyle, że kompletnie zignorowali stojącą na skraju chatę.

Z jakiegoś powodu zwróciła ona uwagę osiemnastoletniego Daniłowa. Chłopak szarpnął za klamkę wejściowych drzwi i…

I teraz umierał w otoczeniu niewiele starszych kolegów.

—–

Czyta się? Ta książka zebrała sporo dobrych recenzji i wciąż odkrywana jest przez nowych Czytelników. Co niezmiernie cieszy, ale i przywodzi do łba dziki pomysł. Taki, by rzucić wszystko i napisać kolejną powieść, może kontynuację, tym razem w realiach pełnoskalowego konfliktu. Kusi, więc może kiedyś…

Dobrego weekendu!

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Oryginalne ujęcie, wykorzystane do projektu okładki „Uwikłanych”. Zdjęcie powstało latem 2015 roku w Szyrokino, wykonał je towarzyszący mi wówczas fotoreporter/fot. Darek Prosiński

Nóż

W rosyjskim Rostowie nad Donem, oddalonym od najbardziej wysuniętych miejsc frontu o niemal 150 km, pojawiły się ślady paniki. Oto bowiem kwaterę główną Południowego Okręgu Wojskowego – skąd dowodzi się „spec-operacją w Ukrainie” – wzbogacono o polowe umocnienia. Teoretycznie gmach znajduje się w zasięgu rakiet Storm Shadow, ale ziemne obwałowania na niewiele w przypadku takiego ataku by się zdały. Fortyfikacje służą ochronie na wypadek uderzenia z lądu. Takiego, jak przed trzema tygodniami przeprowadzili najemnicy z Grupy Wagnera. Podwładni prigożyna zajęli wówczas budynek dowództwa okręgu bez większych problemów; brakuje doniesień, by ktokolwiek stawiał im opór. Dziś w sąsiedztwie gmaszyska roi się od patroli, a wokół niego rozciąga się zaimprowizowany mur.

Czego, będąc przecież u siebie, boją się rosjanie? Kolejnej rebelii?

Bunt prigożyna ujawnił poważne wewnętrzne napięcia w rosyjskim systemie władzy, obejmującym także dowództwo wojskowe. Pisząc na ten temat, przewidywałem, że ciąg dalszy nastąpi, że objawią się kolejni buntownicy. To, co dzieje się wokół dowództwa najlepszej rosyjskiej armii, 58. Ogólnowojskowej, niesie obietnice kolejnych poważnych ruchawek. Walcząca na Zaporożu armia właśnie straciła dowódcę. Dwa dni temu pojawiły się na ten temat pierwsze informacje (podawane przez rosyjskie źródła – tzw.: wojennych blogerów), z których wynikało, że gen. iwan popow został pozbawiony dowództwa i „wysłany na pierwszą linię” przez szefa sztabu generalnego walerija gierasimowa. Miała to być kara za zwrócenie przełożonym uwagi na pilną konieczność zluzowania walczących od początku czerwca, i już wcześniej przez wiele miesięcy nierotowanych, żołnierzy 58. Armii.

iwan popow/fot. MOFR

W tym samym czasie doszło do innego ciekawego wydarzenia. Nie wiemy, kto przejął obowiązki zdymisjonowanego 11 lipca popowa – i czy w ogóle ktokolwiek został w to miejsce wyznaczony. Ale tego samego dnia na zapasowym stanowisku dowodzenia (ZSD) 58. Armii – zlokalizowanym w hotelu Diuna pod Berdiańskiem – pojawił się oleg cokow, zastępca dowódcy Południowego Okręgu Wojskowego, w skład którego wchodzi 58. Armia. Gen. cokow przybył do ZSD w towarzystwie co najmniej kilkunastu wyższych rangą oficerów. Po co? ZSD organizowane jest dla zapewnienia ciągłości dowodzenia wojskiem, by w razie obezwładnienia głównego stanowiska przejąć jego zadania. Funkcjonuje „w tle”, zajmując się monitorowaniem sytuacji, może również wyręczać zasadnicze dowództwo w sprawach związanych z zabezpieczeniem logistycznym. ZSD nie ujawnia swojej działalności, gdy dowodzenie odbywa się z głównego SD.

Czy cokow, albo któryś z towarzyszących mu oficerów, miał przejąć stery po popowie – i zaktywizować zapasowe stanowisko dowodzenia? Tego już się nie dowiemy, bo co najmniej trzy rakiety Storm Shadow obróciły zmieniony w kwaterę hotel w gruzy. Zginął cokow – do czego rosjanie już się przyznali – poległo też wielu innych oficerów, ale nie wiadomo, ilu dokładnie i jakie były ich rangi. Tak czy inaczej, na jakiś czas 58. Armia została bez dowódcy (którego dymisja oznacza zwykle odejście najbliższych współpracowników), oraz bez zapasowego stanowiska dowodzenia.

Nie podejmuję się oceny, jaka świadomość sytuacyjna towarzyszyła Ukraińcom, gdy posyłali storm shadowy na Berdiańsk, ile i czy w ogóle wiedzieli o zamieszaniu w rosyjskim dowództwie.

Jeszcze wczoraj informacja o wyrzuceniu popowa uchodziła za plotkę, ale w środę wieczorem potwierdził ją sam zainteresowany. W oświadczeniu udostępnionym na Telegramie przez jednego z rosyjskich parlamentarzystów, generał opowiada o okolicznościach dymisji. Mój boziu, czego tam nie ma.

– Nie miałem prawa kłamać – mówi popow i oskarża o zdradę państwa – a jakże – ministra obrony siergieja szojgu. Odwołany generał zapewnia, że nakreślił najwyższemu dowództwu wszystkie problematyczne kwestie w rosyjskiej armii „dotyczące pracy bojowej i zaopatrzenia” podczas inwazji na Ukrainę i walk w obwodzie zaporoskim. Twierdzi, że zwracał uwagę sztabowi generalnemu na brak zdolności przeciwpancernych, brak stanowisk rozpoznania artyleryjskiego oraz na masowe zgony i obrażenia „naszych braci od artylerii wroga”. – W związku z tym co przekazałem, wyżsi dowódcy najwyraźniej wyczuli we mnie jakieś niebezpieczeństwo i szybko, w ciągu jednego dnia, wymyślili rozkaz; minister obrony go podpisał i się mnie pozbył – żali się popow.

Lecz najlepszy jest fragment jak żywo przypominający narrację o „nożu wbitym w plecy” – utyskiwania niemieckich oficerów z końca I wojny światowej (podchwycone później przez nazistowską propagandę).

– Nasza armia powstrzymała frontalne ataki Sił Zbrojnych Ukrainy, ale zostaliśmy uderzeni od tyłu przez wyższe kierownictwo. Zdradziecko i podstępnie dekapitujące armię w najtrudniejszym i najbardziej napiętym momencie – mówi popow, sugerując, że taką ocenę sytuacji podziela „wielu dowódców pułków i dywizji”.

Nie wiem, jaki stosunek do popowa ma dowództwo Południowego Okręgu Wojskowego, ale raduje mnie ów zbieg okoliczności: odwołanie niepokornego dowódcy, który zapewne nie jest sam w swej buntowniczej postawie, oraz fortyfikowanie kwatery głównej okręgu. Fortyfikujcie towarzysze, fortyfikujcie. Ale nie zapominajcie, że wróg może się ujawnić od środka. Ja byłbym czujny jak śledczy z NKWD…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Ps. Wydawca moich powieści i reportaży, Warbook, uruchomił nową stronę WWW. Jest tam i sklep, gdzie można kupić także moje książki – zapraszam do odwiedzin.

Nz. Siedziba dowództwa Południowego Okręgu Wojskowego/fot. Gawarit Niemoskwa

Integracja

„Ukraina niczego w Wilnie nie uzyskała”, „Zełenski rozżalony”, „NATO okrakiem wycofuje się ze wsparcia dla Kijowa” – oto trzy z wielu krzykliwych nagłówków, na jakie natknąłem się przeglądając rosyjskie i polskie media (także społecznościowe). Intencje kremlowskiej propagandy są dla mnie oczywiste – dezawuowanie szczytu ma podnieść na duchu rosjan, zaś u rosyjskojęzycznych Ukraińców wywołać przekonanie, że zostali zdradzeni/porzuceni. Polskie źródła albo działają z prorosyjskich pobudek, albo dla taniej sensacyjności bezmyślnie kopiują tę narrację. Fałszywą, a w niektórych obszarach opartą o niezrozumienie bądź świadome ignorowanie reguł dyplomatycznej gry.

Zacznijmy od podstawowych faktów. NATO nie może przyjąć do swojego grona państwa w stanie wojny. Z uwagi na wzajemne zobowiązania oznaczałoby to konieczność włączenia się Sojuszu do działań zbrojnych. W tym konkretnym przypadku pójście na wojnę z rosją, której NATO – z powodu ryzyka nuklearnej eskalacji – wolałoby uniknąć. Zatem tak długo, jak długo trwa konflikt na wschodzie, nie będzie mowy o członkostwie Ukrainy i wynikających z niego gwarancjach bezpieczeństwa. Co więcej, wielu z nas umyka fakt, że w warunkach akcesji jest coś więcej niż tylko nieprowadzenie aktywnych działań bojowych. Aspirujący kraj musi mieć uregulowane kwestie własnych granic – nie może rościć sobie pretensji, słusznych czy nie, do terytoriów będących pod kontrolą innego państwa. Tak więc sam koniec wojny to w odniesieniu do Ukrainy za mało, jeśli nie będzie to koniec poprzedzony wyzwoleniem wszystkich ziem utraconych między 2014 a 2022 rokiem.

Oczywiście, są alternatywy dla „pełnego ukraińskiego zwycięstwa”, ale na tym etapie tekstu pozwolę je sobie pominąć.

Świadomość wymienionych uwarunkowań jest dla polityków oczywista. Stąd kłamliwość twierdzeń, że Zełenski, i ktokolwiek z jego delegacji, jechał do Wilna z nadzieją, że przywiezie Ukraińcom członkostwo, konkretną datę czy dokładny kalendarz integracji. Nie da się ich wyznaczyć z prostego powodu – nie sposób przewidzieć, kiedy skończy się wojna. Zwłaszcza że nie wszystko zależy od natowskiej i ukraińskiej strony, bo nie będzie końca konfliktu, jeśli takiej woli nie wykażą rosjanie. Niestety, cechą charakterystyczną wszystkich społeczeństw jest powszechność nierealistycznych oczekiwań. Większość Ukraińców chciałaby, żeby ich ojczyzna była w NATO już teraz (część proukraińskich opinii publicznych na Zachodzie również), a choćby i za cenę ryzyka eskalacji konfliktu do rozmiarów wojny światowej. Wołodymr Zełenski nie może ignorować takich postaw. I jakkolwiek naiwnością jest wiara, że w Wilnie czymkolwiek go zaskoczono – bo w przypadku takich „imprez” kluczowe ustalenia podejmuje się wcześniej, a szczyt ma służyć jedynie ich prezentacji – to i tak ukraiński prezydent musiał dać do zrozumienia, że nie jest w pełni usatysfakcjonowany. Pod publiczkę i w imieniu publiki, czyli przede wszystkim własnych obywateli. Każdy uczestnik szczytu ma świadomość rutynowości tego zabiegu, zatem darujmy sobie bajeczki o „kwasach” pośród głów państw antyrosyjskiej koalicji czy wręcz rozłamie (i jego dramatycznych skutkach). Nic takiego się nie dzieje.

Gdy piszę te słowa szczyt w Wilnie jeszcze trwa, lecz już teraz jasne jest, że Ukraina otrzymała zapewnienie dotyczące członkostwa. Że proces akcesyjny zostanie maksymalnie skrócony, a formalnie zacznie się „gdy pozwolą na to warunki”. Do tego czasu sojusznicy zobowiązują się do doradztwa i finansowania przebudowy armii ukraińskiej do standardów natowskich. Nade wszystko zaś do dalszego wspierania wysiłków ZSU w zwalczaniu rosyjskiej agresji – zakrojonej na szeroką skalę pomocy sprzętowej, szkoleniowej i wywiadowczej. Szczyt stał się okazją do zadeklarowania kolejnych pakietów pomocy; nie będę Was zanudzał szczegółami, ale warto odnotować doniesienia o zintegrowanym programie szkoleniowym na samolotach F-16 dla ukraińskich pilotów, który wystartuje w sierpniu br., dobrze też wspomnieć o francuskiej deklaracji dostarczenia pocisków manewrujących SCALP (storm shadowów znad Sekwany). Część deklaracji ma charakter niejawny – dowiemy się o nich zapewne dopiero po pierwszym użyciu posłanego sprzętu na froncie.

A teraz Realpolitik. Jest rzeczą oczywistą, że rosja – przy obecnym reżimie – będzie korzystać z własnych możliwości, by członkostwo Ukrainy zablokować. Ba, nawet upadek obecnej władzy może tu nie wnieść istotnej zmiany. Z punktu widzenia Kremla, wystarczy utrzymać wojnę na niskim poziomie intensywności i odmawiać podpisania porozumienia pokojowego. Ciągłe odsyłanie Ukrainy do poczekalni nie przysłuży się wiarygodności NATO, Sojusz zatem musi wypracować na tę okoliczność jakąś strategię. Znaleźć konsensus dotyczący nieidealnych, ale akceptowalnych warunków członkostwa. Załóżmy, że Ukraińcom uda się wyprzeć rosjan ze swojego terytorium – rzecz w tym, że w takim scenariuszu Moskwa nie utraci zdolności ostrzału Ukrainy pociskami manewrującymi. I nie musi tego robić często, by podtrzymać faktyczny stan wojny, która w takiej postaci może trwać nawet dekady. Co wtedy? Ano NATO będzie musiało zagrać va banque, zaryzykować integrację. Z Wilna nie płyną żadne informacje, by Sojusz wypracował w tej kwestii jakieś stanowisko, uzgodnił, jaki rodzaj ryzyka poniesie, a jaki nie. Z drugiej strony, wśród zachodnich przywódców coraz powszechniejsze jest przekonanie, że presją ekonomiczną (sankcyjną) da się Moskwie wybić z głowy długoletnie wojowanie. Jeśli mają rację, może rzeczywiście na tym etapie nie ma czego ustalać.

Ale spychanie problemów „na później” dotyczy również Ukraińców. Co jeśli nie odbiją wszystkich ziem, a rosja jednostronnie ogłosi zakończenie spec-operacji, nie opuszczając okupowanych terytoriów? Czy za cenę członkostwa w NATO Kijów wyrzeknie się roszczeń terytorialnych? Obecnie taki scenariusz jest nieakceptowalny przez większość Ukraińców, głównie z uwagi na świadomość poniesionych strat i „świeżość” tej rany. Co wcale nie wyklucza sytuacji, w której Ukraina przed takim dylematem stanie. Jest kwestią niedyskutowalną – patrząc z ukraińskiej perspektywy – że dziś trzeba robić wszystko, by wyeliminować ryzyko trudnych kompromisów. Ale nie wolno też z góry oznaczać ich piętnem tabu zamykanego w publicznej debacie diagnozą zdrady. Bo w którymś momencie może nie być innego wyjścia.

O czym piszę z intelektualnej uczciwości, osobiście nie tracąc wiary w pełne ukraińskie zwycięstwo. Zwieńczone szybką integracją z NATO.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -