Zbrodnie

Weekend przyniósł smutne wieści – w szpitalu, z powodu odniesionych ran, zmarła Wiktoria Amelina. Ukraińska pisarka i dziennikarka to trzynasta śmiertelna ofiara ataku rakietowego na Kramatorsk, do jakiego doszło wieczorem 27 czerwca. Rannych zostało wówczas 67 osób, przede wszystkim klientów i członków personelu pizzerii „Ria”, w którą trafił rosyjski pocisk. Dziś już wiemy, że był to Iskander – jak na raszystowskie standardy bardzo precyzyjna broń – co uprawdopodabnia tezę o celowym uderzeniu w lokal gastronomiczny.

Amelina przebywała w restauracji w towarzystwie trójki Kolumbijczyków, tak jak ona zaangażowanych w międzynarodowy projekt poświęcony dokumentowaniu rosyjskich zbrodni wojennych w Ukrainie. Goście z zagranicy przeżyli, ale warto wspomnieć o bandyckich standardach rosyjskiej dyplomacji. Otóż jej przedstawiciele – zamiast wyrazić ubolewanie z powodu ran odniesionych przez obywateli Kolumbii – publicznie ich zrugali. „Miasto położone blisko frontu (…) nie jest odpowiednim miejscem do skosztowania ukraińskiej kuchni”, zakomunikowała ambasada moskowii w Bogocie. „(…) nigdy nie słyszeliśmy, że Kramatorsk jest centrum gastronomii w regionie”, kpili moskale. Działo się to dzień po ataku, gdy było już jasne, że rosjanie zabili mnóstwo cywilów (w tym dzieci…), a nie – jak twierdziło ich ministerstwo obrony – ukraińskich i natowskich (sic!) żołnierzy. W takiej sytuacji sypie się łeb popiołem, a nie zwala winę na ofiary.

No chyba że jest się rosją…

Kilka dni temu pisałem, że mam wątpliwości, czy raszyści uderzyli w pizzerię celowo. W międzyczasie dotarło do mnie, że „Ria” w jeszcze większym stopniu niż kiedyś (w „moich” latach 2015-16) stała się lokalem, którego funkcje daleko wykraczały poza usługi gastronomiczne. Było to centrum informacyjno-towarzyskie dla wszelkiej maści cudzoziemców pracujących we wschodniej Ukrainie. Dziennikarzy, pracowników organizacji pomocowych i humanitarnych, międzynarodowych obserwatorów czy wolontariuszy. Dziś już wiem, że nie tyle tam bywali, co tłumnie się przewalali. Dzień po dniu, wieczór po wieczorze. Mówimy zatem o miejscu idealnym dla terrorystów, którzy chcieliby przeprowadzić spektakularny zamach, z nadzieją, że zostanie on „ograny” przez media na całym świecie.

Że rosja to organizacja terrorystyczna nie muszę nikogo przekonywać. Tylko co miałaby zyskać, ładując rakietą w pełną gości pizzerię? A choćby chwilowe odwrócenie uwagi świata od upokarzających dla Kremla doniesień na temat puczu prigożyna i jego skutków. W bandyckiej percepcji – jakże bliskiej władzom moskowii – lepiej być bezlitosnym draniem niż ciamajdą. Oczywiście, nawet bezlitosny drań musi się odrobinę krygować – stąd rutynowe zaprzeczanie, że w ataku chodziło o cywilów. Zresztą, patrząc z perspektywy Moskwy, intencje nie miały tu większego znaczenia, liczył się dramatyczny efekt – te dziesiątki zabitych i rannych klientów lokalu.

Jeśli świat miał się nad Kramatorskiem pochylić – i zapomnieć o puczu – to zawiódł te oczekiwania. Owszem, o dramacie mówiły wszystkie najważniejsze agencje – dziś, w kontekście śmierci Ameliny, też mówią – ale zasadniczo incydent przeszedł bez większego echa. Po pierwsze, w chwili ataku na pizzerię znajdowało się w niej zaledwie kilku cudzoziemców (w tym Wojtek Grzędziński, fotoreporter z Polski) – za mało, by znacząco umiędzynarodowić dramat. Po drugie, rosjanie mogli paść ofiarą swoich wcześniejszych „sukcesów”. Nie był to ich pierwszy bandycki nalot rakietowy na Kramatorsk – 8 kwietnia 2022 roku wystrzelili w rejon dworca kolejowego taktyczny pocisk Toczka-U. Na stacji przebywało wówczas ponad 4 tys. osób oczekujących na pociągi ewakuacyjne – 59 z nich zginęło, a 109 zostało rannych. Generalnie ukraińska prokuratura udokumentowała dotąd niemal 80 tys. (!) rosyjskich zbrodni wojennych, w sprawie których prowadzonych jest 14 tys. postępowań karnych (w tych „najgrubszych” Ukraińców wspierają zespoły śledcze z ponad 20 krajów, także z Polski). Większość to nieznane opiniom publicznym zdarzenia, ale tych znanych – szeroko omawianych i komentowanych na całym świecie – było już naprawdę sporo. Dość, by przymknąć oko i ucho na kolejną rosyjską zbrodnię.

A propos zbrodni i przymykania oka – na koniec spojrzenie z nieco innej perspektywy. Centrum Lewady – ostatni niezależny od rosyjskich władz ośrodek badania opinii publicznej – opublikował właśnie wyniki sondażu o podejściu rosjan do spec-operacji. Okazuje się, że 73 proc. ją popiera, ba, 43 proc. odczuwa z jej powodu dumę. Jednocześnie aż 56 proc. ankietowanych uważa, że za śmierć ludzi w Ukrainie winę ponoszą Stany Zjednoczone i NATO. Czyli Iskander przyleciał z Ameryki, czyż nie? Nieco ponad połowa obywateli federacji (55 proc.) sądzi, że spec-operacja prowadzona jest z sukcesami, 40 proc. chce przedłużenia działań zbrojnych. Ciekaw jestem, czy o kolejne niemal 500 dni i 80 tys. zbrodni wojennych? Ale żeby nie było – 53 proc. respondentów chce rozmów pokojowych. Humanitaryści? No niekoniecznie. Aż 93 proc. ankietowanych boi się ostrzałów terytorium rosji, a 80 proc. dostaw zachodniego uzbrojenia dla armii ukraińskiej.

Gdzie kryje się nadzieja na pokój i zatrzymanie kolejnych rosyjskich zbrodni? Realnie, na dziś? W karmieniu tych lęków…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu i Piotrowi Maćkowiakowi. A także: Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu i Mateuszowi Jasinie.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Krzysztofowi Kotasiowi, Łukaszowi Lisowi, Radosławowi Gajdzie oraz Czytelnikowi Pawłowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

(Nie)bycie

Czy Zachód jest stroną rosyjsko-ukraińskiego konfliktu? I tak, i nie. Natowscy żołnierze nie walczą w Ukrainie, ale z drugiej strony, kraje Sojuszu ślą na wschód mnóstwo pomocy wojskowej, wspierają Kijów wywiadowczo i szkoleniowo, wywierają też potężną presję ekonomiczną i polityczną na Moskwę, znacząco podnosząc jej koszty udziału w wojnie. Trzeba docenić ukraińską determinację i bohaterstwo, ale po kilkunastu miesiącach zmagań oczywistym jest, że bez „zachodniej kroplówki” Ukraina byłaby stracona. Otwartym pozostaje pytanie, w jakim zakresie, lecz odpowiedź zasługuje na oddzielny i obszerny tekst. W tym momencie istotnym jest, byśmy dostrzegli, że Zachód również ma swoje oczekiwania, które da się umiejscowić na wykresie „porażka-sukces” i że są one kluczowe dla trwania ukraińskiego oporu.

O czym konkretnie mowa? Zachód, choć reprezentowany przede wszystkim przez NATO, nie jest bytem jednorodnym – to konglomerat kilkudziesięciu podmiotów, z których każdy ma nieco inny stosunek do rosji i Ukrainy. Jest on sumą wielu zmiennych, głównie potencjału militarnego i ekonomicznego (a więc skali partycypacji w geopolitycznych rozgrywkach) oraz położenia geograficznego względem federacji. Im dalej od rosyjskich granic, tym mniejszy niepokój wywoływany poczynaniami Moskwy, im więcej „twardej” siły, tym większe możliwości, a często i wola powściągnięcia rosji – tak to wygląda w sporym rzecz jasna uproszczeniu. Inaczej na sprawy patrzy Estonia, dla której federacja stanowi egzystencjalne zagrożenie, inaczej Francja, funkcjonująca bez obaw przed napaścią, za to z doświadczeniem intratnych interesów z rosją.

Mimo takich różnic wypracowano konsensus, lecz i on zmieniał się w czasie. Nim wojska putina wkroczyły do Ukrainy, plan sojuszników zakładał ekonomiczną ripostę w postaci sankcji i szerokie wsparcie dla partyzantki, która – jak zakładano – pojawi się na okupowanych terenach. Sukcesem byłyby wówczas słabsze wskaźniki rosyjskiej gospodarki oraz „podpalona” Ukraina. Twardy opór ZSU (ale i na przykład rosyjskie bestialstwo), zmieniły znaczenie „wygranej” w rozumieniu NATO. Stało się nim – cytując Jensa Stoltenberga, sekretarza generalnego Sojuszu – „pełne zwycięstwo”, czyli powrót do granic Ukrainy sprzed 2014 roku, czemu m-u-s-i towarzyszyć jak najtrwalsze osłabienie możliwości militarnych rosji.

Czy to możliwe? Tak, jeśli donatorom Ukrainy nie zabraknie determinacji w udzielaniu wsparcia. Sądząc po dotychczasowej dynamice pomocy – w ramach której Ukraińcy otrzymują coraz więcej, coraz cięższej i bardziej efektywnej broni – pozwoli ona na dalsze wzmacnianie potencjału armii ukraińskiej, niezależnie od ponoszonych strat osobowych i sprzętowych. ZSU w maju 2023 roku były znacznie silniejsze niż w lutym 2022 roku. Armia rosyjska z kolei po 16 miesiącach wojny wykazywała cechy solidnego poturbowania, a na odbudowę zdolności sprzed 24 lutego 2022 roku potrzebowała dekady. Tymczasem nieposiadanie tych zdolności to brak realnych szans na poważny sukces.

Oczywiście, rosjanie od początku inwazji trzymają w rękawie potencjalnego asa – jest nim taktyczna broń jądrowa. Użyta w Ukrainie, mogłaby z dnia na dzień w istotnym zakresie zmienić sytuację na polu bitwy. Z uwagi na ultimatum Stanów Zjednoczonych, które zagroziły Moskwie „adekwatnym” odwetem w razie sięgnięcia po „atom”, ten scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Cienka czerwona linia wyznaczona przez Waszyngton nie istnieje fizycznie, ale definiuje fizyczny zakres rosyjskich działań w Ukrainie. To kolejny wymiar (nie)bycia Zachodu w tej wojnie…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Żołnierz ZSU podczas szkolenia. Broń ukraińska (postsowiecka), ale wyposażenie zachodnie…/fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

Żywotność

Zrobiłem to zdjęcie trzy miesiące temu. Zwróćcie uwagę na zamieciony chodnik i kostkę brukową bez uszczerbków. Na bujne iglaki i starszą panią na ławeczce. Obserwowałem ją przez chwilę, jak popijała coś z termosu i wystawiała twarz ku słońcu. A potem poszła sobie nieśpiesznym krokiem, krucha, drobniutka, otoczona dźwiękiem huczącej nad miastem artylerii. Przedziwny to był obrazek – smutny, a zarazem kojący. Ten wiek, ten spokój, ta zieleń, ta czystość. I młodzieżowa czerwona czapeczka; wszystko to zlało mi się w coś, co uznałem za kwintesencję żywotności.

Bachmut był wtedy pokiereszowany, ale nie zniszczony. Trzy miesiące wystarczyły rosjanom, żeby zmienić miasto w dymiące gruzy. Ów placyk ze zdjęcia jest dziś pod ich kontrolą. Nie wiem, jak wygląda, ale z pewnością inaczej. Obok stały wysokie wieżowce – na przełomie lutego i marca zaczęła do nich walić rosyjska artyleria. Wszystko co w okolicy poszło pod ogień…

Czasem zastanawiam się, czy babuszka ze zdjęcia przeżyła.

Po tygodniach niepisania o Bachmucie wracam do tematu. Wracam, bo ostatnie ukraińskie oddziały walczą na zachodnich rubieżach miasta. Bachmut musi upaść przed 9 maja – tego oczekuje Kreml, by móc „godnie” obchodzić „dzień pabiedy”, najważniejsze święto w rosji. Ale Kijów również zdaje sobie sprawę z tej symboliki, więc medialne spekulacje wieszczące rychły koniec obrony mogą nie mieć racji bytu. Ukraińcy mogą nas zaskoczyć – co najmniej lokalnym kontratakiem, który pozwoli przedłużyć obronę o kilka-kilkanaście dni. Albo odwrócić uwagę od Bachmutu – mediów, opinii publicznych i rosyjskiej armii…

Warto pozostać czujnym.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Sukcesy”

Dziś w nocy rosjanie przeprowadzili kolejny atak rakietowy na Ukrainę. Było to pierwsze tak poważne uderzenie od 9 marca, z drugiej strony i tak relatywnie ograniczone. Agresorzy użyli 23 pocisków manewrujących Ch-101 i Ch-555, „klejnotów” w swoim rakietowym arsenale. Wystrzeliły je bombowce Tu-95 operujące znad Morza Kaspijskiego. Dla porównania, w najliczniejszym jak dotąd ataku – z 15 listopada ub.r. – rosjanie wykorzystali 96 Ch-101 i Ch-555, w czasie zimowego nasilenia kampanii rakietowej (której nadrzędnym celem była próba zniszczenia ukraińskiej infrastruktury krytycznej), zużywali średnio po 50-60 skrzydlatych pocisków w pojedynczym uderzeniu.

Czyżby naprawdę zaczynało im brakować rakiet? Być może to kwestia kurczących się zapasów, z uzupełnianiem których nie nadąża bieżąca produkcja. Ale może to też być konsekwencja spadającej efektywności nośników – wspomnianych bombowców. To wiekowe konstrukcje, w istotnym stopniu zużyte, w niedostatecznym zakresie remontowane i modernizowane. Tylko część Tu-95 nadaje się do operacyjnego użycia, ale i tak nie sposób podwiesić pod nie rakiet o maksymalnej przewidzianej w projekcie samolotu masie – płatowiec mógłby takich obciążeń nie wytrzymać i sam stać się spadającym pociskiem. Jest znamienne, że rosjanie wykorzystują w kampanii lotniczej nie więcej niż 25 proc. oficjalnie dostępnych bombowców.

Których załogi nie mogą się dziś poszczycić wielkimi sukcesami. Ukraińskiej obronie przeciwlotniczej udało się zdjąć 21 pocisków. Skuteczność na poziomie 90 proc. to doskonały wynik, wyższy niż przeciętna z ostatnich tygodni rosyjskiej kampanii rakietowej. Gors rakiet poleciało w stronę Kijowa, a tam dyżury operacyjne pełnią już Patrioty; niewykluczone zatem, że to one odpowiadają za pogrom raszystowskich rakiet. Ukraińska OPL jak dotąd nieźle sobie radziła z rosyjskim zagrożeniem z powietrza, ale jasnym było, że wraz ze zużywaniem nieodnawialnych zasobów poradzieckiej techniki, wydajność zacznie spadać. W lutym i marcu oscylowała już w granicach 40-50 proc., także dlatego, że z braku amunicji strzelano wyłącznie „na pewniaka”, w cele obarczone niższym ryzykiem niestrącenia. Stąd konieczność wdrażania zachodnich systemów, które – nie mam co do tego wątpliwości – zapewnią ukraińskiej armii skokowy wzrost skuteczności.

Ale i tak zawsze coś się przebije – jak dziś. Jedna z rosyjskich rakiet spadła na budynek mieszkalny w Humaniu (w środkowej Ukrainie, w obwodzie czerkaskim). Gdy zaczynałem pisać ten tekst, mowa była o siedmiu zabitych, 30 minut później okazało się, że ratownicy wydobyli spod gruzów trzy kolejne ciała.

Jakkolwiek mamy tu do czynienia z kolejnym przykładem rosyjskiego bestialstwa, nie sądzę, by rosjanie zamierzali atakować wieżowiec. Agresorzy wykazali się w tej wojnie wielką bezdusznością i rażącą niekompetencją, ale aż tacy niemądrzy i nonszalanccy nie są, by koszmarnie drogimi rakietami – których nie mają za wiele – napierniczać po cywilnych obiektach. Ch-101/Ch-555, który wylądował w Humaniu, miał zapewne trafić w jakiś cenniejszy z militarnego punktu widzenia cel. Do siania terroru wśród cywilów rosjanom służą dużo tańsze drony-kamikadze oraz przystosowane do użycia w trybie ziemia-ziemia rakiety S-300.

Dlaczego więc doszło do wspomnianej tragedii? Po pierwsze, nie wiadomo, czy mieliśmy do czynienia z bezpośrednim trafieniem. Możliwe, że na budynek spadły szczątki zestrzelonej wcześniej rakiety. Inna opcja to przypadkowe uderzenie, będące skutkiem wad rakiety – rosjanie „od zawsze” mieli problem z systemami celowniczymi/z naprowadzaniem swojej precyzyjnej amunicji. Przed sankcjami ratowali się zachodnimi komponentami, teraz jest z tym kłopot. Sporo do życzenia pozostawiała też jakość wykonania, niewykluczone, że w realiach wojennej produkcji jeszcze niższa (historycznie patrząc, taki reżim w rosji zawsze generował niższą jakość). Oczywiście, to ruskich nie usprawiedliwia, ba, nawet nie znosi zarzutu działania z premedytacją, bo rosyjscy generałowie doskonale znają wady i zalety swojej broni, dobrze wiedzą, z jakim ryzykiem „przypadkowych ofiar” wiąże się jej użycie.

I na koniec jedna uwaga. W rosyjskim internecie roi się od filmików ukazujących kolejna trafienia – zwykle przy użyciu amunicji krążącej – ukraińskich systemów obrony przeciwlotniczej. Duża część materiałów nie nosi śladów manipulacji, ukraińskie zasoby są ograniczone, dostawy z Zachodu tak naprawdę dopiero się rozkręcają (jeśli idzie o ten rodzaj broni). A mimo to OPL Ukrainy wciąż „robi robotę”. Jak to możliwe? Spójrzcie na załączone zdjęcie, wykonane na bocznicy kolejowej w… Ohio w USA. Co widzimy na lawetach? Zestawy OPL Tor i S-300 sowieckiej produkcji, będące na wyposażeniu ukraińskiej armii. Wyglądają „jak żywe”, czyż nie? Nawet z bliska (zapewne także okiem kamery drona-samobójcy). Tymczasem to doskonale wykonane atrapy, żadne tam dmuchane balony. Nie wiem, ile takich „systemów” trafiło do Ukrainy, ale być może to one stoją za „sukcesami” rosyjskich dronów…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Joseph Zadeh/aboveaverage.joe

Niehumanitaryzm

Podczas walk w obwodzie mikołajowskim w lutym i marcu zeszłego roku, rosjanie ponieśli spore straty. Stolicy obwodu nie zajęli, wypchnięto ich w stronę Chersonia (który trzymali przez ponad osiem miesięcy). Wycofujące się oddziały nie zbierały zabitych, mieszkańcy gminy Szewczenkowe znaleźli blisko setkę ciał.

– Nasi złożyli je w jednym miejscu, wojsko dało znać rosjanom, żeby zabrali swoich poległych – relacjonował Oleh Pilipienko, wójt gminy Szewczenkowe. Tej części opowieści mężczyzna nie znał z własnego doświadczenia – w połowie marca ub.r. został pojmany przez rosjan i spędził w niewoli trzy kolejne miesiące. – Moskale kazali naszym iść w diabły, ludzie więc chwycili za łopaty i wygrzebali dół, w którym złożono ciała. Trzeba było się śpieszyć, bo większość zwłok już się psuła, no i to niehumanitarne nie pochować zmarłych.

Przytaknąłem. Elementarny szacunek dla ciał zabitych to dla mnie oczywista oczywistość.

– Nieprawdopodobne – rzekłem zaraz. – Jak można zostawiać swoich poległych? – byłem oburzony. Wtedy, podczas spotkania z Olehem, jak i wcześniej, na początku inwazji, gdy z Ukrainy docierały coraz liczniejsze dowody na to, że rosjanie mają gdzieś, co się będzie działo z ciałami ich poległych. Lata pracy na wojnach prowadzonych przez zachodnie armie nauczyły mnie, że „nikt nie zostaje”, że owa fraza wcale nie jest filmowym wymysłem, a praktyką, do której przykłada się ogromną wagę.

– No latem albo coś się u nich zmieniło, albo zorientowali się, że wśród pochowanych był ktoś z jakiegoś powodu ważny. I upomnieli się o te ciała – mówił Pilipienko. – Więc je wykopaliśmy – mężczyzna uśmiechnął się smutno. – Lepiej późno niż wcale – skwitował tę osobliwą rosyjską troskę.

—–

Oleha spotkałem pod koniec marca, wspominam tę opowieść dziś, bo dobrze ilustruje szerszy problem, jakim jest rosyjski niehumanitryzm. Ta postawa ma rozmaite oblicza – stosunek do ciał poległych towarzyszy jest jedną z nich, inną brutalność w odniesieniu do jeńców. W historii Oleha odnajdujemy ślady obu tych praktyk – mężczyzna brał udział w prowadzonym po niewczasie przekazaniu ciał, a wcześniejszy pobyt „u rosjan” kosztował go mnóstwo zdrowia („wróciłem jako szkielet…” – przyznał w pewnym momencie).

18 kwietnia trochę niezauważenie przeszła przez media informacja udzielona przez Wołodymyra Zełenskiego.

„Od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na pełną skalę 24 lutego 2022 roku Ukraina sprowadziła z rosyjskiej niewoli 2235 jeńców wojennych” – ujawnił prezydent. W dalszej części komunikatu mowa była o 130 ukraińskich jeńcach, którzy wrócili do domu w prawosławną Wielkanoc. „Żołnierze, personel marynarki wojennej, pracownicy Państwowej Służby Transportu Specjalnego, straży granicznej i gwardii narodowej” – wyliczał Zełenski. „10 kwietnia uwolniono kolejnych 100 Ukraińców, w tym 80 mężczyzn i 20 kobiet. Prawie połowa jeńców zwolnionych 10 kwietnia odniosła poważne obrażenia, cierpiała na choroby lub była torturowana”.

Ot, lapidarny zapis dramatu.

—–

Również 18 kwietnia Ołeh Kotenko, pełnomocnik do spraw osób zaginionych w szczególnych okolicznościach, podał informację dotąd pilnie strzeżoną przez Ukraińców. Mogliśmy w niej przeczytać, że „ponad 7 tys. ukraińskich żołnierzy uważa się za zaginionych, ponad połowa z nich najpewniej jest w rosyjskiej niewoli”.

Do tej pory można było – biorąc pod uwagę wielkość zaangażowanych potencjałów oraz intensywność walk – co najwyżej szacować liczbę przetrzymywanych przez rosjan żołnierzy ZSU. Zwykle mówiło się o „kilku tysiącach” jeńców (4-8 tys.), podkreślając, że rosjanie najbardziej „obłowili się” po kapitulacji Azowstalu, biorąc jednorazowo aż 2,5 tys. więźniów. Przy czym wszyscy znani mi eksperci twierdzili, że istnieje spora asymetria w liczbie przetrzymywanych przez obie strony wojskowych – że w Ukrainie jest mniej jeńców rosyjskich niż ukraińskich w rosji. Kijów nie podaje konkretnych danych dotyczących wziętych do niewoli rosjan. Czynił to na początku inwazji – wówczas średniotygodniowo w ukraińskie ręce oddawało się stu żołnierzy federacji. Władze Ukrainy zapewniają, że druga strona wie o wszystkich swoich jeńcach, podkreślając brak rosyjskiej transparentności (rosja faktycznie nie współpracuje w tym zakresie z ONZ), konkretnych danych jednak upubliczniać nie zamierzają. Szacuje się, że na terenie Ukrainy przebywa około 2 tys. rosyjskich jeńców.

Wróćmy do wspomnianych 7 tys. zaginionych żołnierzy ZSU. Jeśli ponad połowa jest w niewoli, to co stało się z resztą? Część poległa, a ich ciała (groby) znajdują się na terenach zajętych przez okupanta. Część to dezerterzy, zarówno ci, którzy przeszli na drugą stronę oraz tacy, którzy ukrywają się gdzieś w Ukrainie bądź udało się im z niej wydostać. W tej kategorii mieszczą się także maruderzy – pojedyncze osoby lub całe grupy uzbrojonych dezerterów, trzymających się strefy przyfrontowej i żyjących z rabunku. Ukraińskie media i władze nie donoszą o takich przypadkach, ale gwoli rzetelności warto odnotować, że to zjawisko typowe dla wojennej rzeczywistości.

—–

Co zaś się tyczy sygnalizowanej przez prezydenta brutalności – więcej uwagi poświęcił jej Dmytro Łubinec, ukraiński rzecznik praw człowieka.

– 86 proc. jeńców, którzy wrócili z rosyjskiej niewoli, potwierdziło, że dopuszczano się wobec nich bezpośredniej przemocy fizycznej – mówił podczas audycji w portalu Ukraińska Prawda. – Ujawniony przed kilkoma dniami materiał wideo, na którym widać, jak rosjanie ścinają bezbronnego ukraińskiego jeńca, nie jest niestety jedyną taką historią. Dysponujemy kilkudziesięcioma nagraniami ukazującymi ścięcie głowy, a także między innymi obcinanie kończyn, organów płciowych, nosa, uszu, kości palców. Są to treści nagrane i udostępnione w sieci przez rosyjskich wojskowych.

W ocenie rzecznika, sprawcom zbrodni i osobom odpowiedzialnym za ich nagłaśnianie (wszak to nie muszą być te same osoby), przyświecają cztery cele:

– podtrzymanie antyukraińskiej histerii w rosyjskim społeczeństwie poprzez ukazanie Ukraińców jako podludzi i tym samym wzbudzenie wobec nich jeszcze większej nienawiści;

– ostrzeżenie ukraińskich wojskowych przed konsekwencjami trafienia do rosyjskiej niewoli („lepiej więc nie walczcie…”);

– zmotywowanie własnych żołnierzy do walki do końca w obawie przed odwetem przeciwnika (co może być najważniejszą odpowiedzią na pytanie, dlaczego rosjanie poddają się rzadziej niż Ukraińcy);

– uniemożliwienie sprawcom zbrodni ewentualnej dezercji w wyniku ujawnienia makabrycznych nagrań („jesteście spaleni, lepiej zatem nie uciekajcie”).

—-

„No dobrze, ale Ukraińcy nie są lepsi” – czytam tu i ówdzie. Koronnym argumentem jest zwykle materiał filmowy z jesieni zeszłego roku, zarejestrowany w Makijewce. Widzimy na nim śmierć kilkunastu składających broń rosyjskich żołnierzy, do których Ukraińcy otwierają ogień. „To potwierdza zbrodniczą istotę obecnego kijowskiego reżimu na czele z Zełenskim oraz tych, którzy go bronią i popierają” – grzmiało rosyjskie ministerstwo obrony. Tamtejsza komisarz praw człowieka (skądinąd emerytowana generał policji…) tatiana moskalkowa zwróciła się z kolei z żądaniem „osądzenia zbrodni” do Rady Europy, ONZ, Europejskiego Komitetu Zapobiegania Torturom i OBWE.

Tymczasem z analizy filmu wynika, że głównym winowajcą był… rosyjski żołnierz, który tylko udawał, że się poddaje i jako pierwszy zaczął strzelać do Ukraińców.

Pozwólcie, że posłużę się opisem wydarzenia za „Rzeczpospolitą”:

„Na jednej z posesji, w parterowym budynku gospodarczym, za głównym budynkiem mieszkalnym, Ukraińcy wykryli rosyjskich żołnierzy. Strzelec natychmiast wycelował karabin maszynowy w stronę wyjścia, wezwano Rosjan do poddania się. Ci zaczęli wychodzić pojedynczo, co najmniej dziesięciu z podniesionymi rękoma. Ale gdy Ukraińcy zaczęli wołać: „Gdzie jest oficer? Jest tu jakiś oficer? Kto dowodzi” z budynku wyskoczył żołnierz (być może był to właśnie dowódca) i zaczął strzelać.

Pierwszą ofiarą strzelaniny został ukraiński żołnierz nagrywający zdarzenie (został ciężko ranny lub zabity). Ukraiński kaemista i pozostali żołnierze otworzyli gwałtowny ogień. Rosyjski żołnierz, który sprowokował strzelaninę prawdopodobnie przeżył, ciężko ranny – tak przynajmniej twierdzą Ukraińcy. Zginęli za to wszyscy, którzy wcześniej wyszli z budynku”.

Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, gdyby na miejscu Ukraińców byli Polacy, Brytyjczycy czy Amerykanie, rosjan spotkałby ten sam los. RoE (ang. Rules of Engagement, dosłownie „zasady zaangażowania”, we właściwym tłumaczeniu „zasady otwarcia ognia/użycia broni”), nie pozostawiają tu żadnych złudzeń – branie do niewoli przeciwnika, zwłaszcza gdy przyszłych jeńców jest więcej niż żołnierzy, którzy mają ich ująć, uchodzi za procedurę wyjątkowo ryzykowną, wymagającą nadzwyczajnej czujności i „palca na spuście”. Jakiekolwiek niezrozumiałe ruchy wroga należy traktować jako zagrożenie i z miejsca na nie reagować. Tak, by przede wszystkim samemu przeżyć. W opisanym przypadku nie było zatem żadnej zbrodni wojennej, ba, to fałszywe poddawanie się jest uznawane za przestępstwo wojenne…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zniszczony dom w Posad-Pokrowskie. W obliczu takich widoków, rosyjskie argumenty o ataku na Ukrainę z pobudek humanitarnych, brzmią jak jeszcze bardziej ponury żart…/fot. Marcin Ogdowski