Lato

Wróciłem do domu. Mam mnóstwo zdjęć, sporo ciekawych informacji – wszystko to przetworzę w najbliższych tygodniach. Dziś zapraszam Was do lektury kilku notatek, które sporządziłem podczas podróży.

Gdy dojeżdża się do miejscowość Sarny w zachodniej Ukrainie, w oddali widać potężne instalacje Równieńskiej Elektrowni Jądrowej. Siłownia działa, co warto podkreślić w kontekście polskich rozważań na temat bezpieczeństwa energetycznego. Nawet rosjanie – którzy w wojnie z Ukrainą po wielokroć udowodnili, że mają za nic życie cywilów i ekologię – nie są na tyle niemądrzy i bestialscy, by atakować taki obiekt.

No więc elektrownia działa, co nie znaczy, że w okolicy prąd jest całą dobę. Bo nigdzie w Ukrainie nie ma takiego luksusu; regionalne naddatki mocy, jeśli są, trafiają w miejsca wcześniej obsługiwane przez porażone elektrownie. Dla przykładu w Kijowie i Charkowie zasilania brakuje przez sześć do dwunastu godzin. To skutek wczesnowiosennego kryzysu ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Ukraińcom zabrakło wtedy amunicji do ochrony krytycznej infrastruktury, a rosjanie z premedytacją to wykorzystali. Dziś pracuje tylko jedna trzecia naddnieprzańskich elektrowni, a Ukraina, choć do niedawna sama eksportowała energię, musi ją importować.

W Sarnach, choć „atomówka” za miedzą, przerwy w dostawach są co sześć godzin. Tyle wygrać, że po trzech kolejnych prąd znów płynie do gniazdek.

Jak się to przekłada na codzienność zwykłych ludzi?

– Chłopcy, te odłóżcie – radzi sprzedawczyni ze stacji benzynowej, gdy razem z kolegą sięgamy po lody. – Przez te wyłączenia energii one zdążyły się już kilka razy zmrozić i rozmrozić. Strach takie jeść – przekonuje kobieta, a ja przypominam sobie ostrzeżenia dotyczące salmonelli. Pani tymczasem podchodzi do zamrażarki i z „zaśnieżonego” spodu wyciąga dwa opakowania. – Te powinny być dobre – zapewnia. – Na dnie najdłużej trzymały temperaturę.

Letnie pragnienia versus wojenna rzeczywistość.

Częsty widok na stacjach benzynowych – wojskowy sprzęt na lawetach/fot. własne

Jakże inna we wsiach na północ od Charkowa, gdzie dzień w dzień, noc w noc trwa zabijanie. Ani ono spektakularne, ani specjalnie nagłośnione. Tu spadnie artyleryjski pocisk, tam grad, tu zniszczy chałupę, tam pozbawi życia bogu ducha winną babuszkę, która została w domu, bo uciekać ani nie było gdzie, ani za co, a i sił zabrakło na tułaczkę. Giną tacy ludzie, nikną ich domostwa, świat niewiele o tym wie, bo i po co; kto się „starą babą” i jeszcze starszą chałupą przejmował będzie?

A tymczasem pośród ruin kwitną kwiaty.

– Zawsze były przed domem, są i będą przed tym, co z domu zostało – zapewnia Tetiana, 62-letnia mieszkanka wsi Cyrkuny. Z trafionej rakietą chałupy zostały ruiny, Tetiana pomieszkuje u sąsiadów, ale o kwiaty i maleńki owocowo-warzywny ogród dba „po staremu”, nie zważając na to, że rosjanie są zaledwie kilka kilometrów dalej. Wzruszająca i osobliwa determinacja.

A skoro o determinacji mowa – Ukraina schodzi pod ziemię, czego dobrym przykładem szpital, gdzie trafiają ranni i poszkodowani żołnierze. Mniejsza o lokalizację, dość powiedzieć, że placówka była już celem rosyjskich rakiet. Dla rosjan klinika pełna poharatanych wojskowych to prawilny militarny cel…

Bandyckie metody wymuszają zapobiegliwość, stąd worki w oknach sal operacyjnych i dodatkowe generatory na dziedzińcu. Ale to byłoby za mało, szpital musi być gotowy na ewentualność ciągłego ostrzału. Dlatego w piwnicach placówki są sale operacyjne, izby pacjentów, gabinety. Jest magazyn z żywnością, zapasowa kotłownia opalana drewnem i studnia. Całość odpowiednio wentylowana, śluzowana, z dużą liczbą wyjść ewakuacyjnych.

Innymi słowy, przykład solidnej wojennej adaptacji.

Pozostańmy na gruncie wojennej pomysłowości. Beczkowozy, zwykle stare Ziły, to typ wojskowego pojazdu najczęściej widziany na drogach wiodących z i do Charkowa. Bez amunicji front by się nie utrzymał, to oczywiste, ale dla żołnierza woda jest równie ważna. Zwłaszcza gdy temperatura przekracza 40 stopni w cieniu. Jak mówi jeden z wojskowych kolegów: „mózg puchnie od takiego żaru”.

Schłodzić się i nawodnić to jedno, ale żołnierz musi też umyć się i oprać. Na propagandowych filmikach ukraińskiego ministerstwa obrony okazale prezentują się mobilne pralnie i natryski, rzecz w tym, że niespecjalnie ich dużo, przynajmniej na północnym odcinku frontu.

– Zrotowani z pierwszej linii chłopcy wyglądają jak diabły – ujmuje rzecz obrazowo przedstawiciel jednego z podcharkowskich samorządów. – Myją się w stawach, strumykach, proszą ludzi o udostępnienie łazienki. Tak nie wypada, trzeba było pomóc.

Jak? Ano znalazł się nieużywany gospodarczy budynek, wystarczyło go zaadaptować na potrzeby łaźni. Miejscowe władze, mieszkańcy i lokalna administracja wojskowa do spółki kupiły bojlery, pralko-suszarki i spory zapas chemii gospodarczej. Cudów nie ma, jest trochę byle jak, ale po trzydobowej zmianie żołnierz na takie szczegóły nie zwraca uwagi. Grunt że wchodzi brudny, a wychodzi czysty.

No i czuje się zaopiekowany.

Tak też czują się dziś mieszkańcy Charkowa. Gdy byłem w mieście ostatnim razem – na przełomie września i października ubiegłego roku – syreny wyły po kilkanaście razy dziennie. Którejś nocy uderzyły trzy rakiety S-300 – jak się potem okazało, całkiem blisko miejsca mojego zakwaterowania. Nie było w tym wielkiego dramatu, niemniej czuło się wojnę jakoś tak przez skórę.

A dziś?

Charków jest na tyle głośnym miastem, że nie słychać odległego o 20-30 km frontu. Czasem, gdy jedzie się północną obwodnicą, widać słupy dymów nad Lipcami – wioską, do której najdalej zapędziły się rosyjskie wojska w ramach rozpoczętej w maju ofensywy. W Dergaczach, Cyrkunach i Rohaniu – w małych miejscowościach przytulonych do metropolii – słychać artylerię; w zasadzie nieprzerwany dźwięk kanonady. Rejestrowalny, a zarazem nieprzesadnie głośny. Szybko się o nim zapomina.

Od wielu dni w Charkowie nie słychać syreny alarmowej. Nic nigdzie nie upada, nie ma śladów wzmożenia. Nie zrozumcie mnie źle – Charków jest poharatany, w sąsiedztwie „mojego” hotelu łatwiej o uszkodzony niż nietknięty budynek. Kilka dni temu władze miasta poinformowały, że straty w infrastrukturze przekroczyły pułap 10 mld dol. Zniszczonych i uszkodzonych zostało niemal 4,5 tys. budynków. Mimo to trudno oprzeć się wrażeniu, że wojna „wyniosła się” na odległe rubieże galaktyki. Ulice pełne są aut i ludzi, kursuje komunikacja miejska, działają lokale rozrywkowe, galerie handlowe, sklepy. Jeśli coś charkowianom dokucza, to nie są to rosjanie, a upał.

Świadomość, że tak jest, cieszy, ale towarzyszy jej smutna refleksja. S-300 i Iskandery – które wcześniej terroryzowały charkowską metropolię – można było zniszczyć dawno temu. Wystarczyło, by Zachód pozwolił Ukraińcom użyć udostępnionej broni do zaatakowania wyrzutni rozmieszczonych wokół Biełgorodu. W efekcie rosjanie, jak ma to miejsce teraz, nie mieliby czym strzelać i iluś śmierci i zniszczeń udałoby się uniknąć.

No ale się nie udało…

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Łysiakowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

A gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Centrum Charkowa…/fot. własne

„Zielone”

Waszyngton zgodził się, by Ukraina używała amerykańskiej broni i amunicji na terytorium federacji rosyjskiej. Dotyczy to obszarów przygranicznych, położonych na północ od Charkowa, co ma armii ukraińskiej umożliwić bardziej efektywną obronę metropolii, zarówno przed atakami z lądu, jak i z powietrza. W Moskwie doskonale zdają sobie sprawę, że dane przez USA przyzwolenie ma charakter tymczasowy. Że niebawem zostanie ono rozszerzone zgodnie z logiką tego konfliktu – nienachalnej eskalacji, której celem jest stopniowe „gotowanie rosyjskiej żaby” (czy jak kto woli, przekraczanie kolejnych „czerwonych linii”). Czyli, patrząc z pozycji Kremla, będzie gorzej. I tym właśnie należy tłumaczyć kolejny wysyp rosyjskich atomowych gróźb, skierowanych do Zachodu. „Jeśli nadmiernie uposażycie Ukraińców, srogo tego pożałujecie…”, taka jest istota przekazu płynącego z rosji.

Szantaż to rutynowe działanie rosjan, a w tym przypadku także dowód ich trudnej sytuacji. Zaryzykuję twierdzenie, że moskalom domyka się okienko strategiczne i że nie wykorzystali szansy, jaką była relatywna słabość sił zbrojnych Ukrainy, obserwowana na przestrzeni ostatniego półrocza. Mimo wściekłych ataków, armii rosyjskiej nie udało się rozbić przeciwnika. Doprowadzić do sytuacji, w której wojna rozstrzygnęłaby się na froncie – na co widoki są coraz marniejsze. Z kolei jakość zachodniej broni – znów w dużej ilości napływającej nad Dniepr – wraz z perspektywą bardziej efektywnego jej zastosowania, czynią owe widoki jeszcze marniejszymi. Zauważmy, co się wydarzyło w okolicach Biełgorodu tuż po tym, jak Waszyngton dał zielone światło na „strzelnie w rosji”.

Bez wchodzenia w zbędne szczegóły, Ukraińcy wyprowadzili dotkliwe uderzenie w rosyjskie systemy przeciwlotnicze i rakietowe, skoncentrowane pod miastem. W tym celu użyto wyrzutni Himars, które strzelały pociskami kasetowymi. Rzecz jasna rosjanie twierdzą, że przechwycili nadlatujące rakiety, ale z dostępnych materiałów filmowych wynika, że kłamią. Zestawy S-400 („anałogi w miru niet”) znów okazały się za słabe w konfrontacji z zachodnią technologią wojskową. A z dymem poszły nie tylko one, ale też m.in. wyrzutnie Tornado (takie rosyjskie bieda-himarsy), którymi moskale ostrzeliwali Charków i pozycje armii ukraińskiej pod miastem.

Oczywiście, obezwładnienie rosyjskiej przygranicznej OPL nie rozwiązuje wszystkich problemów Charkowa i obwodu charkowskiego. Pamiętajmy, że moskale wdarli się na kilka kilometrów w głąb ukraińskiego terytorium, że wciąż istnieje ryzyko nasilenia takich działań, także bardziej na zachód, w rejonie Sumów. Sposobem na redukcję tego zagrożenia jest atakowanie rejonów koncentracji i bliskiego zaplecza rosjan na terytorium rosji – do czego idealnie nadaje się artyleria. Ta zachodniej proweniencji – za sprawą większego zasięgu i lepszej precyzji – dawałaby gwarancję względnej bezkarności; ruskie nie mogłyby jej sięgnąć własnymi odpowiednikami. W tym kontekście zgoda USA – choć ograniczona – oraz nieograniczone obszarowo przyzwolenie innych państw, potencjalnie załatwiają sprawę. Transgraniczny ostrzał – odpowiednio gęsty i celny – po prostu sparaliżuje rosjan. Wyzwaniem dla Ukraińców pozostaną drony – te zapuszczające się na odległość 30-40 km – zdolne atakować ściągnięte pod granicę armaty i haubice. Ale czy rzeczywiście pozostaną? Z relacji wiarygodnych dla mnie źródeł wynika, że na przestrzeni kilku ostatnich dni do Ukrainy dotarło sporo sprzętu do walki radio-elektronicznej (WRE), w tym urządzenia przeznaczone do zakłócania pracy bezpilotowców.

—–

No więc Ukraińcy nadal walczą i właśnie zyskują możliwość przyblokowania rosjan na północy.

Pójdźmy dalej – odkąd „na teatrze” znów pojawiły się ATACMS-y i kolejne partie Storm Shadowów/SCALP-ów, obrońcy zintensyfikowali działania wymierzone w rosyjską obronę przeciwlotniczą. Wyrzutnie i radary nie płoną wyłącznie w rosyjskim obwodzie biełgorodzkim, ale także na Zaporożu, w Donbasie i na Krymie. W tempie i skali, które skłaniają do wniosku, że parasol rozwinięty nad siłami inwazyjnymi ma teraz więcej dziur niż nieuszkodzonej powierzchni . Nadrzędnym celem tych działań jest – moim zdaniem – przygotowanie gruntu pod efy szesnaste. Na pewno wyczyszczenie im przedpola, by mogły realizować zadania bezpośredniego wsparcia wojsk lądowych (co oznacza operacje lotnicze przede wszystkim nad wschodnią Ukrainą). Ale czy tylko?

Nie bez powodu wspomniałem o jednej z logik tego konfliktu, czyli o stopniowym przesuwania „czerwonych linii”. Sądzę, że pojawienie się F-16 da pretekst do kolejnego zwolnienia „ukraińskich koni” z cugli. I nie chodzi wyłącznie o efektywne wykorzystanie samolotu i skonfigurowanej z nim amunicji, zdolnej razić cele na odległość setek kilometrów. Idzie też o rzecz elementarną, samą sensowność projektu „F-16 dla Ukrainy”. A ta – najogólniej rzecz ujmując – wymaga przeflancowania głębokich rosyjskich tyłów: radarów, wyrzutni czy samolotów operujących z dala od granicy oraz baz, składów, magazynów, centrów dowodzenia, które te działania wspierają. Bez tego efy by spadały; ich piloci muszę więc wejść na przygotowane przedpole, a później już sami szybko je sobie poszerzyć.

Co to oznacza dla rosjan? Wróćmy do regionalnej perspektywy i przyjrzyjmy się Krymowi. Ukraińcy atakują krymski garnizon i flotę czarnomorską już od dawna. Używają własnych systemów, ale największe sukcesy zapewnia im zachodnia broń. Nie brakuje opinii, że działania ZSU są bezsensowne, bo „rosjanie będą walczyć o półwysep do upadłego”. Po co więc zużywać potencjał na działania, które nie przyniosą pożądanego skutku?

Czyżby? Istotą strategii Ukraińców jest „obrzydzenie” półwyspu rosjanom. Mnożenie im kosztów związanych z okupacją i doprowadzenie do sytuacji, w której Moskwa zacznie się zastanawiać, czy gra (rozumiana jako posiadanie półwyspu) warta jest świeczki. W obliczu gęstniejących wątpliwości mogłoby się okazać, że operacja lądowa armii ukraińskiej – albo presja dyplomatyczna – nie napotkałyby wielkiego oporu.

Zauważmy, że atakowane są okręty, ale też portowa infrastruktura i instalacje wojskowe, jak radary, naziemne wyrzutnie, lotniska. W efekcie tej presji Ukraińcy nie tylko znieśli ryzyko rosyjskiego desantu na czarnomorskim wybrzeżu, ale też zerwali blokadę morską. Żywność znad Dniepru płynie dziś statkami do Stambułu i Konstancy, a dochody z tego tytułu zasilają wojenny budżet Kijowa.

A rosjan nie tylko przepędzono z zachodnich akwenów Morza Czarnego. Grillowanie krymskiego zaplecza i ataki na jednostki w pobliżu półwyspu sprawiły, że flota czarnomorska przesunęła większość okrętów do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg morza. I zasadniczo siedzi tam „na kupie”, realizując zadanie minimum – ochronę przeprawy na Kercz, co pozwala utrzymać status półwyspu jako hubu logistycznego. Mocno już wyizolowanego, spiętego z rosją cienką nitką mostu krymskiego. Kto nie dostrzega w tym desperacji i porażki, lepiej niech się nie odzywa.

I teraz wyobraźmy sobie, że taka sytuacja panuje od Krymu po Białoruś. Że Ukraińcom udało się wyizolować pole walki rozumiane jako cały front. Że strefa między rosyjskimi liniami obronnymi a efektywnie działającym rosyjskim zapleczem ma szerokość kilkuset kilometrów, że obejmuje tereny federacji, gdzie nie istnieją już bezpieczne dla wojska obszary. To scenariusz, który wciąż jest możliwy, biorąc pod uwagę atuty zachodniego uzbrojenia. I którego bardzo obawiają się na Kremlu, więc znów potrząsają atomową szabelką.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zniszczone pod Biełgorodem elementy systemu S-400/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Smycz

W połowie 2015 roku sytuacja w Donbasie już się wyklarowała. Na przestrzeni minionego roku Ukraińcy ograniczyli zdobycze terytorialne sprowokowanej i wspieranej przez rosjan rebelii, ale całkowicie jej zdławić – i odzyskać pełną kontrolę nad obwodami donieckim i ługańskim – nie zdołali.

Na przeszkodzie stanęła armia rosyjska i postawa nowych ukraińskich władz. W Kijowie obawiano się, że zbyt zdecydowane działania dadzą Moskwie pretekst do pełnoskalowej wojny – a tej chciano wówczas uniknąć. W efekcie Ukraina nie wykorzystała początkowego powodzenia operacji antyterrorystycznej. Nie zrozumcie mnie źle – Ukraińcy strzelali do ruskich żołdaków bez pardonu. Pierwsze boje regularnych formacji obu krajów miały miejsce już w 2014 roku. Rzecz w tym, że Kijów mógłby wysłać na Wschód więcej wojska – czego nie zrobił – samej armii zaś dać polityczną zgodę na walkę bez ograniczeń. Za bezpieczniejszą uznano jednak regułę samoograniczania, w wyniku czego rosyjska artyleria bezkarnie i skutecznie biła po ukraińskich pozycjach. Armaty i wyrzutnie stały bowiem na „nietykalnej ziemi” – w rosji, tuż przy granicy z Ukrainą.

Dziś mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją – Ukraińcy dokonują rajdów na przygraniczne rosyjskie terytoria oraz atakują cele w głębi rosji. Niszczą moskalom rafinerie, składy paliw, ba, nie obawiają się uderzać w absolutnie priorytetowe dla rosjan obiekty i urządzenia – bazy bombowców strategicznych czy w radary pozahoryzontalne (przeznaczone m.in. do wykrywania międzykontynentalnych rakiet). Obawy? Pewnie są, nade wszystko jednak jest u Ukraińców determinacja, by maksymalnie osłabić efektywność rosyjskiej machiny wojennej.

Ale nadal jest też i smycz – z tą różnicą, że Kijów nie włożył jej sam, a została mu nałożona przez sojuszników. Oręż oryginalnie wywodzący się z ukraińskich zasobów oraz uzbrojenie na bieżąco wytwarzane na miejscu, używane są bez ograniczeń. Ukraiński przemysł ma dość kompetencji, by produkować drony zdolne pokonać setki kilometrów, z czasów sowieckich zostały na przykład rakiety systemu S-200 (o zasięgu do 300 km). Jednak to, co w arsenale ZSU najcenniejsze – mające odpowiedni zasięg, moc i przede wszystkim precyzję rażenia – pochodzi z Zachodu. I nie wolno tego Ukraińcom wykorzystywać wedle własnego uznania.

Obostrzeń jest wiele, a część z nich wynika z humanitarnych przesłanek. Najważniejsze sprowadza się do zakazu użycia na terenie rosji. Nie stoją za tym inne racje poza politycznymi i militarnymi w wymiarze strategicznym. Najogólniej rzecz ujmując, donatorzy obawiają się – jak niegdyś Kijów – eskalacji. Słusznie czy nie, skutki są jak najbardziej realne. Widzimy je na załączonym do wpisu zdjęciu, przedstawiającym Wołczańsk kilkanaście dni po tym, jak rosjanie przypuścili atak na przygraniczne rejony charkowszczyzny.

Dlaczego rosjanie wdarli się na kilka kilometrów w głąb ukraińskiego terytorium w okolicach Charkowa? Wskazanie niedostatecznej obsady pozycji obronnych i złego dowodzenia – czyli ewidentnych słabości ZSU na tym odcinku – nie wyczerpuje odpowiedzi. Tamci weszli także dlatego, że mogli. Mogli działać w realiach dużej bezkarności.

Choć wcześniej się skoncentrowali – i nie uszło to uwadze Ukraińców – nie dało się ich ostrzelać na pozycjach wyjściowych. Dla ZSU nie ma już „tabu nietykalnej ziemi”, ale aktualna pozostaje kwestia skutecznego zasięgu systemów artyleryjskich. By nie narazić się na ogień kontrbateryjny, trzeba słać pociski dalej niż przeciwnik. Artyleria natowskiego pochodzenia ma nad rosyjską i eks-sowiecką przewagę 10-15 km. Teoretycznie Ukraińcy mogli więc zniszczyć szykujące się do ataku rosyjskie oddziały zanim jakikolwiek z nich wszedłby na ukraińskie terytorium – i działoby się to bez ryzyka skutecznej riposty (co jest pewnym uproszczeniem). No ale mieć działa i amunicję o takich parametrach a móc ich użyć to – jak się okazuje – dwie różne rzeczywistości. W tej prawdziwej trudno było postawić artyleryjski mur, korzystając wyłącznie z sowieckich systemów, takich samych, jakimi dysponuje druga strona. Bo jeśli obie mogą strzelać „na krótko” i wzajemnie się szachować w obrębie tej słabości, przewagę zyskuje ta strona, która może wystrzelić więcej. A na Wschodzie ilość to niemal zawsze atrybut rosjan.

Idźmy dalej – pozycje wyjściowe moskali można by zbombardować przy użyciu lotnictwa. Nie wymaga to nalotów bezpośrednio nad cel – a więc i przekraczania ukraińsko-rosyjskiej granicy. Nie tylko rosjanie dysponują bombami szybującymi, do wyobrażenia jest zatem scenariusz, w którym ukraińskie MiG-i i Suchoje dokonują zrzutów nad Ukrainą, a ładunki lecą i eksplodują kilkadziesiąt kilometrów dalej. No ale bomby też są zachodnie…

Co więcej, szczupłość floty powietrznej wymusza na ukraińskim dowództwie wyjątkową ostrożność. Rosyjskie systemy przeciwlotnicze średniego zasięgu – zdolne porazić cele na odległość 100-150 km – w zasadzie rugują ukraińskie samoloty z rejonów przygranicznych. Można by te wyrzutnie i radary zniszczyć – użyć w tym celu lotniczych pocisków manewrujących, bądź strzelać z lądu ATACMS-ami (w obu przypadkach z bezpiecznej odległości 200-300 km) – ale wymieniona amunicja jest zachodniej proweniencji, a wspomniane systemy stoją w rosji.

Druga strona nie ma takich ograniczeń, nie może zatem dziwić fakt, że w bojach o Wołczańsk rosjanie masowo używają własnych bomb szybujących. Ich samoloty nie przekraczają granicy i swobodnie operują w strefie przyfrontowej. Po pierwsze, bo rozproszona i przeciążona ukraińska OPL nie jest w stanie obstawić wszystkich zagrożonych rejonów, a po drugie, nawet gdyby udało się ściągnąć pod Charków baterię Patriotów (czy nawet dwie, jak postuluje prezydent Zełenski), bez amerykańskiej zgody na strzelanie do samolotów w rosyjskiej przestrzeni powietrznej na nic by się to zdało.

I skoro jesteśmy przy Charkowie – miasto od dwóch lat terroryzowane jest ostrzałami rakietowymi. Spadają na nie m.in. Iskandery wystrzeliwane z okolic Biełgorodu. Rakiety mają do pokonania niewielkie odległości, nawet najlepsze systemy OPL miałyby problemy z ich zestrzeleniem (no ale tych systemów i tak brakuje…). Najlepszym sposobem na poradzenie sobie z rosyjskim terrorem rakietowym byłoby zniszczenie wyrzutni na ziemi. I Ukraińcy starają się to robić, posyłając nad Biełgorod drony. Ze skutecznością bywa różnie, bo bezpilotowiec nie jest tak szybki jak… no właśnie – na przykład jak rakieta. Taki pocisk ATACMS, najlepiej z ładunkiem kasetowym. Oczywiście, Iskandery są chronione przed atakiem z powietrza, ale doświadczenia z obezwładniania rosyjskiej OPL na Krymie jasno pokazują, czym są najlepsze systemy moskali w konfrontacji z zachodnim uzbrojeniem.

Byle tylko można go było użyć…

Coraz więcej zachodnich krajów godzi się na wykorzystywanie ich uzbrojenia na terytorium rosji – w tym gronie, obok m.in. Francji, Wielkiej Brytanii, Szwecji i Holandii, znalazła się również Polska. Amerykanie wciąż myślą. Byle nie potrwało to za długo.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Płonący Wołczańsk/fot. ZSU

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Szum

„Lada moment rosjanie pomaszerują na Sumy, a zajęte miasto będzie dla nich przyczółkiem do dalszych działań wymierzonych bezpośrednio w Kijów”, czytam alarmistyczne zapowiedzi. Uśmiecham się pod nosem i w myślach kontynuuję wywód: „gdy wezmą już Kijów, pójdą na Lwów, a stamtąd wprost na Warszawę, by zaraz potem ruszyć na Berlin. Chyba, k…, taczankami…”.

Wybaczcie ów sarkazm, ale śmieszą mnie zabiegi (pro)moskiewskich propagandystów, usiłujących przekonać odbiorców – także tu, w Polsce – że armia neosowiecka „już jest w ogródku, już wita się z gąską”; że lada moment wyprowadzi decydujący cios, który powali wojsko ukraińskie na kolana. Śmieszą i martwią zarazem, bo grono łapiących się na te brednie systematycznie rośnie. Nie zżymam się na to, gdyż wiem, jak działa przestrach, wiem, że w tym konkretnym przypadku karmi się on obiektywnymi przesłankami, które każą sytuację Ukrainy traktować jako poważną. Ale wiem też – znając całkiem nieźle realia wojny – że rosyjska buńczuczność nijak się ma do rzeczywistych możliwości. Sumy w rękach rosjan? Już mi kaktus wyrasta na dłoni…

Mówimy o ćwierćmilionowym mieście – obecnie mniej ludnym, ale przecież powierzchnia zabudowy nie zmieniła się wraz z wojenną emigracją. Szturmowanie takiego kolosa – gdzie wiele elementów infrastruktury nadaje się do tworzenia pozycji obronnych – to zadanie dla dziesiątek tysięcy żołnierzy, wspartych ogromną ilością sprzętu ciężkiego. Tymczasem po drugiej stronie granicy – w rosyjskim obwodzie kurskim – stacjonuje zaledwie kilkanaście tysięcy żołnierzy, głównie lekko zbrojnej piechoty. Koncentracji liczniejszych i lepiej wyposażonych oddziałów nie widać – potwierdzają to zarówno ukraińskie, jak i zachodnie służby wywiadowcze, te ostatnie także w oparciu o dane ze zwiadu satelitarnego. Oczywiście, wojsko zawsze można przerzucić, lecz i to wymaga przygotowań, których „nasi” nie rejestrują (co z ogromnym prawdopodobieństwem oznacza, że takich przygotowań zwyczajnie nie ma).

Idźmy dalej, obwód sumski jest lepiej przygotowany na przyjęcie moskali niż północne obrzeża Charkowa. Mam tu na myśli umocnienia, inżynieryjne przeszkody, pola minowe i inne „niespodzianki”. Ponoć to skutek lepszej jakości administracji wojskowej, tak przynajmniej twierdzą moje ukraińskie źródła. Moim zdaniem, ważniejsza jest chyba bliskość Kijowa, którego ochrona – także wysunięta – jest absolutnym priorytetem sił zbrojnych Ukrainy. W tym kontekście nie bez znaczenia jest fakt, że droga krajowa 07 (Автошлях Н 07) – wiodąca z Sum do stolicy – była już zimą 2022 roku osią natarcia rosyjskich jednostek zmierzających pod Kijów.

Dodajmy do tego fakt, że na wschodnim brzegu Dniepru, między Czernihowem a Czerkasami, stacjonuje kilkanaście dużych jednostek armii ukraińskiej. Część z nich stanowi straż przednią stolicy, ale rejon ten używany jest również do odtwarzania zdolności bojowych wycofanych z frontu brygad (wbrew potocznym wyobrażeniom, w tym celu nie wykorzystuje się wyłącznie zachodniej Ukrainy). Tak czy inaczej, w razie potrzeby – rozumianej jako poważne zagrożenie na kierunku sumskim – dowództwo ZSU miałoby możliwość szybkiego sięgnięcia po odwody i to bez konieczności ściągania oddziałów z pierwszej linii na wschodzie.

Z czego rosjanie doskonale zdają sobie sprawę – czy zatem rzeczywiście zaatakują? Zapewne tak. Podobnie jak w przypadku operacji charkowskiej ograniczonymi siłami, z tymże z nieco inną intencją. O ile w przypadku „Charkowa” atak moskali miał charakter „saturacyjny” – chodziło w nim (w dużej mierze) o zaabsorbowanie uwagi, sił i środków oddziałów ZSU zaangażowanych na nieodległym froncie bądź stanowiących bezpośredni odwód – o tyle w przypadku „Sum” szłoby raczej o efekt propagandowy. Szum związany z tym, że rosjanie „otwierają kolejny front”, znów „stwarzają zagrożenie dla Kijowa” czy „uderzają, by wyjść na tyły broniącej Donbasu armii ukraińskiej”. A każda z takich katastroficznych narracji – podsuwanych przez rosjan, posłusznych im aktywistów medialnych, no i rzesze użytecznych idiotów – ma moc kropli drążącej skałę. Bo jeśli jest tak, jak mówią rosjanie, to Ukraina zaraz upadnie – po co więc ją wspierać?

A kaktus na dłoni jak nie wyrósł, tak nie wyrasta…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Tymczasem ruskie pięknie chlastają się same – wczoraj do aresztu trafił iwan popow, jeden z najlepszych liniowych dowódców armii rosyjskiej. Chłop w zeszłym roku publicznie przejechał się po MON i sztabie generalnym, odwołali go ze stanowiska dowódcy 58. Armii, a teraz postawili mu zarzut korupcji. Brał-nie brał; mało który w rosji nie bierze. Grunt, że potencjalnie niebezpieczny pionek definitywnie spadł z szachownicy. Idźcie dalej tą drogą, moskiewscy towarzysze…/fot. MOFR

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Efektywność

Na północny-wschód od Charkowa nadal trwają walki, choć nie są już tak intensywne jak w weekend. Cokolwiek było celem rosjan – czy nadal nim pozostaje – nie wyszli poza strefę ściśle przygraniczną. I nie sądzę, by w najbliższym czasie im się to udało (ba, zakładam, że nawet nie będą próbowali).

W samym Charkowie życie toczy się utartym stano-wojennym rytmem. „Zero paniki; ludzie nie obawiają się szturmu moskali, bardziej doskwierają im przerwy w dostawach prądu”, raportuje mi znajomy. Faktem jest, że infrastruktura energetyczna mocno w ostatnich tygodniach ucierpiała, co jest udziałem nie tylko obwodu charkowskiego, ale niemal całej Ukrainy.

Wróćmy na front – ten nadcharkowski dostarcza bardzo ciekawych materiałów multimedialnych. Idzie mi o charakter rosyjskich szturmów na Wołczańsk i okoliczne wioseczki. Atakujący mianowicie zachowują się tak, jakby dramatycznie brakowało im „techniki”. W pierwszym i drugim dniu zmagań piechocie moskali towarzyszyły czołgi i transportery, które po  wytraceniu nie zostały zastąpione nowym sprzętem. Mówiąc wprost, ruskie idą teraz ludzką masą, choć gwoli rzetelności zauważyć należy, że na tym odcinku frontu mocno uaktywniły się ich drony. Lancety nie kompensują nieobecności ciężkiego sprzętu, ale zauważalnie dokuczają ukraińskiej artylerii i logistyce.

Nade wszystko jednak to ta artyleria dysponuje mocą dokuczania, ba, dziesiątkowania rosjan, głównie za sprawą amunicji kasetowej (obrońcy używają „kaset” także w innych rejonach walk; stąd dramatyczny skok w statystykach rosyjskich strat osobowych, notowany w ostatnich dniach; tego efektu nie da się wytłumaczyć wyłącznie „Charkowem”). W Charkowie zaś dowcipkują, że właśnie odpalona przez rosjan kampania medialna, mająca deprecjonować ukraińskie wysiłki wojenne, świetnie opisuje sytuację, w jakiej znaleźli się w okolicach miasta żołdacy putina. „Do ostatniego Ukraińca!”, hasło tej treści pojawia się jako zwieńczenie ruskiego filmowego paszkwilu (w którym broń otrzymuje ukraińska babcia). „Do ostatniego moskala!”, dopingują swoich, a zarazem drwią z rosyjskiej determinacji charkowianie.

A propos determinacji. Rozpoczynający kolejną kadencję putin powołał nowy „rząd”, z którego wyleciał minister obrony szojgu. Jego następca, andriej biełousow, to ekonomiczny technokrata – ponoć skuteczny „optymalizator”, w dodatku niebiorący łapówek – co zdaniem wielu komentatorów m u s i oznaczać, że rosja szykuje się do długiej wojny. Nie tyle z Ukrainą, co z NATO, rzecz jasna. U podstaw takich przewidywań leży założenie, że misją biełousowa jest poprawa efektywności działań MON, armii i całej wojennej gospodarki. To skądinąd słuszne przypuszczenie, na potwierdzenie którego otrzymaliśmy serię aresztowań urzędników ministerstwa obrony pod zarzutem korupcji.

Tyle że zamiar poprawy wydajności wcale nie musi dowodzić determinacji, jaką przypisuje się Kremlowi. Gdyby rosyjska armia osiągnęła zakładane cele w Ukrainie, nikt by się jej dziadostwa i toczącego ją złodziejstwa nie czepiał. W strukturach quasi-państwowych, de facto mafijnych, korupcja jest narzędziem sprawowania władzy. Rentą, gwarantem lojalności. Póki beneficjent nie nakradnie za dużo, póty jest bezpieczny. Kiedy mamy do czynienia z sytuacją „za dużo”? Ano wtedy, gdy jakieś składowe systemu zaczynają poważnie szwankować. Premie korupcyjne w rosyjskiej armii i przemyśle zbrojeniowym za czasów szojgu pożerały nawet 80 proc. (!) oficjalnych wydatków (dane za rosyjskim Transparency International). Modernizacja sił zbrojnych w dużej mierze zatem miała fasadowy charakter. Skutki widzieliśmy w Ukrainie.

Widzimy też, że mimo napuszonej propagandy w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Obrazki spod Charkowa – wspomniana gołodupna piechota – nie są reprezentatywne dla sił inwazyjnych. Niewykluczone, że brak istotnego wsparcia broni ciężkiej jest efektem podrzędnej roli, jaką rosyjskie dowództwo przypisuje „nowemu frontowi”. Ale niedostatek „techniki” to problem, z którym boryka się całość inwazyjnej armady – większość jednostek frontowych nadal ma do dyspozycji 40-50 proc. etatowo przewidzianych czołgów i wozów bojowych. Armia rosyjska w Ukrainie jest mocna przede wszystkim słabością swojego przeciwnika; obiektywne analityczno-militarne kryteria każą oceniać jej możliwości jako relatywnie niskie.

Na tyle niskie, że takim wojskiem nie da się wygrać wojny z Ukrainą. A rosja ten konflikt wygrać musi, gdyż jest to warunek przetrwania obecnego systemu władzy. I zapewne taki cel putin postawił przed andriejem biełousowem. Dlaczego tak mało ambitny (bez komponentu „po Ukrainie idziemy na NATO”) i jakie są kryteria tego zwycięstwa?

Te ostatnie zostały już dawno zredefiniowane – jeśli bliżej przyjrzeć się rosyjskiej propagandzie na użytek wewnętrzny, dojrzymy, że nie ma tam już miejsca na „wyzwolenie całej Ukrainy”. Wielu obserwatorów było zszokowanych uczciwością, na jaką w jednym z ostatnich publicznych wystąpień pozwolił sobie szojgu – przyznał on mianowicie, że od początku 2024 roku armia rosyjska zajęła zaledwie 500 km kwadratowych Ukrainy. Potem bredził coś o gigantycznych stratach ukraińskiego wojska, nie wspominając o 100 tysiącach własnych poległych i rannych, utraconych między styczniem a kwietniem. Tym niemniej sygnał był jasny – „to nie jest walka o wielkie obszary” – i wpisujący się w praktykę oswajania rosjan z wizją ograniczonej pobiedy. Jak ograniczonej? Są tacy, którzy kreślą granicę rosyjskiego sukcesu na Dnieprze, moim zdaniem to nierealistyczny scenariusz. Sądzę, że Kreml byłby mocno kontent, gdyby udało się zająć całą chersońszczyznę, Zaporoże i Donbas oraz stworzyć bufor ochronny dla Biełogorodu na obszarze charkowszczyzny. Ale przełknąłby – i przełknęliby rosjanie – także mniejsze zyski, gdzie absolutnym minimum byłoby zajęcie całego obwodu donieckiego (dodania go do dotychczasowych zdobyczy).

O efektywność – MON, armii i zbrojeniówki – która dałaby taki wynik ma w mojej ocenie powalczyć nowy minister.

Bo i o wyższej może tylko pomarzyć. Jak mówią „z pustego i Salomon nie naleje”. Przy topniejących posowieckich zapasach broni ciężkiej, niemożności rozpoczęcia masowej produkcji nowych czołgów, transporterów czy samolotów oraz z kurczącymi się rezerwami finansowymi (o czym już pisałem, więc tylko problemy sygnalizuję), przygotować się do wojny z NATO nie sposób.

O czym szerzej napiszę przy kolejnej okazji.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zniszczone elementy „anałoga-w-miru-niet”, systemu przeciwlotniczego S-400 (S-300?) w bazie Belebek na okupowanym Krymie. Jak widzimy, rosyjska wunderwaffe skutecznie przechwyciła ATACMS-a, odważnie biorąc go „na klatę”/fot. anonimowe źródła rosyjskie