Akt

Szef sztabu generalnego gen. Rajmund Andrzejczak i dowódca operacyjny gen. Tomasz Piotrowski złożyli wypowiedzenia stosunku służbowego. „Rzucenie kwitów” przez dwóch z trzech najwyższych rangą dowódców Wojska Polskiego to akt polityczny. „Atomowy” w przededniu wyborów i w odniesieniu do hasła wyborczego partii władzy („Bezpieczna Polska”).

Ale wymóg apolityczności armii nie odbiera oficerom prawa do bycia przyzwoitym. Nie odbiera im też godności osobistej.

Armia nie jest przybudówką partii politycznej, nie należy do konkretnie zorientowanych ideologicznie obywateli. Jest instytucją państwa polskiego i własnością wszystkich Polaków. PiS, zwłaszcza w ostatnich tygodniach, kompletnie o tym zapomniał, używając wojska jako atrakcyjnego ozdobnika w swojej kampanii wyborczej. Sprzeciw wobec takiej postawy jest częścią etosu oficerskiego.

Zaufanie między kierownictwem wojskowym a cywilnym jest elementarnym wymogiem sprawnego zarządzania siłami zbrojnymi i państwem jako takim. Zwłaszcza w obliczu wojny u granic i generalnie trudnej sytuacji w zakresie globalnego bezpieczeństwa. Ten wymóg w polskich warunkach od dawna nie był spełniony. Kilka miesięcy temu minister obrony oskarżył generałów Andrzejczaka i Piotrowskiego o kłamstwo (drugiego wprost, pierwszego w bardziej zawoalowany sposób). Mam oczywiście na myśli „aferę rakietową”, z której Mariusz Błaszczak usiłował wyjść obronną ręką. Podważając fachowość i uczciwość obu oficerów. Nic nie wskazuje na to, by racje były po stronie ministra. Nic. Ale Błaszczak przetrwał, bo dla partii władzy miał większą wartość niż wiarygodność dowództwa WP. Zaufanie poszło się…

Jego brak miał kolejne konsekwencje w postaci zaburzonego procesu decyzyjnego. W armii zachowanie ścieżek służbowych to świętość. Tymczasem „niechcianych” generałów pomijano. Zwieńczenie tego procesu obserwowaliśmy w weekend, przy okazji ewakuacji obywateli RP z Izraela. Misję powierzono – w sposób niezgodny z przepisami – dowódcy generalnemu gen. Wiesławowi Kukule. Protegowanemu najpierw Antoniego Macierewicza, potem Mariusza Błaszczaka. Złamanie zasad to jedno, policzek wymierzony gen. Piotrowskiemu, który winien operacją zarządzać, to drugie. Błaszczak nie tylko ostentacyjnie zamanifestował brak zaufania, ale też publicznie upokorzył oficera. Ponownie.

Zadaniem szefa sztabu generalnego jest przygotowanie armii i państwa do wojny. Koncepcyjnie, co musi i odbywa się także w oparciu o planowanie sojusznicze. Gen. Andrzejczak dobrze spełniał tę rolę, ale zwłaszcza w ostatnich tygodniach miał pod górkę. Ujawnienie przez ministra Błaszczaka elementów planu operacji obronnej – co nastąpiło na użytek kampanii wyborczej – poskutkowało kolejnym osłabieniem wiarygodności Polski jako członka NATO. Niezależnie od kompetencji i osobistych relacji pierwszego żołnierza Rzeczpospolitej, wpłynęło też na wiarygodność Rajmunda Andrzejczaka w oczach swoich odpowiedników. „Z Polską trochę strach cokolwiek planować”, mówią dziś nasi sojusznicy; trudno świecić przed nimi oczami. Szczególnie w sytuacji, w której upublicznienie tajnych informacji odbyło się w reżimie obrzydliwej manipulacji, której nie sposób usprawiedliwić wyższym dobrem.

I mógłbym tak długo wymieniać zrozumiałe powody generalskich dymisji. Co więcej, jeśli w Polsce nic się nie zmieni, spodziewam się kolejnych odejść. Wielu wyższych rangą oficerów dojrzało do niezgody na dalsze „pudrowanie” armii. Na jej „dmuchanie na papierze” w obliczu poważnego kryzysu demograficznego. Na przykrywanie problemu niskiego morale rozbuchanymi zakupami uzbrojenia, z których część nigdy nie dojdzie do skutku, a część okaże się niepotrzebna lub problematyczna. „Planowanie strategiczne w Wojsku Polskim podporządkowano logice walki politycznej, nie walki z potencjalnym wrogiem”, mówi mi jeden z generałów. Miażdżąca recenzja.

Miażdżące recenzje zbiera gen. Kukuła, właśnie mianowany przez prezydenta na stanowisko szefa sztabu generalnego. Niegodne i krzywdzące są w mojej ocenie opinie, że nowy „pierwszy” ma „zabezpieczyć PiS na okoliczność niewygranych wyborów”. Kukuła zawdzięcza karierę pisowskim ministrom obrony, ale to zdecydowanie za mało, by kwestionować jego lojalności wobec Rzeczpospolitej. Martwi mnie tylko co innego – oto na czele sił zbrojnych stanął oficer, który realnie nie dowodził niczym więcej niż pułkiem. Kilkuset ludźmi i to o specyficznych kompetencjach (komandosami). Późniejsze dowodzenie WOT-em w mojej ocenie się nie liczy. Przy całym szacunku dla tej formacji – kierownik przedszkola nie powinien zostawać dyrektorem zespołu szkół. Nie od razu.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zdjęcie ilustracyjne. Tak mi się jakoś skojarzyło z kondycją WP/fot. własne

(Nie)przeciążona

Według najnowszych informacji, od przedwczoraj zginęło już ponad 900 Izraelczyków, w miażdżącej większości cywilów. Tak wielka liczba zabitych, w tak krótkim czasie, nie ma precedensu w najnowszej historii żydowskiego państwa. Jest też pretekstem do dywagacji na temat skuteczności sił zbrojnych Izraela, zwłaszcza legendarnej Żelaznej Kopuły. Coraz częściej pojawiają się opinie, że system antyrakietowy nie działa, że jest „przereklamowany”, w najlepszym zaś razie, że został „przeciążony” i okazał się dziurawy. „Jeśli byłby skuteczny, nie byłoby tylu cywilnych ofiar”, brzmi nadrzędny argument. Czy prawdziwy?

Hamas ma „pod górkę”

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, czym jest Żelazna Kopuła. Na początek zauważmy, że całe terytorium Izraela – kraju 15 razy mniejszego od Polski – znajduje się w zasięgu rakiet działającego w Strefie Gazy Hamasu. W zależności od dystansu dzielącego żydowskie osiedla od Gazy, ich mieszkańcy mają od 15 s. do 1,5 min. na schronienie się w razie ostrzału. To czas, który „wyszarpała” dla nich Kopuła – gdyby bazować na wizualnej obserwacji, osoby przebywające w rejonie ataku dowiadywałby się o nim post factum (po pierwszej eksplozji). Pasywna część systemu składa się ze stacji radarowych i centrów dowodzenia, które wykrywają start rakiet, obliczają ich trajektorię i punkty uderzenia. Kopuła współpracuje z systemem ostrzegawczym dla ludności – na podstawie płynących z niej informacji, sektorowo uruchamiane są syreny alarmowe. Alarm rozlega się także w telefonach komórkowych osób przebywających w zagrożonych rejonach – za sprawą obowiązkowej aplikacji.

Aktywna część systemu to baterie antyrakiet Tamir. Każda z nich składa się z 3-4 wyrzutni po 20 antyrakiet. Tamiry wystrzeliwane są do celów zmierzających na tereny zamieszkane – dla pewności posyła się po dwa pociski. Początkowo antyrakieta leci kursem zadanym przez centrum dowodzenia, w trakcie lotu ma możliwość samodzielnego manewrowania. Zniszczenie wrogiej rakiety następuje poprzez eksplozję w jej pobliżu. Z uwagi na niesłychanie krótki czas na reakcję, cały proces jest w pełni zautomatyzowany.

Iron Dome (ang.) ignoruje rakiety, których trajektorie uzna za niegroźne. Skuteczność w przypadku pozostałych celów waha się od 80 do 90%. Kopuła ma niespełna 12 lat, wciąż jest udoskonalana. Składa się z 10 baterii, zdaniem specjalistów, o trzy za mało, by mówić o pełnym pokryciu kraju. Są one co prawda mobilne, lecz – jak wszystko – mają też ograniczoną wydajność. Wyrzutnię po odpaleniu 20 antyrakiet trzeba załadować – czas załadunku to pilnie strzeżona tajemnica izraelskiej armii, ale nawet przy założeniu, że trwa to szybko (kilka minut?), okresowa niezdolność części systemu może mieć znaczenie przy zmasowanym ataku. Intensywność ostatnich ostrzałów dowodzi, że hamasowcy rzeczywiście próbują Kopułę przeciążyć. Z uwagi na jakość własnego arsenału, mają mocno „pod górkę”. Ich rakiety cechuje bowiem krótki zasięg i niski pułap lotu, ponadto są one niekierowane, czyli lecą torem balistycznym, łatwym do wyliczenia. Ale są też tanie – i na tym polega ich podstawowa zaleta. Kosztują po kilka tysięcy dolarów, gdy pojedynczy Tamir to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy (w zależności od źródeł, mówi się o 40-70 tys. dol.).

Pomoc z USA

Relacja zysków do kosztów związanych z funkcjonowaniem Kopuły wydaje się zatem zaburzona, ale w Izraelu nie ma dyskusji na ten temat. Przyjmuje się, że straty społeczeństwa i gospodarki i tak byłby wyższe, gdyby odpuścić sobie aktywną ochronę przed rakietami. Zniszczona i uszkodzona infrastruktura, odszkodowania z tytułu śmierci i ran, niewypracowany dochód, koszty leczenia itp. – wydatki szłyby w miliony w przypadku każdej pojedynczej eksplozji. W takim ujęciu Iron Dome to po prostu dobra inwestycja.

Czy tym razem dobrze wykorzystana? Informacje o „porażce” Żelaznej Kopuły kolportowane są przez arabskie media i profile społecznościowe związane – czy to bezpośrednio czy tylko za sprawą sympatii – z Hamasem i Palestyńczykami. Wpisuje się to w typowy dla wojny informacyjnej mechanizm deprecjonowania przeciwnika i jego atutów. Tym głosom wtórują opinie środowisk prorosyjskich czy wprost rosyjskich, tradycyjnie usiłujących wykazać niższość zachodniej technologii wojskowej (w tym przypadku amerykańsko-izraelskiej). Fakt, iż jest na odwrót – że to rosyjskie „anałogi-w-miu-niet” znacząco ustępują systemom z Zachodu – nie stanowi tu żadnej przeszkody; rosjanie mają wielkie doświadczenie w zakłamywaniu rzeczywistości.

Tyle że w tym przypadku jest to zadanie wyjątkowo karkołomne.

Dlaczego? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – link znajdziecie tu.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Arkowi Drygasowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu i Radosławowi Dębcowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Tomaszowi Szymczyszynowi, Monice Polnej, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Monice Żaboklickiej.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Aktywna część Żelaznej Kopuły/fot. Rafael Advanced Defense Systems

Pat

Przygotowując się do napisania materiału na temat wojny w Izraelu, sięgnąłem do archiwum własnych tekstów. I aż mnie przeszedł dreszcz. Ponad czternaście lat temu, w styczniu 2009 roku, rozmawiałem z prof. Markiem Dziekanem, chyba najlepszym polskim arabistą, o toczonych wówczas walkach między IDF a Hamasem. Tamta odsłona bliskowschodniego konfliktu nie była tak spektakularna jak dzisiejsza, ale i tak mieliśmy do czynienia ze znaczącą eskalacją przemocy. I obawami, dokąd to wszystko zmierza. Pogadałem o nich z prof. Dziekanem, naszą rozmowę anonsując tytułem „Żydzi i Arabowie będą się zabijać”. Gdy czytam teraz ten wywiad, mam nieodparte wrażenie deja vu. Mam też wielki szacunek dla predykcji mojego rozmówcy, a zarazem cięży mi przygnębiający pesymizm dotyczący przyszłości. Bo na Bliskim Wschodzie NIE MOŻE wydarzyć się nic dobrego…

Marcin Ogdowski: Czy to, co dzieje się w Strefie Gazy, można nazwać wojną religijną?

Marek Dziekan: Nie określiłbym tego mianem wojny religijnej, w takim znaczeniu, jakie sugeruje nam historia Europy. Bo to nie jest konflikt pomiędzy wyznawcami islamu a wyznawcami judaizmu, tylko wojna Arabów – którzy zazwyczaj są muzułmanami, choć pamiętajmy, że wśród Palestyńczyków jest też wielu chrześcijan – z syjonizmem. Czyli ideologią świecką, i z państwem Izrael, wymyślonym w oparciu o tę ideologię.

Ale istotnie – w tle mamy coś, co można określić jako sacrum – tzw.: Ziemię Świętą. Z jednej strony, w Starym Testamencie, obiecaną Żydom, z drugiej zaś, półtora tysiąca lat temu, zdobytą przez muzułmanów. Dla nich jest ona święta poprzez fakt jej zdobycia oraz związki Jerozolimy z prorokiem Muhammadem.

– To rozważania z poziomu meta. A gdyby sprowadzić je do poziomu ulicy, do chłopców, którzy stają naprzeciwko izraelskiej armii – jakie nimi kierują motywacje? Nacjonalizm?

– W pewnym sensie tak. Ci chłopcy, w swoim mniemaniu, walczą o ziemię przodków. Ziemię, jak twierdzą, bezprawnie zajętą przez Żydów z Polski, Czech, Niemiec, Austrii czy Rosji. Izrael nie jest uznawany przez świat arabski za część Bliskiego Wschodu. To kawałek Europy, Stanów Zjednoczonych, świata zachodniego. Obca narośl, której trzeba się pozbyć.

– To dlaczego świat arabski milczy, gdy ta „obca narośl” wchodzi do Strefy Gazy?

– To trafne, a zarazem nieprawdziwe spostrzeżenie. Bo owszem, milczą ci, których głos byłby najbardziej słyszalny, czyli przywódcy. Biorąc pod uwagę rozmaite powiązania gospodarcze, interesy polityczne łączące ich z Unią Europejską i przede wszystkim ze Stanami Zjednoczonymi, nie ma się czemu dziwić.

Natomiast nie milczy ulica. No i prasa, w której wrze. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że tak naprawdę w świecie arabskim nie ma wolnych mediów, to mamy odpowiedź, co tak naprawdę myślą bliskowschodni przywódcy.

– Prasa jako wentyl bezpieczeństwa?

– Tak, taki mechanizm pozwala im mówić to, co myślą, bez ponoszenia konsekwencji politycznych. Bo w razie czego mogą się bronić, że to mówi prasa, że dziennikarze… A media przecież – który zachodni przywódca będzie miał odwagę to zakwestionować? – mają prawo do wyrażania swoich opinii…

– Choć faktycznie nie wyrażają niczego, co nie przechodzi przez państwową cenzurę… Sprytne. Co zatem pisze ta prasa?

– A nic nowego. Z tą różnicą, typową dla czasów eskalacji konfliktu arabsko-żydowskiego, że słownictwo jest nieco ostrzejsze.

– Czyli, poza Izraelem, tradycyjnie dostaje się Stanom Zjednoczonym?

– Oczywiście. Bo przecież wszyscy zdają sobie sprawę, że bez poparcia z tamtej strony – wszystko jedno: oficjalnego czy nieoficjalnego – Izrael, po prostu, nie byłby w stanie swoich planów realizować.

– Trudno podejrzewać, by Żydzi planowali wynieść się z Bliskiego Wschodu, a biorąc pod uwagę to, co Pan mówi, Arabowie również nie odpuszczą. Zatem sytuacja jest patowa?

– Sytuacja jest patowa. I nie do rozwiązania. Konfliktu można było uniknąć w 1948 roku, jakoś inaczej układając relacje między Żydami i Arabami. Być może tworząc wspólne państwo. Ale teraz, po 60 latach, kiedy nienawiść wzrosła…

– … a z drugiej strony Izrael jako państwo, okrzepł…

– …właśnie, to w tym momencie chyba już nie ma wyjścia. Bo żadna ze stron nie będzie chciała ustąpić. Zresztą, nie bardzo wyobrażam sobie, jakby to miało wyglądać? Kto z czego miałby rezygnować, skoro obie strony mają prawo do tego samego obszaru…?

– Nie wierzy Pan w proces pokojowy, w wojska rozjemcze itp.?

– Nie, absolutnie. Powody, o których mówiłem, wykluczają powodzenie takich działań. Jedyna dobra wiadomość to taka, że konflikt będzie zmieniał swoje natężenie – raz będzie ostrzej, raz spokojniej. W fazie wyciszenia spadnie mniej rakiet, zginie mniej ludzi. Ale nie będzie tak, że wojny nie będzie. Że nastąpi wielka miłość arabsko-izraelska…

– Skoro o emocjach mowa. Pamiętajmy, że Izrael ma broń jądrową. Doprowadzony do ostateczności może jej użyć. Tymczasem patrząc na reakcje arabskiej ulicy, można wywieść wniosek, że wszelkiego rodzaju samobójcze operacje zyskują wśród wyznawców islamu coraz większą aprobatę. Czy w połączeniu z temperamentem Arabów, nie jest to zapowiedź przyszłej hekatomby? Walki aż do samounicestwienia?

– Z tymi samobójcami to wcale nie jest tak łatwo i tak prosto, jak to się wydaje. Jest to aberracja całkowicie współczesna i dotycząca bardzo ograniczonej grupy ludzi. To nie jest coś, co byłoby charakterystyczne ani dla kultury arabskiej, ani tym bardziej dla islamu. Wprost przeciwnie – w islamie jest to jeden z największych grzechów, jaki może człowiek popełnić.

– Zamachy samobójcze jako wynik teologicznych manipulacji?

– Owszem. Tego nigdy wcześniej nie było. Samobójcy pojawili się dopiero na przełomie lat 60 i 70-tych.

– Ale kultura podlega permanentnym zmianom. Treści dawniej nieakceptowane, dziś stają się wiodące. I na odwrót.

– Niewykluczone, że aprobata dla działań samobójczych może kiedyś stać się istotnym elementem kultury muzułmańskiej. Ale dziś nie można nadawać jej takiego statusu, bo mamy do czynienia zaledwie z garstką ludzi. Oczywiście, o tym słychać, bo we współczesnym świecie mediów to aberracje lepiej się sprzedają. Tyle że w efekcie nam, ludziom Zachodu, wydaje się, że pęd do samounicestwienia jest typowy dla islamu. A nie jest.

– Więc jednak jest w Panu trochę optymizmu…

– Niekoniecznie. Bo widzę inne zagrożenie – arabskie poczucie honoru. Oni, po prostu, nie mogą, nie chcą sobie pozwolić, by ktoś, w jakikolwiek sposób, naruszył ich honor. Który czasem jest pojmowany inaczej niż my byśmy to sobie wyobrażali. „Nikt obcy nie będzie wchodził do mojego kraju, nie będzie mnie oskarżał, nie będzie mnie opluwał” – takie myślenie ma przyszłość. I będzie wywoływać dodatkową agresję.

– Czyli wracamy do punktu wyjścia – konflikt będzie się jątrzył, czasami przybierał na sile, ale nie na tyle, by doprowadzić do prawdziwej katastrofy…

– Na to wygląda…

– A Hamas uda się zniszczyć?

– Moim zdaniem nie. Dla Europy i Ameryki to organizacja terrorystyczna, ale dla Palestyńczyków przede wszystkim charytatywna. Hamas prowadzi szpitale, przedszkola, żłobki, udziela pomocy materialnej ludności. Tym – że użyje nieco górnolotnego języka – zdobywa jej dusze. A dzięki bezkompromisowej postawie wobec Izraela – również serca. Na pewno Hamas uda się osłabić. Ale ten kij ma dwa końce – bo bity, Hamas straci bojowników i uzbrojenie, ale urośnie duchowo. A to, w dalszej perspektywie, oznacza, że okrzepnie organizacyjnie. No i militarnie…

*          *          *

No więc Hamas okrzepł, wylazł z nor i zaatakował. Z brutalnością godną ISIS, o czym jeszcze napiszę. A teraz wracam do pisania tekstu o rzekomej nieskuteczności Żelaznej Kopuły. Niebawem będziecie mogli go przeczytać.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zdjęcie propagandowe, rozpowszechniane właśnie przez Izraelskie Siły Powietrzne.

Chersoń

Czy Chersoń to wymarłe miasto? I tak i nie; wszystko zależy od tego, gdzie się człowiek znajdzie i o jakiej porze. Godzina policyjna zaczyna się już o 20.00, gaśnie wówczas większość świateł. Na ulicach, poza patrolami i sforami bezpańskich psów, można spotkać pijaczków, zawsze gotowych potowarzyszyć tym, którzy nocą mogą się po mieście poruszać, za to niezbyt pewnie czują się w ciemnościach. Pięć hrywien i woniąca nieprzetrawionym alkoholem eskorta zapewniona.

Mniej niż jedna trzecia

Żuliki to stały element krajobrazu miasta – wojna im niestraszna także i za dnia. Siedzą i śpią na ławeczkach, zupełnie nie przejmując się dźwiękami pracującej artylerii. Surrealistyczny widok dla kogoś, kto wpada tu na chwilę, a i z wojną ma niespecjalne doświadczenia. „W Chersoniu znów strzelali”, donoszą co rusz media, co tylko potęguje dysonans poznawczy. A po prawdzie to strzelają, bywa że co kilka minut słychać salwę lub wybuch. Tyle że to ogień prowadzony z obu stron, nie tylko przez rosjan, a pociski „stamtąd” zwykle upadają poza miastem lub na jego obrzeżach.

Czasem jednak wpadnie coś do centrum – i to „czasem” definiuje sytuację.

Chersońska ulica/fot. Marcin Ogdowski

Żulikom „czasem” nie przeszkadza, wielu zwykłych ludzi trzyma w domach albo zmusza do ucieczki w świat. Przed inwazją Chersoń liczył 350 tys. mieszkańców, tuż po ośmiomiesięcznej okupacji było ich o połowę mniej. Ludzie nie od razu bali się rosjan, sam atak na miasto nie wywołał paniki. Exodus ruszył, gdy moskale zaczęli szukać „banderowców”, bić, kraść i gwałcić. Zaraz po wyzwoleniu – w listopadzie zeszłego roku – ludzie zaczęli wracać, jednak proces ten szybko wyhamował. Selektywne, ale jednak uciążliwe ostrzały, zrobiły swoje. Migrację wzmocnił i wymusił gospodarczy upadek miasta. A potem przyszła wielka powódź, po zawaleniu się tamy w Nowej Kachowce.

Anton Jefanow/fot. Marcin Ogdowski

– W mieście zostało 95 tys. osób – mówi Anton Jefanow, zastępca szefa administracji wojskowej Chersonia. – Mniej niż jedna trzecia.

Dodatkowe ryzyka

Autobusy jeżdżą, choć kierowcy siedzą za kółkiem w kamizelkach kuloodpornych i w hełmach, a przy przystankach stoją schrony z betonowych prefabrykatów. Oczywiście, nie każdy kierowca wkłada „kubraczek”, nie przy każdym postoju jest się gdzie ukryć. Ludzie nawykli i brakuje im dyscypliny, miastu brakuje pieniędzy na zakup kolejnych schronów. Są ważniejsze wydatki, zwłaszcza że… ludzie nawykli. Ktoś z zewnątrz spodziewałby się, że chersończycy będą po mieście przemykać. Jedni przemykają, inni spacerują – jak gdyby nigdy nic. Ale faktycznie, jest tych spacerowiczów mniej niż przed wojną. Mniej, niż by to wynikało z samej obecności niemal 100 tys. osób.

Mniej jest miejsc, do których mogliby pójść. Kina, baseny, boiska; nikt takich usług dziś nie oferuje. Jest kilka barów i restauracji (jest też prohibicja od 15.00 do 10.00), ba, kilka lokali wystawia ogródki. Tłoku w nich nie ma, choć pustek też nie. „Życie na mieście” toczy się w cieniu wojny, będąc zarazem cieniem przedwojennej aktywności.

Produkty pierwszej potrzeby można w Chersoniu kupić, ale wielu zubożałych, zwłaszcza starszych mieszkańców zwyczajnie na nie nie stać. Z pomocą przychodzą organizacje humanitarne, niezbędne produkty dystrybuuje opieka społeczna/fot. Marcin Ogdowski

Większość sklepów nie pracuje – i nie chodzi tylko o zagrożenie i mniejszą populację. W zakresie aprowizacji dużą część potrzeb zaspakaja pomoc humanitarna. Ale choć ograniczony, rynek wciąż działa – w Chersoniu bez trudu można znaleźć uliczne stragany, są też dobrze zaopatrzone supermarkety. Nie sposób do nich trafić, kierując się widokiem witryn – te bowiem zamaskowane są wiórowymi płytami. Ceny w takich placówkach porównywalne z polskimi, co przy tutejszej sile nabywczej oznacza, że realnie są 3-4 razy wyższe. Miasto ma wydolne połączenia kolejowe i drogowe, lecz mimo wszystko to czerwona strefa; transport towarów musi uwzględniać dodatkowe ryzyka. I tak jedna bieda napędza drugą.

Na wojnie i wymuszonych przez nią migracjach, najbardziej cierpią najstarsi chersończycy.

Dlaczego? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – znajdziecie go pod tym linkiem.

Nz. Wjazd do Chersonia/fot. Marcin Ogdowski

Saltówka

A szczur bunkrowy obchodzi dziś urodziny (71.). Niechby to był jego ostatni „dzień-razdzienia” – tak w ogóle, albo przynajmniej na wolności. Srogie życzenia? A jakie mają być, gdy chodzi o zbrodniarza wojennego, odpowiedzialnego za śmierć setek tysięcy ludzi i niewyobrażalne zniszczenia…?

Zerknijcie na załączone zdjęcia. Zrobiłem je w Charkowie, w północnej części miasta, zaledwie kilka dni temu. Saltówka to specyficzne miejsce – domy są tam brzydkie, byle jak wykonane, dominuje sowiecka wielka płyta. A zarazem w dzielnicy jest mnóstwo zieleni, była cała niezbędna do życia infrastruktura, co w połączeniu z relatywnie niskimi cenami mieszkań od lat przyciągało do Saltówki młodych ludzi.

„Dzielnia” tętniła życiem, aż zjawiło się u jej progu putinowskie żołdactwo.

W „Kompanii Braci” jest scena, w której amerykański żołnierz ostrzega brytyjskiego dowódcę czołgu przed zamaskowanym w zabudowaniach niemieckim stanowiskiem ogniowym. Radzi, by Brytole nie zwlekali i strzelali od razu, nim rozpoznają wizualnie cel. W końcu sam właśnie Niemców zobaczył. „Nie mogę niszczyć własności prywatnej bez uzasadnienia”, odpowiada czołgista. Maszyna rusza i z miejsca zostaje trafiona. „Kompania…” to serial, ale oparty o autentyczne wydarzenia – opisana sytuacja nie jest zatem wymysłem na użytek fabuły. I rzeczywiście brytyjskie RoE (zasady użycia siły) takie restrykcyjne wtedy były. Nadal są…

Armia rosyjska ma takie reguły w dupie. Gdy jej czołgi dotarły na rogatki Charkowa, przywitały je ukraińskie javeliny. Agresorzy – którzy spodziewali się zajęcia „ruskiego miasta” z marszu – byli w szoku. Ale szok szybko ustąpił wściekłości i determinacji – i zaczęło się walenie na rympał, po pozycjach obrońców i po domach bogu ducha winnych ludzi. Na „wszelki wypadek” i z zemsty, że nie było kwiatów, chleba i wódki.

Odepchnięcie moskali od miasta niewiele w sytuacji Saltówki zmieniło. Dzielnica dalej była ostrzeliwana z artylerii, także z niesławnych gradów, spadały na nią bomby i rakiety. Wyczuwalną ulgę przyniosło dopiero wyrzucenie rosjan za państwową granicę, poza zasięg dział i wyrzutni.

Lecz i tak dzielnica pozostaje wyludniona – są wieżowce, w których mieszka zaledwie po kilka osób. Lokalne władze zaczęły odbudowę kilku budynków, idzie to jednak niemrawo. Saltówka pełni funkcję „tarczy miasta”, a w mieście nie ma pewności, czy rosjanie znów nie spróbują. Bo ich firer wciąż roi sobie we łbie, że może Ukrainę pokonać.

Więc niechby to był jego ostatni „dzień-razdzienia” – tak w ogóle, albo przynajmniej na wolności.

Niechby się rosjanie wreszcie opamiętali. Dość tych wszystkich „rozbambionych” Saltówek…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -