Iskandery

Na początek dwie uwagi natury socjologicznej – a potem przejdę do tytułowej kwestii, związanej z ostatnimi rosyjskimi atakami rakietowymi.

W potocznych wyobrażeniach Polaków ugruntował się jednorodny wizerunek Ukraińców – nieprzejednanych w negatywnej postawie wobec rosjan. Nie ma w niej miejsca na odcienie szarości, są hasła o „formowaniu się narodu politycznego”, „szybko postępującej derusyfikacji” i nienawiści wywołanej rosyjskim bestialstwem. Czasem, trochę cichcem, wspomina się o kolaborantach, zwolennikach „ruskiego miru”, podkreślając, iż jest to zdecydowana mniejszość. Jest, ale są też ludzie, których spotkałem podczas ostatniego wyjazdu do Ukrainy. Których istnienia – co przyznaję z lekkim zażenowaniem – dotąd nie dostrzegałem, mniej lub bardziej świadomie ignorowałem. Mam na myśli „ludzi rosyjskich”, obywateli ukraińskich zakorzenionych w rosyjskiej kulturze, emocjonalnie z nią związanych, ale nie proputinowskich. Nieszczęśliwych, bo głęboko rozczarowanych rosją i jej działaniami w Ukrainie. Na linii wojennego podziału zdecydowanie proukraińskich, ale dystansujących się od ukraińskiego etnosu i budujących propaństwową postawę w oparciu o lokalny patriotyzm. Odesa i Charków pełne są takich osób. Koncept lokalnego patriotyzmu nowy nie jest, w naszej części Europy – generalnie dystansującej się od nacjonalizmów – w oparciu o tę ideę próbuje się budować społeczną spoistość. Jednak w Ukrainie, z jej wymuszoną przez rosjan nacjonalistyczną konsolidacją, odeska czy charkowska „rusko-ukraińskość” jest zjawiskiem dość osobliwym.

Nie mniej osobliwy – ale tylko dla kogoś, kto nie zna wschodniej mentalności – jest tamtejszy fatalizm. Owo pogodzenie się z losem, niezależnie od fundowanych przezeń okoliczności. We wsiach położonych na północ od Charkowa armia rosyjska zachowywała się, lekko mówiąc, skandalicznie. Rozbój był na porządku dziennym, ale miejscowi opowiadają o tym ze spokojem, rodzajem zrozumienia dla „oczywistych” aspektów wojennej rzeczywistości. Kradli? No kradli. Nie pozwalali chować zabitych na cmentarzach? No nie pozwalali; trzeba było grzebać bliskich w ogródkach przy domu. Komfortowe to wszystko nie było, ale dało się przeżyć. Ze świadectw, które zebrałem, wyłania się obraz największej grozy wywołanej czym innym – selektywnym rosyjskim bestialstwem.

– Syna sąsiadki wywlekli z domu nocą – opowiada Nadieja, emerytowana nauczycielka z Cyrkunów. – Związali mu ręce za plecami, wywieźli za wieś. Przywiązali do drzewa i rozstrzelali.

– Za co?

– Był strażnikiem granicznym. Na nich, na policjantów, na byłych wojskowych, zwłaszcza atowszczików, polowali bezwzględnie.

Mordowano też lokalnych samorządowców i wszelkiej maści proukraińskich aktywistów; dla tych przedstawicieli elit rosyjska okupacja oznaczała śmierć. Dla zwykłych ludzi „tylko” gwałt i rabunek oraz ryzyka związane ze znalezieniem się w strefie aktywnych działań bojowych, gdzie winy za wszelkie dramaty rozkładają się „po równo”, bo przecież obie strony strzelały, zrzucały rakiety i bomby. Bez tego kontekstu, bez znajomości takiego sposobu myślenia, nie da się zrozumieć społecznego klimatu wschodniej Ukrainy, w którym nadal obecne są prorosyjskie sympatie.

O czym wspominam z dwóch powodów. Odesa i Charków nie były celem zmasowanego rosyjskiego terroru. W pierwszym mieście najbardziej cierpi port i okolice, w drugim Północna Saltówka, dzielnica będąca niczym „tarcza miasta”, na której rozbiły sobie zęby rosyjskie czołówki pancerne. Świadomi „rosyjskości” obu metropolii moskale stosują wobec nich strategię terroru selektywnego. Na Charków rakiety spadają regularnie, ale mapowanie miejsc wybuchów przywodzi do wniosku, że gęsto zaludnione centrum pozostaje bezpieczne. Jednocześnie w obu miastach wciąż działa prorosyjska agentura, której łatwo zgubić się w tłumie „rosyjskich ludzi” i której członków niespecjalnie oburza powszechna wiedza o przewinach i zbrodniach putinowskiej armii.

To od takich ludzi – kolaborantów, którzy wcale kolaborantami się nie czują – rosjanie czerpią wiedzę o wartościowych celach, to od nich otrzymują koordynaty.

Dziś rano – pozornie na przekór tego, o czym piszę – rosjanie ostrzelali centrum Charkowa. Ale użyli swojej najprecyzyjniejszej broni – rakiet Iskander – można więc przyjąć, że chcieli porazić konkretny, wojskowy cel. Ponoć chodziło o hotel przejęty przez wojsko („zagranicznych najemników”). Nie będę rozstrzygał, czy tak właśnie było – bo nie wiem – faktem jest, że jeden z dwóch wystrzelonych Iskanderów trafił centralnie w zamieszkały przez cywilów dom, co widzicie na załączonych zdjęciach. Zginął 10-letni chłopiec, rannych zostało 25 osób, w tym 11-miesięczne niemowlę. Jeśli to nie był celowy terror, to mamy kolejny przyczynek do dyskusji o „rosyjskiej celności”.

Jakkolwiek tragiczne, wydarzenia z Charkowa bledną w obliczu dramatu, jaki rozegrał się wczoraj we wsi Groza (sic!), w obwodzie charkowskim. Tam rosjanie również użyli Iskandera i zabili 55 osób. Rakieta trafiła w budynek, w którym właśnie odbywała się stypa.

Wieści z Grozy dotarły do mnie tuż po ataku – od razu pomyślałem, że nie chodziło o zwykły pogrzeb i zwykłych żałobników. „ruskie to zło, ale nie podejrzewam, by chcieli zabić cywilów dla samego zabicia cywilów. Prawdopodobnie grzebano kogoś, i opłakiwano, na pogrzeb kogo przyjechali jacyś ważni wojskowi. I to oni byli celem”, napisałem do znajomej, Polki, która pracuje w Charkowie. Wkrótce na rosyjskich kontach zaczęły pojawiać się informacje, że chodziło o oficerów batalionu „Ajdar”, swego czasu kontrowersyjnej formacji (z historią podobną do „Azowa”), która zalazła moskalom za skórę jeszcze w 2014 roku, walnie przyczyniając się do ograniczenia terytorialnej ekspansji tak zwanej noworosji. Dziś ukraińskie źródła potwierdzają, że we wsi odbył się pogrzeb wojskowego (bez podania formacji). Ceremonia powtórna, związana z ekshumacją poległego oficera, który zginął na początku pełnoskalowej inwazji. Groza była wówczas pod rosyjską okupacją, żołnierza pochowano więc w Dnipro – i dopiero teraz złożono w rodzinnej miejscowości. W rosyjskim ataku na żałobników zginął m.in. syn chowanego, także żołnierz armii ukraińskiej. Nie ma informacji o innych zabitych wojskowych, co nie znaczy, że ich nie było. Znamienne wszak, że rosyjscy milblogerzy – wczoraj piejący z zachwytu nad „udaną likwidacją wyższych rangą nacjonalistów”, dziś zwalają winę za atak na Ukraińców. Którzy rzekomo sami się ostrzelali. Prawdopodobnie nawet w rosji źle odebrano fakt, że w ataku zginęli przede wszystkim bogu ducha winni cywile.

Cywile, o których zgromadzeniu – i o celu samego zgromadzenia – musiał rosjan ktoś poinformować. Ktoś miejscowy, dobrze zorientowany w przebiegu ceremonii. Po prawdzie nie ma znaczenia, czy moskalom chodziło o zabicie ważnych „ajdarowców” czy przedstawicieli lokalnej administracji wojskowej (którzy zawsze pojawiają się na pogrzebach oficerów); istotne jest to, że akcja miała mieć charakter dekapitacyjny. Patrząc z tej perspektywy, nie różni się to specjalnie od ataków przeprowadzanych przez amerykańskie drony w ramach wojny z terrorem. W takich okolicznościach – zwłaszcza za prezydentury Baracka Obamy – zginęło wielu komendantów bojówek. Niekiedy ich śmierci towarzyszyły ofiary uboczne, jak w nomenklaturze NATO określa się nieplanowane i niezamierzone zabicie cywilów. Ale na tym kończą się podobieństwa i preteksty do mówienia, że rosjanie robią to samo, co Amerykanie. Bo nie robią. 50 zabitych w Grozie to cywile, mieszkańcy wioski (jedna szósta populacji!). Nawet jeśli pięciu pozostałych było wojskowymi, w żadnej zachodniej armii nie znaleziono by uzasadnienia dla takiej relacji (1:10!) celów do strat ubocznych. A że stypa odbywała się w małym budynku, od początku musiało być jasne, że ryzyko przypadkowych ofiar jest bardzo duże. Natowscy planiści odpuściliby taką akcję, rosyjscy – jak widać – nie.

Bo rosja to państwo terrorystyczne.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Budynek trafiony dziś w Charkowie. W hotelu, który ponoć był celem ataku, nie wypadły nawet szyby…/fot. Joanna Marciniak

Foto-impresje

… czyli notatnik z podróży po Ukrainie.

Z powodów technicznych nie prowadziłem relacji na blogu, ale na bieżąco udzielałem się na Facebooku. Uzupełniam wpisy post factum, dla zapewnienia ciągłości narracji.

26 września, rano

Zapisek z pociągu do Odesy.

Na dworcu we Lwowie rodzina dwa plus trzy wracająca z krótkiego urlopu w zachodniej Ukrainie. W przedziale młoda dziewczyna, jadąca na spotkanie z chłopakiem. Nad ranem budzi mnie jej rozmowa – wyszła na korytarz, ale i tak słyszę, jak ruga gościa, bo zapił i nie będzie w stanie jej odebrać. Gdy odtrąbiamy koniec spania, Darek, współtowarzysz podróży, idzie organizować coś do picia. Poprosiłem o herbatę, prowadnik każe wybierać między zieloną, czerwoną i czarną.

Czuję się, jakbym jechał na wakacje w starych dobrych czasach. Tyle zwyczajnych sytuacji i zwykłych wyborów.

A jednak nie są to dobre czasy, bo jeszcze we Lwowie czytam o rosyjskich bombowcach, które znów lecą nad Morze Kaspijskie – a więc najpewniej będzie nalot. A tuż przed wejściem do pociągu przychodzi wieść, że skurwysyny właśnie ostrzelały Odesę.

Wojna trwa, życie toczy się dalej.

Nz. Wziąłem czornyj czaj.

26 września, wieczór

Emanacja życia.

Plaża w Odesie. Dziewczęta robią sobie sesję. Za pięć godzin godzina policyjna, za siedem, może osiem, na pobliski port znów spadną szahidy.

A rano plaża ponownie wypełni się ludźmi.

Bo życie MUSI toczyć się dalej.

27 września

Komu w drogę, temu czas. Karetki, medykamenty, chemia, elektronika i… elektryczne rowery dla pracowników socjalnych – wszystko to jedzie do Chersonia.

Organizatorem konwoju jest Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).

28 września, rano

Posad Pokrowskie.

Idzie nowe, idzie odbudowa. Powoli, baaardzo powoli. Na razie rumowisko otoczono płotem. Rozebrano kilka zniszczonych budynków, zaczęło się murowanie fundamentów. Ale bez saperów ani rusz, bez ich ciężkiego sprzętu potrzebnego na froncie.

Więc mieszkańcy pokornie czekają – żyjąc w ruinach lub modułowych tymczasowych domkach – ale nadziei w nich jakby trochę mniej. Na szczęście jest humor, choć czarny jak diabli, do spodu oczyszczający.

– Fundament? Eee… – macha ręką kobieta w sklepie. – Zaraz będą musieli rozebrać, żeby poprawić – śmieje się głośno.

Ps. Dziś pracuję w podchersońskich wioskach, gdzie Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej rozdaje pomoc powodzianom.

28 września, popołudniu

Zahorianiwka od ponad miesiąca nie ma bieżącej wody.

– Przyjechały służby, zbadały, okazało się, że w wodzie jest rakotwórczy arsen. Stężenie siedem razy wyższe od normy – mówi Nadieja (boże broń Nadieżda! – zastrzega na wstępie).

Nie bardzo wiadomo, jak metal ciężki dostał się do ujęcia wody. Dla miejscowych jest oczywiste, że to skutek przerwania tamy na Kachowce i tego, że fala zabrała ze sobą mnóstwo zanieczyszczeń (choć samej osady nie zalała).

– Przed okupacją wodę badano raz na trzy miesiące, wszystko z nią było w porządku – zapewnia Nadieja.

Lokalny samorząd dostarcza wodę techniczną beczkowozami, wodę do picia organizują wolontariusze. Budowa nowego ujęcia to koszt rzędu 1,5 mln hrywień (ok. 190 tys zł). Dla 130 osob, które zostały we wiosce, państwo takiego kosztu nie poniesie.

– Są ważniejsze wydatki – moja rozmówczyni uśmiecha się smutno.

Brutalna, wojenna ekonomia.

28 września, wieczorem

„W związku z tym, że putin to (wiadomo co), sklep otwarty tylko między 8.30 a 10.30″, informuje kartka naklejona na drzwiach. Uśmiecham się na jej widok; uwielbiam tę ukraińską niezłomność w jej szyderczej odsłonie.

„W związku z tym, że putin to (wiadomo co)…”, nieopodal Komyszanów rozciągają się rosyjskie pozycje. Diabły stoją za rzeką i regularnie walą z artylerii. Był czas, przed powodzią, że sklep dzieliło od nich ledwie 800 metrów.

„W związku z tym, że putin to (wiadomo co)…”, jego moździerzyści biorą na cel wybitnie wojskowe obiekty. Jak dom z drugiego zdjęcia, zdemilitaryzowany latem. Akurat był pusty, więc tym razem nikogo draniom zabić się nie udało.

„W związku z tym, że putin to (wiadomo co)…”, na pobliskim cmentarzu przybywa grobów. Śmierć pod ostrzałem to nie tylko żołnierski los – w Komyszanach tak giną cywile, na przykład w drodze do sklepu, otwartego „tylko między 8.30 a 10.30”.

„W związku z tym, że putin to (wiadomo co)…”, u Marii na posesji wylądował pocisk. Zniszczył przedsionek i kawał kuchni. Stało się to w maju, do dziś – dzięki sąsiedzkiej pomocy – szkody udało się naprawić.

– Mario, mogę Wam zrobić zdjęcie i o Was napisać? – pytam.

– Zrób. I opowiedz ludziom, co oni, rosjanie, z nami Ukraińcami robią. Może ktoś będzie wiedział, dlaczego i za co.

Może „W związku z tym, że putin to (wiadomo co)…”? Na pewno tak, ale nie tylko. Bo ostatecznie to nie putin wkłada granaty do moździerzowych luf…

29 września

Antona Jefanowa (na zdjęciu) poznałem w marcu tego roku. Właśnie wrócił z terenu, gdzie nadzorował prace energetyków przywracających prąd na przedmieściach Chersonia. Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) współfinansowało wówczas część wynagrodzeń dla elektryków, Ania, szefowa misji, przymierzała się do kolejnych projektów. Z Antonem więc pogadać należalo, a że chłop zalatany, „wstępniak” odbył się na parkingu.

– Aha, uważajcie – rzekł na koniec Jefanow. Wiedział, że i my jedziemy do naddnieprzańskich wiosek, spotkać się z pracującymi ekipami. – Tamci ciągle strzelają, kilka minut temu pocisk walnął tak blisko naszego auta, że aż szyby poszły – mówił to tak, jak gdyby wybijane falą uderzeniową szkło było oczywistym elementem urzędniczej codzienności. Ścisnął nam dłonie i tyle go widziałem – pobiegł do następnej roboty.

Anton jest dziś zastępcą szefa wojskowej administracji Chersonia. Przed inwazją odpowiadał za pomoc społeczną, obecnie ma dużo więcej obowiązków, do których należy również współpraca z organizacjami humanitarnym. Ta ostatnia forma działalności jest w tej chwili uporządkowana i sformalizowana, ale zaczęła się za okupacji, od pracy w warunkach konspiracyjnych.

– rosjanie nie dostarczali do miasta niezbędnych medykamentów, ba, swoje mają fatalnej jakości, więc co tylko mogli to rozkradli, nie przejmując się potrzebami cywilów – wspomina. – Mój departament opiekował się kilkuset schorowanymi, starszymi osobami, które bez leków po prostu by poumierały. Na szczęście mieliśmy Internet i kontakty w Polsce. Zamawiałem, co było potrzebne, nikt mi nigdy niczego nie odmówił. Z Chersonia można było wyjechać i do niego wrócić. Nie było to bezpieczne, bo rosjanie na blok postach kradli i bili, ale ochotników nie brakowało. I to oni przywozili do miasta kupione w Polsce lub za zebrane przez Polaków pieniądze leki.

– Kto je roznosił potrzebującym w mieście?

– Hahahaha – Anton uśmiecha się szelmowsko. – Ulicą jeździły rosyjskie tigry, a ja biegałem z kontrabandą. Z witaminami znaczy – dodaje, jeszcze szerzej się uśmiechając. Odcięta od zachodnich technologii rosja ma poważne problemy z zaopatrzeniem aptek i szpitali. Konfiskowanie medykamentów było więc także elementem rutynowych działań okupantów. Wspomniani przez Antona ochotnicy znaleźli na to sposób – przekładali specjalistyczne leki w torebki po witaminach. Witamin nie konfiskowano, bo tych akurat w rosji nie brakuje. – I tak się to kręciło aż do wyzwolenia.

– Nadal się kręci – mam na myśli współpracę polsko-ukraińską. – Mimo dużej polityki…

– Marzy mi się, byśmy mogli robić swoje niezależnie od polityków – mówi Jefanow. – Polska i Polacy to jedni z naszych największych donatorów. Dziękowałem, dziękuję i będę wam za to dziękował.

30 września-1 października

Ten tekst ukazał się na łamach portalu Interia.pl (stąd odmienny od przyjętej na blogu praktyki zapis rosjan i rosji).

W Ukrainie alarm przeciwlotniczy ogłaszany jest tradycyjnie – poprzez wycie syren – ale istnieje też cyfrowa „nóżka” systemu. Są dedykowane aplikację, usługę – dla telefonów z włączoną lokalizacją – oferuje Google. Gdy przebywasz w zagrożonym rejonie, dostajesz powiadomienie.

Przespana bitwa

Syren – jakkolwiek dojmujących i złowieszczych – po jakimś czasie zwyczajnie się nie słyszy. Tak często się włączają i tak rzadko ma to związek z realnym zagrożeniem – rzeczywistym atakiem, przeprowadzonym w konkretnym miejscu. Dla Ukraińców po półtorej roku wojny to oczywista-oczywistość, ale w Polsce taki stan rzeczy – owo „niesłyszenie” – może dziwić. W naszych potocznych wyobrażeniach o Ukrainie często zapominamy, jak rozległy jest to kraj. Umyka nam też świadomość, że nawet w wojnie o wysokiej intensywności, większość zaangażowanego w konflikt państwa nie jest objęta działaniami zbrojnymi. Tak czy inaczej, zobojętnienie (na alarmy, zwane z ukraińska „trwogami”), dotyczy też powiadomień telefonicznych.

Pod koniec września trzy noce spędziłem w Mikołajewie. Pierwszego wieczoru słyszałem latające nad miastem odrzutowce, ale chyba nie miało to związku z tym, co działo się nieco później. A później miasto zaatakowały drony – kupowane przez Rosjan w Iranie szahidy – przyleciało też kilka rakiet. Nic nie słyszałem; znajomi śmiali się, że przespałem bitwę. Bitwa czy nie, rzeczywiście spałem mocno.

Tak jak następnej nocy.

W trakcie tej trzeciej usłyszałem syrenę, ale to nie ona mnie obudziła. Alert przyszedł na telefon, telefon mam skonfigurowany z zegarkiem; wibracje na nadgarstku przerwały sen. O 2:47.

Przerwały na chwilę, bo większość alarmów jest na wszelki wypadek, więc po czymś takim idzie się dalej spać. Lub śpi nie usłyszawszy „trwogi”.

Tymczasem wspomnianej trzeciej nocy na Mikołajów spadły cztery szahidy. Gdybym nie znał lokalnych uwarunkowań, uznałbym tę informację za bujdę. Bo byłem na miejscu, a nic nie słyszałem. To tak a propos „całej prawdy”, o „wojnie, której nie ma”.

Tytułem uzupełnienia tej części tekstu – gdy nadlatują rakiety S-300, przeciwlotnicze, wykorzystywane w trybie ziemia-ziemia, w Charkowie – z uwagi na bliską odległość od rosyjskiej granicy – syreny włączają się dopiero po pierwszej eksplozji. W nocy z 30 września na 1 października w mieście doszło do trzech eksplozji. Ta pierwsza była na tyle głośna, że tym razem nie przespałem ataku…

Atomowy mit

„Gdybyśmy mieli broń strategiczną, Rosja nie odważyłaby się nas zaatakować”, to argument, z którym na co dzień można się zetknąć w Ukrainie. Czy racjonalny?

Faktem jest, że memorandum budapesztańskie z 1994 roku zobligowało Ukrainę do przekazania tego rodzaju uzbrojenia Rosji. W zamian Moskwa zobowiązała się uszanować integralność terytorialną południowego sąsiada, a gwarantem porozumienia były USA i Wielka Brytania. Co z tego wyszło, pisać nie trzeba.

Ale. Ale mitem jest, że Ukraina – jako państwo/armia – kiedykolwiek miała do dyspozycji głowice jądrowe. Po 1991 roku, rozpadzie ZSRR, sporo ich zostało na terytorium dawnej sowieckiej republiki, tym niemniej pieczę nad arsenałem sprawowały oddziały dawnej armii radzieckiej, które nie wypowiedziały posłuszeństwa Moskwie. Problemem – rozstrzygniętym na skutek porozumień w Budapeszcie – był tylko transfer tych środków bojowych do Rosji. Zatem opowieści Ukraińców o tym, że „jak mielibyśmy atomówki to…”, należy traktować w kategoriach marzeń ściętej głowy…

Ale. Ale nośniki broni strategicznej – jak na przykład bombowce Tu-95 czy Tu-160 – Ukraińcy owszem mieli. I amunicję o strategicznym znaczeniu – jak dalekonośne pociski manewrujące, zrzucane z tychże samolotów – również. Amunicję wyposażoną w konwencjonalne głowice, lecz i tak groźną. Dziś takie rakiety pozwoliłyby atakować cele w głębi Rosji, nawet na odległość do 2,5 tys. km. Co de facto oznaczałoby, że większość najwartościowszych elementów rosyjskiej infrastruktury militarnej i przemysłowej byłaby w zasięgu armii ukraińskiej. Nie wiem, czy odstręczyłoby to Moskali od inwazji, ale z pewnością spotęgowałoby ich straty, co ostatecznie mogłoby wojnę zakończyć.

Oczywiście, bombowce i arsenały rakiet byłyby dla Rosjan celem numer jeden. Otwartym pozostaje pytanie, czy Ukraińcom udałoby się uchronić cenny sprzęt przed atakami. Po 24 lutego 2022 roku zręcznie rozśrodkowali lotnictwo, ale prościej jest ukryć stosunkowo nieduże migi czy suchoje, trudniej byłoby z ogromnymi tupolewami. Kolejne pytanie wiąże się z możliwościami ukraińskiego budżetu oraz polityczną wolą dla utrzymania sił strategicznych. Są one koszmarnie drogie, a między 1991 a 2014 rokiem wojsko nie było – najoględniej rzecz ujmując – priorytetem dla ukraińskich władz. I oligarchów, a więc władzy nieformalnej. Ci bowiem obawiali się armii jako atutu któregoś z biznesowych konkurentów, wszyscy więc dążyli do jej osłabienia, traktując to jako element stabilizacji systemu oligarchicznego.

Poza tym, że otwarte, są oba pytania czysto akademickie, bo w rzeczywistości miażdżącą większość samolotów i wszystkie pociski Kijów odesłał Moskwie. Okrutnym zrządzeniem losu teraz te rakiety (dokładnie te…), zrzucane także przez niegdyś ukraińskie samoloty, spadają na ukraińskie miasta. A nieliczne nieoddane Rosjanom tupolewy – jak Tu-95 i Tu-160 ze zdjęcia – niszczeją na jednym z lotnisk. Bez szans, że kiedykolwiek wezmą udział w wojnie…

1 października

Charków, cmentarz na południu miasta.

Utonąć można w morzu tych flag, morzu ludzkiego nieszczęścia. I jeszcze ten przejmujący łopot (film pod linkiem).

Taka jest cena…

2 października

Ruskie Tiszki, wioska na północ od Charkowa, nieopodal granicy z federacją. Przez trzy miesiące okupowana przez rosjan, potem regularnie ostrzeliwana przez ich artylerię. Także z użyciem pocisków z białym fosforem.

– Miałam dom, całe 74 metry. Przyleciała rakieta z rosji i nie mam domu – Halina wzrusza ramionami.

68-letnia kobieta mieszka teraz w budynku gospodarczym. Grad, który zniszczył domostwo, uszkodził też dach szopy – ale ten udało się naprawić.

Idzie zima. W podobnej sytuacji są rzesze Ukraińców z terenów charkowszczyzny. Wyzwoleni od rosjan, ale wciąż zmagający się z ich „dziedzictwem”…

3 października

Niedziela była dniem, kiedy mogliśmy trochę odpocząć. Michał, nasz gospodarz, zaproponował popołudniowy wypad nad podcharkowskie jezioro. Pierwszy dzień października był przepiękny, iście letni; należało z tego skorzystać.

Tyle że droga nad wodę wiodła koło cmentarza.

Wypatrzyłem z auta skupisko flag i poprosiłem Michała, byśmy zjechali. Chciałem na własne oczy zobaczyć, jak wyglądają kwatery poległych żołnierzy. I zobaczyłem…

I zobaczyłem kilka pogrzebów w dwóch obrządkach – prawosławnym i katolickim. Nabożeństwo ekumeniczne w intencji chłopców, którzy oddali życie.

I zobaczyłem zapłakane matki, ojców, żony, siostry, braci i dzieci. Mundurowych odwiedzających poległych kompanów. Setki osób, które tego dnia pojawiły się na grobach bliskich.

I zobaczyłem kieliszki z wódką, talerzyki z chlebem i słodyczami, poustawiane na pomnikach i kopczykach. Symboliczne poczęstunki dla zmarłych.

I zobaczyłem ich zdjęcia zdobiące nagrobki. I tabliczki z datami urodzin i śmierci. Tylu dwudziesto-dwudziestoparolatków. Kończę dziś 47 lat; dla większości z tych chłopaków mógłbym być ojcem. Jestem ojcem, więc łatwo mi wyobrazić sobie ból po stracie.

I wyobraziłem go sobie.

A potem Aśka na szybko policzyła rzędy mogił i wyszło nam, że flagi powiewały nad mniej więcej tysiącem grobów. Tysiąc poległych na jednym cmentarzu, w jednym tylko mieście.

I zobaczyłem kolejne jamy, wykopane pod następne pochówki.

I rozjebało mi mózg na strzępy.

Nie wiem, jakbym się zachował, gdyby nie zawodowy nawyk, gdyby ktoś odebrał mi aparat i możliwość dokumentowania…

Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy dalej.

Kilka kilometrów od nekropolii życie toczyło się nieśpiesznym rytmem nadwodnego wypoczynku. Opaleni, zrelaksowani i wypoczęci ludzie – starsi, młodsi, dzieci – cieszący się ze słońca, białego piasku i czystej wody.

Czystej wody surrealizm.

Asia z Michałem poszli pływać, Ania wyjęła książkę, a ja stałem na brzegu i nie bardzo wiedziałem, co z sobą począć. W obliczu tego morza flag i nieszczęść, idea plażowania wydała mi się obrazoburcza, w najlepszym razie niestosowna.

Aż przyszło olśnienie – że ci, którzy tych chłopców zabili, oczekują właśnie takiego myślenia. Poczucia winy – że się żyje i chce żyć. Przekonania o niestosowności zwyczajnych zachowań. Pal licho mnie i moje dylematy; przecież nawet nie jestem tutejszy. Celem rosjan w tej wojnie jest zaszczucie Ukraińców, odebranie im prawa do normalności.

„Idi na chuj!”, orzekli napadnięci. „Idi na chuj!”, orzekłem i ja. Rozebrałem się do slipek, wziąłem rozpęd i wbiegłem do cudownie orzeźwiającej wody.

3 października, popołudniu

Urodziny spędzam z dala od domu – nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Taka praca. Ani myślę narzekać, przeciwnie – chciałbym się z Wami podzielić swoją radością. I wzruszeniem.

Nadieja to emerytowana nauczycielka z Cyrkunów, wsi położonej pod rosyjską granicą. Raszyści zbombardowali jej dom; film, który zamieszczam, to fragment opowieść o czasach napaści, okupacji i wojennej tułaczki. Historii przejmującej do spodu, zasługującej na obszerny tekst, który napiszę, jak przepracuję w głowie ten wyjazd.

Historii tym dramatyczniejszej, że opowiadanej także przy dźwiękach alarmu, który zapowiadał kolejny rosyjski ostrzał.

Za sprawą Aśki, wolontariuszki z Polski, Nadieja dowiedziała się, że mam dziś urodziny. Znikła na moment i pojawiła się z dwiema bombonierkami, wyciągniętymi gdzieś ze schowka uszkodzonego przez Grad i moździerze domu.

– Szczęścia ci życzę – rzekła i mocno mnie objęła. Hojność kobiety, która straciła tak wiele, sprawiła, że zawilgotniały mi oczy.

A potem było spotkanie z Igorem z miejscowej administracji wojskowej. Kolejne, już mniej formalne. I znów się rypło, że mam urodziny, więc poszedł toast.

– Życzę Ci, żeby w Polsce był pokój – usłyszałem. – I w całej Europie.

Najlepsze życzenia, jakie mogłem dziś usłyszeć. Choć nieco gorzkie, bo zaraz po tym, jak wybrzmiały, znów zawyły syreny…

4 października, rano

Lipce dzieli od rosyjskiej granicy zaledwie 8 km – raszyści wtargnęli do wsi już w pierwszych godzinach inwazji. Czołówki poszły dalej, na Charków, w lokalnym szpitalu – obsługującym kilka okolicznych miejscowości – rozłożył się oddział rosgwardii. I został tam na wiele tygodni.

Szpital przestał pełnić swoją funkcję nie tylko dlatego, że zmieniono go w koszary. W ramach zorganizowanego szabru, wspartego zwykłym żołdackim złodziejstwem, placówkę ogołocono ze sprzętu i medykamentów. Okupanci powybijali też dziury w stropach/podłogach. Zdaniem miejscowych, otwory o regularnych kształtach służyły rosjanom do ewakuacji. Szpital – jako miejsce koncentracji wojska – był kilka razy celem ukraińskiej artylerii. W momencie ostrzału dziury pozwalały szybciej dostać się na niższe kondygnacje.

Na najniższej, w piwnicy, wciąż zalegają śmieci pozostawione przez moskali. Wśród nich znalazłem taktyczne apteczki, których zawartość widać na zdjęciach. Szokująco skromne i archaiczne, zwłaszcza te różowe opaski uciskowe. Nic dziwnego, że tak wielu rannych rosjan umiera, nim udzielona im zostanie bardziej profesjonalna pomoc.

Gdzie nie ma medycyny, jest magia. Są talizmany i wiara w ich moc. Przypinka ze zdjęcia była w jednej z zabranych przeze mnie apteczek. Przedstawia starosłowiański symbol chroniący przed złem i sprowadzanymi przez nie chorobami. Na swój sposób to przewrotne, że znaczek nosił w apteczce rosyjski żołnierz…

4 października, popołudniu

Facebook przypomniał mi, że mamy dziś Światowy Dzień Zwierząt. Moje czworonogi daleko, ale Cyrkuna była blisko. I skradła serca naszej ekipy. Moje oczywiście też.

Ten wyjazd pokazał mi, jak wielka trauma trawi Ukraińców, którzy przeżyli okupację i znaleźli się w strefie aktywnych działań wojennych.

– Ona młodziutka, urodziła się już po wyjściu rosjan – usłyszałem od opiekunki suczki. Brzmiało to nieco absurdalnie, póki człowiek nie uświadomił sobie, że biały fosfor spadający na wieś, że grady i granaty moździerzowe lądujące na posesjach, że całe to pierdolone gówno przeraża nie tylko ludzi, ale i zwierzęta. Je pewnie bardziej, bo my przynajmniej rozumiemy, co się dzieje. Albo tak nam się wydaje…

5 października

Cyrkuny, wieś na północ od Charkowa.

„Tu (są) dzieci!!!”, głosi napis na bramie. Po rosyjsku, by żołdakom putina nie przyszło do głowy ładować po chałupie.

I co? I jajco. Dom bez dachu, bo runął pod ogniem artylerii, wnętrze wytrawione pożarem, wrota usiane dziurami po odłamkach. I dzieci już nie ma, bo uciekły z rodzicami po „przylocie”, jak mówi się o uderzeniu rakiety czy granatu. Żyją, ale czy wrócą?

Ja wracam do domu; jestem już na finiszu. Wiozę mnóstwo historii i zdjęć, którymi będę się chciał podzielić. Ale najpierw dwa-trzy dni oddechu.

Dziękuję Wam za wirtualne towarzystwo (zwłaszcza za urodzinowe życzenia!) i do zobaczenia na łączach.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. To zdjęcie – przez przestrzelinę w bramie – zrobiono mi w Cyrkunach/fot. Darek Zalewski

Koszt

Rozstrzelana brama, powalony murek, zdemolowane obejście, a na nim wywleczone z domu ciuchy i rzeczy osobiste właścicieli. Wybite okna, uszkodzony dach i częściowo zawalony sufit. Zniszczone, nienadające się już do użytku meble i sprzęty. Brak prądu, gazu, bieżącej wody.

Tak wyglądał jeden z domów w Posad-Pokrowskie, który odwiedziłem w marcu tego roku. Tak wyglądał świat dotknięty dobrodziejstwem ruskiego miru.

Diabła popędzono, ale zgliszcza pozostały.

W dyskusjach z ostatnich dni – sprowokowanych napięciami politycznymi między Polską a Ukrainą – z upodobaniem podnoszono kwestię rzekomej niewdzięczności. „Bo my im tyle, a oni nas obrażają”. Nie podważam wartości polskiej pomocy dla Ukrainy, ba, jej rozmiar i mnie napawa dumą. Ale pamiętajmy, jaką cenę płacą tamci. A przecież nie są to tylko ranni i zabici, koszty obejmują nie tylko wojsko i jego sprzęt. Ceną jest również dobytek setek tysięcy – jeśli nie milionów – zwykłych ludzi. Ich domy, jak ten ze zdjęcia…

Szanowni, jestem już w trybie przedwyjazdowym, skupiacz myśli nie działa jak należy, więc nic więcej dziś nie napiszę. Wyjeżdżam do Ukrainy w poniedziałek, najpierw na południe, potem na północny wschód. O szczegółach będę meldował na bieżąco. W tym czasie, z oczywistych powodów, nie będzie rozbudowanej relacji – raczej, jak to u mnie w trybie podróżnym, krótkie impresje foto-tekstowe, zamieszczane na moim profilu na Facebooku. Po powrocie, w październiku, wrócę do starej formuły.

Dobrego weekendu i do zobaczenia na łączach!

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nic-nieznaczenie

Jeszcze ad vocem zbożowej gówno-burzy – komentarz socjo-psychologiczny, oddający zarazem stan mojego ducha, a przez to intymny. Niebędący elementem ukraińskiej relacji, którą tu uskuteczniam.

Zdjęcie BuBu na czołgu załączone dla atencji.

Tytułem wprowadzenia. Kryteria dobroduszności w większości pozostają obiektywne – nie relatywizują się i nie zmieniają w czasie, nie są związane z kontekstem kulturowym. Dobry uczynek był, jest i będzie dobry, tu, tam, gdziekolwiek. Jeśli nieśliśmy masowo – jako zwykli ludzie – pomoc Ukraińcom zimą i wiosną 2022 roku, nic tego nie zmieni. Było to dobre wtedy, jest dobre dziś, takim pozostanie w przyszłości – chyba że dojdzie do jakieś wolty, która dramatycznie przewartościuje podstawowe kryteria moralności. W co nie wierzę, bo są one nieodłącznie związane z biologią i wyznacza je na przykład ból (którego zadawanie jest złe).

Świadomość poczynionego dobra powinna nam wystarczyć dla zachowania odpowiedniego życiowego komfortu. Ale tu, niestety, wchodzi do akcji przeklęty polski rys kulturowy, odtwarzany z pokolenia na pokolenie za sprawą społecznego dziedziczenia zachowań. Mam na myśli poczucie niższości, to ciągłe niedowartościowanie, tę potrzebę przeglądania się w oczach innych, skazywania się na ich oceny i opinie.

Wiosną zeszłego roku nazwano nas „humanitarnym supermocarstwem”, spijaliśmy słowa uznania z ust obcych, pękaliśmy z dumy. Rosło nam ego, bo przecież zrobiliśmy coś wspaniałego i wszyscy o tym mówili. A potem zamilkli. A potem adresaci pomocy już nie dziękowali nam na każdym kroku, ba, stali się bardziej asertywni także wobec nas. Część z nas uznała, że to oznaka braku wdzięczności. Słusznie czy nie, nie ma to znaczenia – liczy się fakt, że taki wniosek demoluje nasze poczucie wartości. Bo jeśli tamci nie są nam wdzięczni, jeśli świat „zapomniał o tym, co zrobiliśmy”, to znów nic nie znaczymy.

To ból rzekomego nic-nieznaczenia stoi za obecną histerią, która tak wielu prowadzi do „zerwania z Ukrainą”. A przecież wcale nie musimy w ten sposób przeżywać świata…

Dobrej nocy!

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

(Nie)wdzięczność

Wczoraj CNN ujawniło, że siły specjalne Ukrainy mogą stać za atakami na oddziały wagnerowców w Sudanie. Do kilku takich incydentów doszło 8 września br., dwa dni po tym, jak Grupa Wagnera (a właściwie jej pogrobowcy), wwiozła do Sudanu przez granicę z Czadem duże ilości broni. Kontrabanda przeznaczona była dla rebelianckich oddziałów RSF (ang. Rapid Support Forces), które walczą przeciwko sudańskiemu rządowi. I to pojazdy RSF – z bojownikami i najemnikami na pokładach – zostały zaatakowane przy użyciu dronów. W sposób typowy dla ukraińskich uderzeń z wykorzystaniem bezpilotników, dotąd obserwowany wyłącznie w Ukrainie.

Ukraińcy oficjalnie nie zaprzeczają, ale i nie potwierdzają – co jest również typowe dla dotychczasowej praktyki działań wywiadu wojskowego. Jeśli faktycznie operują w Omdurmanie i Chartumie (jako doradcy, szkoleniowcy?), oznaczałoby to uruchomienie kolejnego frontu/sposobu zwalczania przez Ukrainę rosyjskich interesów. De facto jeszcze większą globalizację wojny.

Wojny, która na dobre zagościła też na terytorium federacji rosyjskiej. Oto bowiem „niezidentyfikowani sabotażyści” dokonali w poniedziałek (18 września) ataku na jedno z podmoskiewskich lotnisk. I to nie byle jakie, bo chodzi o silnie strzeżony Czkałowsk, gdzie stacjonują samoloty rządowe i rozpoznawcze, w tym jedna z maszyn przeznaczonych do dowodzenia wojskiem na okoliczność nuklearnego konfliktu. W wyniku eksplozji podłożonych materiałów wybuchowych poważnie uszkodzone zostały dwa samoloty (An-148 i Ił-20) należące do 354. Pułku Lotnictwa Specjalnego Przeznaczenia. Sabotażyści pogruchotali też śmigłowiec bojowy Mi-28N. W ostatnim czasie maszyny tego typu używane były do przechwytywania ukraińskich dronów operujących nad Moskwą.

Niezależnie od skali sukcesu (samoloty raczej nie nadają się do remontu, śmigłowiec owszem), „wjazd” w takie miejsce dowodzi wyjątkowo długich rąk ukraińskiego wywiadu wojskowego, dowodzonego przez gen. Kyryło Budanowa.

—–

Lecz jakie by te ukraińskie dłonie nie były długie i skuteczne, nie starczy ich, jeśli Kijów straci swoich sojuszników. Pośród nich istotną rolę odgrywa Polska, tymczasem w ostatnich dniach relacje między nami a Ukrainą znacząco się pogorszyły. A wszystko za sprawą eksportu ukraińskiego zboża. Szkoda czasu na przypominanie szczegółów, które Czytelnicy znają, ale warto odtworzyć kalendarium wydarzeń i wskazać najważniejsze z nich.

Rzecz podstawowa – praprzyczyną problemów z ukraińskim zbożem jest rosja. To rosja zaatakowała Ukrainę (a nie na odwrót, jak bredzi kremlowska propaganda…) i to rosyjskie siły zbrojne utrzymują blokadę uniemożliwiającą eksport na dotychczasowych zasadach. Zbiory zresztą też – za sprawą rabunku i zniszczeń.

To w takich okolicznościach Ukraina musiała uruchomić alternatywne ścieżki wysyłki zboża – drogą lądową, przez państwa ościenne.

To winą naszej władzy i naszych służb jest, że coś, co miało być tylko transferem, zmieniło się w nielegalną operację na wielką skalę. Zboże tylko nominalnie jechało przez Polskę, faktycznie zostawało w naszych magazynach. Kupowane przez przestępców po zaniżonej cenie. Oczywiście, polscy pożal się boże biznesmeni współpracowali tu z ukraińskimi przedsiębiorcami – jedni kupowali, drudzy sprzedawali. Ale inna jest sytuacja producenta rolniczego w ogarniętym wojną kraju, a inna cwaniaczka w bezpiecznej Polsce. No i raz jeszcze podkreślę – proceder odbywał się na polskim terytorium i to polskie władze i służby winny mu przeciwdziałać.

Nie przeciwdziałały i do dziś nie ujawniły listy podmiotów, które na nielegalnym handlu się wzbogaciły. Znamienna jest ta ochrona personaliów…

Przepełnione magazyny zakłóciły wewnętrzny rynek – polscy rolnicy nie mieli gdzie sprzedać własnego zboża. I wtedy władza się obudziła – po kilku miesiącach zaniedbań.

Jest jej psim obowiązkiem zadbanie o bezpieczeństwo, także ekonomiczne, wszystkich grup ludności w Polsce, w tym rolników. Z tej perspektywy patrząc, nie ma się co oburzać na embargo na ukraińskie zboże. Ale żal, że doprowadzono do sytuacji, w której bez embarga ani rusz, pozostaje. Gdyby Polska rzeczywiście była „silnym państwem”, nikt by u nas wielomiliardowych pokątnych interesów nie robił.

75 proc. budżetu Ukrainy idzie na prowadzenie wojny. Eksport produktów rolnych dawał przed wojną jedną czwartą wpływów budżetowych. Nie wiem, czy taka relacja utrzymała się do dziś, ale z pewnością zyski z eksportu współfinansują ukraiński wysiłek wojenny. Z tej perspektywy patrząc, są jedną ze zmiennych decydujących o być albo nie być Ukrainy. Dlatego dla władz w Kijowie pozostają tak ważne.

Ukraiński interes państwowy wszedł więc w kolizję z polskim. Co robią cywilizowani partnerzy w takiej sytuacji? Próbują się dogadać, a gdy im nie wychodzi – oddają sprawę pod zewnętrzny arbitraż. I tak też uczyniła Ukraina, składając stosowny wniosek do Światowej Organizacji Handlu.

Niezależnie od obiektywnych racji obu stron, spawa ma wymiar etyczny. Cierpimy na działaniach rosji i my, Polacy, i Ukraińcy – nie tylko tamtejsi rolnicy i branża produkcji rolnej. Tyle że my nasze straty liczymy w złotówkach, oni swoje w trupach i rannych. Nikomu, kto zamierza wypowiadać się w temacie kryzysu zbożowego, nie wolno o tym zapominać.

Prezydent Zełenski powiedział w Nowym Jorku: „alarmujące jest to, że (…) niektórzy z naszych przyjaciół w Europie grają naszą solidarnością w teatrze politycznym, robiąc ze sprawy zboża dreszczowiec. Wydaje się, że grają na siebie, a w rzeczywistości pomagają przygotować scenę dla aktora z Moskwy”. Czy to jest oskarżenie Polski o jawną współpracę z rosją? Nie, to smutna konstatacja, że na sprzecznych interesach Polski i Ukrainy zyskuje Moskwa. Bo zyskuje. Osłabiona ekonomicznie Ukraina, to Ukraina osłabiona militarnie – dalej chyba nie muszę ciągnąć tego rozumowania?

Wrócę jeszcze do wypowiedzi Zełenskiego, ale najpierw odpowiedzmy na pytanie, czy tę sprzeczność dałoby się znieść albo przynajmniej załagodzić. Tak – jeślibyśmy nie przespali (nasze władze i służby) kilku pierwszych miesięcy tego roku. Dziś tranzyt ukraińskiego zboża przez Polskę odbywa się bez większych zakłóceń (pamiętajmy, że embargo dotyczy sprzedaży), czyli da się to zorganizować bez szwindli. Polak mądry po szkodzie, a Ukrainiec cierpi…

Jest psim obowiązkiem Zełenskiego występować w obronie interesów własnych obywateli. Z tej perspektywy patrząc, można by uznać, że słowa, które padły w Nowym Jorku, były niepotrzebne. Bo jednak stwarzają one pretekst do złości, która może stać się udziałem wielu zwykłych Polaków. Kowalski nie musi być i nie jest biegły w sztuce retorycznej, nie dokona logicznej i semantycznej analizy słów ukraińskiego prezydenta. Uzna że „nas szkalujo” – w czym zresztą pomogą mu histeryczni komentatorzy. Co może i zapewne przełoży się na międzyludzkie relacje polsko-ukraińskie. Na percepcję miliona uchodźców, którzy nadal u nas przebywają. Zełenski nie zadbał o ich dobrostan, zafundował im konieczność mierzenia się z oskarżeniami o niewdzięczność – ukraińską niewdzięczność wobec Polaków i Polski. Ale najwyraźniej uznał, że to cena, jaką Ukraina może ponieść, wszak chodzi o coś więcej niż milion obywateli przebywających w Polsce.

Nie siedzę w głowie ukraińskiego prezydenta, ale uważnie obserwuję ukraińską politykę i mam świadomość kalkulacji, jakie jej towarzyszą. Nie są to wnioski miłe dla nas, co nie zmienia faktu, że realistyczne. Polska ma ograniczoną podmiotowość jeśli idzie o kwestie militarnego bezpieczeństwa. Wisimy w tym zakresie na USA i NATO. I tak długo jak Waszyngton będzie gotów wspierać Ukrainę, tak długo Polska będzie dla tego wysiłku zapleczem. Kładzenie się Rejtanem przez polityków czy publicystów niczego tu nie zmieni. Nie zatrzymamy transportów, nie zamkniemy portów i lotnisk, bo w reakcji otrzymamy kopa, który przetransferuje nas w szarą strefę bezpieczeństwa, de facto wepchnie w łapy Moskwy. Brutalne Realpolitik, pozwalające Kijowowi na hardość wobec Polski (która i tak sprowadza się do cywilizowanych metod prowadzenia sporu).

Ale ta hardość ma jeszcze inne, istotniejsze podłoże. Dostałem dziś list od Czytelnika, który pisze: „(…) po tym, co odwalił aktorzyna-sługa narodu, już nie interesuję się Ukrainą. Dziękuję Ci za każdy tekst. Jeden twój akapit dawał więcej wiedzy niż miesiąc urobku kołchozów typu Onet czy TVP. Mam nadzieję, że zobaczymy się w lepszych czasach. Żegnaj”. Szanuję rzecz jasna decyzję autora tych słów, lecz napawa mnie ona smutkiem, w którym jest coś więcej niż poczucie straty. Ta odmowa wiedzy, to nieinteresowanie się Ukrainą – które w klimacie ostatnich dni udzieli się pewnie wielu Polakom – nie sprawi, że Ukrainą przestanie się interesować rosja. Nie uchroni też nas przed rosyjskim zainteresowaniem. Zakrycie oczu nie znosi problemu. A rosja to także nasz problem.

Żenująca jest dyskusja o ukraińskiej wdzięczności/niewdzięczności. Wdzięczny to mogę być szwagrowi, że mnie kiedy złapał, gdy zatoczyłem się i mało nie runąłem w przepaść na Krywaniu. Wdzięczni Polakom – konkretnym osobom – mogą być Michajło z Natalią, że ich przygarnęli, gdy zaczęła się inwazja. Ale przecież są i będą. A wdzięczność państwa ukraińskiego? Wolne żarty. Koncept wdzięczności w relacjach międzynarodowych to piaskownica, dowód niedojrzałości. W relacjach państwo-państwo nie ma wdzięczności, są interesy. W interesie Polski jest rosja słaba, niezdolna do atakowania sąsiadów – bo my również jesteśmy jej sąsiadem, a wedle chorej rosyjskiej ideologii także należną strefą wpływu. Więc nie jest żadną łaską to, co nasz kraj robi dla Ukrainy. Wysyłka broni, status logistycznego hubu, instytucjonalne wsparcie dla obywateli Ukrainy – to wszystko mieści się w kategorii działań chroniących polski interes narodowy. Zabijanie rosjan w Ukrainie to lepszy scenariusz, niż zabijanie ich tutaj – i związana z tym koszmarna destrukcja.

Dziś chroni nas NATO, ale sojusze nie są wieczne. A rosyjska nienawiść do Polaków i Polski zapewne przetrwa dłużej. Od Ukrainy i Ukraińców w ogromnym stopniu zależy, co rosjanie z tą nienawiścią zrobią. Czy będą w stanie dać jej upust, wybierając się nad Wisłę.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. nawiązującym do pierwszej części tekstu lotnisko w Czkałowsku/fot. ukraiński wywiad wojskowy