Realia

Poprzestanę na diagnozie, nieznacznie zagłębiając się w szczegóły. Nieznacznie, bo nie zamierzam wychodzić z roli sygnalisty na ścieżkę dostarczyciela argumentów wygodnych dla (pro)rosyjskiej narracji.

Najpierw jednak istotne zastrzeżenie – byłem, jestem i będę zwolennikiem szerokiej pomocy wojskowej dla Ukrainy. O swoich motywach pisałem po wielokroć, poprzestanę więc na wskazaniu najważniejszego w kontekście tego tekstu – wsparcie dla Kijowa to, moim zdaniem, polska racja stanu, jeśli bowiem nie zatrzymamy rosji w Ukrainie, prędzej czy później jej armia spróbuje pójść dalej. Dziś by nie zdołała, jutro pewnie też nie, ale pojutrze (stosuję rzecz jasna umowne kryteria czasowe) nie da się tego wykluczyć. Dziś chroni nas NATO, jutro też, a co będzie potem? Sojusze mają to do siebie, że ich trwałość nie jest dana raz na zawsze. Musimy zatem stworzyć sytuację, w której rosjanie „na wejście” uznają, że atak na Polskę to szaleństwo, do czego wiodą w tej chwili trzy ścieżki – własne zbrojenia, „chuchanie i dmuchanie” na więzi sojusznicze (by jednak się nie rozpadły), oraz pomoc Ukrainie, żeby jak najbardziej, jak najtrwalej pogruchotała rosyjską armię.

Wiem, że jest w tej kalkulacji sporo cynizmu i przedmiotowego podejścia do Ukraińców. Na potrzeby tego wpisu odcinam się od emocjonalnych związków z Ukrainą i pozostaję na gruncie interesów mojego kraju; ostatecznie to one są najważniejsze.

Wojsko Polskie jest obecnie – na koniec stycznia 2023 roku – niczym armia po wojnie. Konflikcie o średniej intensywności, wystarczającej jednak, by móc powiedzieć o poważnym osłabieniu. Kondycja WP to suma kilku procesów, które – chciał pech – zbiegły się w czasie: wsparcia dla Ukrainy, polityki kadrowej ministerstwa obrony, zmian kulturowych przekładających się na stosunek Polaków do armii.

Zacznę od tych ostatnich. W armii coraz mniej się służy; wojsko stało się normalnym zakładem pracy, poddanym regułom rynkowej atrakcyjności. Jeśli suma profitów „nie zgadza się” z wysiłkiem włożonym w ich pozyskanie/utrzymanie – „do widzenia”, mówi jeden z drugim, przedwcześnie zdejmując mundur. Od 1 stycznia 2022 roku do końca stycznia br. ze służby odeszło ponad 13 tys. żołnierzy (ekwiwalent dywizji!) – trzy razy więcej niż wynosi średnia za taki okres z minionych lat. MON chwali się wzrostem stanów osobowych, twierdząc, że w 2015 roku służyło zaledwie 95 tys. wojskowych, a dziś ponad 160 tys., nie wspominając, że porównuje nieporównywalne (do 160 tys. wlicza na przykład żołnierzy WOT-u). Co więcej, odchodzi najbardziej doświadczony personel, którego zastąpienie to długoletni proces. Minister Mariusz Błaszczak ochoczo szafuje argumentem, że w najbliższych miesiącach pozyskamy tysiące żołnierzy dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej, tylko co ma taki „szwej” do wojskowego pilota z nalotem kilku tysięcy godzin i uprawnieniami instruktora?

Uziemienie wyższych rangą oficerów lotnictwa to jeden z elementów dziwacznej polityki kadrowej w WP. Do tego typowe dla całych sił zbrojnych awanse biernych, miernych, ale wiernych, w wojskach lądowych tworzenie kolejnego związku taktycznego, gdy nie skończył się jeszcze proces formowania 18. Dywizji, który i tak wydrenował kadry z innych jednostek; przykładów można by mnożyć, większość nie nadaje się na publiczną dyskusję.

Nie dość, że nie ma komu robić, to często nie ma czym. Przekazaliśmy Ukrainie większość naszych zapasów amunicji artyleryjskiej, pozbyliśmy się właściwie nowoczesnej artylerii samobieżnej. Wydaliśmy istotną część obrony przeciwlotniczej (w debacie publicznej jakoś nie odnotowano szczególnie mocno faktu, że do Polski przybyły trzy baterie Patriotów z Niemiec. Ów niemiecki rozmach to nie „gest”, a wynik oceny realnych potrzeb – w zakresie OPL jesteśmy w przysłowiowej dupie i dziś de facto bronią nas Amerykanie i Niemcy). Pozbyliśmy się ponad połowy sprawnych czołgów, których potencjał bojowy był „taki se”, lecz trzeba pamiętać, że wojsko musi się szkolić – choćby dla podtrzymania podstawowych nawyków. My tymczasem funkcjonujemy w realiach, w których przekazany sprzęt nie jest wymieniany w relacji 1:1 na nowy.

Ta wymiana nastąpi, ale będzie rozłożona w czasie. I kosztowna – bierzemy zachodni sprzęt, znacząco lepszy od (po)sowieckiego, ale ma to swoją cenę. I o ile świadomość wydatków jeszcze jakoś funkcjonuje w społecznym obiegu, niewielu zdaje sobie sprawę, w jak licznych obszarach delegowaliśmy obowiązki obronne państwa na sojuszników. To stan na kilka lat, który – z uwzględnieniem wymogu niejawności pewnych spraw – musi być przedmiotem publicznej dyskusji. W jej ramach władze winny zapewnić Polaków, że nic im nie grozi. Nie sloganami, że mamy wojsko „silne, zwarte i gotowe” – bo to kłamstwo – a podkreślaniem wagi, trwałości i skali sojuszniczego wsparcia. Inaczej otworzy się pole dla grającej na egzystencjalnych lękach Polaków prorosyjskiej narracji. Zwłaszcza tej zakamuflowanej, nie wspierającej rosji otwarcie, a pod płaszczykiem troski o „polskie sprawy”. Nie dalej jak wczoraj, w kontekście spekulacji na temat przekazania naszych F-16 Ukrainie, oglądaliśmy popis możliwości takich narratorów. „Rząd PiS chce dokonać kompletnego rozbrojenia Polski!”, alarmował jeden z drugim. „No to już szaleństwo”, napisała jedna z moich Czytelniczek, którą trudno podejrzewać o prorosyjskie sympatie.

– Czy Pana zdaniem, Polska przekaże w przyszłości samoloty F-16 Ukrainie? – spytał mnie dziś dziennikarz Interii.

– Nie chciałbym się bawić we wróżkę, zwłaszcza w odniesieniu do pomocy wojskowej dla Ukrainy, ponieważ mieliśmy już do czynienia z sytuacjami, w której postawy się zmieniały. Niewykluczone zatem, że w przyszłości dojdzie do jakieś symbolicznej partycypacji Polski. Podkreślę jeszcze raz, symbolicznej, ponieważ na więcej nas nie stać – odpowiedziałem.

Dlaczego tak? Mamy na papierze 48 maszyn. Ich sprawność utrzymuje się na poziomie 60-70 proc., a więc lata około 30 samolotów. Efy pełnią dyżury w Polsce, na Słowacji, nad krajami bałtyckimi. W eksploatacji jest mniej niż połowa MiG-ów-29, co nakłada na załogi F-16 konieczność obsługiwania ćwiczeń WP – wszędzie tam, gdzie realizowane są scenariusze współpracy wojsk lądowych z siłami powietrznymi. A zatem Jastrzębie to mocno eksploatowane konie robocze i każde uszczknięcie tego zasobu, nawet o kilka sztuk, wiązałoby się nie tylko z naruszeniem podstaw bezpieczeństwa Polski, lecz miałoby także wpływ na bezpieczeństwo sąsiadów.

„Więksi i silniejsi dostarczą swoich maszyn – wyręczą nas w obowiązkach i zrekompensują ubytki po przekazaniu naszych samolotów na wschód”, do takiego stwierdzenia sprowadza się argumentacja zwolenników opcji „polskie efy dla Ukrainy”. Co do zasady racjonalna, ale zarazem naiwnie ignorująca twarde uwarunkowania ekonomiczne i logistyczne. Nie istnieje „sklep z efami” (czy innym wojskowym sprzętem), gdzie na szybko i po dobrej cenie można sobie zamówić dowolną liczbę maszyn. Wspomniana jakość zachodniej broni, poza windowaniem ceny, sprawia, że jest jej relatywnie mało. A proces produkcyjny skomplikowany i długi. Tymczasem worek z pieniędzmi przeznaczonymi na pomoc dla Ukrainy nie jest bez dna. W przypadku Stanów Zjednoczonych – największego darczyńcy – mówimy o 45 mld dol. na bieżący rok fiskalny. Trudno powiedzieć, ile ta suma wyniesie w przyszłym roku, a decyzje w istotnej mierze zależą od postaw podatników i wyborców. Dowództwo ukraińskich sił powietrznych szacuje potrzeby na poziomie 200 maszyn klasy F-16. Taka pomoc „zeżarłaby” 20 mld dol. Same tylko efy z pakietem uzbrojenia wystarczającym na kilka misji. A gdzie reszta armii i jej potrzeby? Co z czołgami, które są co prawda dziesięć razy tańsze od samolotów, ale potrzeba ich trzy razy więcej? Co z artylerią, amunicją strzelecką, paliwem, wyposażeniem indywidualnym żołnierzy? Czy dałoby się te koszty przerzucić na pozostałych darczyńców? No nie – chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości. Skalę i warunki zachodniej pomocy dla Ukrainy wyznaczają Stany Zjednoczone. Ich możliwości.

O tym, że te ostatnie nie są z gumy, świadczy choćby przykład niedawno zatwierdzonej umowy na dostawę 116 Abramsów dla Wojska Polskiego. Będących rekompensatą za przekazane Ukrainie czołgi T-72. Przedmiot transakcji (z odpowiednim pakietem logistycznym), wyceniono na 1,4 mld dol., tylko 200 mln wyłożą Amerykanie, reszta pójdzie z naszych kieszeni. A to naprawdę okazyjny i preferencyjny zakup. Nie łudźmy się, że w przypadku samolotów byłoby inaczej. Lockheed Martin (producent efów) chętnie by nam powetował ubytki powstałe po wysłaniu myśliwców do Ukrainy. Rząd USA pewnie by się do tego interesu dorzucił z jakimś wkładem własnym. Ale nikt nam najnowszych F-16, w zamian za nasze nieco już starszawe, nie sprezentuje. Sprzeda, owszem, tylko czy nas na to stać? W obliczu innych wyzwań, przed jakimi stoi wojsko – nie.

W kwestii pomocy doszliśmy już niemal do ściany. Coś tam jeszcze z posowieckiego lamusa można przekazać – więc przekażmy. Dorzućmy produkowaną na bieżąco „drobnicę” (jak choćby broń strzelecką). Są pomysły, by rozbudować u nas zaplecze produkcyjno-remontowe, działające na rzecz armii ukraińskiej – idźmy w to, przy założeniu, że będzie to sojuszniczy wysiłek. Mało? Rola Polski jako hubu logistycznego tej wojny i tak pozostaje kluczowa – bez naszych portów, lotnisk, linii kolejowych, dróg i poligonów trudno wyobrazić sobie proces dostarczania pomocy (nie tylko materialnej).

Oczywiście, Ukraina powinna dostać F-16 – i to jak najszybciej. I zapewne dostanie, mimo iż Waszyngton na razie mówi „nie” (znamy już ten schemat: nie, raczej nie, być może, raczej tak, tak). Lecz nie będą to samoloty najnowsze czy nawet względnie nowe (jak nasze). Na ukraińskim niebie zobaczymy coś, co będzie kompromisem między wymogami pola walki (koniecznością narzucenia rosjanom jakościowej przewagi), a możliwościami budżetu międzynarodowego projektu o nazwie „wsparcie dla Ukrainy”. Kompromisem, bo samoloty są strasznie drogie.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. F-16 Sił Powietrznych RP podczas misji air policing nad krajami bałtyckimi/fot. Bartek Bera.

Wolty

Gdyby 35 lat temu ktoś mi powiedział, że amerykańskie czołgi będą wozami sojuszników – kazałbym mu puknąć się w czoło. Rok później runął berliński mur i blok wschodni zaczął się sypać.

Gdyby 25 lat temu ktoś mi powiedział, że niebawem Wojsko Polskie będzie używać zachodnich czołgów – machnąłbym ręką. „A skąd i za co?”. Cztery lata później pierwsze niemieckie Leopardy dostały nasze oznaczenia.

Gdyby 10 lat temu ktoś mi powiedział, że amerykańskie czołgi trafią na stałe do Polski – „marzenia”, rzekłbym z przekonaniem. „Żaden natowski ciężki sprzęt nie będzie tu rozlokowany inaczej niż w ramach ćwiczeń”. Minęły trzy lata i przywędrował do nas komponent ciężkiej brygady US Army.

Gdyby 5 lat temu ktoś mi powiedział, że Abramsy wejdą do uzbrojenia naszej armii – uznałbym to za dobry żart. „Przecież nas nie stać na taki czołg”. Od kilku miesięcy nasi czołgiści szkolą się na Abramsach, a lada moment przypłyną pierwsze własne wozy.

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że Abramsy i Leopardy trafią do Ukrainy w ramach pomocy wojskowej – zalałaby mnie złość. „Nie kpij, k…, z tak poważnej sprawy!”, wysyczałbym, mocno wówczas zaniepokojony paskudnymi widokami na przyszłość Ukrainy.

Dziś wiemy już, że oba typy czołgów – projektowane z myślą o paleniu armii radzieckiej i jej sojuszników (a więc i nas) – wkrótce wejdą na stan ZSU. Wojska wprost wywodzącego się z rzeczonej armii sowieckiej. By ładować w jej pogrobowców z tak zwanej armii rosyjskiej.

Jedno życie, tyle wolt…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Mój prywatny Abrams.

Ekosystemy

Na szybko, dziś bowiem piszę „do papieru”, a popołudniu mam spotkanie autorskie. Postaram się rozwinąć temat przy innej okazji.

Idzie o czołgi; pytacie, czy leopardy, a najpewniej i abramsy, zmienią sytuację na froncie? Kilkadziesiąt sztuk z pewnością nie. Taka liczba pozwoli co najwyżej na lokalne sukcesy (których wymiar propagandowy może być znacznie większy – lecz to już nieco inna kwestia). Sto czy dwieście sztuk to istotne wzmocnienie. Z takim komponentem można poprowadzić operację ofensywną o wymiarze regionalnym (coś jak wrześniowy kontratak w charkowszczyźnie), przy bardzo dużej dozie szczęścia skutkującą kaskadowym posypaniem się rosyjskiego frontu. Dopiero 400-500 czołgów klasy leopard czy abrams pozwoli Ukraińcom na zadanie siłom inwazyjnym śmiertelnego ciosu. Przy czym 400-500 w linii, co oznacza znacznie większe dostawy, sprzęt się bowiem zużywa, zostaje zniszczony, trapią go usterki.

No i jest jeszcze jedno zasadnicze „ale”.

Najeźdźcy, mimo ogromnych wojennych doświadczeń, nie bardzo radzą sobie z zagadnieniem współpracy różnych rodzajów wojsk. Powody tego imposybilizmu są różnorakie, od kulturowych, po technologiczne – to kwestia na odrębny, solidny tekst. Na tym etapie poprzestańmy na diagnozie, wskazując konkretne objawy. O ile rosyjska artyleria potrafi działać w sposób w miarę skoordynowany z piechotą (zmechanizowaną), o tyle kompletnie leży u ruskich zgrywanie działań lądowych i lotniczych. Rosyjskiego lotnictwa frontowego w zasadzie nie ma, i to od początku inwazji. Rosyjscy piechurzy nie mogą spoglądać w górę z przekonaniem, że „lotcziki” wywalczyły dla nich „bezpieczne niebo”. Kolejne szturmy nie są poprzedzane precyzyjnymi uderzeniami samolotów i śmigłowców – ataki zza linii frontu, strzelanymi na oślep rakietami, lecącymi następnie torem balistycznym, to z perspektywy lotniczej taktyki „śmiech na sali”. Dużo huku, mało efektów.

Równie nieefektywne są rosyjskie wojska pancerne – nawet najlepszy czołg, pozbawiony osłony, staje się łatwym celem. Zdawać by się mogło, że po doświadczeniach z pierwszych tygodni wojny – kiedy Ukraińcy urządzali sobie spektakularne polowania na wrogie tanki – rosjanie musieli pójść po rozum do głowy. Jedni poszli, inni nie – na linii frontu (tam, gdzie działania nie mają statycznego charakteru), nadal raczej standardem niż wyjątkiem są czołgi operujące przy niedostatecznym wsparciu wozów bojowych i piechoty. A to przepis na przyśpieszone wytracanie potencjału.

Koordynacja działań, uzyskanie maksymalnego efektu synergii („odpowiedniego jebnięcia”, jak mówi się w potocznym wojskowym języku), to podstawa zachodniej sztuki wojennej. Tak szkoli się ludzi, tak projektuje i wykorzystuje broń. Tworzenie wojennych ekosystemów to proces o wzrastającej efektywności. Niegdyś ułomne, bo oparte o zawodną łączność radiową, dziś – za sprawą satelitów, internetu – funkcjonują w realiach sieciocentryczności, bieżącej wymiany danych między poszczególnymi komponentami, do pojedynczego wozu włącznie. Tak buduje się wysoką świadomość sytuacyjną, która w połączeniu z jakością wykonania broni, jej precyzją oraz odpowiednią kulturą techniczną użytkowników, daje zachodnim armiom przewagę nad wszystkim, co na tej planecie nosi mundur.

Pojedynczy leopard czy abrams zniszczy kilka rosyjskich czołgów nim sam padnie ich ofiarą. Lepsza armata, amunicja i pancerz „zrobią robotę”. Ale większą robotę zrobią leopardy w towarzystwie marderów, abramsy w parze z bradleyami. Operujące w terenie przygotowanym wcześniej przez dalekonośną artylerię – lufową (na przykład kraby), czy rakietową (himarsy). Spreparowanym także przez lotnictwo i jego precyzyjne uderzenia w stanowiące zagrożenie cele. Wielozadaniowy F-16 byłyby jak znalazł na takie okoliczności. Pospinane to wszystko w sieć, wymieniające dane w czasie rzeczywistym, stałoby się ukraińskim game changerem.

Nie fetyszyzujmy czołgów, bo choć bardzo ważne, stanowią zaledwie część ekosystemu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Centrum Bachmutu. Dostawy amerykańskiego sprzętu, uruchomione jeszcze w 2015 roku, początkowo obejmowały lekki sprzęt, w tym terenowe wozy. Dziś jesteśmy na zupełnie innym etapie…/fot. Marcin Ogdowski

Wyobrażenia

„Proszę, nawet świąt nie są w stanie uszanować…”, pisze z dezaprobatą prorosyjski aktywista medialny, komentując ukraińskie „nie” na putinowską propozycję zawieszenia broni. Dziś prawosławna wigilia, car nakazał więc poddanym, by do jutra nie strzelali, oczekując tego samego od Ukraińców. Ludzki pan… Ten sam, który w Nowy Rok – także istotne święto na wschodzie – kazał swoim bandytom w mundurach napieprzać dronami kamikadze w ukraińskie miasta. A to przecież jedynie szczątkowy dowód hipokryzji moskiewskiego watażki – szerzej spoglądając, za nic miał on świętość ukraińskiej ziemi i ukraińskiego prawa do samostanowienia. Wjechał niczym rabuś do cudzego mieszkania, chcąc je nie tyle okraść, co zagarnąć. Zajął jeden pokój, drugi tylko na chwilę, bo dostał w ryj – raz, drugi, trzeci. Siedzi więc teraz poobijany i prosi o chwilę przerwy, bo w radio nadają mszę.

– Myślę, że władimir putin stara się nabrać tlenu – skomentował Joe Biden.

– To pułapka – stwierdził Wołodymyr Zełenski.

Pozostając na gruncie kryminalnej analogii – rabuś nie tylko chce odetchnąć, ale i postawić w złym świetle napadniętego, jako tego, który nawet „święty sygnał” ma za nic; oto istota pułapki. Szytej grubymi nićmi – uznałem wczoraj. Bo jakim idiotą trzeba być, by dać się na to nabrać? A jednak ruskie – i ich rodzimi zwolennicy – próbują nas nabierać. Biorąc na cel naiwność tych, którym bliska jest idea sacrum. Z miernym skutkiem, sądząc po tym, jak nieliczne w naszej infosferze są głosy wsparcia dla stwierdzeń, jak to zacytowane na wstępie. Co stanowi kolejny dowód na słabnący wpływ rosyjskiej propagandy, która przez lata, skutecznie, truła w głowach Polakom i reszcie Zachodu. Ta propaganda działała, gdy można było stwarzać wrażenie, że rosja jest czym innym niż jest w istocie. Opowiastki o konserwatywnym, szanującym „tradycyjne wartości” kraju brzmią dziś wyjątkowo fałszywie, gdy rosja kojarzy nam się z Buczą. Ilustrujące ten wpis zdjęcie Ławy Świętogórskiej – w maju 2022 roku zbombardowanej przez najeźdźców – w pełni obnaża rzeczywiste oblicze moskiewskiego chanatu.

„Z kontrrewolucją się nie rozmawia. Do kontrrewolucji się strzela”, miał powiedzieć Zenon Kliszko, bliski współpracownik Gomułki, na wieść o rozruchach na Wybrzeżu w 1970 roku. Paskudny czas, podli ludzie, tym niemniej cytat jak znalazł w odniesieniu do „propozycji” putina. Z rabusiami się nie rozmawia, zwłaszcza gdy zabijają napadniętych domowników.

– Rosja musi opuścić okupowane terytoria – tylko wtedy będzie miała „tymczasowy rozejm” – odpowiedział Kremlowi doradca prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak. Co w zasadzie zamyka temat, bo cóż więcej można dodać?

—–

Pozostańmy jednak na gruncie mylnych wyobrażeń. Zainspirowany wpisem znajomego – który w oparciu o dane z SIPRI (Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem w Sztokholmie) przedstawił listę największych darczyńców Ukrainy – chciałbym poświęcić nieco uwagi Francji. Otóż Francja – z jej 219 mln dol. pomocy wojskowej – wypada bardzo blado w zestawieniu z Polską czy Wielką Brytanią, ba, nawet Niemcami. Wartość wsparcia to zaledwie 0,4 proc. budżetu obronnego Paryża za 2021 r. W przypadku Polski jest to aż 16 proc., Wielkiej Brytanii 5 proc., Niemiec, uwaga, 7 proc. Nominalnie największe transfery sprzętu i amunicji – amerykańskie – do listopada zamknięte kwotą ponad 18 mld dol., to nieco ponad 2 proc. budżetu Pentagonu za 2021 r. Ale…

Ale Francuzi mało się chwalą – czy jak kto woli „oficjalnie raportują” – a dużo więcej robią. Wsparcie militarne Paryża dla Kijowa – szacowane w oparciu o to, co i w jakiej ilości widać na froncie – jest bez wątpienia wielokrotnie wyższe (spotkałem się z szacunkiem mówiącym o 3 mld euro, ale nie potrafię go zweryfikować). Francuski wkład jest trudno policzalny także z innego powodu – istotną jego część stanowi wsparcie wywiadowcze dla Ukrainy (wszyscy wiemy o amerykańskim, które jest gigantyczne, zapominając o technologicznych możliwościach Francji). No i to Francuzi dają asumpt do wysyłki cięższego sprzętu – tak było wiosną zeszłego roku, gdy posłali Caesary, tak jest i teraz, gdy zapowiedzieli dostawy wozów bojowych AMX (o czym szerzej za chwilę). Ponadto to Francja utrzymuje w Ukrainie – jako jedyny kraj NATO – uzbrojony kontyngent wojskowi. Mam na myśli żandarmów (nie takich zwykłych jakby co…), którzy współtworzą ochronę prezydenta Zełenskiego.

Nie bez znaczenia jest fakt – w Polsce po wielokroć wypaczany – że Pałac Elizejski zachowuje aktywne kanały komunikacji z Moskwą. O tym, jak bardzo są one teraz przydatne, wiemy niespecjalnie dużo (a bez nich, dla przykładu, nie udałoby się utrzymać w bieżącym ruchu procesu wymiany jeńców), doświadczenie historyczne i wyobraźnia każą antycypować ich niezbędność, gdy rozpocznie się proces pokojowy.

Nim damy się zwieść „żabojadosceptycznej” narracji, zwróćmy uwagę, jak częste są kontakty dyplomatyczne na linii Kijów-Paryż (na najwyższym szczeblu). Dla przyjemności porozmawiania o kulturze nikt tego nie robi. Co podkreślam, bo owe mylne wyobrażenia na temat Francji często służą w Polsce jako lek na nasze kompleksy. „Dajemy więcej!”, co rusz pokrzykuje jeden z drugim. No i? Polska ma w tej wojnie gigantyczne znaczenie – nie tyle jako dostarczyciel uzbrojenia, co hub logistyczny. Realizujemy to zadanie niemal perfekcyjnie i tego się trzymajmy.

Co zaś się tyczy tej pierwszej roli – wkład Polski – i innych krajów dawnego bloku wschodniego – będzie się już tylko zmniejszał. Posowiecka broń jest „na wykończeniu”, co można było, w większości zostało przekazane bądź zostanie przekazane wkrótce. Strumień nowoczesnych systemów nie będzie zaś tak szeroki (nie te przemysły, nie ten know-how, nie te możliwości finansowe). Teraz czas na broń zachodnią – i to w reżimie: więcej, cięższej, szybciej.

—–

Obiecane przez prezydenta Macrona AMX-y to nie są czołgi („czołgi na kołach”, jak to piszą niektórzy dziennikarze). Owszem, mają 105-milimetrową armatę, ale strzelają amunicją o gorszych parametrach niż ich gąsienicowi „więksi bracia”. Nade wszystko jednak – nie ten pancerz. Za to mobilność i „lekkość” – w połączeniu z taką lufą – czynią z AMX-ów bardzo niebezpieczną broń dla wszystkiego poniżej czołgów.

Czołgami nie są też obiecane wczoraj niemieckie Mardery i amerykańskie Bradleye – to gąsienicowe bojowe wozy piechoty, służące do podrzucania wojska w rejon walk i zapewniania mu osłony w starciu z piechotą i artylerią przeciwnika. Do walki z czołgami się nie nadają (co nie znaczy, że nie mogą ich niszczyć); chciałbym, by to jednoznacznie wybrzmiało, obserwuję bowiem ponadnormatywny entuzjazm wynikły z faktu, że „wreszcie idzie ciężki sprzęt”. Idzie – czy raczej pójdzie, bo to kwestia tygodni – ale nie najcięższy. Jest też kwestia ilości – nie wiadomo, ile będzie AMX-ów, zapewne kilkadziesiąt sztuk, Niemcy zadeklarowały 40 Marderów, Amerykanie 50 Bradleyów. To sporo, a zarazem kropla w morzu potrzeb. Jest oczywistym, że pojawią się kolejne dostawy, i o ile francuski i niemiecki rezerwuar imponujący nie jest, Amerykanie mają setki, jeśli nie tysiące Bradleyów na zbyciu (w sumie wyprodukowano ich niemal 7 tys.). A 400 czy 500 sztuk już różnicę zrobi, solidnie mieszając na froncie.

Lecz i tak bez czołgów ani rusz.

Ukraina wciąż dysponuje znaczącym parkiem maszynowym sowieckiej proweniencji, ale w obliczu rosyjskiej przewagi ilościowej potrzebuje zachodnich czołgów. Te bowiem są po prostu lepsze.

„Taa, lepsze…”, czytałem niedawno u fana rosyjskiej myśli technicznej. „A niby skąd to wiemy?”. Pytanie niegłupie, bo jak dotąd Amerykanie, Brytyjczycy czy Niemcy z rosjanami się nie zwarli; nie przetestowali swoich tanków w starciu między sobą. Abramsy czy Challengery walczyły z T-72 w Iraku, gdzie amerykańscy i brytyjscy czołgiści zafundowali arabskim załogom piekło na ziemi. To głównie stąd bierze się przekonanie o absolutnej dominacji zachodniej broni pancernej, a przecież „Irakijczycy to nie rosjanie”; „nie ta kultura techniczna, nie to wyszkolenie, nie ta dyscyplina, taktyka itp., itd.”. Czyżby? – zapytam zupełnie serio, mając w głowie dziesiątki przykładów „nieogaru” rosyjskich pancerniaków.

Challengery byłyby dla nich niczym dopust boży, tymczasem Brytyjczycy już oficjalnie mówią – ustami ministra spraw zagranicznych Jamesa Cleverleya – o możliwości wysłania do Ukrainy własnych czołgów. Gdy kilka tygodni temu w podobnym tonie wypowiadali się Amerykanie – na temat Bradleyów – towarzyszył temu powszechny sceptycyzm. Ja jednak nie zamierzam iść śladem analityków, którzy twierdzą, że zachodnich czołgów Ukraina nie dostanie. Dostanie – idę o zakład, że wiosną pojawią się na froncie.

—–

„Zachód coś wie”, martwią się Czytelnicy. „Bo skąd ten nagły wysyp zapowiedzi wysyłki ciężkiego sprzętu?”. No jasne, że wie – ale za tym nie kryją się żadne apokaliptyczne scenariusze. Wbrew złowieszczeniu niektórych analityków, nie należy spodziewać się potężnego uderzenia, które miałoby na celu zajęcie całej wschodniej Ukrainy – aż po Dniepr. Oczywiście, rosjanie bardzo by chcieli, ale chcieć, a móc, to dwie różne sprawy. Armii rosyjskiej nie stać obecnie na tak rozległą operację. Wymagałaby ona dodatkowego pół miliona żołnierzy, mających wszystkiego „po korek” (czołgów, dział, samolotów, śmigłowców, indywidualnego wyposażenia itd.), działających w oparciu o wydolne zaplecze logistyczne. Skąd to wszystko wziąć?

Pozwólcie, że zepnę klamrą kwestię mylnych wyobrażeń. Sukces jesiennej mobilizacji nie przesądza o możliwościach rosji. Z 300 tys. rezerwistów, 100 tys. posłano na front – połowa z nich już nie żyje bądź została ranna.

Już wiele tygodni temu dramatycznie spadła liczba niszczonych przez Ukraińców rosyjskich czołgów, co nastąpiło przy rosnącym potencjale ukraińskiej armii. Czyżby rosjanie nauczyli się unikać strat? W pewnym zakresie owszem, lecz zasadniczo odpowiedź na pytanie kryje się w czołgowej absencji. Ukraińcy nie niszczą już tyle, bo nie ma tylu celów. Z rozmów z ukraińskimi wojskowymi, jakie przeprowadziłem jeszcze w grudniu, wynika, że liczba rosyjskich czołgów „na teatrze” spadła o 70 proc. w porównaniu ze stanem z lutego 2022 roku.

Liczba operacji lotniczych to raptem jedna piąta tego, z czym mieliśmy do czynienia w marcu.

Wyposażenie indywidualne rezerwistów woła o pomstę do nieba.

Przykładów można by mnożyć, większość nie stanowi wiedzy tajemnej (łatwo takie informacje posiąść). A i tak nie brakuje opinii, że dopiero teraz „armia rosyjska nam wszystkim pokaże”. Dwa dni temu przeczytałem, że piszę bzdury na temat możliwości dalszego wyposażania wojsk rosyjskich w czołgi. I zostałem odesłany do analizy, z której wynika, że rosja może produkować setki maszyn, a dziesięć tysięcy tylko czeka na rozkonserwowanie. Tak, w jednym miejscu, zobaczyłem to, co można przeczytać w Wikipedii, w materiałach RIA Nowosti i Iar Tass oraz w radzieckich i rosyjskich opracowaniach poświęconych temu, jak powinno się/należy prowadzić wojnę. Cóż, wolę własne źródła i własny osąd sytuacji.

One wiodą mnie do konkluzji, że rosjanie znów uderzą (gdzie i kiedy – pisałem kilka dni temu), ale nie będzie to nokautujący atak – ani realnie, ani w zamyśle. Ukraińską armię czekają ciężkie boje, straci wielu ludzi, ale da sobie radę, w czym pomóc mają zapowiadane dostawy. I kolejne.

A gdy na arenie pojawi się najcięższy zachodni sprzęt i samoloty, będzie pozamiatane.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Sierhij Michalczuk, za Ukraine.ua

Żelazna

Pisowskich osiągnięć w zakresie obronności nie da się odmalować wyłącznie w czarno-białych barwach. Bo z jednej strony – jeszcze za pierwszego PiS-u (2005-07) – rozwiązano wojskowe służby specjalne i podjęto dyletanckie próby zbudowania ich od nowa. Efekt? Rodzime spec-służby pracujące na rzecz armii nadal, mimo upływu 15 lat, „cieszą się” opinią jednych z najgorszych w NATO. Z kolei za drugiego PiS-u doszło w wojsku do rozległej czystki kadrowej, zaś modernizację techniczną wstrzymano na trzy lata. Te wydarzenia łączy osoba Antoniego Macierewicza, wpływowego polityka rządzącej partii, delegowanego przez Jarosława Kaczyńskiego do Ministerstwa Obrony Narodowej.

Ale też w czasie pierwszej kadencji PiS stworzono Wojska Specjalne jako oddzielny rodzaj sił zbrojnych. Stało się to tuż przed wyborami z 2007 r., lecz później patronem procesu formowania pozostał ówczesny prezydent RP Lech Kaczyński. Dziś „specjalsi” to wizytówka polskiej armii, na co wpływ ma także ich organizacyjna niezależność. Pięć lat temu powołano do życia Wojska Obrony Terytorialnej. I choć WOT ma niemałe problemy z rekrutacją, pozytywnie zakorzenił się w świadomości Polaków, tracąc po drodze łatkę „partyjnej bojówki PiS”. Pomogła pandemia i zaangażowanie mundurowych w działania kryzysowe podjęte przez państwo.

Z trzeciej strony, tajemnicą poliszynela jest, że kondycja Wojsk Specjalnych wynika w dużej mierze z parasola ochronnego, jaki rozpostarli nad formacją Amerykanie. I że to USA wymusiły rezygnację Macierewicza z funkcji ministra obrony na początku 2018 r., gdy uznano, że skala destrukcji Wojska Polskiego zagraża całemu Sojuszowi. Mamy zatem coś na wzór popularnej gry w dobrego i złego glinę, z działającym za kulisami szefem, posiadającym prawo do ostatniego słowa. Czy taki wzór zachowań odnajdziemy również w ostatnim wielkim projekcie organizacyjnym PiS w dziedzinie obronności? Jakie inne wnioski można wyciągnąć z trwającego od czterech lat procesu formowania 18. Dywizji Zmechanizowanej?

Niechciane dziedzictwo

Po 24 lutego br. nie ma już wątpliwości, że decyzja o powołaniu 18. DZ była właściwym krokiem. Agresja na Ukrainę zburzyła przekonanie o Rosji jako przewidywalnym partnerze. Tymczasem po 2011 r. – kiedy to zlikwidowano 1. Warszawską Dywizję Zmechanizowaną – na wschód od Wisły stacjonowała tylko jedna 16. Pomorska DZ. Tytułem wyjaśnienia – dywizja to kilkunastotysięczny związek taktyczny, dzięki zróżnicowanemu uzbrojeniu zdolny do samodzielnych działań na dużym obszarze. W 2018 r. Wojska Lądowe dysponowały trzema dywizjami (11., 12. i 16.), oczywistym wydawał się pomysł, że powrót do czterodywizyjnej struktury nastąpi poprzez odtworzenie 1.WDZ. Zwłaszcza że nie wszystkie jej jednostki zlikwidowano, a trzonem nowej miała być brygada pancerna z Wesołej, przez dekady wchodząca w skład słynnej „jedynki”. Tu jednak dała o sobie znać polityka historyczna PiS – 1.WDZ wywodziła się ze sformowanej nad Oką w ZSRR 1. Dywizji Piechoty. Była więc „komusza”, w przeciwieństwie do 18. DP przedwojennego WP, mającej hallerowski rodowód i chwalebny szlak bojowy w wojnie z bolszewikami i w kampanii wrześniowej. Tak wybrano numer „18” oraz przydomek „żelazna” noszony przez dawną 18. DP.

Proces formowania wystartował we wrześniu 2018 r., a na dowódcę „osiemnastki” wyznaczono gen. Jarosława Gromadzińskiego. Nieznany szerzej oficer szybko stał się pupilem rządowych i prawicowych mediów, co w połączeniu z urzędowym optymizmem rodziło obawy o kompetencje generała, jak i samą ideę budowy dywizji. Długo wydawało się, że to „pic na wodę”. „Przenosimy aktywa z jednej przegródki do drugiej”, pisano w branżowej prasie, odnosząc się do faktu, że połowa 18. DZ istniała przed jej powołaniem (poza wspomnianą 1. Warszawską Brygadą Pancerną, chodzi również o 21. Brygadę Strzelców Podhalańskich). „Nie powstanie nic nowego oprócz sztabu”, krytykowano, zaznaczając, że to sposób na szybki medialny sukces. „Miała być dywizja i jest dywizja”, puentowano płytkie zwykle medialne analizy. Gromadziński tymczasem ujawnił się jako bardzo sprawny dowódca-organizator. Budowa „żelaznej” wymagała sformowania sztabu dywizji, trzech pułków (artylerii, przeciwlotniczego, logistycznego), jednej brygady (zmechanizowanej) oraz batalionu rozpoznawczego. Po czterech latach wszystkie jednostki już istnieją, dowództwo dywizji zaliczyło w zeszłym roku certyfikację (takie wojskowe dopuszczenie do ruchu), niebawem ruszy certyfikacja sztabów 19. Brygady Zmechanizowanej i 18. Pułku Logistycznego.

Poczyniono szereg inwestycji infrastrukturalnych, czego najbardziej spektakularnym przykładem jest parking czołgowy w Wesołej. Oddanych obiektów miało być więcej, ale na przeszkodzie stanęły problemy natury prawno-organizacyjnej (pozyskanie terenów i wykonawców budów), niezależne od dowództwa dywizji. Obiektywny charakter mają też kłopoty związane z dostawami sprzętu. Przykładem ślimacząca się modernizacja czołgów Leopard 2, za co winę ponosi przemysł. Z kolei w ostatnich miesiącach część uzbrojenia będącego na wyposażeniu 18. DZ – i nowego, które pierwotnie miało do niej trafić – wysyłana jest do Ukrainy w ramach pomocy wojskowej.

Wyspowa nowoczesność

Na wschód pojechały m.in. nowoczesne samobieżne armato-haubice Krab i stareńkie (nieco „odświeżone”) czołgi T-72. „Dywizja wraca do postaci z pierwotnych założeń”, śmieją się wojskowi. Latem 2018 r. zapowiadano, że „osiemnasta” pozostanie lekkim związkiem taktycznym, szybko jednak pożegnano się z tą koncepcją, tworząc zręby dla dywizji ciężkiej, z dużą liczbą czołgów i wozów bojowych. Zmechanizowanej z nazwy, de facto – po zakończeniu dostaw amerykańskich czołgów Abrams – pancernej. Zdaje się, że jest to z jednej strony wyraz ambicji pisowskich polityków odpowiedzialnych za wojsko (głównie Mariusza Błaszczaka), przekładalnych na korzyści polityczne, z drugiej, realizacja oczekiwań Amerykanów, którzy chcieliby mieć na tzw. wschodniej flance sojuszniczą dywizję możliwie najbardziej interoperacyjną z ich wojskiem. Lekkie, w zamyśle pisowców, niech pozostaną wojska terytorialne, 18. DZ ma się stać „najsilniejszą dywizją w Europie”. Stąd abramsy – także te dodatkowe 116 sztuk, które trafi do Polski w miejsce wysłanych Ukraińcom tanków – stąd np. wozy typu MRAP (o zwiększonej odporności na miny), właśnie przekazywane jednostkom „żelaznej”.

To do „osiemnastej” trafią jeszcze w tym roku wyrzutnie rakietowe ziemia-ziemia typu Himars. O ich wyjątkowej skuteczności przekonują się Ukraińcy i Rosjanie – pierwsi jako użytkownicy, drudzy jako cele ataków. Na liście planowanych dostaw znajdują się też kolejne Kraby, bojowe wozy piechoty Borsuk, transportery opancerzone Rosomak z bezzałogową wieżą ZSSW-30, kilka rodzajów dronów, zestawy rakietowe obrony przeciwlotniczej Narew (krótkiego zasięgu) i Wisła (średniego zasięgu – w tym przypadku chodzi o słynne Patrioty). A do tego mnóstwo wojskowej „drobnicy”, takiej jak naramienne wyrzutnie Piorun, będące postrachem rosyjskich pilotów w Ukrainie. To plany (uczciwie trzeba przyznać, że z dobrymi widokami na realizację) – na razie bowiem „żelazna” jest jak niemal całe wojsko „wyspowo nowoczesna”.

Tyle że te wyspy są rozleglejsze niż w innych dywizjach. Co tak jak inny atut „osiemnastej” – kadry – zdradza smutną prawdę o realiach Wojska Polskiego. „Pięścią” 18. DZ są obecnie niemieckie Leopardy 2 z 1. Warszawskiej Brygady Pancernej, po modernizacji do standardu 2PL znacząco lepsze od wszystkich rosyjskich czołgów. Co mogłoby tylko cieszyć, gdyby nie fakt, że „leosie” zabrano wcześniej z 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej, stacjonującej na zachodzie Polski. Leopardy eksploatowano w „jedenastej” przez kilkanaście lat (pierwsza partia trafiła tam w 2002 r.), dywizja miała zatem doświadczone załogi i rozbudowane zaplecze techniczno-szkoleniowe. W Wesołej nie było nic, a czołgi przez kilka lat parkowano „pod chmurką”. Po prawdzie, forsowana przez PiS po 2015 r. koncepcja wzmocnienia wschodniej ściany kosztem zachodniej, nie była politycznym awanturnictwem, a ideę wspierało wielu najwyższych rangą wojskowych. Rzecz w tym, że problem rozwiązano na rympał. Zabrane pancerniakom z „jedenastej” czołgi trafiły pod Warszawę, używane dotąd w brygadzie z Wesołej PT-91 Twardy posłano na Warmię i Mazury, by zastąpiły najgorsze w całej puli poradzieckie T-72. Zajechane „siedem-dwójki” z północno-wschodniej Polski powędrowały z kolei do kawalerzystów w Lubuskiem, dotąd jeżdżących leopardami. Koło się zamknęło, dla pancerniaków z 11. DKPanc. podwójnie i z wyjątkowo smutnym finałem – oto bowiem znów musieli wsiąść do T-72, które w międzyczasie wcale nie odmłodniały. „Jedenastą”, niegdyś najsilniejszą dywizję pancerną w Europie, zdegradowano do roli lamusa, 1. WBPanc. zaczęła żmudną drogę do budowy zdolności bojowych na nowym sprzęcie. Szczęśliwie po drodze nikomu nie przyszło do głowy wykorzystywać osłabienia WP.

Ta historia zresztą okazuje się nie mieć jeszcze końca. Napięte relacje z Niemcami i presja Amerykanów sprawiły, że nie kupimy kolejnych leopardów. Na scenę wkroczył Abrams i to on ma stać się jedynym typem czołgu używanym przez jednostki 18. DZ. „Leosie” zatem – nim ostatecznie znikną z arsenału Wojska Polskiego – najpewniej wrócą do 11. DKPanc. Koreańskie czołgi K2, zamówione obok abramsów, przeznaczone będą dla 16. Dywizji. Zapowiedział to niedawno minister Błaszczak, po podpisaniu umów wykonawczych z Koreańczykami (przewidujących pierwsze dostawy już w tym roku). Na marginesie warto zauważyć, że klaruje nam się obraz Wojsk Lądowych jak z branżowego dowcipu. Biorąc pod uwagę wiodącą broń, 18. DZ będzie dywizją „amerykańską”, 16. DZ „koreańską”, a 11. DKPanc. na powrót stanie się „niemiecka”. W tym żarcie wyraźnych barw dla 12. DZ nie przewidziano.

Demografii nie oszukasz

Wracając zaś do sedna – „recykling” i „kanibalizacja” nie dotyczą tylko sprzętu, ale i ludzi. Szczegółowe dane o przepływach kadrowych są niejawne, ale wystarczy prześledzić ścieżki karier oficerów średniego i wyższego szczebla 18. DZ, by stało się jasne, że w istotnej mierze „posila się” ona ludźmi z innych jednostek. Obietnice szybszych awansów, nowe wyzwania czy choćby kalkulacja, że w dywizji będącej oczkiem w głowie władzy służba może być bardziej intratna, robią swoje. Identyczny proces drenażu kadr obserwowaliśmy, gdy ruszał projekt pt. WOT. Nie wypada zżymać się na decyzje poszczególnych wojskowych, warto jednak mieć świadomość skutków takich wyborów. Znów nie zdradzę żadnej tajemnicy, pisząc, że poziom ukompletowania wielu jednostek WP nie należy do wysokich. Nawet w brygadach oddawanych do dyspozycji NATO/UE, posyłanych na międzynarodowe misje, istnieje sporo wakatów. Ba, kreatywna księgowość pozwala na policzenie jednego człowieka razy dwa – gdy np. w jednej kompanii jest na etacie strzelca, a do drugiej oddelegowano go na etat kierowcy ciężarówki. Taki stan rzeczy skutkuje przeciążeniem obowiązkami, spadkiem morale, odejściami ze służby. W ujęciu całościowym pokazuje, jak trudnym wyzwaniem jest powiększanie armii. Presja na rekrutacyjny sukces wybranej jednostki niechybnie oznacza problemy kadrowe gdzie indziej. Bogactwo ludzkiego rezerwuaru – kobiet i mężczyzn zdolnych do służby wojskowej – jest bowiem pozorne. Co z tego, że mamy w Polsce kilkanaście milionów potencjalnych żołnierzy, skoro młodzież nie garnie się w kamasze? Proces formowania 18. DZ jest dopiero na półmetku (przewidziano go na lata 2019-2026), a dywizja nie powstaje od zera. Zapewne będzie sukces, ale na horyzoncie widać ciemne chmury w postaci pomysłów utworzenia piątej, ba, szóstej dywizji. Przy obecnych uwarunkowaniach demograficznych i kulturowych nie da się tego zrobić inaczej jak poprzez „rozwadnianie” już istniejących dywizji.

Niezależnie od tego, jaki los czeka 18. DZ, nie będzie to już zmartwienie/radość dotychczasowego dowódcy. Kilka tygodni temu, nieoczekiwanie, jego miejsce zajął gen. Arkadiusz Szkutnik. Gromadziński został jednym z zastępców w Międzynarodowym Zespole ds. Pomocy Ukrainie. Ma to być przeniesienie na równorzędne stanowisko, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że jest inaczej. Z drugiej strony, Zespół to amerykańska inicjatywa, Waszyngton zaś zamierza skończyć z doraźną pomocą dla Kijowa. Wkrótce zmieni się ona w misję na wzór irackiej i afgańskiej (bez angażowania się w działania kinetyczne). Oznacza to m.in. stałe finansowanie, a dla personelu specjalne odznaczenia, wynagrodzenia i ścieżki awansu. Możliwe, że i Gromadziński wykorzysta ów angaż jako trampolinę.

—–

Nz. Wozy typu MRAP, które pod koniec sierpnia trafiły do dywizyjnego batalionu dowodzenia/fot. 18. Dywizja Zmechanizowana

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 37/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to