Rak

Ta noc w Ukrainie nie należała do spokojnych – rosjanie przeprowadzili potężny atak rakietowo-dronowy. Celem nie był znakomicie broniony Kijów, ale – po raz pierwszy od wielu miesięcy – obiekty infrastruktury energetycznej.

Łącznie za cel obrano co najmniej 15 takich instalacji, w tym Dnieprzańską Elektrownię Wodną (DEW) w Zaporożu (pokrywającą 10 proc. zapotrzebowania Ukrainy na energię elektryczną) i drugą największą w kraju elektrociepłownię TEC-5 w Charkowie. Rakiety uderzyły też w obiekty w Krzywym Rogu, Chmielnickim, w obwodach winnickim i iwano-frankiwskim.

Gdy piszę te słowa, w wielu miejscach w Ukrainie brakuje prądu.

Na szczęście nie doszło do przerwania tamy DEW, co oznaczałoby kolejną gigantyczną katastrofę. Obiekt nie jest w najlepszym stanie technicznym – co stwierdzono na długo przed pełnoskalową inwazją – ale z drugiej strony należy pamiętać, że projektowano go tak, by przetrwał uderzenie małej głowicy jądrowej.

Wedle źródeł ukraińskich, rosjanie użyli do ataku ponad 150 pocisków manewrujących, rakiet balistycznych i dronów kamikadze. Obrońcy raportują zestrzelenie 92 z nich, w tym niemal wszystkich szahidów i pocisków manewrujących. Niestety, przebiły się hipersoniczne kindżały – siedem sztuk – oraz balistyczne iskandery (12) i S-300/400 (22). Na kindżały Ukraińcy mają odpowiedni bat – wyrzutnie Patriot – ale te zaangażowane są do obrony stolicy. O zestrzeliwaniu rakiet balistycznych, które atakowały przede wszystkim przygraniczny Charków, nie było mowy – dystans, jaki mają do pokonania pociski, jest na tyle krótki, że uniemożliwia efektywną reakcję ukraińskiej OPL.

—–

Dzisiejszy atak jest drugim – po wczorajszym, wymierzonym w Kijów – w którym użyto bombowców strategicznych Tu-95; to one wystrzeliły pociski manewrujące. Trzy dni temu pisałem, że Tupolewy od dłuższego czasu nie pojawiają się na teatrze działań, zatem teraz należy stwierdzić, że po 44 dniach nieobecności wróciły do akcji. Czy na dłużej? To zależy od tego, z czym mieliśmy dziś do czynienia.

Mogła to być zemsta za ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie. Operacja jednorazowa (choć nie da się wykluczyć, że nawet w takim scenariuszu będzie miała kilka odsłon), nastawiona na wywołanie efektu mrożącego czy (ujmując rzecz z perspektywy rosyjskiej) „otrzeźwienia” – coś w stylu „jeśli nie przestaniecie atakować naszych rafinerii, zniszczymy wam elektrownie”.

Ale nie da się wykluczyć, że rosjanie zaczęli właśnie kolejną kampanię wymierzoną w ukraińską energetykę, na wzór tej z zimy 2022 i 2023 roku. Dlaczego dopiero teraz? Moim zdaniem dwie możliwe odpowiedzi zasługują na uwagę.

Po pierwsze, moskale świadomie przeczekali Ukraińców, ich obronę powietrzną. Dziś może ona mniej niż jeszcze kilka miesięcy temu – i nie chodzi tylko o utracone „po drodze” wyrzutnie i radary. W debacie publicznej poświęconej Ukrainie nagminnie podnosi się kwestię pocisków artyleryjskich, ich braku; o identycznej sytuacji dotyczącej antyrakiet mówi się już znacznie mniej. Tymczasem o ile amunicja artyleryjska ma kluczowe znaczenie dla zapewniania trwałości linii obronnych, o tyle jej odpowiednik przeciwlotniczy jest absolutnie niezbędny dla zachowania dobrej kondycji zaplecza. Tak w wymiarze technicznym – gdy idzie o rozmaite instalacje – jak i czysto ludzkim, dotyczącym morale społeczeństwa. Zapasy najcenniejszych zachodnich antyrakiet szybko się kurczą, tych posowieckich zresztą również. A widoków na znaczące uzupełnienia nie ma. Agresorzy doskonale zdają sobie z tego sprawę. Ograniczonymi atakami z ostatnich tygodni zmusili Ukraińców do dalszego „wystrzeliwania się” i pogłębiania deficytów. Przy tej okazji odnowili gotowość bojową (części) bombowców i mimo trudności wynikłych z sankcji, powiększyli zapas rakiet i pocisków manewrujących. Dziś są gotowi uderzyć mocniej w słabszego przeciwnika.

Drugie z wyjaśnień zakłada, że odnawianie możliwości flotylli bombowców i ciułanie rakiet nie odbywało się przy okazji, a było bezpośrednim powodem odroczenia kampanii.

W obu przypadkach fakt, iż po drodze „stracono” zimę – a więc korzyść w postaci większej dotkliwości dla ukraińskich cywilów pozbawionych prądu i ogrzewania – może być skalkulowanym kosztem odroczenia. Ale może też być stanem pożądanym przez rosjan. „Wyrazem dobrej woli”, jak w opowiastce o Stalinie, który mógł złorzeczące na niego dziecko zabić, a tylko dał mu klapsa. Od dłuższego czasu z terytoriów okupowanych nie napływają masowo informacje o rosyjskim bestialstwie, ba, jest coraz więcej doniesień o malejącej opresyjności reżimu. Przypadek? Dowód na większą „szczelność” informacyjną? Być może, ale nie da się też wykluczyć, że mamy do czynienia ze zmianą filozofii postępowania. Niekoniecznie humanitaryzmem, raczej kuglarsko-bandycką ofertą typu „będę bił mniej, jeśli przestaniesz stawiać opór”.

—–

A propos bicia – prawdopodobnie Ukraińcy dostali też w plecy od swoich. „Financial Times” donosi, że Stany Zjednoczone naciskają na Ukrainę, by wstrzymała ataki z użyciem dronów na rafinerie w rosji. Wedle Waszyngtonu, ataki powodują wzrost cen ropy, co bardzo źle odbierane jest przez zwykłych Amerykanów. A mamy w USA rok wyborczy…

Nie wiem, na ile wiarygodne są doniesienia FT, ale co do zasady to solidna redakcja. Faktem jest, że w 2024 roku ceny ropy wzrosły o 15 proc., do 85 dol. za baryłkę. Wiem też, że wbrew potocznym wyobrażeniom popularnym w Polsce, Amerykanie nie różnią się od wyborców z innych krajów – i głosują portfelem. Pogorszenie własnych finansów kojarząc z polityką rządu, co istotnie, może stanowić zagrożenie dla reelekcji Joe Bidena.

Z dostępnych danych wynika, że dotąd zaatakowano 11 rosyjskich rafinerii, odpowiedzialnych za produkcję 126 mln ton paliw i smarów. Teoretycznie rosjanie mogą wyprodukować rocznie 300 mln ton tych produktów, ale realnie jest tego o kilkadziesiąt mln ton mniej, bo nie da się utrzymać w ciągłym ruchu wszystkich przedsiębiorstw. Porażone przez Ukraińców rafinerie pracują dalej, choć w mocno ograniczonym zakresie. Problem jest na tyle poważny, że rosja na pół roku zawiesiła sprzedaż paliwa za granicę. Moskwa ma ogromne rezerwy – w tej chwili to ponad 350 mln ton – więc sama federacja szybko „nie wyschnie”. Lecz jeśli Ukraińcy nie odpuszczą, przedłużający się brak rosyjskich paliw może doprowadzić do poważniejszych zawirowań w światowej gospodarce.

Co przywodzi mnie do refleksji, że rosja jest niczym rak, który zajął takie obszary, że usunięcie trefnych komórek wiąże się z ogromnym ryzykiem śmierci dla całego organizmu. Radykalne terapie istnieją, ale lekarze, niestety, wolą nie ryzykować.

Ps. W maju zeszłego roku sporo mówiło się o odkryciu naukowców z Uniwersytetu Stanforda. Mniejsza już o diabelnie skompilowane szczegóły, rzecz sprowadza się do ustalenia, że komórki rakowe można zmienić w komórki zwalczające raka. W kontekście analogii brzmi to obiecująco…

—–

Szanowni, choć współpracuję z kilkoma redakcjami, piszę głównie dzięki wsparciu Czytelników. Tradycyjnie więc polecam Waszej uwadze moje konto na buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

…lub profil na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Dnieprzańska Elektrownia Wodna tuż po ataku/fot. DEW

PS. Przypominam o możliwości nabycia mojej ostatniej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” w specjalnej edycji z autografem – wystarczy kliknąć w ten link.

Kilka dni temu rozmawiałem o wojnie w Ukrainie, „Alfabecie…”, prorosyjskiej narracji w Polsce z Bożydarem Pająkiem – zapraszam Was do odsłuchania tej rozmowy.

Iskandery

Na początek dwie uwagi natury socjologicznej – a potem przejdę do tytułowej kwestii, związanej z ostatnimi rosyjskimi atakami rakietowymi.

W potocznych wyobrażeniach Polaków ugruntował się jednorodny wizerunek Ukraińców – nieprzejednanych w negatywnej postawie wobec rosjan. Nie ma w niej miejsca na odcienie szarości, są hasła o „formowaniu się narodu politycznego”, „szybko postępującej derusyfikacji” i nienawiści wywołanej rosyjskim bestialstwem. Czasem, trochę cichcem, wspomina się o kolaborantach, zwolennikach „ruskiego miru”, podkreślając, iż jest to zdecydowana mniejszość. Jest, ale są też ludzie, których spotkałem podczas ostatniego wyjazdu do Ukrainy. Których istnienia – co przyznaję z lekkim zażenowaniem – dotąd nie dostrzegałem, mniej lub bardziej świadomie ignorowałem. Mam na myśli „ludzi rosyjskich”, obywateli ukraińskich zakorzenionych w rosyjskiej kulturze, emocjonalnie z nią związanych, ale nie proputinowskich. Nieszczęśliwych, bo głęboko rozczarowanych rosją i jej działaniami w Ukrainie. Na linii wojennego podziału zdecydowanie proukraińskich, ale dystansujących się od ukraińskiego etnosu i budujących propaństwową postawę w oparciu o lokalny patriotyzm. Odesa i Charków pełne są takich osób. Koncept lokalnego patriotyzmu nowy nie jest, w naszej części Europy – generalnie dystansującej się od nacjonalizmów – w oparciu o tę ideę próbuje się budować społeczną spoistość. Jednak w Ukrainie, z jej wymuszoną przez rosjan nacjonalistyczną konsolidacją, odeska czy charkowska „rusko-ukraińskość” jest zjawiskiem dość osobliwym.

Nie mniej osobliwy – ale tylko dla kogoś, kto nie zna wschodniej mentalności – jest tamtejszy fatalizm. Owo pogodzenie się z losem, niezależnie od fundowanych przezeń okoliczności. We wsiach położonych na północ od Charkowa armia rosyjska zachowywała się, lekko mówiąc, skandalicznie. Rozbój był na porządku dziennym, ale miejscowi opowiadają o tym ze spokojem, rodzajem zrozumienia dla „oczywistych” aspektów wojennej rzeczywistości. Kradli? No kradli. Nie pozwalali chować zabitych na cmentarzach? No nie pozwalali; trzeba było grzebać bliskich w ogródkach przy domu. Komfortowe to wszystko nie było, ale dało się przeżyć. Ze świadectw, które zebrałem, wyłania się obraz największej grozy wywołanej czym innym – selektywnym rosyjskim bestialstwem.

– Syna sąsiadki wywlekli z domu nocą – opowiada Nadieja, emerytowana nauczycielka z Cyrkunów. – Związali mu ręce za plecami, wywieźli za wieś. Przywiązali do drzewa i rozstrzelali.

– Za co?

– Był strażnikiem granicznym. Na nich, na policjantów, na byłych wojskowych, zwłaszcza atowszczików, polowali bezwzględnie.

Mordowano też lokalnych samorządowców i wszelkiej maści proukraińskich aktywistów; dla tych przedstawicieli elit rosyjska okupacja oznaczała śmierć. Dla zwykłych ludzi „tylko” gwałt i rabunek oraz ryzyka związane ze znalezieniem się w strefie aktywnych działań bojowych, gdzie winy za wszelkie dramaty rozkładają się „po równo”, bo przecież obie strony strzelały, zrzucały rakiety i bomby. Bez tego kontekstu, bez znajomości takiego sposobu myślenia, nie da się zrozumieć społecznego klimatu wschodniej Ukrainy, w którym nadal obecne są prorosyjskie sympatie.

O czym wspominam z dwóch powodów. Odesa i Charków nie były celem zmasowanego rosyjskiego terroru. W pierwszym mieście najbardziej cierpi port i okolice, w drugim Północna Saltówka, dzielnica będąca niczym „tarcza miasta”, na której rozbiły sobie zęby rosyjskie czołówki pancerne. Świadomi „rosyjskości” obu metropolii moskale stosują wobec nich strategię terroru selektywnego. Na Charków rakiety spadają regularnie, ale mapowanie miejsc wybuchów przywodzi do wniosku, że gęsto zaludnione centrum pozostaje bezpieczne. Jednocześnie w obu miastach wciąż działa prorosyjska agentura, której łatwo zgubić się w tłumie „rosyjskich ludzi” i której członków niespecjalnie oburza powszechna wiedza o przewinach i zbrodniach putinowskiej armii.

To od takich ludzi – kolaborantów, którzy wcale kolaborantami się nie czują – rosjanie czerpią wiedzę o wartościowych celach, to od nich otrzymują koordynaty.

Dziś rano – pozornie na przekór tego, o czym piszę – rosjanie ostrzelali centrum Charkowa. Ale użyli swojej najprecyzyjniejszej broni – rakiet Iskander – można więc przyjąć, że chcieli porazić konkretny, wojskowy cel. Ponoć chodziło o hotel przejęty przez wojsko („zagranicznych najemników”). Nie będę rozstrzygał, czy tak właśnie było – bo nie wiem – faktem jest, że jeden z dwóch wystrzelonych Iskanderów trafił centralnie w zamieszkały przez cywilów dom, co widzicie na załączonych zdjęciach. Zginął 10-letni chłopiec, rannych zostało 25 osób, w tym 11-miesięczne niemowlę. Jeśli to nie był celowy terror, to mamy kolejny przyczynek do dyskusji o „rosyjskiej celności”.

Jakkolwiek tragiczne, wydarzenia z Charkowa bledną w obliczu dramatu, jaki rozegrał się wczoraj we wsi Groza (sic!), w obwodzie charkowskim. Tam rosjanie również użyli Iskandera i zabili 55 osób. Rakieta trafiła w budynek, w którym właśnie odbywała się stypa.

Wieści z Grozy dotarły do mnie tuż po ataku – od razu pomyślałem, że nie chodziło o zwykły pogrzeb i zwykłych żałobników. „ruskie to zło, ale nie podejrzewam, by chcieli zabić cywilów dla samego zabicia cywilów. Prawdopodobnie grzebano kogoś, i opłakiwano, na pogrzeb kogo przyjechali jacyś ważni wojskowi. I to oni byli celem”, napisałem do znajomej, Polki, która pracuje w Charkowie. Wkrótce na rosyjskich kontach zaczęły pojawiać się informacje, że chodziło o oficerów batalionu „Ajdar”, swego czasu kontrowersyjnej formacji (z historią podobną do „Azowa”), która zalazła moskalom za skórę jeszcze w 2014 roku, walnie przyczyniając się do ograniczenia terytorialnej ekspansji tak zwanej noworosji. Dziś ukraińskie źródła potwierdzają, że we wsi odbył się pogrzeb wojskowego (bez podania formacji). Ceremonia powtórna, związana z ekshumacją poległego oficera, który zginął na początku pełnoskalowej inwazji. Groza była wówczas pod rosyjską okupacją, żołnierza pochowano więc w Dnipro – i dopiero teraz złożono w rodzinnej miejscowości. W rosyjskim ataku na żałobników zginął m.in. syn chowanego, także żołnierz armii ukraińskiej. Nie ma informacji o innych zabitych wojskowych, co nie znaczy, że ich nie było. Znamienne wszak, że rosyjscy milblogerzy – wczoraj piejący z zachwytu nad „udaną likwidacją wyższych rangą nacjonalistów”, dziś zwalają winę za atak na Ukraińców. Którzy rzekomo sami się ostrzelali. Prawdopodobnie nawet w rosji źle odebrano fakt, że w ataku zginęli przede wszystkim bogu ducha winni cywile.

Cywile, o których zgromadzeniu – i o celu samego zgromadzenia – musiał rosjan ktoś poinformować. Ktoś miejscowy, dobrze zorientowany w przebiegu ceremonii. Po prawdzie nie ma znaczenia, czy moskalom chodziło o zabicie ważnych „ajdarowców” czy przedstawicieli lokalnej administracji wojskowej (którzy zawsze pojawiają się na pogrzebach oficerów); istotne jest to, że akcja miała mieć charakter dekapitacyjny. Patrząc z tej perspektywy, nie różni się to specjalnie od ataków przeprowadzanych przez amerykańskie drony w ramach wojny z terrorem. W takich okolicznościach – zwłaszcza za prezydentury Baracka Obamy – zginęło wielu komendantów bojówek. Niekiedy ich śmierci towarzyszyły ofiary uboczne, jak w nomenklaturze NATO określa się nieplanowane i niezamierzone zabicie cywilów. Ale na tym kończą się podobieństwa i preteksty do mówienia, że rosjanie robią to samo, co Amerykanie. Bo nie robią. 50 zabitych w Grozie to cywile, mieszkańcy wioski (jedna szósta populacji!). Nawet jeśli pięciu pozostałych było wojskowymi, w żadnej zachodniej armii nie znaleziono by uzasadnienia dla takiej relacji (1:10!) celów do strat ubocznych. A że stypa odbywała się w małym budynku, od początku musiało być jasne, że ryzyko przypadkowych ofiar jest bardzo duże. Natowscy planiści odpuściliby taką akcję, rosyjscy – jak widać – nie.

Bo rosja to państwo terrorystyczne.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Budynek trafiony dziś w Charkowie. W hotelu, który ponoć był celem ataku, nie wypadły nawet szyby…/fot. Joanna Marciniak

Zbrodnie

Weekend przyniósł smutne wieści – w szpitalu, z powodu odniesionych ran, zmarła Wiktoria Amelina. Ukraińska pisarka i dziennikarka to trzynasta śmiertelna ofiara ataku rakietowego na Kramatorsk, do jakiego doszło wieczorem 27 czerwca. Rannych zostało wówczas 67 osób, przede wszystkim klientów i członków personelu pizzerii „Ria”, w którą trafił rosyjski pocisk. Dziś już wiemy, że był to Iskander – jak na raszystowskie standardy bardzo precyzyjna broń – co uprawdopodabnia tezę o celowym uderzeniu w lokal gastronomiczny.

Amelina przebywała w restauracji w towarzystwie trójki Kolumbijczyków, tak jak ona zaangażowanych w międzynarodowy projekt poświęcony dokumentowaniu rosyjskich zbrodni wojennych w Ukrainie. Goście z zagranicy przeżyli, ale warto wspomnieć o bandyckich standardach rosyjskiej dyplomacji. Otóż jej przedstawiciele – zamiast wyrazić ubolewanie z powodu ran odniesionych przez obywateli Kolumbii – publicznie ich zrugali. „Miasto położone blisko frontu (…) nie jest odpowiednim miejscem do skosztowania ukraińskiej kuchni”, zakomunikowała ambasada moskowii w Bogocie. „(…) nigdy nie słyszeliśmy, że Kramatorsk jest centrum gastronomii w regionie”, kpili moskale. Działo się to dzień po ataku, gdy było już jasne, że rosjanie zabili mnóstwo cywilów (w tym dzieci…), a nie – jak twierdziło ich ministerstwo obrony – ukraińskich i natowskich (sic!) żołnierzy. W takiej sytuacji sypie się łeb popiołem, a nie zwala winę na ofiary.

No chyba że jest się rosją…

Kilka dni temu pisałem, że mam wątpliwości, czy raszyści uderzyli w pizzerię celowo. W międzyczasie dotarło do mnie, że „Ria” w jeszcze większym stopniu niż kiedyś (w „moich” latach 2015-16) stała się lokalem, którego funkcje daleko wykraczały poza usługi gastronomiczne. Było to centrum informacyjno-towarzyskie dla wszelkiej maści cudzoziemców pracujących we wschodniej Ukrainie. Dziennikarzy, pracowników organizacji pomocowych i humanitarnych, międzynarodowych obserwatorów czy wolontariuszy. Dziś już wiem, że nie tyle tam bywali, co tłumnie się przewalali. Dzień po dniu, wieczór po wieczorze. Mówimy zatem o miejscu idealnym dla terrorystów, którzy chcieliby przeprowadzić spektakularny zamach, z nadzieją, że zostanie on „ograny” przez media na całym świecie.

Że rosja to organizacja terrorystyczna nie muszę nikogo przekonywać. Tylko co miałaby zyskać, ładując rakietą w pełną gości pizzerię? A choćby chwilowe odwrócenie uwagi świata od upokarzających dla Kremla doniesień na temat puczu prigożyna i jego skutków. W bandyckiej percepcji – jakże bliskiej władzom moskowii – lepiej być bezlitosnym draniem niż ciamajdą. Oczywiście, nawet bezlitosny drań musi się odrobinę krygować – stąd rutynowe zaprzeczanie, że w ataku chodziło o cywilów. Zresztą, patrząc z perspektywy Moskwy, intencje nie miały tu większego znaczenia, liczył się dramatyczny efekt – te dziesiątki zabitych i rannych klientów lokalu.

Jeśli świat miał się nad Kramatorskiem pochylić – i zapomnieć o puczu – to zawiódł te oczekiwania. Owszem, o dramacie mówiły wszystkie najważniejsze agencje – dziś, w kontekście śmierci Ameliny, też mówią – ale zasadniczo incydent przeszedł bez większego echa. Po pierwsze, w chwili ataku na pizzerię znajdowało się w niej zaledwie kilku cudzoziemców (w tym Wojtek Grzędziński, fotoreporter z Polski) – za mało, by znacząco umiędzynarodowić dramat. Po drugie, rosjanie mogli paść ofiarą swoich wcześniejszych „sukcesów”. Nie był to ich pierwszy bandycki nalot rakietowy na Kramatorsk – 8 kwietnia 2022 roku wystrzelili w rejon dworca kolejowego taktyczny pocisk Toczka-U. Na stacji przebywało wówczas ponad 4 tys. osób oczekujących na pociągi ewakuacyjne – 59 z nich zginęło, a 109 zostało rannych. Generalnie ukraińska prokuratura udokumentowała dotąd niemal 80 tys. (!) rosyjskich zbrodni wojennych, w sprawie których prowadzonych jest 14 tys. postępowań karnych (w tych „najgrubszych” Ukraińców wspierają zespoły śledcze z ponad 20 krajów, także z Polski). Większość to nieznane opiniom publicznym zdarzenia, ale tych znanych – szeroko omawianych i komentowanych na całym świecie – było już naprawdę sporo. Dość, by przymknąć oko i ucho na kolejną rosyjską zbrodnię.

A propos zbrodni i przymykania oka – na koniec spojrzenie z nieco innej perspektywy. Centrum Lewady – ostatni niezależny od rosyjskich władz ośrodek badania opinii publicznej – opublikował właśnie wyniki sondażu o podejściu rosjan do spec-operacji. Okazuje się, że 73 proc. ją popiera, ba, 43 proc. odczuwa z jej powodu dumę. Jednocześnie aż 56 proc. ankietowanych uważa, że za śmierć ludzi w Ukrainie winę ponoszą Stany Zjednoczone i NATO. Czyli Iskander przyleciał z Ameryki, czyż nie? Nieco ponad połowa obywateli federacji (55 proc.) sądzi, że spec-operacja prowadzona jest z sukcesami, 40 proc. chce przedłużenia działań zbrojnych. Ciekaw jestem, czy o kolejne niemal 500 dni i 80 tys. zbrodni wojennych? Ale żeby nie było – 53 proc. respondentów chce rozmów pokojowych. Humanitaryści? No niekoniecznie. Aż 93 proc. ankietowanych boi się ostrzałów terytorium rosji, a 80 proc. dostaw zachodniego uzbrojenia dla armii ukraińskiej.

Gdzie kryje się nadzieja na pokój i zatrzymanie kolejnych rosyjskich zbrodni? Realnie, na dziś? W karmieniu tych lęków…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu i Piotrowi Maćkowiakowi. A także: Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu i Mateuszowi Jasinie.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Krzysztofowi Kotasiowi, Łukaszowi Lisowi, Radosławowi Gajdzie oraz Czytelnikowi Pawłowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Niepożądany

Jeszcze w nawiązaniu do poprzedniego wpisu.

Dowództwo ukraińskich sił powietrznych nie potwierdza zestrzelenia pocisku hipersonicznego Kindżał, do czego miało dojść 4 maja o 2.40 nad Kijowem. Tym samym zaprzecza doniesieniom uznanych ukraińskich dziennikarzy i ekspertów od wojskowości, co u zewnętrznego obserwatora może wywołać konfuzję. Oczywiście, nawet najlepsi spece, najlepiej poinformowani redaktorzy, mogą się mylić (mylić może się również piszący te słowa), ale i tak trudno oprzeć się wrażeniu, że coś dziwnego wydarzyło się w ukraińskim przekazie z ostatnich godzin. Informacja o zniszczeniu Kindżała – najprawdopodobniej przy użyciu wdrożonego właśnie do obrony stolicy systemu Patriot – nie pojawiłaby się w ukraińskich mediach ot tak. W realiach wojennej cenzury publikację takiego „hitu” z pewnością poprzedziło „zielone światło” z ministerstwa obrony albo innej ważnej instytucji. Wychodzi więc, że ktoś się zreflektował. Z jakichś powodów uznał, że nie czas i miejsce na ujawnianie informacji o incydencie, danych o nowych możliwościach ukraińskiej obrony przeciwlotniczej.

A może chodzi o to, że ów sukces mógłby przynieść niepożądane skutki? Kremlowska propaganda jest obecnie w rozpaczliwej sytuacji – „druga armia świata” nie może zdobyć powiatowego miasteczka, w rosji płoną składy paliw i rafinerie, na polityczno-wojskowej górze toczy się demoralizująca bijatyka lordów wojny (prigożyna, szojgu, gierasimowa). A 9 maja, dzień pabiedy – najważniejsze święto putinowskiej rosji – tuż za progiem. Jak się nie obrócić, dupa zawsze z tyłu, a tu jeszcze Kijów chwali się zestrzeleniem „niezestrzeliwalnej” wunderwaffe. To potencjalnie niebezpieczna sytuacja – analogia ze zbójem przypartym do muru pasuje jak ulał. Bo ów zbój mógłby powiedzieć „nie!”, udowodnić, że jednak dysponuje wunderwaffe, zrobić coś, co da się przedstawić jako sukces.

Nie wiem, ile jednocześnie Kindżałów mogą posłać rosjanie – cztery, sześć, dziesięć? Pewnie nie więcej, bo to kwestia operacyjnej gotowości nośników (samolotów), których za wiele nie mają. Ale dziesięć to i tak sporo, by „przetrenować” obronę przeciwlotniczą ukraińskiej stolicy. Patrioty są świetne, tyle że Ukraińcy nie mają ich za wiele. Mniejsza o liczbę wyrzutni, w pierwszym pakiecie pomocowym znalazło się zaledwie 100 antyrakiet. Oficjalnie, więc możemy założyć, że realnie było ich ze dwa razy więcej. I owszem, sojusznicy dostarczą kolejne, lecz nie dziś czy jutro. I zapewne nie przed tym cholernym 9 maja, który dyszy za plecami rosjan, wymuszając na nich desperackie działania. „Strącacie Kindżały? No to się przekonajmy…”.

Ukraińskie dowództwo widocznie nie chce się przekonywać. Salwa odpierająca atak znacząco uszczupliłaby arsenał, a i tak coś by się przedarło – taka jest „natura” zmasowanych ataków rakietowych.

Idźmy dalej. Choć w doniesieniach ukraińskich mediów wprost sugerowano, że zestrzelenie Kindżała to zasługa Patriotów, wcale tak być nie musiało. Nie dalej jak wczoraj ambasador Ukrainy w Tel-Awiwie Jewhen Korniczuk ujawnił, że Izrael dostarczył i rozmieścił w Kijowie system wczesnego ostrzegania. Jest on obecnie testowany, a pozwala na identyfikację rakiet i pocisków wszelkiego rodzaju oraz przewidzenie, gdzie dokładnie spadną. W oficjalnych doniesieniach nacisk położony jest na korzyści dla ludności – system zawęża zagrożony obszar, oblicza również czas na szukanie schronienia. Nie sposób tego zrobić bez solidnych komputerów balistycznych, których dane można wykorzystać także do aktywnej obrony. Wyliczanie trajektorii to wstęp do zniszczenia nadlatujących rakiet – tak działa słynna izraelska Żelazna Kopuła, której pasywne elementy – jak sądzę – znalazły się właśnie w Kijowie (choć nikt tego tak nie nazywa). Do czego zmierzam? Skoro izraelskie komputery balistyczne wpięto w system stołecznej OPL (a wpiąć musiano, jeśli trwają teksty), zestrzelenie Kindżała niekoniecznie jest zasługą amerykańskiej antyrakiety. Może hipersonika zdjął poczciwy sowiecki S-300, podrasowany możliwościami żydowskiej technologii?

By jeszcze bardziej pokomplikować sprawy – nie ma też jasności, czy na zaprezentowanych przez ukraińskie media zdjęciach widzimy wrak Kindżała czy innego rosyjskiego pocisku, Iskandera. Obie rakiety mają bardzo podobnie wyglądające głowice. Tyle dobrego, że w wymiarze propagandowym niewiele to zmienia. W ocenie rosjan bowiem, Iskander również miał być „niezestrzeliwalny”…

No, to namieszałem Wam trochę tym i poprzednim wpisem – i to w piątek. Wybaczcie, ale czasem tej wojny nie sposób opowiedzieć w klarowny sposób…

PS. (dopisane w sobotę rano): A jednak dowództwo ukraińskich sił powietrznych potwierdza – i zestrzelenie, i Patriota. Moim zdaniem, Ukraińcy uznali, że skoro mleko się rozlało, nie ma co iść w zaparte. Podważać wiarygodności własnej polityki informacyjnej.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. MiG-31 z podwieszonym Kindżałem/fot. domena publiczna

B-52

Poleciał wczoraj putin do Kaliningradu. Obecność führera na odebranej Niemcom prowincji, w rosyjskiej eksklawie pośród unijnych ziem, na „lotniskowcu” rus-armii, w rocznicę wybuchu wojny, w czasie trwania kolejnej, która jest również starciem Zachodu z rosją, nie była li tylko zwykłą wizytą głowy państwa. Chciał car w starym stylu pogrozić, ponapinać mięśnie. Gdyby mógł, dałby się sfotografować podczas wizyty w pułku Iskanderów, ale skądinąd wiadomo, że rakietowe jednostki już dawno temu przerzucono na Białoruś – gdy okazało się, że to, co pierwotnie zadysponowano „na Ukrainę”, nie wystarcza. Kolejne baterie Iskanderów też Ukraińców nie złamały, a wystrzelawszy zapasy, czekają teraz na dostawy. Które może przyjdą, a raczej nie, bo przemysłowi brakuje (zachodnich) komponentów do produkcji.

Ptaszki ćwierkają, że miał putler w zamian pojawić się na lotnisku, gdzie stacjonują MiG-i-31. O których przybyciu do obwodu rozpisywały się dwa tygodnie temu rosyjskie media, hurrapatriotycznie zaznaczając, że myśliwce przenoszą hipersoniczne pociski Kindżał. I że teraz to dopiero NATO narobi w majtki. No więc nie narobiło, o czym później. Najpierw jednak o putinie, który ostatecznie na żadnym lotnisku się nie pojawił. Chyba prawdą jest, że unika on od jakiegoś czasu otwartych przestrzeni; ostatni raz widać go było w takim miejscu 9 maja, z okazji dnia pabiedy. Stanęło więc na tym, że putin w Kaliningradzie spotkał się ze szkolną młodzieżą. W jakiej to piwnicy było, nie wiadomo.

Wiadomo za to, że NATO postanowiło zrobić show of force co się zowie. I dziś koło południa trzy B-52 przefrunęły sobie nad państwami nadbałtyckimi, momentami ledwie 50 km od sowieckiej granicy. W rygorach wojennej sztuki to taniec na nosie, wyraz pogardy dla możliwości kacapskiego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej. Oj musiało się gotować w orczych centrach dowodzenia, gdy „anioły zagłady” muskały skrzydłami ukochany przez wodza Petersburg, a później ten sam „rzut beretem” dzielił je od Kaliningradu. Nie wiem, co niosły boeingi, ale pamiętajmy, że to bombowce strategiczne. W czasach sprzed 1989 roku ich pojawienie się w okolicy wieszczyło drugą część (po pierwszej fazie rakietowego ataku) atomowego armagedonu. Tym ważniejsze zatem jest to, co wydarzyło się później – dwie maszyny poleciały w stronę Szwecji, a potem na zachód (do Wielkiej Brytanii), jedna zaś usiadła w Polsce, w Powidzu. Po raz pierwszy w historii na polskiej ziemi wylądował legendarny B-52.

O czym donoszę Wam w nieco piąteczkowym stylu, choć wciąż jak najbardziej na serio.

—–

Nz. B-52 w Powidzu/fot. MON

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to