Dach

Gdy zajeżdżamy do Cyrkunów, Ihor, szef lokalnej administracji wojskowej, zabiera nas na północne obrzeża wsi. Chce, byśmy zobaczyli efekty „pracy” rosyjskiej artylerii sprzed kilku dni. Wiem, czego się spodziewać, ale mimo wszystko wypalony budynek wprawia mnie w przygnębienie. Dobrze, że rakieta typu Grad nikogo nie zabiła – gdy przyleciała, gospodarzy akurat nie było w domu. Ale na posesji obok kręcili się sąsiedzi i ci już tyle szczęścia nie mieli – ośmiu poranionym osobom ratownicy musieli udzielić pomocy medycznej.

– I tak tu żyjemy – kwituje pozbawiony domu gospodarz. – Od tragedii do tragedii – dodaje, co w jego przypadku oznacza wyjątkowo dramatyczny ciąg wydarzeń, jakby samej wojny było mało. Nim ta wybuchła, mężczyzna stracił syna, potem koronawirus zabił mu żonę. Teraz rosjanie pozbawili go dachu nad głową, przy okazji odbierając schronienie współlokatorkom – 93-letniej matce i 70-letniej siostrze. Cała trójka mieszka w budyneczku gospodarczym, w jednym, niewielkim pomieszczeniu, które służy za kuchnię, sypialnię i spiżarnię.

Za domy i mieszkania, które w wyniku działań wojennych nie nadają się do remontu, Ukraińcy otrzymują odszkodowania. Technicznie rzecz ujmując, przyznawany jest im certyfikat, który upoważnia do zakupu lokalu w innym miejscu (coś jak bon, który swego czasu dawał Polakom sposobność nabycia dowolnej usługi turystycznej o zdefiniowanej wartości). Urzędy mają obowiązek działać niezwłocznie, problem w tym, że wiele nieruchomości – zwłaszcza na ukraińskiej wsi – ma nieunormowany status prawny. Ktoś coś kiedyś kupił, od rodziny, więc po co na to „papier”, transakcję przypieczętowano alkoholem i żyło się dalej jak na swoim. Tyle że w przypadku zniszczenia domu własność trzeba udowodnić, bez tego nici z certyfikatu.

– Macie wszystkie niezbędne dokumenty? – pytam poszkodowanego 58-latka. Ten macha tylko ręką, zrezygnowany i zirytowany…

—–

W przypadku Ołeny sprawy mają się nieco lepiej – bo rodzinna chałupa nadal stoi. W marcu 2023 roku na dach posypały się odłamki rakiet, ale uszkodzenia udało się usunąć. Remontem zajęli się wolontariusze, a prace sfinansowało Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). Niestety, nim do tego doszło deszcz wyrządził dodatkowe szkody – i choć z połatanym dachem, budynek jeszcze nie nadaje się do zamieszkania.

– Trzeba wymienić sufit i podłogi – 64-letnia wdowa jak na razie korzysta z uprzejmości sąsiadów, którzy znaleźli dla niej niewielki pokój. – Ale bez pośpiechu – kobieta uśmiecha się serdecznie. – Najważniejszy był dach, najważniejsze, że nie cieknie. Reszta nie ucieknie, damy sobie radę.

„My”, czyli Ołena i jej syn, 40-latek dopiero co zwolniony z wojska. Mężczyzna na tę chwilę niewiele przy domu zrobi – leży w szpitalu w Charkowie, gdzie przechodzi rehabilitację. Kilka tygodni temu raniono go pod Kupiańskiem, stracił oko, ma też problemy z kręgosłupem.

– Zaciągnął się na ochotnika, zaraz po wyzwoleniu Cyrkunów – Ołena wspomina zdarzenia z wiosny 2022 roku. – Ranili go latem dwudziestego drugiego, ale szybko wrócił na front. Teraz wróci do domu – na twarzy kobiety rysuje się delikatny uśmiech. Znam ten grymas matek (i żon), mimo dramatycznych okoliczności zadowolonych, że najbliższy nie będzie już się narażał, że choć okaleczony, to jednak żywy wróci do swoich.

W tym przypadku powrót syna będzie też wiązał się z finansowym wsparciem – poturbowani żołnierze otrzymują odszkodowania i renty. Ołena ma ledwie trzy tysiące hrywien emerytury (to nasze 300 zł; typowe świadczenie w Ukrainie), sama wydatkom remontowym by nie podołała.

Tyle wygrać z tego całego cierpienia…

Remonty uszkodzonych budynków mieszkalnych to działania, które PCPM realizuje w Ukrainie od zeszłego roku. Więcej opowiadam o tym w tekście, dostępnym pod tym linkiem.

*          *          *

A teraz małe ogłoszenie. Jakiś czas temu obiecałem, że pojawi się sposobność zakupu „Międzyrzecza”, w wersji z autografem i pozdrowieniami. I oto jest – powieść pojawiła się w ofercie na moim koncie na Patronite (znajdziecie ją pod tym linkiem). To nie jest nowa książka – wydałem ją w 2019 roku – ale trzy lata później mnóstwo zawartych w niej treści okazało się proroczych. Jeśli napiszę, że wiedziałem, że armia rosyjska to kolos na glinianych nogach, to skłamię. Ale jeśli przyznam, że domyślałem się rosyjskich słabości i dałem temu wyraz w książce – będzie to najprawdziwsza prawda.

Wielu moich Czytelników zna już „Międzyrzecze”, tym, którzy nie czytali, podrzucam notkę wydawniczą:

„Wojny miało nie być. Rosja boryka się z poważnymi problemami, a Polski strzegą sojusze i silna armia. Znamy te argumenty, prawda? A jednak konflikt wybucha. Pancerne zagony wroga przelewają się przez granicę niepowstrzymaną, zdawać by się mogło, falą. NATO nie śpieszy się ze zbrojną interwencją – musi nam wystarczyć wysłany wcześniej sprzęt i szczupły amerykański kontyngent. Czy dodatkowe bataliony Leopardów, kolejne F-16 i pokaźna liczba baterii Patriot pozwolą wygrać tę wojnę? Przetrwać starcie z gigantem? Naczelne dowództwo Wojska Polskiego decyduje się na wdrożenie kontrowersyjnego planu Międzyrzecze…”

Zachęceni? To polecam uwadze wspomniany link.

Polecam również przyciski „wsparciowe” – ten miesiąc okazał się wyjątkowo trudny jeśli idzie o zbieranie środków na dalszą działalność mojego „ukraińskiego raportu”. Ale zostało jeszcze kilkadziesiąt godzin lipca, może uda się ten trend odwrócić? Będę zobowiązany!

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Moja rozmówczyni z pierwszej części wpisu/fot. własne

Pomiędzy

Dmitrij wciąż uważa się za Rosjanina, a zarazem czuje się Ukraińcem. Na świat przyszedł za Uralem, ale w rodzinnej wioseczce spędził tylko dwa lata. Kolejne pięćdziesiąt przeżył w Ukrainie – najpierw w „socjalistycznej” republice, a potem w niepodległym państwie. Rozszczepieniu tożsamości – jakże typowemu dla wielu mieszkańców strefy posowieckiej w średnim i starszym wieku – sprzyjało miejsce zamieszkania: leżący tuż przy rosyjsko-ukraińskiej granicy Wołczańsk. W formalnie ukraińskim miasteczku mówiło się po rosyjsku, oglądało rosyjską telewizję, słuchało rosyjskiego radia, wielu członków rodzin i znajomych żyło za miedzą; niby w innym kraju, a przecież tuż obok. I nawet 2014 rok niewiele tu zmienił – Wołczańsk i wołczanie wciąż byli tymi „pomiędzy”, zakotwiczeni w ukraińsko-rosyjskiej „tutejszości”.

Aż przyszła „duża wojna”, jak o pełnoskalowej inwazji mówi Dmitrij.

24 lutego 2022 roku rosjanie weszli do miasta „na miękko” – mój rozmówca nie pamięta, by ktokolwiek do nich strzelał.

– Wiwatowano? – dopytuję.

– Nie widziałem, choć miałem kilku znajomych, którzy wprost przyznawali, że za rosji będzie nam wszystkim lepiej – słyszę w odpowiedzi.

– A było?

Dmitrij wypuszcza głośno powietrzne. I opowiada, że z miasteczka – razem z ukraińskimi flagami i urzędowymi tablicami – błyskawicznie zniknęli przedstawiciele miejscowej elity. Urzędnicy, nauczyciele, działacze społeczni; wszyscy, którym można było zarzucić „proukraiński aktywizm”. Część pewnie uciekła, ale większość została pojmana przez rosjan.

– Tych ludzi już nie ma… – mężczyzna nie pozostawia złudzeń. – No i atowszczików, których rosjanie szukali jak najgroźniejszych kryminalistów – Dmitrij ma na myśli żołnierzy armii ukraińskiej, którzy brali udział w operacji antyterrorystycznej (ATO) w Donbasie w latach 2014-22.

– Zwykłym mieszkańcom okupanci dokuczali?

– Właściwie to nie – 52-latek wzrusza ramionami. – Tak naprawdę dopiero po wyzwoleniu (jesienią 2022 roku – dop. MO) odcięli Wołczańsk od gazu, no i zaczęli strzelać z armat. Nie był to masowy ogień, raz dziennie, potem raz na parę dni coś przyleciało. Zniszczyło lub uszkodziło jakiś dom, czasem kogoś zabiło czy zraniło – mężczyzna opowiada o zagrożeniu z lekceważeniem charakterystycznym dla osób długotrwale wystawionych na niebezpieczne bodźce. – Dało się przywyknąć – zapewnia.

„W miarę normalne” wojenne życie skończyło się 12 maja 2024 roku – tego dnia rosjanie znów pojawili się w Wołczańsku. Z miejsca do nich strzelano, a i oni poprzedzili swój rajd artyleryjską kanonadą.

– Tu już nie było żartów – Dmitrij uśmiecha się smutno. – Kilka kolejnych dni przesiedziałem w piwnicy u sąsiadów.

Przypadkowy wybór miejsca schronienia („akurat tam byłem”) okazał się błogosławieństwem. Wołczańsk szybko stał się areną ciężkich ulicznych walk, a rosjanie szybko sięgnęli po najcięższe argumenty. 19 maja w pobliżu domu jednorodzinnego Dmitrija upadła rosyjska bomba szybująca. Półtoratonowy KAB zmienił budynek – wraz z sąsiedztwem – w dymiące rumowisko.

– Nie było gdzie wracać, czego pilnować, a sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Ukraińskie wojsko wywoziło cywilów z miasta, wsiadłem w ewakuacyjny autobus i trafiłem tu – mężczyzna rozgląda się po niewielkim pokoju niegdyś zajmowanym przez nastoletnich uczniów zespołu szkół rolniczych. Bursa w miejscowości Kehycziwka, 100 km od Charkowa, to teraz dom dla 38 uchodźców z Wołczańska i podwołczańskich wiosek.

Ci ludzie wyjechali jak stali, zwykle w środku nocny, pośpiesznie zgarniani z miejsc schronienia – tylko szczęściarze zdołali zabrać ze sobą dokumenty i trochę niezbędnych rzeczy. Dmitrij do nich nie należał. Na szczęście w Kehycziwce dostał nie tylko miejsce do spania. Ma co jeść, gdzie się umyć, co na siebie włożyć (choć i tak chodzi bez koszulki, bo przy 40-stopniowym upale nie da się inaczej). Chciałby robić coś sensownego, ale do wojska go nie wezmą, bo jest inwalidą. Zostaje więc czekać – czekać na informację, że można już do Wołczańska wrócić.

– Tam tylko ruiny… – zauważam, mając przed oczyma świeże obrazki z ukraińskiego drona, dokumentujące kolejne działo zniszczenia armii putina. – No i rosja w pobliżu, a więc ryzyko, że tamci znów powrócą.

– Wiem – mężczyzna zapala kolejnego papierosa. – Ale tam jest mój dom, który teraz trzeba odbudować.

Kiwam głową, gdyż wiem, że ludziom takim jak Dmitrij nie wolno odbierać nadziei. Jednocześnie uważam za całkiem racjonalny pomysł stworzenia wzdłuż granicy z rosją głębokiej na 30 km i niezasiedlonej strefy buforowej, o czym mówi się ostatnio pośród ukraińskich analityków militarnych. Nie pytam o ten pomysł Dmitrija, bo i po co – i tak znam odpowiedź. Nurtuje mnie jednak inna kwestia.

– Mówisz, że jesteś i Rosjaninem, i Ukraińcem. Czy to, co stało się zwłaszcza od maja tego roku, zmieniło twój stosunek do rosjan?

– A co mam o nich myśleć? – głos Dmitrija jest cichy, niemal niesłyszalny. – Co myśleć, gdy tylu ludzi zabili, tyle domów zniszczyli? – pyta retorycznie.

PS. Bursa w Kehycziwce ma pięć pięter, dawni mieszkańcy Wołczańska znów żyją „pomiędzy” – na trzecim, mając nad sobą dwa niesprawne etaże, a pod sobą dwoma zarezerwowane dla uczniów (którzy być może wrócą do nauki stacjonarnej). Miejsc dla wewnętrznych uchodźców mogłoby być trzy razy więcej, ale dach wiekowego budynku przecieka i najwyżej położone pomieszczenia są zbyt wilgotne, by mogli z nich korzystać ludzie. Przecieki wkrótce uszkodzą niższe piętra, lokalny samorząd nie ma pieniędzy na remont. Jego przedstawiciele zwrócili się o wsparcie do fundacji, z którą współpracuję – Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Dach – wszystko na to wskazuje – do jesieni zostanie naprawiony w ramach projektu realizowanego przez PCPM.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Dmitrij w swoim tymczasowym lokum/fot. własne

Dość?

44% Ukraińców chciałoby rozpoczęcia oficjalnych rozmów pokojowych z rosją – wynika z sondażu przeprowadzonego przez Centrum Razumkowa. Liczba osób popierających negocjacje rośnie od jesieni ubiegłego roku, co może mieć związek z nieudaną kontrofensywą na Zaporożu (porażka tej operacji ostudziła ukraiński optymizm co do przyszłości). Dziś z kolei na podtrzymanie trendu wpływa zapewne trudna sytuacja energetyczna Ukrainy, będąca efektem rosyjskich ataków rakietowych na elektrownie.

Wnioski z badań przeprowadzonych przez renomowaną pracownię wywołały zamieszanie wśród obserwatorów konfliktu na Wschodzie. Zwłaszcza ów 44-procentowy odsetek dla niektórych stał się wręcz dowodem na defetyzm, a w najlepszym razie na postępujący – ale już niebezpieczny – upadek morale ukraińskiego społeczeństwa.

A jak jest w rzeczywistości?

Najpierw przyjrzyjmy się ustaleniom badaczy, diabeł tkwi bowiem w szczegółach. Jak się okazuje, najwięcej zwolenników negocjacji mieszka w regionach południowych Ukrainy. Za rozpoczęciem rozmów pokojowych opowiada się tam sześciu na dziesięciu obywateli. Może to wynikać z tego, że istotną część ankietowanych na południu stanowili mieszkańcy Odesy, gdzie sympatie prorosyjskie pozostają relatywnie duże. Związki z rosyjską kulturą, rosyjskością, są tam pielęgnowane, co wcale nie oznacza kolaboracji, a raczej trwały psychiczny dyskomfort, że „nasi naszym wyrządzają krzywdę”. Rozmowy pokojowe to sposób na zatrzymanie zabijania.

Mniejsze, bo 49-procentowe poparcie dla rozpoczęcia negocjacji, wyrażają Ukraińcy z regionów centralnych. W zachodniej Ukrainie pomysł akceptuje już tylko 35% badanych. Jeszcze mniejszy entuzjazm dla dogadywania się z Moskwą wykazują mieszkańcy wschodu. Wśród Ukraińców żyjących najbliżej frontu ledwie co trzeci chciałby rozpoczęcia rozmów. W skali całego kraju za takim rozwiązaniem opowiada się wspomniane 44% obywateli.

Jednak jasne jest, że nie może być mowy o pokoju za wszelką cenę. Aż 83% respondentów zapowiedziało, że nie poprze wycofania wojsk ukraińskich z obwodów donieckiego, ługańskiego, chersońskiego i zaporoskiego, jak chciałby tego władimir putin. Warto też zaznaczyć – co podkreślają autorzy sondażu – że w badaniu wzięli udział wyłącznie cywile, którzy nie służyli dotąd w Siłach Zbrojnych Ukrainy.

Co sądzi wojsko? Nastroje w armii nie są przedmiotem publicznych badań, muszę zatem odwołać się do własnych doświadczeń i ustaleń. W ostatnim czasie odbyłem sporo rozmów z mundurowymi ZSU. Wnioski? Armia ukraińska ma mnóstwo problemów i niedostatków (to temat na oddzielny materiał; cały ich cykl), niemniej daje i da sobie radę ze stabilizacją frontu. A jeśli uda się utrzymać obecną dynamikę pomocy materiałowej z Zachodu i nie „zatnie się” mechanizm uzupełniania stanów osobowych, wiosną będzie można myśleć o poważniejszych operacjach zaczepnych. W takiej perspektywie nie ma miejsca na rokowania, zwłaszcza takie, w efekcie których armia miałaby zrezygnować z „rekonkwisty” albo wręcz odstąpić pola przeciwnikowi.

rosjanom kończą się zapasy ciężkiego sprzętu z czasów sowieckich – zwracali uwagę moi rozmówcy, przewidując rychły, znaczący spadek potencjału i efektywności sił zbrojnych przeciwnika. Co prawda w Polsce część analityków uważa, że rosjanie nadal trzymają z dala od frontu gros najlepiej wyposażonych jednostek, ale tego typu argumenty pojawiają się od początku pełnoskalowej inwazji. W mojej ocenie, są próbą racjonalizacji, wyjaśnienia czy zrozumienia niekompetencji, porażek i słabości rosjan. Trudno mi uwierzyć, by Kreml z premedytacją przyzwalał na niekorzystny obrót spraw (przedłużającą się, krwawą i kosztowną wojnę), po to tylko, by nie angażować swego najwartościowszego wojska. Takie – rozumiane jako ponadstandardowa jakość – po prostu (już) nie istnieje.

Ale problemy mają też Ukraińcy, a wyniki sondażu Centrum Razumkowa w jakiejś mierze je odzwierciedlają. Pisałem o tym w jednym z poprzednich wpisów, piszę w artykule dla „Polski Zbrojnej”; zainteresowanych lekturą całości odsyłam pod wskazany link.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Łukaszowi Podsiadle, Rafałowi Blatkiewiczowi, Tomaszowi Wieśkowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Przemysławowi Buczkowi, Kasi Byłów i Jarkowi Uścińskiemu.

Nz. Transport ciężkiego sprzętu ZSU w okolicach Charkowa…/fot. własne

Gościnność

– A spróbuj ogóreczków, takich dobrych w sklepie w Charkowie nie kupisz – zachęca Nina, właścicielka niewielkiego gospodarstwa z Dergaczy, miasteczka przytulonego do charkowskiej metropolii. 75-latka uśmiechem kwituje słowa uznania i zaprasza do skosztowania pomidorów. Równie pysznych, co oznajmiam w towarzystwie dźwięków artyleryjskiej kanonady. – Dziś biją mocniej… – przyznaje staruszka, po czym wraca do warzywno-owocowego sedna. – Pięknie mi obrodziło w tym roku – mówi, znów uśmiechając się szeroko.

W tle po raz kolejny zaczyna wyć syrena alarmowa – w tonach, które sugerują zużycie aparatury nagłaśniającej – ale nikt nie zwraca już na nią uwagi. W Dergaczach przywykli do wojennego zagrożenia – rosjanie zajęli miejscowość w pierwszych godzinach inwazji, wiosną 2022 roku zostali z niej wyrzuceni. Mimo to pociski i bomby wciąż na miasto spadały – spośród tych drugich także półtoratonowe KAB-y. Trochę „za karę”, że tutejsi nie chcieli „ruskiego miru”, głównie zaś po to, by uzmysłowić mieszkańcom, że „za Ukrainy” spokoju nie zaznają.

Dziś o ten spokój jeszcze trudniej, bo w połowie maja rosjanie ponownie wkroczyli do północnej Charkowszczyzny. Do Dergaczy nie doszli, zatrzymano ich kilka kilometrów przed miastem, we wsi Lipce. Natarcie wytraciło impet, a cała ofensywa okazała się dla okupantów koszmarnie kosztownym przedsięwzięciem. Tym niemniej wgryźli się w ziemię i są nieopodal, co jakiś czas przypominając o swoim istnieniu mieszkańcom Dergaczy.

– Bombami nas stąd nie wykurzą – zapewnia Nina. – Zresztą, gdzie ja z tym pójdę – kobieta na moment odrywa od ziemi laskę. – Za stara i niesprawna jestem, żeby gdziekolwiek uciekać – w przytulnej, zielonej szklarni jej słowa brzmią wyjątkowo surrealistycznie.

No ale wciąż słychać te wystrzały, te wybuchy, tę nieszczęsną sfatygowaną syrenę…

—–

Odwiedziłem Ninę na początku minionego tygodnia, a pretekstem była właśnie wizyta w jej ogródku. Fundacja, z którą współpracuję – Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej – realizuje na Charkowszczyźnie kilka projektów, kobieta otrzymała wsparcie w ramach jednego z nich. W programie chodzi o zmniejszanie uzależnienia mieszkańców zagrożonych regionów Ukrainy od pomocy żywnościowej. W tym celu właściciele przydomowych ogródków z Dergaczy, Cyrkunów i Rohania otrzymali ponad dwa tysiące pakietów nasion popularnych warzyw i owoców. Banał? Być może, szczególnie że projekt nie wymaga wielkich nakładów finansowych. Ale generuje dużą wartość dodaną, bo zostawia sprawczość w rękach obdarowanych – ostatecznie to oni (i ich bliscy) pracują przy uprawie, i to oni decydują o tym, co zrobić z plonami, zwłaszcza z nadwyżkami, które można sprzedać w pobliskim Charkowie, ratując skromne budżety. Kto choć trochę orientuje się w realiach pomocy humanitarnej, ten wie, jak istotna jest duma (i konieczność jej poszanowania) obdarowywanych, ma też pewnie świadomość, jak łatwo doprowadzić ofiary kryzysów do sytuacji wyuczonej nieudolności.

Historię Niny (i nie tylko) wraz z szerokim kontekstem dotyczącym sytuacji w Charkowie i okolicy, opisałem w tekście, który został opublikowany na stronie PCPM. Oto link co całości materiału.

A tu chciałbym na coś jeszcze zwrócić Waszą uwagę. W tematach (około)wojennych „siedzę” od ponad dwóch dekad, od kilku lat skupiam się na poznawaniu i opisywaniu losów cywilów, którym przyszło mierzyć się z (po)wojennymi wyzwaniami. Większość spotkań łączy coś, co nieodmiennie wzrusza mnie i trzyma w pionie. Wojna i towarzysząca jej bieda nie zabijają serdeczności, potrzeby dzielenia się, gościnności. Te ogóreczki Niny to coś, z czym stykam się przy każdym takim wyjeździe. Choć z tyłu głowy zawsze jest świadomość, że „oni mają tak mało”, wiem, że nie wolno odmówić. Kropla urazy w morzu traumy mogłaby niczego nie zmienić, ale mogłaby też przelać czarę.

– No chłopcy, mam dziś 69. urodziny, musicie napić się ze mną szampana – rzecze starsza pani, mieszkanka Cyrkunów. Kilka tygodni temu wolontariusze, dzięki środkom PCPM, wyremontowali jej dach uszkodzony odłamkami Gradów. Przyjechaliśmy obejrzeć efekty prac, tak się złożyło, że w urodziny. Była więc odrobina musującego wina i były słodycze wyjęte z głębokiej skrytki. A z naszej strony naprędce zorganizowany podarunek i wyśpiewane życzenia.

I była też artyleria pogrzmiewająca w tle…

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Nina i wspomniane urodzinowe wino/fot. własne

Gladiatorzy

„Odsroczka” – dla mnie to słowo-klucz ostatniego wyjazdu do Ukrainy, tak często je słyszałem. Znaczy ono tyle co „odroczenie”, wielu mężczyzn wypowiada je z nabożnością, inni czynią to z pogardą.

„Odsroczka” to stan zawieszenia, ledwie trzymiesięczny, ale i tak pożądany przez tych, którym nie uśmiecha się służba w armii. W wymiarze fizycznym ma postać pokaźnego kwitu, z okrągłą (a jakże, tylko takie w Ukrainie się liczą…) pieczęcią. Dla posiadaczy jest niczym przepustka do życia, dla mundurowych z blok-postów, nade wszystko zaś dla tych na froncie, to niemal poświadczenie tchórzostwa i kolaboracji.

—–

– Chłopcy, nie siedźcie w domach, robota dla prawdziwych mężczyzn jest tu, w siłach zbrojnych – zachęca ubrany na bojowo żołnierz, występujący w reklamie rekrutacyjnej, jakich pełno obecnie w ukraińskiej telewizji.

„Gwarantujemy dwumiesięczne szkolenie przygotowawcze!”, obiecuje jedna z brygad ZSU na bilbordach rozwieszonych w Charkowie.

– Azow poszukuje żołnierzy, podoficerów i oficerów (…); przyłącz się do najlepszych! – namowy płyną też z radia.

Zwłaszcza dwie ostatnie znamionują desperację, bo jak inaczej rozumieć „gwarancję dwumiesięcznego szkolenia”, gdy zgodnie ze sztuką takie przygotowanie winno trwać pół roku? Jak interpretować fakt, że cieszący się mianem elitarnej formacji Azow musi reklamować się w mediach? Kiedyś i bez nachalnego marketingu ludzie garnęli się doń tłumnie.

Gwoli rzetelności – kilka dni temu zjadłam obiad w „najbezpieczniejszym lokalu w Izjumie” (jak głosiła reklama przed wejściem do przekształconej w kantynę głębokiej piwnicy). Większość klientów stanowili żołnierze 3 brygady Azowa, głównie młodzi i bardzo młodzi mężczyźni. Raz, że średnia wieku nie odpowiadała realiom ZSU, dwa, ci chłopcy musieli być ochotnikami, gdyż byli poniżej wieku mobilizacji. A więc ktoś się jeszcze zaciąga z własnej woli, ale – jako się rzekło – „czar elitarności” nie działa już jak niezawodny magnes.

W Ukrainie bowiem próżno szukać śladów patriotycznego wzmożenia, typowego dla pierwszych miesięcy pełnoskalowej wojny – obecnie istotą rekrutacji pozostaje przymusowy pobór. Z którego wielu usiłuje się wykręcić, zabiegając o „odsroczki”.

—–

Nie zrozumcie mnie źle. Armia nadal cieszy się ogromnym szacunkiem. Widać to na różne sposoby, na przykład na drodze, gdzie utarło się pozdrawiać wyprzedzane wojskowe pojazdy światłami. Czy w lokalach, gdzie dla żołnierzy zawsze znajdzie się miejsce, podobnie jak w środkach komunikacji publicznej. Ów respekt da się zauważyć w sklepach z ich „promocjami dla bohaterów”, przede wszystkim zaś w sposobach, w jaki zwykli Ukraińcy opowiadają o „naszych chłopcach”. Mnóstwo w tych narracjach tkliwości, dumy, troski, zrozumienia.

A zarazem nikt już nie ma złudzeń, że front to także dla Ukraińców „maszynka do mielenia mięsa” (wstrząsnęły mną obrazki małych wiejskich cmentarzy z kilkoma, czasami kilkunastoma grobami poległych…). Dodajmy do tego powszechne rozczarowanie, że „wróciło stare” – korupcja, prywata ludzi władzy – i towarzyszące mu przekonanie, że wojnę toczy się rękoma najbiedniejszych. Zdecydowanie nie są to okoliczności sprzyjające rekrutacji.

Sporo o tym myślałem podczas ostatniej podróży po Ukrainie i wyszło mi, że żołnierze armii ukraińskiej są w oczach rodaków niczym gladiatorzy. Owszem herosi, a jednocześnie życiowi pechowcy, wepchnięci w tryby śmiercionośnej maszynerii. Można darzyć ich uznaniem, szacunkiem czy nawet miłością, ale lepiej nie być na ich miejscu. Szczęściem w nieszczęściu to niepełna analogia, bo ci gladiatorzy nie walczą dla poklasku.

—–

Czy dla rosjan to dobre wieści? Tak, ale rzućmy na nie dodatkowe światło.

Okazuje się, że Kreml zmuszony został znacząco podnieść jednorazowe wypłaty dla ochotników wstępujących do wojska. Do tej pory było to 200 tys. rubli (9 tys. zł), od 10 lipca stawki wzrosły od 5 do 8 razy. Różnice mają charakter regionalny, najmniejszy wzrost odnotowano w Moskwie, gdzie za angaż oferuje się jednorazowo milion rubli (45 tys. zł). Najwięcej – kolejno 1,65 mln i 1,5 mln – dostaną ochotnicy z Krasnodaru i Tatarstanu.

Co nam te kwoty i wzrosty mówią? Że putin nadal oszczędza „białych, prawosławnych i wielkomiejskich rosjan” (w tym przypadku ma to postać znacznie słabszej zachęty), chcąc jak do tej pory prowadzić wojnę rękoma biednej, etnicznie odmiennej prowincji. Co zaś się tyczy kilkukrotnego wzrostu – nie da się go wytłumaczyć inflacją (realnie jest ona na poziomie około 40 proc.). Najbardziej oczywista odpowiedź to taka, że obywatele federacji z coraz mniejszym entuzjazmem garną się do wojska. Że dotychczasowe zachęty już nie wystarczają, trzeba więc było sięgnąć po ekstra bonusy. Których rosyjski budżet w perspektywie kilkunastu miesięcy nie wytrzyma…

—–

Szanowni, wróciłem cały i zdrów. Mam mnóstwo zdjęć, sporo ciekawych informacji – wszystko to przetworzę w najbliższych tygodniach (w sierpniu planuję kolejny wyjazd, tym razem na Zaporoże). Jest jednak pewne „ale” – potrzebuję Waszego wsparcia. Raport to robota na pełen etat, w istotnej mierze utrzymywany z Waszych „kaw” i subskrypcji. O które – jeśli nie wyczerpała się formuła – niezmiennie i serdecznie Was proszę.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Baner rekrutacyjny Azowa w Charkowie. „Lato, FPV, 3 szturmowa”/fot. własne